HenTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Pewnie. Z bezradności – odpowiadam już prawie przez sen.

– Dobrze robisz.


[^]

Kukułka kuka dwa razy. Na Parkgacie (ulicy Parkowej) w Tromsø pada teraz drobny śnieg, osadzając się na krzakach, od których ulica wzięła nazwę. Jest połowa maja. Norwegia właśnie świętuje hucznie dwusetną rocznicę ustanowienia swojej konstytucji.

Na wrzesień Ibert planuje podróż promem do Kjøllefjordu z okazji okrągłej rocznicy własnych urodzin. On i jego w większości emerytowane już dzieci. Na Północy będzie wtedy środek grząskiej jesieni.

*

Przez Kjøllefjord się nie przejeżdża. Tu kończy się droga, więc o skręcie na nią trzeba postanowić dwieście trzydzieści kilometry wcześniej w Lakselv, przy skrzyżowaniu na trasie europejskiej E6. Po skręcie nawet nie bardzo jest gdzie zawrócić. Przez sto kilometrów w środku lata spotka się tu trzy samochody, trzysta reniferów i jedną dziką owcę. Wtedy też wzdłuż szosy nadal leży brudny śnieg, a krajobraz składa się głównie z szarych kamieni spowitych tumanami gęstej mgły, pędzącej z jednej doliny w drugą. Łatwo się tu poczuć jak zdobywca kosmosu, który nie dość że bezpiecznie wylądował, to od razu znalazł wodę. Niezachodzące słońce odbija się w małych jeziorkach, zatokach, fiordach i czym tam jeszcze, co pozostawił po sobie cofający się lodowiec. Żadne wołanie o pomoc nie zostanie tu usłyszane, nawet jeśli komuś przyszłoby do głowy krzyczeć. Przed drogą asfaltową był tu szuter, którego resztki widać jeszcze wzdłuż pobocza w postaci zarośniętej ścieżki. Kiedyś w takich warunkach łatwo było oberwać w przednią szybę kamieniem, więc stosowano metodę podjeżdżania jak najbliżej do samochodu z naprzeciwka, by kamień nie miał szans wylecieć spod kół. Nie każdy znał jednak tę technikę i wielu, widząc samochód zjeżdżający na środek drogi, odruchowo wypadało na pobocze. Podczas nocy polarnej, kiedy na nieosłoniętej jakimkolwiek drzewem krętej asfaltowej drodze śnieg sypie ze wszystkich kierunków naraz, szosę po prostu się zamyka. Szlaban spuszczony, a obok tablica informująca o godzinach zbiórki. Zwykle pierwszy kurs odbywa się o piątej trzydzieści rano, a ostatni koło wpół do jedenastej w nocy. W sumie kilka na całą dobę. Pług przecierający szlak miga na pomarańczowo, a za nim suną w kolumnie samochody na przeciwmgielnych. Kierowcy patrzą w światła poprzedzającego pojazdu i dla własnego dobra nie myślą o niczym.

Finnmark to znajomość zasad. Klimat jest tu surowy, zwierzyna płochliwa, a ludzie, jak już pytają, kim jesteś, to chcą wiedzieć do trzeciego pokolenia. Zagaduje się tu każdego i na każdy temat. Lato oznacza tu średnio plus dziesięć stopni i wicher. Kiedy czasem w okolicach Oslo narzekają, że jest tylko dwadzieścia kresek i że co to za lato, to w Finnmarku przy tej samej temperaturze utyskuje się na gorąco i planuje odwrót na Południe. Na Południu chodzą żarty, że przy minus czterdziestu północni zamykają okna w sypialni, przy minus dziesięciu zdejmują kurtki puchowe, przy zerze piją piwo na zewnątrz, a przy plus dziesięciu otwierają sezon kąpieli w naturalnych akwenach.

To nie są żarty.

W najlepszych czasach w Kjøllefjordzie mieszkały dwa tysiące osób. Teraz jest połowa. Młodzież już w latach sześćdziesiątych wyrywała stąd do świata, czyli w okolice Oslo, mimo że w ogłoszeniach o wynajmie pokoi pisano „Nie dotyczy północnych”. Tak też jest dziś – jak się nie zacznie pracy na morzu jako nastolatek, to prędzej czy później się wyjedzie. Ryby to smród, zimno, przewiane kości, nadwerężone kręgosłupy i twarze wydrążone słonym wiatrem, niezależnie od tego, czy ma się posturę gryzonia czy tura.

