HenTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Przychodziła taka baba, nie wiem, ile ona mogła mieć lat, bo dla mnie one wszystkie wtedy były stare. Nikt jej nie chciał obsługiwać, bo zjawiała się i pytała, czy pomarańcze są dobre. No i co miałeś, kurwa, odpowiedzieć? Że jakie są? – Bror mógłby się z tego śmiać, ale opowiadając o kiosku, zawsze tylko pogłębia sobie pionową bruzdę na czole. – Albo taki facet, co to nic nigdy nie mówił i musiałeś się domyślić, czego chce. Jak nie zgadłeś, to się obrażał. A to o zielone dropsy zawsze mu chodziło.

Najgorszym doświadczeniem dorastającego sprzedawcy w Kjøllefjordzie były klientki szukające szminek, zwłaszcza jeśli przychodziły we dwie. Brały próbki z palet, rozsmarowywały sobie na nadgarstkach i potrafiły debatować nad dwoma odcieniami czerwonego aż do zamknięcia. Od chłopców bezwzględnie wstydziły się kupować podpaski – ówczesną nowość. Mama pakowała je więc pojedynczo w papier, żeby zmniejszyć zakłopotanie swoje i sąsiadek. To również z powodu moralnych rozterek – mimo zapotrzebowania – kiosk Amundsenów nie prowadził sprzedaży prezerwatyw. Bror zamawiał je więc pocztą i sprzedawał na własną rękę rybakom, którzy w sezonie rozdziewiczali lokalne dziewczęta. Właśnie po nocy polarnej w kiosku było najwięcej pracy. Dorsze podążały na północ, wraz z nimi łodzie rybackie, a w przerwach między łowieniem ryb i zaliczaniem nastolatek rybacy z całego wybrzeża lubili sobie poczytać gazetę ze swojego regionu albo – w przypadku niepowodzeń sercowych – pooglądać najpopularniejszy wówczas świerszczyk „Coctail”, który w te gazety chowali. Po udanym sezonie zaczynały się arktyczne bachanalia, jadło się na zapas jeszcze ciepłe rybie wątroby, piło na umór, co akurat ktoś upędził, i dawało w mordę temu, kto się napatoczył po sobotnich tańcach. Kiosk stał w centrum, więc każdy przechodzień zaglądał chociaż raz dziennie, nawet jeśli tylko ponudzić o pogodzie. Natrętów i tych, którym zdarzało się nie traktować jego żony jak damy, ojciec bezceremonialnie wyrzucał za drzwi.

Dzisiaj w kiosku Amundsenów mieści się odzieżowa sieciówka z letnimi przecenami bluzek z długim rękawem, nowymi kolekcjami swetrów z akrylu, ofertą kolorowych kaloszy i innego obuwia z zakrytymi palcami. Bror mówi, że w toalecie jest dokładnie ten sam zapach co kiedyś. Zapach, który wywołuje lawinę wspomnień, a ta sprawia, że Bror Amundsen ma nagle pięćdziesiąt lat mniej i znowu nastawia ostrość na białą łatę na głowie Księcia.

Szczytem marzeń fotografów w latach sześćdziesiątych był dwuobiektywowy rolleiflex. Tu na Północy z powodzeniem mógł je spełnić jego czechosłowacki odpowiednik – flexaret, aparat, na który bracia Amundsenowie odkładali pieniądze miesiącami, pracując za ladą i na zapleczu. W zakres usług świadczonych przez kiosk wchodziło również przyjmowanie naświetlonych negatywów i wysyłanie ich do wywołania hurtigrutą do Hammerfestu, więc Bror i Erling w pewnym momencie sami zaczęli je wywoływać, bo okazało się, że można zarobić parę groszy, a do tego uczynić z fotografii sposób na dorastanie. Szybko też sami nauczyli się fotografować pożyczonym od ojca skrzynkowym kodakiem o formacie sześć na dziewięć. Bror wspomina, że aby zrobić nim dobre zdjęcie, wystarczyło mieć więcej szczęścia niż umiejętności. Wtedy nie patrzyło się zresztą, czy obraz jest ostry, czy nieostry, a obróbka chemiczna prawie nic nie kosztowała. Kilkucentymetrowe negatywy wystarczały do zrobienia stykówek na tyle wyraźnych, żeby mieć dowód na to, że wyszło się za mąż, ochrzciło dziecko albo umarło.


