Zaczekaj na miłość

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Projekt okładki: Pola Rusiłowicz

Redakcja: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Korekta: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Zdjęcia wykorzystane na okładce:

© Dziewul/Shutterstock

© Dmitrii Simakov/Shutterstock

© Patrizio Martorana/Shutterstock

© by Ilona Gołębiewska

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2020

ISBN 978-83-287-1257-7

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2020

Moim Przyjaciołom

w podziękowaniu za to, że są zawsze blisko

i mogę na nich polegać w każdej sytuacji

Nie wystarczy pokochać,

trzeba jeszcze umieć wziąć tę miłość w ręce

i przenieść ją przez całe życie.

KONSTANTY ILDEFONS GAŁCZYŃSKI

Spis treści

Prolog: Zapisane w zakamarkach pamięci…

Rozdział I: Nie uciekniesz przed przeznaczeniem – o ciągłym rozpamiętywaniu przeszłości, zamknięciu się w czterech ścianach, bardzo bolesnej tajemnicy i sile rodzinnych więzi

Rozdział II: Codzienność w zwolnionym tempie – o początkach nowego życia, miłym podarunku od losu, wyraźnych śladach przeszłości i nieco zapomnianej pasji

Rozdział III: Przeszłość kiedyś się upomni o prawdę – o skutkach pochopnych decyzji, męczącym poczuciu winy, szukaniu nowej drogi i braku ojcowskiej miłości

Rozdział IV: Do odważnych świat należy – o świętach jak z bajki, tradycji balu sylwestrowego na sto par, niezwykle intrygującym mężczyźnie i całkiem nowych możliwościach

Rozdział V: Nic nie jest dane raz na zawsze – o niepokojących wieściach, pożegnaniu kogoś ważnego, rozmowie pełnej emocji i gorzkim smaku kolejnej porażki

Rozdział VI: Każdy dzień jest jak wyczekiwany prezent – o rychłym ślubie, trudnej pracy przed obiektywem, wyjeździe w nieznane i kimś, kto zawsze zjawia się znienacka

Rozdział VII: Za każdym człowiekiem stoi niezwykła historia – o pochopnych oskarżeniach młodego buntownika, spotkaniu tajemniczego mężczyzny i niespodziewanej rozmowie

Rozdział VIII: Wszystko się zdarzyć może – o pozorach udanego życia, patencie na skuteczną naukę, kuligu jak za dawnych lat i powolnym kruszeniu zranionego serca

Rozdział IX: Każdy ma prawo do drugiej szansy – o nietypowej randce w śnieżny wieczór, urażonej dumie kochającej matki, zapomnianym smaku pocałunków i miłej wizycie

Rozdział X: Najbardziej niszczy skrywany latami żal – o miłej wizycie z dość kłopotliwym zakończeniem, słabości zranionego człowieka i obwinianiu się o przeszłość

Rozdział XI: Dobre chęci to jednak za mało – o problemach z otwarciem się na miłość, pułapce przepracowania, zaskakujących groźbach i wyznaniu gorzkiej prawdy

Rozdział XII: Tak trudno zdobyć czyjeś zaufanie – o niespodziewanej agresji byłego kochanka, krótkiej chwili słabości, przedślubnych rewiach mody i strachu o życie kogoś bliskiego

Rozdział XIII: Czas na mądre decyzje – o niepokojącym znalezisku, wspominaniu niesfornego ojca, próbach odbudowy nadużytego zaufania i zdobywaniu wiedzy w miłych okolicznościach

Rozdział XIV: Zapamiętaj to, co najpiękniejsze – o rozprawieniu się z kłopotliwym długiem, trudnej sztuce wspólnego życia, pogubieniu się w uczuciach i słowach dających nadzieję

Rozdział XV: Chcę być blisko ciebie – o odkrywanej powoli namiętności, zaczynaniu wszystkiego od nowa, szczęściu w rodzinnym gronie i śmiałych deklaracjach dotyczących przyszłości