Jako że natura nie lubi próżni, w morze idą głównie pracownicy z krajów bałtyckich, i to w dużej mierze oni każdego roku wczesną wiosną mocują za ogony miliony wypatroszonych dorszy na drewnianych stojakach wzdłuż całego północnego wybrzeża. Świeże ryby wiesza się, kiedy jeszcze jest w miarę zimno, żeby w tym pierwszym stadium nie oblazły ich muchy, i zdejmuje latem. W pierwszych dniach, nawet mimo wiatru, wszędzie unosi się duszący odór, którego mieszkańcy nie czują, a który w żołądkach przyjezdnych wywołuje niepokój. Głowy z zaschniętymi oczami i wykrojonymi językami zwisają wiązane w korale, z których po zmieleniu powstanie mączka. Wysuszone wiatrem i wyśmierdziane w kraju pochodzenia mięso, po kilkunastu tygodniach zacznie przypominać kruchą podeszwę i niedługo potem, starannie zapakowane, wyśle się je jako delikates do krajów pachnących lasem.

Dla Brora Amundsena suszona ryba to zapach i smak dzieciństwa, mimo że jako osiemnastolatek wyjechał z Finnmarku i już nigdy nie wrócił na stałe. Drugi w kolejności syn Iberta przyszedł na świat trzy lata po zakończeniu wojny i z tego, co mówiono, wynika, że jego pojawienie się na świecie było pewnym zaskoczeniem. Pierworodny Erling Arthur otrzymał imiona po obu dziadkach, tym samym jego urodzony rok później brat z braku innych imion został Ibertem juniorem. Dla odróżnienia zaczęto go jednak nazywać Bror, czyli brat. I mimo że Bror jest już na emeryturze, pozostał bratem dla swojego ojca, siostrzenic, znajomych rodziny i dwóch kolejnych żon.


[^]

Kjøllefjord od pierwszego momentu przypomina arktyczne Bullerbyn. W pierwszym polskim wydaniu książki Astrid Lindgren na jednej z ilustracji są trzy zagrody, które z niewiadomych powodów zbudowano bardzo blisko siebie. Gdyby narysować Kjøllefjord, budynki układałyby się podobnie, mimo że nie dzieliłyby ich dorodne drzewa. W książce domy dziecięcych bohaterów są czarno-białe, więc ich kolory można było sobie wymyślić. W Finnmarku po wojnie wszystkie budynki malowano na bardzo intensywne barwy, żeby ożywić ten kamienny krajobraz, przykryty zielenią raptem przez trzy miesiące w roku. Co prawda w letnim niezachodzącym słońcu mlecze wyrastają tu na metr, a koniczyna przypomina bardziej łopian, ale arktyczna zima nadal rozciąga się w nieskończoność i tylko przy bezchmurnym niebie bywa jaskrawozielona. Szary na starych zdjęciach dom Amundsenów przy Kirkegacie (ulicy Kościelnej) w rzeczywistości był błękitnym budynkiem o białych oknach i białym płocie.

– Wyrośliśmy z końmi. – Bror o swoim dzieciństwie opowiada barwnie jak mała Lisa, tyle że on o ojcu nie mówi „tatuś”. Pamięta, że wczesnym latem zwierzęta chodziły wolno i znikały w górach, a później na jesień zaganiali je starsi chłopcy. Stajnia znajdowała się obok domu i konie często przychodziły pod drzwi, bo mama rzucała im obierki z warzyw. Trzymała je w pojemniku po cukierkach, który miał kształt wiaderka. Konie, znając ten kształt i widząc kogoś idącego z pojemnikiem, śledziły go i podszczypywały, jeśli nie chciał się podzielić. Ulubieńcem wszystkich dzieci był Sokken, czyli Skarpeta, koń o białych pęcinach. W Kjøllefjordzie rzadko bywał lekarz, nie wspominając o weterynarzu, dlatego złamana noga oznaczała koniec pracy i koniec w ogóle. Kiedy tylko dzieci się dowiedziały, że zwierzę ma zostać zastrzelone, zaplotły mu na grzywce warkocze, żeby tę śmierć po swojemu zjednać. Bror widział z ukrycia, jak nieznany mężczyzna przyłożył koniowi do głowy narzędzie, które powaliło go jednym uderzeniem. Koń stał spokojnie i się nie wyrywał. Bror płakał, ale rozumiał, że nikogo nie stać na zatrzymanie niesprawnego zwierzęcia. Ojca nie było na miejscu. Przy zdejmowaniu skóry strasznie śmierdziało krwią. Bror nie wie, co stało się z mięsem, ale jest pewien, że nie poszło na zmarnowanie.