[^]

W Finnmarku, odciętym fiordami i górami, jedynym sposobem, żeby w wieku dojrzewania spotkać kogoś spoza, było pisanie listów do nieznajomych. Hurtigruta dowoziła czasopisma dla młodzieży „Romantikk” i „Love”, których strony zapełniały nazwiska, wiek i adres dzieci z całej Skandynawii szukających przyjaciół. Nikt się nie reklamował, że jest miły, czyta książki i zbiera znaczki. Każdemu ogłoszeniu towarzyszyło po prostu zdanie Bildet i første brev, czyli zdjęcie w pierwszym liście. I młodzież przychodziła do Amundsenów, żeby wiadomości wysyłane w świat nie pozostawały bez odpowiedzi. Bror żałuje, że wtedy razem z odbitkami oddawał modelom negatywy, bo teraz miałby pokaźną kolekcję tych cartes de visite.

Kiedy filmy zwojowe o szerokości trzydziestu pięciu milimetrów upowszechniły się i tutaj, chłopcy kupili pierwszy powiększalnik i urządzili w piwnicy ciemnię z prawdziwego zdarzenia. Bror był od suchej roboty (powiększanie), a Erling od mokrej (odczynniki). Po długich godzinach spędzonych w ciemnościach bracia sprzeczali się o to, czy kurz jest widoczny, czy nie, i jeśli jednak był, to dochodziło do bójek. A odkąd ich własne hormony zaczęły przechodzić wszelkiego rodzaju reakcje chemiczne, do tej ciemni zapraszali „na stykówki” koleżanki z klasy. Tam Bror miał właśnie pierwszy kontakt natury seksualnej z sąsiadką o imieniu Oddrun, polegający na ocieraniu się przez ubranie w świetle czerwonej żarówki. Aparat fotograficzny działał na podlotki w Kjøllefjordzie podobnie jak pytanie Are you lonesome tonight zadawane im kilka lat później przez Elvisa. Bracia Amundsenowie nie narzekali na brak powodzenia, i tak im zostało do dziś.

Z obrazów na negatywach chłopcy czerpali nie tylko kieszonkowe, ale również wiedzę o otaczającym świecie. Pierwszą nagą dziewczynę Bror zobaczył na przykład w kąpieli w roztworze wywoływacza. Leżała na kanapie, zakrywając twarz płytą długo­grającą, a on kilka razy przewołał obraz, nim uspokoił się na tyle, żeby prawidłowo nastawić zegar ciemniowy.

– Ojciec przychodził do nas na kontrolę od czasu do czasu, więc bardzo się baliśmy, że znajdzie to zdjęcie. Czuliśmy się winni, bo tym razem nie tylko wywołaliśmy negatyw, ale zrobiliśmy dodatkowe powiększenie dla siebie – opowiada Bror, który nigdy nie dowiedział się, kim była ta dziewczyna. Jednocześnie jest pewien, że Ibert widział zdjęcie, mimo że nigdy nie poruszył tego tematu. Podobnie, kiedy syn ukradł mu motocykl i jeździł po ulicach, myśląc, że nikt tego nie zauważy, albo kiedy co niedzielę w nocy wykradał klucz do kiosku i o północy zasiadał w biurze ojca, żeby wysłuchać godzinnej listy Top 20 w Radiu Luxembourg. Poza tym, że Ibert był surowy dla swoich dzieci, to miał i ma też poczucie humoru, więc najprawdopodobniej podobało mu się, że ktoś jednak śmie łamać jego zasady. Tak myśli Bror, lat sześćdziesiąt siedem. Pół wieku wcześniej chłopcy z Liverpoolu kształtowali jego charakter nie mniej niż ciężkie kroki ojca na schodach.

Amundsenowie fotografowali wszystko, co się działo między dwoma wzgórzami Kjøllefjordu. Motywy, wtedy nieistotne, po latach są unikatowym świadectwem życia typowej wioski rybac­kiej. Do tego jako dzieci byli bardziej bezczelni, podchodzili bliżej i fotografowali z niższej perspektywy, przez co nastolatki na zdjęciach wyglądają jak dorośli. Zawsze w wełnianych swetrach, na nartach, bez kurtek, rozchełstani, w czapkach narciarskich nasuniętych na brwi. Jeden albo drugi Amundsen pojawiał się z aparatem zawsze tam, gdzie coś się działo. W styczniu 1959 roku po drugiej stronie Kjøllefjordu zeszła lawina. Syrena strażacka wyła, dorośli biegli z łopatami, dzieci miały zakaz wychodzenia z domów, żeby się nie zgubić w śnieżycy. Zaraz jak się uspokoiło, chłopcy pobiegli zobaczyć. Przesunięty dom bez dachu leżał przygnieciony tonami śniegu, rodzina Karlstadów straciła ojca i dzieci, a ocalałej matce zmiażdżyło stopę. Innym razem lawina zmyła do morza kolejny budynek, zabijając właściciela i jego psa, których znaleziono pośród dryfujących na powierzchni wody resztek drewnianych mebli. Jak wyrzuciło na brzeg dużą łódź rybacką i przewróciło na prawą burtę, to chłopcy byli tam pierwsi.