Epilog: Wszyscy jesteśmy tutaj tylko na chwilę…

Z przepiśnika Basi

Słowo od autorki

Prolog


Zapisane w zakamarkach pamięci…

Lipowe Wzgórze, kwiecień 1995 roku

Czasami w zwyczajnie zapowiadającym się dniu zdarza się coś, co może zmienić całe życie. Tak było i tym razem. Poranek był wyjątkowo piękny. Wydawało się, że błogi spokój jest dosłownie na wyciągnięcie ręki. Przez niewielką szparę w ciężkich zasłonach padały promienie słońca, oświetlając jasno przeciwległą ścianę, na której wisiała galeria rodzinnych zdjęć oprawionych w złote ramki. Fotografie w różnych odcieniach sepii, czerni i bieli były bardzo stare. Dzięki nim pamięć o tych, których już nie było wśród żywych, wciąż trwała w dworskich murach. Każde z kilkunastu zdjęć stanowiło barwną anegdotę z życia przodków. To oni tworzyli historię tego niezwykłego miejsca i niepowtarzalny klimat, który dawało się odczuć niemalże na każdym kroku.

Klara miała w zwyczaju przyglądać się im wszystkim każdego ranka. Wciąż nie mogła uwierzyć, że ci wszyscy ludzie, tak samo jak teraz ona, wstawali skoro świt, by cieszyć się kolejnym dniem, spacerami po dworskim ogrodzie, czytaniem książek w cieniu starych lip, z których słynęło Lipowe Wzgórze i całe Lipowczany. Dla niej, małej pięcioletniej dziewczynki, to miejsce miało w sobie coś wyjątkowego – było przecież pełne tajemnic, niezliczonych zakamarków, urokliwych pamiątek, ciekawych opowieści, a nawet magii, którą czasem można było poczuć wokół. Marzyła zatem, by ten dwór już na zawsze był jej domem, by mogła tu mieszkać wraz z ukochaną babcią Anielą i mamą Sabiną.

Niestety, wszystko wskazywało na to, że mama i babcia nie do końca miały zamiar spełnić marzenie Klary. Właśnie kłóciły się od dobrych kilku minut, stojąc w drzwiach prowadzących na poddasze.

Aniela mimo wszystko starała się zachować spokój. Za to Sabina dreptała w miejscu i teatralnie gestykulowała. Sytuacja wyglądała poważnie, a kłótnie wcale nie były rzadkością, odkąd Sabina wraz z Klarą zamieszkały we dworze na Lipowym Wzgórzu we wrześniu ubiegłego roku. To miało być tylko na chwilę, dla podratowania zdrowia Klary. Życie, jak zwykle, podsunęło jednak inne rozwiązania i trzy pokolenia pań Horczyńskich musiały żyć pod jednym dachem, co było nie lada wyzwaniem dla Anieli i Sabiny.

– Dlaczego nie chcesz nawet porozmawiać? – denerwowała się Aniela, patrząc, jak Sabina w pośpiechu pakuje do walizki swoje ubrania i cały dobytek Klary, która, leżąc na łóżku, cały czas pociągała nosem. Wciąż chorowała, raz po raz pojawiały się u niej infekcje gardła i dróg oddechowych, które pozbawiały ją sił i radości życia.

– Mam czekać, aż mi się dziecko rozchoruje na amen? Tu jest tak zimno, że nie można wytrzymać! Myślisz, że uratuje nas jakiś rozpadający się grzejnik? Gdzie jest majster? Od wczoraj ciągle powtarzasz, że zaraz przyjedzie i naprawi piec! – krzyczała Sabina. Była naprawdę zła, bo w dodatku już drugi dzień Lipowczany z powodu groźnej burzy pozbawione były prądu. Miała wrażenie, że przeniosła się do średniowiecza.

– Jeździł dwa razy do Białegostoku po części, ale hurtownia jeszcze ich nie dostarczyła. Dzwonił pół godziny temu, obiecał, że do czternastej piec będzie naprawiony.

– Oszukujesz mnie i Klarę! Nawet dla niej nie masz litości. Naprawdę mam dosyć! – oskarżała matkę Sabina, co jakiś czas zerkając na córkę, która przykryła głowę kołdrą, nieszczęśliwa, że mama i babcia znowu się kłócą.

– Jak to oszukuję?

– Wciąż powtarzasz, że należy sprzedać dwór, ale od kilku miesięcy tu mieszkasz i jakoś nie widać, żebyś zmieniła zdanie.

– Dobrze wiesz, że niektóre decyzje nie tak łatwo podjąć, nie jesteś przecież dzieckiem – odparła zirytowana Aniela. Znała doskonale argumenty córki.

– Sprzedajesz dwór czy nie? Muszę to wiedzieć dzisiaj. Nie mogę dalej żyć w ciągłej niepewności. Od twojej decyzji będą zależały moje plany – oświadczyła groźnie Sabina.