– Do dziś bardzo lubię zapach końskiego gówna – powtarza, szczególnie podczas słuchania płyt z końcówki lat pięćdziesiątych, kiedy na fortepianie grywało się z zadartą nogą. Sam nie gra na żadnym instrumencie. Próbował na rogu tenorowym, ale szło mu fatalnie.

Bror strasznie zmarzł, kiedy jechali z ojcem zakopać Księcia w tym kamiennym pustkowiu, bo wełniany sweter, który miał wtedy na sobie, już doszczętnie nasiąkł deszczem. Ibert milczał zacięty. Syn siedział cicho. Koń bezwładnie szurał po wertepach. Teraz Bror nie mówi już, że kiedyś nienawidził ojca. W pamięć wyraźniej wryły mu się po prostu trudne momenty, nie te, gdy czuł z nim bliskość. Woli wersję, że Ibert jest produktem czasów, których reguły kazały co jakiś czas bić synów i wymagać od nich więcej niż od innych, z wyłączeniem siebie, bo dla siebie ojciec nie miał żadnej taryfy ulgowej. Daleko mu do dziadka z Bullerbyn, częstującego dzieci cukierkami ślazowymi. Stary Ibert toleruje wnuki, ale już nieswojo mu w towarzystwie prawnuków. Nadal bywa wściekły. Potrafił przez lata, i potrafi nadal, wypełniać sobą każdy centymetr przestrzeni. Zabiera ją, mówiąc dużo, a jeszcze bardziej – milcząc, bo wtedy wiadomo, że jest w złym humorze. Jeśli widzi, że kogoś nie interesuje to, co mówi, zaczyna opowiadać jeszcze dokładniej. Bror nie może sobie przypomnieć mamy mówiącej cokolwiek. Ma tylko przed oczami sceny z jej udziałem, do których podłożono głos ojca. W ostatnich latach przestrzeni wokół Iberta przybywa tylko dlatego, że stracił apetyt. Siedzi z widokiem na murowaną ścianę i wybiela przeszłość, w kółko wracając do tych samych historii, w których przemilcza przemoc. Raz tylko wyrywa mu się, że był surowy i bił, bo po prostu nie potrafił inaczej. Zapytany w towarzystwie syna, czy jest z niego dumny, zmienia temat. Na osobności aż się z tej dumy puszy. Bror jednak nigdy się tego od niego nie dowie.


[^]

 

*

– Ta podróż we wrześniu trochę mi nie w smak, bo wtedy nie będę mógł się już kąpać na golasa w jeziorze. – Do wyjazdu jeszcze kilka miesięcy, ale Ibert lubi mieć wszystko zaplanowane. Z roku na rok życie wokół niego toczy się szybciej, tygodnie zlewają w jeden dzień, a przeszłość rozciąga w nieskończoną mozaikę detali.

Na głównej ulicy Tromsø, pełnej witryn sklepowych, kawiarni i grupek żebraków, nestora rodziny Amundsenów widać już z daleka, bo w niewielkim tłumie jest jedyną osobą, która porusza się tak niespiesznie. Drobiąc małymi kroczkami w jego tempie, zaczyna się tracić równowagę jak na za wolno jadącym rowerze. Ibert chodzi o lasce, choć długo się wzbraniał, bo to odbiera godność. Laska ma końcówkę ze szpikulcem, który dobrze się wbija w lód, ale mimo że chodniki w mieście zimą są podgrzewane, to Ibert i tak już nieraz się wyłożył gdzieś na zakręcie. Garbi się i powłóczy nogami, dochodząc do przejścia dla pieszych, nagle jednak przyspiesza i wbiega na ulicę, uderzając mnie laską w ramię.

– Co ty się tak guzdrzesz, dziewczyno? – woła z dezaprobatą, więc wypada tylko rzucić się w pogoń, bo zielone już miga. A on, dotykając butem krawężnika po drugiej stronie, znowu zwalnia. – Widzisz, jak tu szybko światło się zmienia, trzeba się pospieszyć.

Na głównym placu miasta z pomnikiem rybaka mijamy małe targowisko, gdzie można kupić chińskie pamiątki z Norwegii, wełniane swetry, a na narożnym stoisku sok z bażyn w trzylitrowych baniakach. Ibert pozdrawia sprzedawczynię, ona odpowiada uśmiechem. W drodze do kawiarni jej historię Amundsen opowie mi z wszystkimi znanymi sobie szczegółami, nie wiedząc, że znam mijaną właśnie postać.