Erling zarzucił fotografowanie, a Bror przekuł hobby z dzieciństwa w zawód. Jak już go było stać, to kupił hasselblada, którym fotografuje wszystkich ważnych ludzi w swoim życiu. Mówi, że najtrudniej mu uwieczniać ojca, bo ten się zawsze peszy i unika kontaktu wzrokowego. Jest jednak dumny ze zdjęcia, które zrobił kilka lat temu podczas ich wspólnej podróży do Kjøllefjordu, w kawiarni Gildetun, gdzie ojciec czasem zabierał mamę po drodze na wakacje. Iberta widać do pasa, trochę w oddali na tle niebieskiego nieba, ale jego śmiech rozświetla cały kwadratowy kadr. Zaśmiał się znienacka, a Bror miał po prostu refleks. To jest jedyne zdjęcie uśmiechniętego Iberta Amundsena, jakie jego własny syn kiedykolwiek widział.


[^]

*

W 2012 roku galeria Christensen w Kjøllefjordzie zorganizowała wystawę zdjęć braci Amundsenów pod tytułem 50 siden 60, czyli pięćdziesiąt lat od lat sześćdziesiątych. Przytłoczyło to Brora na tyle, że zdjęcia wybrał dopiero po kilku miesiącach. Nagle wszystko wydawało się ważne, każde grupowe zdjęcie z dziewczynami w grubych pończochach i chustkach na głowach („Popatrz, ta trzecia od prawej miała największy biust”), każdy kolega wiszący na linie przy przystani podczas zabawy, która polegała na niewpadnięciu do wody przy jednoczesnym jak najbardziej spektakularnym rozhuśtaniu („O, ten tu udaje, że nie dotknął butem wody”), czy każde zdjęcie dokumentujące codzienne życie, gdzie mama drzemie na dwóch zestawionych ze sobą fotelach („Ona nigdy nie kładła się na kanapie, bo to było miejsce ojca”). Wybrał w końcu czterdzieści cztery motywy, które miały opowiedzieć to, co Ibert Amundsen od ­przeszło ćwierćwiecza ubiera w nieskończenie dygresyjne zdania.

Galeria Christensen to dawny budynek przetwórni ryb zbudowany na drewnianych palach nad brzegiem morza. Przy wejściu wiszą tam zaschnięte głowy dorszy z oczami jak łuski. Latem zazwyczaj pokazuje w niej swoje prace ukraiński malarz Igor Filippow, który na czas wystawy musiał się wynieść, nie kryjąc pogardy dla odtwórczej roli fotografii. Bror najpierw wiózł oprawione zdjęcia samochodem z Południa na Północ, potem sam je wieszał, a przed wernisażem trząsł się jak galareta, mimo że zjawili się wszyscy zaproszeni. Ktoś rozpoznał w wózku swojego kuzyna, który jak kiedyś poszedł w morze, to potem znaleźli tylko wiosła, ktoś inny inaczej zapamiętał swoją babcię i teraz trudno mu było uwierzyć, że kiedykolwiek była młoda, a jeszcze ktoś inny nie rozpoznał samego siebie w grupce dzieci bawiących się na śniegu, bo nigdy wcześniej nie widział własnej podobizny z tego okresu życia, więc po prostu zapomniał, jak wyglądał. Dla wielu były to jedyne zdjęcia z dzieciństwa, jakie ktoś im kiedykolwiek zrobił, a dopiero przy okazji wystawy wiele z nich zostało powiększonych.

 

[^]

Na wystawę Amundsen wybrał też cztery fotografie, na których on i inny chłopiec ustawiają się w różnych bohaterskich pozach na tle ściany garażu. Ten drugi ma blond czuprynę i tak samo brudne spodnie jak młody Amundsen. Próbuje zachować powagę, ale widać, że nie może wytrzymać nawet tę jedną studwudziestopiątą sekundy.

– Mówili na nas skjorta og ræva (koszula i dupa) – opowiada Bror o swoim najlepszym przyjacielu z dzieciństwa. – Urodziliśmy się w odstępie jednego dnia i zawsze byliśmy razem.