Kto by pomyślał, że dorośli potrafią się tak często kłócić. Klarze zwyczajnie nie mieściło się to w głowie. Miała nadzieję, że wreszcie usłyszy od babci to, na co tak bardzo liczyła. Dlatego z zapartym tchem i pewnym strachem wyczekiwała słów, które mogły zmienić życie ich wszystkich. To od dawna było jej wielkie marzenie.

– Przepraszam cię, ale nie będziemy w ten sposób rozmawiać przy dziecku – upomniała ją Aniela w nadziei, że córka odpuści i da spokój.

– Ciągle mnie zbywasz. Traktujesz jak smarkulę, której można wszystko wmówić i jeszcze udawać, że sama sobie to wymyśliła. Jestem dorosła i oczekuję, że będę dla ciebie partnerem w rozmowie, że przestaniesz zachowywać się jak mamuśka, która tylko rządzi i rozkazuje! – Sabina nie mogła opanować narastającej w niej wściekłości.

 

– W porządku, skoro tak stawiasz sprawę, to ci powiem, jaką podjęłam decyzję. Być może będę jej żałowała, być może nie, życie pokaże. Nie sprzedam dworu. Zostanie w naszej rodzinie i zrobię wszystko, by go odremontować i przywrócić mu jego dawną świetność – odparła pewnie Aniela, nie chcąc przedłużać tej awantury. Kłótnie z córką bardzo wiele ją kosztowały.

Klara omal nie krzyknęła z radości, słysząc te słowa, ale w ostatniej chwili zasłoniła sobie usta ręką. Miała ochotę rzucić się babci na szyję.

Aniela poczuła ulgę, przekazując córce swoją ostateczną decyzję dotyczącą dalszych losów rodzinnego dworu. Bardzo długo analizowała wszystkie za i przeciw, jednak kluczowy okazał się argument, że za wszelką cenę musi dochować obietnicy danej przed laty swojemu ojcu, Fiodorowi Horczyńskiemu.

Przysięgła, że po jego śmierci będzie kontynuowała starania o odzyskanie dworu. A w rodzinie Horczyńskich raz dane słowo było po prostu święte.

Sabina widziała w tej decyzji jedynie same problemy. Od początku namawiała matkę, by dwór sprzedać, a uzyskane pieniądze zainwestować w mieszkania w stolicy, które mogłyby być zabezpieczeniem na przyszłość. Deklaracja matki kompletnie wytrąciła ją z równowagi.

– Nie… Nie wierzę! Czy ty naprawdę postradałaś rozum?

– Dwór od niemal dwustu lat jest w posiadaniu naszej rodziny i nie przekreślę starań poprzednich pokoleń. Zapomniałaś już, jak mój ojciec, a twój dziadek, walczył o jego odzyskanie? – spokojnie tłumaczyła Aniela, licząc na to, że córka mimo wszystko ją zrozumie.

– Jak pogodzisz to swoje światowe życie z remontem podupadłej posiadłości? Nagle to ona jest dla ciebie ważniejsza niż my z Klarą? Rzucisz wszystko i zajmiesz się zrujnowanym dworem? Dlaczego ciągle żyjesz przeszłością i sentymentami?

– Decyzja została podjęta i jej nie zmienię – ucięła Aniela, nic sobie nie robiąc ze sprzeciwu córki.

– Skoro tak, to ty tu sobie zostaniesz, a my z Klarą wyjedziemy i już nigdy więcej nas nie zobaczysz – powiedziała Sabina, chcąc dopiec matce. Ruszyła schodami na dół, a Aniela za nią. Miała nadzieję odwieść ją od myśli o opuszczeniu dworu.

Klara zwinnie wyskoczyła z łóżka. Poprawiła długą koszulę nocną i na palcach podeszła do drzwi. Upewniła się, że mama i babcia są już w salonie. Cicho i ostrożnie zeszła kilka schodków w dół i przysiadła na jednym z nich. Wcisnęła głowę między szparę oddzielającą jedną tralkę od drugiej, mając nadzieję, że nikt jej nie zauważy. Z coraz szybciej bijącym sercem przysłuchiwała się kłótni dwóch kobiet, które były dla niej całym światem. Na swój dziecięcy sposób mocno wierzyła, że jeszcze w ich rodzinie zapanuje zgoda.