Baigalmaa Bekh-Ochir, ekonomistka z Ułan Bator, wybrała Norwegię, bo umarł jej mąż, a ona chciała od życia czegoś więcej. Był początek nowego milenium. Kobieta poleciała do Berlina, skąd ruszyła autobusem do Oslo, a tam wystąpiła o azyl. Wysłano ją, jak to się w Norwegii powszechnie robi, do jednego z ośrodków dla imigrantów na Północy, do Skibotn na drodze między Tromsø a Altą, gdzie z kilkudziesięcioma innymi oczekiwała na prawo pobytu, którego nikt nigdy nie miał im przyznać. Azyl dawano tylko uchodźcom z krajów ogarniętych wojną, a do tych Mongolia się nie zaliczała. Skibotn nie odróżnia się niczym od innych miejscowości mijanych po drodze. Droga jest jedna, domy przyklejone wzdłuż niej, niskie drzewa i wysokie góry. Żadnego zdefiniowanego centrum, mały sklep spożywczy, kościół, stacja benzynowa i pół tysiąca mieszkańców, którym wszędzie daleko. To właśnie oni kilkanaście lat temu głośno sprzeciwiali się obecności cudzoziemców, bo przyzwyczajeni dotychczas nie zamykać drzwi do domów, bali się, że teraz będą się tu kręcić podejrzane typy, zaburzając dotychczasowy porządek. Aage Hamnvik miał inne zdanie, a żeby dać mu wyraz, zaprosił kilka osób z ośrodka do siebie na Wigilię. Lubił ludzi, ale żył w pojedynkę, produkując sok z bażyn znany na całą Norwegię. Podczas kolacji jedna z zaproszonych spytała, czy naprawdę nikt inny nie mieszka w takim dużym domu, a Aage odparł, że nie miałby nic przeciwko dzieleniu go z jakąś kobietą, tyle tylko że żadna się dotychczas nie pojawiła. „Może któraś z was chciałaby tu zamieszkać?” – rzucił do zgromadzonych, na co podniósł się las rąk. Wśród kobiet była Baigalmaa i Aage wybrał właśnie ją. Ale wtedy po zaproszonych przeszedł szept, żeby wskazał każdą, tylko nie ją, bo jest w ciąży. „Ja już zadecydowałem” – powiedział wtedy Aage i kilka miesięcy później został nie tylko mężem, ale i ojcem. On miał siedemdziesiąt lat, ona dwadzieścia pięć.

Pierwszy raz czytałam o nim artykuł w lokalnej gazecie dla Północy, „Nordlys”. Jakiś czas później, przejeżdżając przez Skibotn, wyprzedzałam pędzącego na rowerze chłopca o mongolskich rysach twarzy, ale nie ośmieliłam się pojechać za nim. Dopiero rok później skręciłam w lewo z głównej drogi przy znaku Krøkebærsaft, czyli sok z bażyn. U celu stał wtedy biały zadbany dom, a przed wejściem siedział nie mniej zadbany staruszek o oczach dwudziestolatka. Aage od razu zaprosił na swoją werandę, gdzie przesiadywał całe lato, a po soku podawanym w nakrętce rozlał do kieliszków koniak, nazywając mnie odtąd Ilonką. Jego samego w Norwegii tytułowano „królem bażyn”, co mu najwyraźniej bardzo odpowiadało. Aage wierzył, że te cierpkie owoce podobne do jagód to cudowny lek na wszystkie choroby, byle go pić regularnie. Podczas mojej wizyty królowej i małego księcia – jak nazywał swojego syna Johna-Aagego – nie było w domu, bo udali się na wakacje do Mongolii. Ktoś musiał zostać i pilnować interesu, po sok bowiem całe lato przyjeżdżali klienci, również z zagranicy, a gospodarz rozmawiał płynnie w obcych językach. Aage w życiu był rybakiem, telegrafistą i handlarzem w Stanach Zjednoczonych, ale tutaj życie miało największy sens, w tym domu z zagraconą werandą, w rozjechanym fotelu i z rodziną, na której pojawienie się nigdy nie stracił nadziei. Siedział wtedy w czapce z daszkiem, w koszuli dobrze upiętej na brzuchu, ale pachniał wodą kolońską, nawet mimo niezapowiedzianej wizyty i nieobecności żony. W środku dnia upiliśmy się, rozmawiając o miłości i matematyce, które nie idą w parze.