Frank Idar mieszkał w domu obok. Jedna z jego sióstr urodziła się z zajęczą wargą, zmarła jako młoda dziewczyna. Oboje rodzice pili. Druga siostra też szybko poszła w ich ślady, a on od małego podkradał rodzicom alkohol, rozrabiał go z wodą i sprzedawał miejscowym pijakom, którzy wiedząc, że są oszukiwani, ciągle gdzieś go dopadali. Frank Idar za to nauczył się celnie rzucać kamieniami i nieraz Bror obrywał od niego w głowę, tak dla żartu. Przyjaciel dobrze rysował i był najlepszym kompanem do słuchania nowych singli, które przychodziły do kiosku. Takich płyt można było słuchać tylko w męskim gronie, bo dziewczyny zaraz albo nuciły, albo chciały się przytulać. Wtedy królowali Bobby Darin i Cliff Richard. Chłopcy znali wszystkich członków zespołów, robili własne okładki, uczyli się na pamięć kolejności piosenek na płytach. Do dziś bywa, że znienacka budzi Brora pytanie, jak nazywał się basista The Animals. I jego młodzieńczą zasadę rozdziału muzyki od dziewcząt potwierdza tylko młodsza o pokolenie żona, która nie ma pojęcia, że ów był również menedżerem Jimiego Hendrixa.

Kiedy już przyjaciele zaczęli interesować się dziewczętami, a jeszcze nie mieli atrybutów męskości godnych pokazania światu, smarowali twarze pastą do butów na linii nieobecnego zarostu, w pasie przewiązywali opaski, znad których wystawały kawałki wełny imitujące owłosienie łonowe, i fotografowali się jako Jungelgutten Bomba, jak się tutaj nazywało Tarzana. Kjøllefjord było purytańskim miejscem, nagość stanowiła tabu, a na fatalnej jakości zdjęciach w „Coctailu” ledwo dało się odróżnić sutek od pępka.

Brora i Franka Idara aż skręcało z zazdrości, kiedy starszy sąsiad pewnego dnia przybiegł, unosząc triumfalnie w dłoni chusteczkę wypełnioną pierwszym nasieniem. Oni sami miesiącami nosili w portfelach prezerwatywy, które zostały po handlu z rybakami, i nie widzieli realnych szans na ich rozpakowanie.

Jako pierwszemu szczęście dopisało Brorowi. Miał piętnaście lat i nie wspomina tej chwili jakoś szczególnie. Zarzeka się, że na ocenę przeżycia nie wpłynął Frank Idar, który chcąc sprawdzić, czy przyjacielowi nie dzieje się krzywda, wpadł i zapalił światło, zakłócając schadzkę na dywaniku z gałganków w najciemniejszym zakątku piwnicy. Bror sam by tak zrobił. Kiedy młody Amundsen wyjeżdżał uczyć się dalej jako osiemnastolatek, Frank Idar już skończył szkołę i zamiast dra til sjøs, pójść w morze, szybko poszedł na dno i nie wypłynął.

– Wyrośliśmy z siebie – mówi Bror, układając w odpowiedniej kolejności fotografie sprzed garażu. Pamięta, że spotykał przyjaciela za każdym razem, kiedy wracał do domu, czyli dwa razy w roku: latem i na święta. Pod koniec życia sąsiad mieszkał w piwnicy własnego domu w odcieniu musztardy, który dzisiaj stoi zarośnięty, z zabitymi drzwiami i czarnymi oknami. Zapił się. Zniknął. Czterdziestojednoletniego Franka Idara pochowano w jednoosobowym grobie na skraju cmentarza. Bror nie potrafi wyjaśnić, dlaczego nie przyjechał na pogrzeb.

*

Na fali rozwoju lokalnego przetwórstwa ryb i poczucia wspólnoty Ibert postawił drugi, większy kiosk w miejscu pierwszego. A potem zbudował trzeci.

– I to był największy błąd w moim życiu – przyznaje teraz. Żadne z dzieci nie chciało bowiem przejąć rodzinnego interesu. Mówią, że nawet gdyby któreś z nich się zdecydowało, to ojciec i tak do końca swoich dni by zarządzał i nigdy nie można byłoby się uwolnić od jego zasad. Z perspektywy nowego pokolenia Kjøllefjord to już tylko glosa do rzeczywistości, miejsce, do którego się przyjeżdża, ale z którego prędzej czy później trzeba wyjechać. Bror jako pierwszy jasno powiedział, że nie wraca. Nie chciał takiego życia.

– Myśmy wszystko robili dla dzieci. – Ibert siada na kanapie po popołudniowej drzemce, którą ucina sobie, leżąc na poduszce wyhaftowanej przez Kitty pół wieku temu. Ona niezmiennie łagodnym spojrzeniem patrzy ze zdjęcia w ramach. – Niektórzy moi koledzy przez lata żałowali, że ich dzieci zdobyły wykształcenie, bo potem już nikt nie chciał wracać do domu. Kitty i ja byliśmy pewni, że z naszej piątki chociaż jedno zostanie, a my na emeryturze zamieszkamy w przybudówce, żeby nie zabierać miejsca w domu. – Obok zdjęcia żony wisi pięć fotografii przedstawiających jego dorosłe, ale jeszcze młode dzieci. – Erling i Tone są nauczycielami, znaleźliby pracę w szkole, Bror jest inżynierem, więc mógłby pracować na łodziach, Liss została ekonomistką, mogłaby pracować w księgowości, w banku, a Elin jako fryzjerka spokojnie znalazłaby głowy do strzyżenia. Nikt nie wrócił. Myśmy tu budowali warsztaty i miejsca pracy, ale ci zdolni nigdy nie wracali. Ta cała powojenna odbudowa była na nic. Przegraliśmy.