Teraz, już po śmierci męża, Baigalmaa Hamnvik stoi na głównym placu obok sprzedawców pamiątek i nie chce rozmawiać o niczym innym niż o antyoksydantach, bo już dość nienawiści ją spotkało od ludzi, którzy widzieli w niej kolejną łapiącą się na małżeństwo cudzoziemkę. Ona nie uciekała z Mongolii przed biedą, tylko przed samotnością, ale nie musi się z tego tłumaczyć. Mówi, że ci, którzy wypisują w internecie obelgi pod jej adresem, nigdy pewnie nikogo nie kochali. Nie dalej jak pół roku wcześniej Aage wyszedł z domu lekko ubrany tylko na chwilę i zasłabł. Przewrócił się na lodzie i stracił przytomność, a ani żona, ani kilkunastoletni syn nie byli w stanie go unieść. John-Aage położył się więc obok ojca, ogrzewając go własnym ciałem aż do przyjazdu ambulansu, na który na Północy zawsze bardzo długo się czeka. Aage po zawale wrócił do domu i pewnego dnia po prostu się nie obudził. Baigalmaa nadal produkuje sok. Ibert kupuje go z przyzwyczajenia, bo w domu pije tylko tę wodę z lodówki. No i kawę, ale to na wychodnym.

W kawiarni Hansens Ibert Amundsen ma swój stolik przy oknie, swoją ulubioną dziewczynę za kontuarem i ceremoniał picia kawy rozciągnięty na kilka godzin. Typowa kawa tutaj to mocna i czarna. Trzyma się ją w termosie i podaje w białej wąskiej filiżance. Zazwyczaj kosztuje dwadzieścia koron, a dolewka albo połowę, albo wcale. Ibert dostaje gratis, bo dopełnia zawsze tylko dwie trzecie. W kawie zanurza kostki brązowego cukru, a wzrok w gazecie albo rozmówcy. Czasem, mówiąc, wypluwa bezwiednie kawałki jedzenia, więc resztki płynów spływają po jego głębokich zmarszczkach jak topniejący śnieg z gór w okolicy. Często zdarza się, że nagle ktoś go rozpoznaje w tej kawiarni, jakaś przystojna kobieta, która jako zasmarkane dziecko bawiła się z jego córkami. Ibert pamięta wszystkich, bez kłopotu dopasowuje twarz do adresu i zaczyna nową opowieść, ignorując swojego poprzedniego rozmówcę. Odwraca się po prostu na krześle i tak tkwi przez kilka godzin, nie marnując czasu na przedstawianie sobie dwóch stron. Kiedy już po jakimś czasie zaschnie mu w gardle, odstawi krzesło na miejsce i wróci na tory wcześniejszej historii.

Ibert miesza opowieści jak cukier w kawie. Gwałtowny kaszel sprawia, że nagle przypomina sobie lata pięćdziesiąte, kiedy sam charczał po niedoleczonej gruźlicy i właśnie pochował ojca z powodu tejże. Wiedział już, że nie starczy mu płuc na morze, kupił więc taksówkę. Dzieci rodziły się jedno po drugim i trzeba było wydłużyć godziny pracy. Samochód to był w tym czasie ogromny wydatek, ale zajęcie opłacalne ze względu na duże zapotrzebowanie na transport. Telefon dzwonił, Kitty odbierała, a Ibert jeździł w podane miejsca.

Ten w Tromsø rzadko się teraz odzywa. Bror melduje się w niedzielne przedpołudnia i sam przyznaje, że woli rozmawiać z ojcem w ten sposób, bo wtedy ma szansę dojść do słowa i rozmowa tworzy coś na kształt dialogu. Kiedy siedzą obaj w mieszkaniu Iberta, po kilku godzinach Bror robi się nerwowy. Musi się wtedy przejść, a najlepiej iść prosto do kina, żeby się oderwać do tego, co mówi ojciec. A potem i tak zawsze wraca. Między ludźmi, tak jak z przypadkowymi duchami przeszłości w kawiarni Hansens, Ibert jeszcze wypuszcza drobne listki. Zamknięty sam w domu, patrząc na dwie obrączki na prawej dłoni, więdnie. Stopniowo też odgradza się od świata za dźwiękoszczelną ścianą wyłączających się stopniowo uszu. Słyszy to, co chce słyszeć. Świat zawsze kręcił się wokół niego, teraz jemu kręci się w głowie, często traci równowagę. Zejście do garażu w piwnicy, gdzie stoi honda rocznik ’86, to już większa wyprawa. Jeszcze do niedawna siadał za kierownicą, ale już od jakiegoś czasu boi się jeździć. Na kilka miesięcy przed dziewięćdziesiątymi urodzinami oficjalnie przekazał samochód Brorowi, który miał tylko obiecać, że będzie go garażował. Syn jednak nie ruszył samochodu, bo zarzekał się, że to jakby ojca od razu wysyłać na śmierć.

Honda Iberta ma wciąż porządny lakier w kolorze zachmurzonego nieba, mnóstwo kolorowych naklejek na karoserii, równo poukładane kasety z przebojami Leonarda Cohena i fińskiej wersji ABBY oraz wszelkiego rodzaju zwisy z lusterek. Ten samochód jest jak mieszkanie starego Amundsena: to pstrokaty skansen przedmiotów, mających wartość głównie dla właściciela, które wraz z jego zniknięciem staną się zbiorem zakurzonych durnostojek, niechętnie przyjmowanych nawet przez Armię Zbawienia.

– Cóż mogę powiedzieć. Już na nic nie czekam. – Ibert zerka na ostatnią stronę gazety z prognozą pogody. Trącił kubek i resztka zimnej kawy zalała prognozę dla południa kraju. W Kjøllefjordzie jutro słońce i cztery na plusie. W Tromsø natomiast zachmurzyło się na dobre i nic tylko czekać na wiosenny śnieg, bo resztki tego zimowego nadal czernieją w nieuczęszczanych zakamarkach. Arktycznej wiosny nie zwiastuje zieleń, ale przylatujące z południa ptaki, których w maju jeszcze nie słychać. Dojście do domu zajmie Amundsenowi około godziny, mimo że to raptem kilkaset metrów. Na Parkgatę idzie się stromo pod górkę, więc Ibert za każdym razem odpoczywa dwa razy, pierwszy raz na przystanku autobusowym koło supermarketu sieci COOP, a drugi przy wejściu do nieczynnego banku na rogu Fredrik Langes gaty i Vestregaty. Zbliżając się do pierwszego, nagle znowu podbiega.

– Ławkę nam zajmą!

Gonię za nim, a za chwilę już siedzimy i obgadujemy ludzi wychodzących ze sklepu. Ibert nie może zrozumieć, dlaczego wszystkie dziewczyny chodzą teraz w eleganckich płaszczach i butach do biegania. Ja zwracam mu uwagę na delikatnych chłopców we fryzurach à la Hitlerjugend, a Ibert się śmieje, że w takich dżinsach tyłki by im porządnie zmarzły, jakby mieli znowu palić Finnmark, i że broda u mężczyzny to ma rosnąć w dół, a nie na boki. Siedzimy pod zadaszeniem, zimny wiatr wieje po kostkach, Ibert trąca mnie w policzek palcem wskazującym i pluje na oślep.

– Nie cieszysz się na tę wyprawę z okazji urodzin? – rzucam w jego stronę, kiedy autobus zamyka drzwi i toczy się na niskim biegu pod górkę, a przystanek pustoszeje.

– Mógłbym być uprzejmy i powiedzieć, że się cieszę, ale to by nie była właściwa odpowiedź. Najbardziej chciałbym na swoje dziewięćdziesiąte urodziny zaprosić stu gości, a sam nie przyjść.

*

Pokolenie Iberta żyje według prawa Jante, pochodzącego z noweli Aksela Sandemose’a En flyktning krysser sitt spor napisanej w 1933 roku. Jante to duńskie miasteczko rządzące się zasadami, które Skandynawia przyjęła za własne. Według tych zasad nikt nie powinien:

– uważać, że jest kimś wyjątkowym;

– uważać, że jest równie dobry jak inni;

– uważać, że jest mądrzejszy od innych;

– wyobrażać sobie, że jest lepszy od innych;

– uważać, że wie więcej od innych;

– uważać, że jest kimś więcej niż inni;

– uważać, że się do czegoś nadaje;

– śmiać się z innych;

– wierzyć w to, że komuś na nim zależy;

– wierzyć w to, że może innych czegoś nauczyć.

Ten nikt to nowy, oni to społeczność z naturalną zdolnością do tłamszenia i poniżania słabszych. Według prawa Jante nie każdy jest kowalem swojego losu, bo ten los jest z góry przesądzony.