A potem przychodzi lato 1986 roku, to, do którego Ibert zawsze prędzej czy później dociera w swojej narracji. Wracają z Kitty z wakacji w dalszym ciągu spędzanych na Północy, ale już tam, gdzie liściaste drzewa sieją się same. Właśnie kończy się sezon na moroszki, bażyny, jagody i inne owoce, które wszyscy północni zbierają i pakują w słoiki na resztę roku. Zbieranie jagód to jedno z ulubionych zajęć Kitty. Jest wtedy na powietrzu, nikt do niej nie mówi i robi coś pożytecznego. Pulsuje jej w skroniach, ale komu nie pulsuje po piątce dzieci i tylu latach nieustannej pracy. W Kjøllefjordzie nie ma żadnego specjalisty, żeby się poradzić. Przejdzie, przecież właśnie intensywnie odpoczywali.

W nocy Kitty Amundsen dostaje zawału. Helikopter zabiera ją nie do tego szpitala, co trzeba, bo zamiast bezpośrednio do Tromsø, gdzie byłby kardiolog, leci do Hammerfestu. Kobieta odzyskuje jeszcze przytomność, uspokaja dzieci przez telefon, ale drugi zawał zabiera ją na dobre.

Dzień później Ibert transportuje trumnę ze swoją żoną z powrotem do Kjøllefjordu na pokładzie hurtigruty. Bror dosiada się po drodze. Reszta dzieci czeka na lądzie.

– Jak przyjechaliśmy do domu, to ojciec nie chciał leżeć sam w łóżku i zapytał, czy ktoś zechciałby z nim spać – opowiada Bror. – I tylko ja się zdecydowałem. Leżałem na miejscu mamy i przez całą noc nie zmrużyłem oka. Nie byłem przyzwyczajony do tak bliskiego kontaktu z własnym ojcem. Pamiętam, że spał tak cicho, że kilka razy nachylałem się nad nim, sprawdzając, czy w ogóle oddycha.

Ibert nie pamięta okresu zaraz po śmierci żony. Nagle okazało się, że kończy sześćdziesiąt trzy lata, chociaż nie mógł sobie przypomnieć, żeby kiedykolwiek obchodził sześćdziesiąte drugie urodziny.

– Miałem przed sobą pustynię i żadnego pomysłu, co począć – mówi. – Mogłem zwariować albo się zabić, ale nie chciałem robić wstydu dzieciom.

Wdowiec w kółko czytał listy od żony i płakał. Korespondencji nie było wiele, bo rzadko się rozstawali, ale opisana w nich zwykła codzienność w paru zdaniach przywracała wszystkie szczegóły w najbardziej bolesny sposób. Mieszczące się na jednej stronie oszczędne w słowa listy pewnego dnia po prostu spalił. Dzisiaj nie wie, czy chciałby je z powrotem.

Najbardziej wyraźne wspomnienie z okresu po Kitty wiąże się z Gildetun, tą kawiarnią po drodze, do której zawsze wstępowali na wakacjach. Ibert pojechał tam sam, ale już nie pamięta, jak i po co.

– Wszedłem do łazienki i zacząłem wyć – mówi, biorąc łyk zimnej wody, a jego chwilowe milczenie zagłusza kilkakrotnie zegarowa kukułka. – Płakałem tak strasznie, że nie mogłem się uspokoić – znowu robi dłuższą pauzę. – A potem umyłem twarz, wróciłem do baru i zamówiłem kawę. Naprawdę załamałem się dopiero na cmentarzu, gdy zobaczyłem, że grawer zmienił jej drugie imię z Cecilie na Cicelie. Odtąd nie płakałem już nigdy.

Ibert Amundsen wyprowadził się z Kjøllefjordu w 1987 roku. Sprzedał kiosk i dom, czego pożałował już, ścinając pierwszy zakręt swoją hondą w kolorze stalowego nieba. Nie przestał żałować tej decyzji do teraz. Śmierć Kitty była na swój sposób końcem rodziny. Żadne z pięciorga dzieci przez lata potem nie przyjeżdżało do Finnmarku.

– Dla mamy nigdy nie było w domu miejsca. To ojciec zawsze przejmował słuchawkę telefonu, pisał listy, a ona dopisywała tylko kilka linijek pod spodem – wspomina Bror.