W Finnmarku wierzy się w morze, w pracę i w siebie. Jesteśmy biedni i rozrzutni, ciekawscy i tolerancyjni, naiwni i samowystarczalni, powtarzają zgodnie poproszeni o podanie jakichś cech odróżniających ich od południowców. Biedni, bo to nie oni zarabiają na łowionych i patroszonych przez siebie rybach, tylko właściciele firm z południowego zachodu kraju, którzy eksportują towar do reszty świata. Rozrzutni, bo jak już dostaną jakiś grosz, to nie po to, żeby go chować na czarną godzinę, przecież w kolejnym roku ryby mogą nie przypłynąć. Ciekawscy, bo ciągle spotykają ludzi z innych części kraju i Europy, jak to przy granicy. Tolerancyjni, bo morza i ryb wystarczy dla wszystkich. Naiwni, bo tak łatwiej w życiu, a samowystarczalni, bo i na morzu, i na śliskiej podłodze mogą liczyć tylko na siebie. To, co łączy wszystkich północnych, to też kompleks niższości i poczucie, że są niewidzialni. Zamiast jednak oskarżać innych o złe traktowanie, wypracowali autoironię, która potrafi zaskoczyć zarówno południowców, jak i cudzoziemców. To dlatego tylko ktoś z Północy mógł napisać tekst „Pieprzeni północni” i deklamować go z emfazą przy aplauzie publiczności, pomieszanym z gwizdami tych nielicznych, którzy nie zrozumieli drwiny. Północny klnie tak, że nawet bez zbitki głosek zębowych jest w stanie powiedzieć komuś wszystko o jego matce, a bycie hestkuk, czyli końskim kutasem, można tutaj odebrać albo jako obelgę, albo komplement – wszystko zależy od kontekstu lub intonacji. Północny od małego ma w głowie zdanie Det ordner seg, czyli ułoży się. W obliczu natury, która stanowi odwieczne prawo Jante Finnmarku, rzeczywiście łatwo znaleźć swoje miejsce w szeregu i nie chcieć się wychylać, bo stojąc za kimś, przynajmniej jest się osłoniętym od wiatru. Na Północy wartość człowieka od zawsze określał jego stosunek do pracy. Najlepsze, co można tu o sobie usłyszeć, to, że jest się en go’mann, czyli po prostu dobrym człowiekiem. Ibert, po latach spędzonych na rozmyślaniach, nie jest pewien, czy i jego to określenie dotyczy.

 

*

Zimą na Północy ciągle jest ciemno, a latem ciągle jasno. Przylądek Północny wieńczy metalowy globus ustawiony na pionowej skale, gdzie kończy się droga E69 i – według powszechnego mniemania – Europa w ogóle. Często skały są całkowicie spowite mgłą, oblane deszczem albo skute lodem, a wiatry szarpią przyjezdnym – chciałoby się powiedzieć, że jak liściem – ale szarpią nim po prostu jak szmatą. Tu też zimą droga jest zamknięta, bo samochody mogłyby być zdmuchnięte w przepaście zasypane nigdy nietopniejącym śniegiem. Latem sunie tu natomiast sznur kamperów z tej części świata, w której jesień życia to nie tylko zbieranie kolorowych liści w parku. Sławny przylądek, a w zasadzie Knivskjellodden, który mieści się kawałek dalej, jest najbardziej na północ wysuniętą częścią Europy, ale leży na wyspie. Łatwo to przegapić, wjeżdżając z jednego tunelu wydrążonego w skałach w drugi poprowadzony pod powierzchnią morza. W rzeczywistości najbardziej północny fragment Europy kontynentalnej leży niedaleko Kjøllefjordu, nazywa się Kinnarodden, nie prowadzi do niego żadna droga i nie ma w nim nic spektakularnego, poza tym, że jest – co miało i ma znaczenie w nawigacji morskiej.

Na wschód od globusa jadą nieliczni, mimo że Norwegia urywa się dopiero za kilkaset kilometrów. Kjøllefjord leży gdzieś pomiędzy, dlatego mało kto tam zbacza. Finnmark to kraniec. Nie ma znaczenia, skąd się patrzy, bo to nadal będzie albo daleko, albo hen daleko. Słowo hen w norweskim, jak w polskim, odnosi się do odległości, tyle że tutaj to może być równie dobrze po drugiej stronie globu, jak i za rogiem. Hen to równocześnie daleko i blisko.

Duchowni, którzy od XVI wieku zapuszczali się w nieznane ostępy Skandynawii, opisywali ten region z użyciem całej zdobytej przez lata uczonej wiedzy i, rzecz jasna, miłości bliźniego. W 1520 roku, kiedy w Wittenberdze Marcin Luter palił bullę papieską, jeden z wysłanników Leona X, biskup Erik Walkendorf, wylądował na przedmieściach piekieł, gdzie dusze tłoczyły się w niedostępnych jaskiniach, a z gardeł biednych ludzi dobywały się przeraźliwe jęki. Tam, dokąd dotarł, wisiały suche ryby, co świadczyło o nieustannej suszy, ludzie żyli po sto pięćdziesiąt lat, umieli przepowiadać nieszczęścia, a w morzach czyhały na podróżnych węże morskie z kwadratowymi głowami i wieloryby-trolle. Finnmark – jak biskup pisał do papieża – był tak dziwny, że należało oszczędzić świątobliwemu szczegółów, a tym samym zmartwienia.

Kolejne stulecia utrwaliły obraz północnych jako leniwych i zadufanych prostaków, z którymi przyjezdni urzędnicy, głównie z Danii (z którą Norwegia była wówczas w unii), nie mogli się porozumieć. Romantyzm jak to romantyzm – dostrzegł w dotychczas szczerbatych i anemicznych kobietach z Północy niezwyciężone walkirie, a w ich mężczyznach już nie śmierdzących pęcherzami pławnymi półgłówków, tylko właśnie oświeconych niezachodzącym słońcem łączników z naturą. I to romantyczne widzenie Północy zwróciło uwagę na różnorodność ludzi zamieszkujących te obszary.

Dla pokolenia Iberta to właśnie Finnmark był centrum świata. Tu było wszystko. A jeśli czegoś brakowało, to trzeba było po to popłynąć. Każda dachówka, każda skrzynia z owocami i każdy koń, czy to żywy, czy mechaniczny, od końca XIX wieku transportowane były – i w dużej mierze nadal są w ten sam sposób – na pokładach linii promowej Hurtigruten, którą nazywa się tutaj po prostu hurtigrutą. Promy płyną z Bergen do Kirkenes i z powrotem, co zajmuje im dwanaście dni. Każdego dnia dobijają do Kjøllefjordu oraz innych wybranych na trasie portów o ustalonej godzinie, jedne kierując się na północ, drugie na południe. Od wielu lat hurtigruta to też ważna gałąź norweskiej turystyki, bo trasę nazywa się najpiękniejszą na świecie. Wcześniej był to jedyny sposób, żeby w ogóle do tego świata się wydostać. Hurtig to znaczy szybko. Odkąd powstały drogi i lotniska, jest to jednak zdecydowanie najwolniejszy sposób przemieszczania się wzdłuż wybrzeża, ale pozwalający zrozumieć, dlaczego w Finnmarku nie ma się co spieszyć. Hurtigruta płynie swoim tempem i jak się z kimś umówiło kilkaset kilometrów dalej, to się dotrze za dwa dni.

– Często chodziliśmy do portu popatrzeć na zagranicznych turystów, bo nam, zasmarkanym dzikusom, zawsze rzucali jakieś cukierki – opowiada Bror, śmiejąc się, i dodaje, że niemieckie były prawie tak samo dobre jak te, które mogli kupić w Kjøllefjordzie.

W czasach, kiedy Ibertowi nadal rosły krzaczaste brwi, centrum życia i wymiany informacji w tej szerokości geograficznej stanowiły kioski, w których można było dostać wszystko, począwszy od prasy, przez płyty analogowe, książki, zegarki, nylonowe rajstopy i słodycze. Amundsenowie postawili swój kiosk w latach pięćdziesiątych i odtąd już nigdy nie wracali do domu przed dwudziestą drugą, ale za to ich dzieci były na bieżąco z najnowszymi singlami zza oceanu. Aparaty telefoniczne rodzina musiała zamontować w każdym pomieszczeniu domu, łącznie z piwnicą i pralnią, bo dzwoniły nieustannie. Rytm pracy wyznaczała hurtigruta. Bez niej żadne z trzech zajęć Iberta nie miałoby racji bytu: końmi dowoził ryby poprzekładane lodem i gotowe do dalekiego transportu, taksówką odbierał przyjezdnych i wiózł, gdzie trzeba, a przy okazji całe zaopatrzenie kiosku było uzależnione od tego, czy przypłynie prom.

Teraz nigdzie wzdłuż wybrzeża nie ma już kiosku, który należałby do prywatnego właściciela. Większość tych starych albo morze już zmyło, albo nadal stopniowo rozmiękcza chlorkiem sodu. Ten Amundsenów najpierw był mały i ciasny, ale w miarę zapotrzebowania rozbudowywał się, zwiększał zaopatrzenie, wydłużał godziny otwarcia do dwunastu i zatrudniał kolejnych sprzedawców. Dzieci pomagały, odkąd nauczyły się jako tako liczyć, a po skończeniu szkoły czekał je obowiązkowy rok pracy, zanim mogły ruszać w świat. Każdy wiedział, co i jak ma robić, a jeśli robił coś źle, to pierwszy się tego dowiadywał od ojca. Do powrotu Iberta z pracy wszelkie zabawy w Indian powinny również już zostać zakończone, ewentualne skalpy zdjęte, a wrogie plemiona siedzieć cicho przy fajce pokoju. Im dzieci były starsze, tym świadomiej unikały konfrontacji. Bror do dzisiaj nawet nie wie, jak to jest podnieść na kogoś głos. I do dziś nie może sobie wyobrazić, że miałby kiedykolwiek jeszcze stanąć za ladą.