Kitty nigdy nie miała żadnej przyjaciółki, nie malowała się, nie czytała książek. Nie pozostał po niej żaden ślad, poza metalowym pudełkiem po herbacie, które podarowała synowi opuszczającemu dom w połowie lat sześćdziesiątych. Włożyła tam przybory do szycia, żeby przyszywał guziki i prezentował się, jak należy. To pudełko towarzyszy Brorowi do dziś w każdym miejscu, do którego przeprowadza się na dłużej. Przez dwadzieścia lat mieszkał w Oslo, przez kolejne dziesięć na Spitsbergenie. Wie, skąd pochodzi, ale nie jest pewien, gdzie jest jego miejsce.


[^]

– Znałeś swoją mamę? – pytam.

– Chyba nie.

– A ona znała ciebie?

– Też nie. W dorosłym życiu nie było miejsca, żebym mówił, co robię, bo ojciec zabierał całą uwagę. Robi to do dziś.

Dawny dom przy Kirkegacie jest teraz biały, zadbany, właściciel dobudował dwa balkony, ale garaż nadal pokrywają resztki niebieskiej farby, którą Bror zachlapał sobie nowe spodnie dzwony kilkadziesiąt lat temu. Drzewa, które zasadził z ojcem w latach pięćdziesiątych, sięgają już prawie pokoju Lisy z Bullerbyn. Amundsena juniora nigdy nie interesowało, kto tam zamieszkał.

*

Nie wszyscy wychowani na Północy chcą wyjechać. Tu mają wszystko, ryby, powietrze, moroszki. Gdzie indziej powietrze jest gęste, ryby pływają w mule, a cukru we wszystkim nadmiar. Zimno ogranicza zapotrzebowanie na bodźce, przedmioty i rozterki. No i wody z kranu nie trzeba chłodzić w lodówce, bo od razu leci lodowata. To, co z morza, to tutaj świętość. To dlatego też na Północy dwukrotnie i najbardziej zdecydowanie odpowiadano „nie” w referendum o członkostwo w Unii Europejskiej, bo rozporządzenia urzędników z Południa mogłyby zachwiać ten odwieczny porządek. Skoro tak stąd mentalnie daleko do Oslo, to co dopiero do Brukseli. Do dziś wiele osób jeździ z naklejkami Nei til EU (Nie dla UE) na samochodach.

Mimo że w sezonie Kjøllefjord nie wypełnia się już tak szczelnie łodziami z innych części wybrzeża, w porcie ciągle coś się dzieje. Wejścia do niego strzegą trzy kamienne postaci kobiet ze skrzyżowanymi na piersiach rękami, każda z woalką z ptasich kup i zatroskaną twarzą. W portach często stawia się pomniki żonom czekającym na mężów, głównie w hołdzie tym, które się nie doczekały.

Jan Erling Akselsen, rybak z pięćdziesięcioletnim stażem, ma jedną odpowiedź na pytanie, jak się żyje na morzu:

– Zapytaj moją żonę.

A Evy, żona, patrząc przez całe życie w tego jednego mężczyznę, odpowiada krótko: „Wracał, jak wracał”. Nigdy nie opowiadał ze szczegółami, jak to jest na morzu, nie mogła się więc bać czegoś, czego nie znała.

Jan Erling to przyjaciel Brora z dzieciństwa, jedyny z Kjølle­fjordu, z którym Amundsen utrzymuje stały kontakt. Przyjaciel skończył siedem klas podstawówki i potem poszedł w morze. Tak jak dziadek i ojciec. Od zawsze wiedział, co chce robić, i teraz nie żałuje ani jednego dnia spędzonego na łodzi. Nie bał się, mimo że sporo kolegów ginęło. Dobrze pamięta, jak jego ojciec stracił dwóch pracowników, którzy w panice powypadali za burtę, kiedy na pokładzie wybuchł pożar.

 

– Najlepsze w byciu rybakiem było to podekscytowanie, współzawodnictwo, kto złowi więcej. – Jan Erling ma na twarzy całą sieć rzek i ścieżek ułożonych z własnych naczyń krwionośnych, z metr dziewięćdziesiąt wzrostu i dłonie, którymi z łatwością mógłby chwycić kilkukilogramowego dorsza. – Odkąd wprowadzili kwoty, to wyłowi się, ile można, i albo trzeba od kogoś odkupić jego przydział, albo czekać do następnego sezonu.

Kwoty na odłów dorszy liczone w tonach ustala się odgórnie co roku, a zależą głównie od wielkości kutra. Swój przydział można sprzedać i zarobić na tym miliony koron.

Jan Erling jako mieszkaniec Finnmarku nie jest przyzwyczajony do posiadania, nie nawykł do obrotu pieniężnego, bo tutaj od zawsze wymieniało się ryby na przysługi, a dzielenie się było naturalną formą podtrzymywania więzi. W 1996 roku został norweskim rybakiem roku, o czym informuje statuetka ustawiona na białym pianinie w jego domu. W obliczu laurów Jan Erling trochę się wstydzi, że nawet po pół wieku nadal cierpi na chorobę morską.

– Gdybym musiał przez całe życie chodzić do innej pracy, w której ciągle wymiotuję, to dawno bym zmienił zawód – śmieje się wygodnie zakotwiczony w fotelu z widokiem na odpływającą właśnie na północ hurtigrutę. Od lat siedemdziesiątych rodzina Akselsenów mieszka przy głównej ulicy nad zakładem fryzjerskim, naprzeciwko dawnego kiosku Amundsenów. Jan Erling do dziś pamięta Iberta co rano pieczołowicie odśnieżającego przed wejściem, zeskrobującego śnieg do samej ziemi łopatą, która hałasowała na całą okolicę. Wszyscy wiedzieli, że tego samego oczekiwał od swoich synów, dlatego Jan Erling rozumie, dlaczego Bror do teraz bojkotuje wszelkie odśnieżanie, do życia wybierając miejsca, gdzie albo ktoś zrobi to za niego, albo gdzie wcale się tego nie robi.

Jan Erling nigdy stąd nie wyjechał na dłużej niż na wakacje do ciepłych krajów, które w Norwegii zwykło się zbiorczo nazywać Syden, czyli wszystko na południe od Hiszpanii. Jego córka jest burmistrzem Kjøllefjordu z ramienia Partii Pracy, syn policjantem, Jan Erling nie ma więc następcy. Powoli przyzwyczaja się do życia na emeryturze. Niedaleko w górach ma hyttę, drewniany domek, w którym zawsze jest coś do zrobienia. Krótkie lato to czas prac na zewnątrz, więc maluje ramy okienne na żółto, rąbie drewno i dobija wystające gwoździe. Kupił niedawno piękną łódź, nazwał ją na cześć swojej córki i zamierza podróżować po świecie z żoną, kiedy ta skończy sześćdziesiąt pięć lat i karierę w lokalnej księgowości. Jak się żyje na morzu, to potem na lądzie szybko zaczyna brakować miejsca.

Sprzedając kuter i kwoty nowym właścicielom, Jan Erling powiedział tylko, żeby nie zapominali codziennie pójść do pracy. Jego zdaniem największym zagrożeniem dla połowów jest lenistwo i to, że chce się wszystko na już, bez brudzenia rąk.

– A morze jest brudne – mówi blisko pięćdziesięcioletni Kjell Sørbø, lokalny poławiacz krabów królewskich i współwłaściciel galerii Christensen. Miarą tego, czy naprawdę było się w Kjølle­fjordzie, jest to, czy zna się Kardynała, jak tu go nazywają. Kjell zajmuje się odłowem skorupiaka, który opanował wybrzeże Finnmarku zaledwie kilkanaście lat temu, wędrując po dnie morskim z okolic Murmańska. Żerując, kraby zjadają co popadnie, a często rozprawiają się z rybami już złapanymi na haczyk. Odgryzają im głowy, przegryzają na pół i zostawiają, tak że tych się potem ani nie sprzeda, ani tym bardziej nie zje samemu. Kjell zakłada klatki z okrągłymi otworami na głębokości stu metrów, do których ofiara wchodzi skuszona przynętą, ale nie może już wyjść. Po mniej więcej dziesięciu dniach od opuszczenia pułapki Sørbø przypływa swoją czerwoną łodzią, wyciąga klatkę z dna morza i wyrzuca skorupiaki wprost na pokład. Kraby po wyjęciu z wody szybko się uspokajają, wpadają w letarg, w odróżnieniu od duszących się świszczącym oddechem ryb. Wcześniej skorupiaki zabijało się, przekrawając na pół i odłupując odnóża. Teraz za granicę wysyła się żywe, w pudełkach, przykryte tkaniną nasiąkniętą wodą morską, i odlicza czas, bo na miejscu muszą być maksymalnie do trzydziestu godzin. Za kilogram dużego kraba Kjell dostaje sto dwadzieścia koron norweskich, za małego osiemdziesiąt.

– Grunt, żeby krab był świeży – wyjaśnia, pakując nową porcję przynęty do klatki, po którą przypłynie za parę dni. Łódź prowadzi w berecie z kutasikiem, jak przystało na szanującego się kuratora wystaw. Codziennie o siedemnastej, kiedy hurtigruta ogłasza swoje przybycie syreną, on już czeka w porcie i zaraz potem na rufie pokazuje turystom świeżo wyłowione kraby. Panie swoim zwyczajem piszczą, panowie udają, że obezwładniliby skorupiaki gołymi rękami, a dzieci chciałyby je pogłaskać, mimo że oszołomione dziesięcionogi próbują uszczypnąć. Te szczypce potem leżą na stołach na specjalne okazje, razem z odciętymi odnóżami, rozkrawane nożyczkami, smarowane majonezem i zagryzane białym pieczywem. Tułowi z oczami się nie jada.

*

Za każdym razem, kiedy Bror Amundsen zjawia się w Kjølle­fjordzie, Jan Erling wita go kawałkiem suszonego dorsza albo wędzonego po domowemu dzikiego łososia. Ten dziki to od lat już największy rarytas – odkąd niemal całe wybrzeże Norwegii usiane jest metalowymi klatkami wypchanymi łososiem hodowlanym. Kiedyś nie było rozróżnienia, łosoś to był łosoś, więc gdy się znało dobrze lokalne wody, od razu było wiadomo, gdzie zarzucić sieć. Od lat siedemdziesiątych zaczęła się w Norwegii masowa hodowla, a największym producentem w tym regionie jest firma Grieg Seafood z siedzibą w Bergen, która w samym tylko Finnmarku produkuje rocznie około trzydziestu tysięcy ton łososia i zatrudnia przeszło dwieście osób. Na fermie w Øksfjordzie w zachodnim Finnmarku, dokąd dojeżdża jeden autobus dziennie, nie zatrzymując się na żadnym zdefiniowanym przystanku, ryby karmi się w matfisk, czyli rybnej stołówce. Tutaj łosoś żyje nie dłużej niż dwa i pół roku, i do tego czasu powinien ważyć średnio pięć i pół kilo. Produkcja przebiega według planu, a dobry plan to gwarancja opłacalnej produkcji. Narybek przypływa statkiem i jest wpuszczany do klatek w zatoce. Każda klatka ma średnicę dziewięćdziesięciu metrów, mieści dwadzieścia pięć kilogramów ryb na metr sześcienny i przykrywa ją namiot z siatki chroniącej przed ptakami. Skupiska klatek tworzą tak zwane lokalizacje, a każda z nich ma średnio jednego–dwóch opiekunów, akvatekniker.

1 Akvatekniker:To osoba ubrana w odblaskowy kombinezon z nożem przy pasku i latarką w kieszeni, kalosze z podwójną podeszwą i gumowe rękawice, umiejąca prowadzić łódź motorową w każdych warunkach pogodowych.Nadzoruje karmienie ryb w klatkach.Pracuje na dwutygodniowe zmiany, mieszka w baraku robotniczym i nie ma przy łóżku lampki do czytania.Wstaje o wpół do siódmej siedem dni w tygodniu, a za minutę siódma dopala ostatniego papierosa i rusza na swoją lokalizację.Dzień pracy zaczyna od opłynięcia wszystkich klatek, sprawdzenia, czy żadna z konstrukcji się nie przechyliła i czy nie ma w sieci jakiegoś zaplątanego ptaka, którego trzeba dobić.Raz w miesiącu przed karmieniem waży ryby. W tym celu usypia pięćdziesiąt odłowionych sztuk i wrzuca je do kontenera, gdzie zaraz zaczynają pływać do góry brzuchami. Proporcje niebieskiego środka usypiającego dobiera starannie, żeby ryby nie pozdychały.Na koniec każdego dnia drukuje raport:ile ryb padło,ile ryb zostało wykarmionych.

2 Akvatekniker przestrzega zasad bezpieczeństwa i higieny pracy:Żywe ryby chwyta gołymi rękami.Martwe ryby:chwyta w gumowych rękawicach,wybiera z dna zbiornika codziennie o czternastej,mieli w specjalnym młynku, gdzie są rozpuszczane w kwasie mrówkowym.Sam rzadko kiedy je ryby.

Jeśli ryba nie pływa z ławicą, porusza się za wolno albo nie je, to się nie nadaje. Kończy wtedy uderzona w głowę o coś twardego. Rybia karma to mieszanka sprasowanej soi i oleju rzepakowego z rybim tłuszczem, strukturą przypominająca kocie chrupki. Karma jest transportowana z silosów długimi rurami i wyrzucana w regularnych odstępach na powierzchnię klatek. Na ich dnach zamontowano kamery. Przesyłany z nich obraz akvatekniker śledzi na monitorze komputera. Ryby powinny mieć spokój, żeby zjadać dziennie pięć ton karmy na klatkę, a najlepiej, żeby jadły całą dobę, w czym pomaga podświetlanie klatek w nocy. Stłoczone łososie mają mniej ruchu, dlatego osiągają większą wagę w krótszym czasie.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?