Lipowe Wzgórze, lipiec 2004 roku

– Babciu, czy ty wiesz, że stąd do Indii w linii prostej jest ponad sześć tysięcy dwieście kilometrów i samolotem można je pokonać w niecałe osiem godzin? – zapytała Klara, wpatrując się, jak jej ukochana babcia Aniela wprawnym ruchem prowadzi pędzel po płótnie, na którym malowała galopujące konie.

– Niby daleko, ale i niedaleko, zależy, jak patrzeć. Chciałabyś tam kiedyś polecieć?

– Bardzo! Już nawet zaczęłam zbierać pieniądze. Mama dała mi ostatnio sto złotych za to, że posprzątałam domową biblioteczkę – przyznała z dumą dziewczynka.

– Czyli uczciwie na nie zapracowałaś. U mnie też zarobisz przy zbiorach kwiatów lipy, zaczynasz jutro rano o ósmej – oznajmiła Aniela. – Proszę, otwórz jeszcze jedno okno, bo nie dość, że na poddaszu jest okropnie gorąco, to na dodatek te nowe farby mają wyjątkowo intensywny zapach.

Klara z przyjemnością spełniła prośbę babci. Podeszła do okna, otworzyła je i z wielką dumą spojrzała na rozpościerający się przed nią dziedziniec. Była połowa upalnego lipca, na rabatach wszystkimi kolorami mieniły się rozmaite kwiaty, które były oczkiem w głowie babci Anieli. Jednak Klara największy sentyment miała do szpaleru starych lip, które rosły wzdłuż drogi prowadzącej od dworskiego dziedzińca aż do wjazdowej bramy, którą ledwo widziała z tej odległości. Kiedy była młodsza, potrafiła całymi dniami przechadzać się pośród lip i udawać księżniczkę, a dwór nazywała swoim pałacem.

Teraz miała czternaście lat, była pilną uczennicą gimnazjum i właśnie trafiła jej się nie lada atrakcja w postaci miesięcznych wakacji u babci. To wcale nie było takie oczywiste, gdyż jej matka Sabina zwykle starała się, by Klara i jej młodsza siostra Lilka jak najrzadziej odwiedzały rodzinną posiadłość. Konflikt między Sabiną i jej matką kładł się cieniem na rodzinnych relacjach. Punktów zapalnych było kilka, ale tym głównym stała się decyzja podjęta przez Anielę przed laty, by dwór zatrzymać i zająć się jego renowacją.

Seniorka rodu nie miała serca, by pozbyć się majątku, o którego odzyskanie całe życie walczył jej ojciec Fiodor Horczyński. Na wysokim wzniesieniu, zwanym Lipowym Wzgórzem, stał duży murowany dwór, którego pobielane ściany odbijały poranne promienia słońca. Gniazdo rodziny Horczyńskich. Został zbudowany na obrzeżach Lipowczan w 1820 roku przez pradziadka Anieli, znanego wszystkim szlachcica Bogusława Horczyńskiego herbu Błękitna Szarfa. Dwór, jeden z najpiękniejszych na Podlasiu, zaprojektował Henryk Spalski. Jego architektura od początku zachwycała domowników, gości i tłumy turystów, dla których posiadłość na Lipowym Wzgórzu była stałym punktem wycieczek.

Niespokojne losy rodziny Horczyńskich i ich włości zaczęły się wraz z wybuchem II wojny światowej. Gdy 17 września 1939 roku do Lipowczan weszły oddziały sowieckie, stało się oczywiste, że będzie to bardzo trudny czas dla dworu, który od razu stał się łakomym kąskiem dla najeźdźców. Po zajęciu go przez sztab dywizji właściciele wraz ze służbą zamieszkali na tyłach posiadłości, w niewielkim parterowym budynku, który od zawsze był mieszkaniem dla dworskich pracowników. W czerwcu 1941 roku do miasteczka weszli Niemcy, rozpoczęła się hitlerowska okupacja, straszne czasy dla mieszkańców Lipowczan i okolicznej ludności. Fiodor Horczyński podczas wojny zaangażował się w działania lokalnej partyzantki. Był kilkakrotnie aresztowany, wywieziony do Białegostoku i na przesłuchaniach torturowany. Nie wydał nikogo ze swojego oddziału, choć wiedział, co grozi jego rodzinie.

Po wojnie nowa komunistyczna władza takich jak on uznawała za największych wrogów państwa, których należało jak najszybciej się pozbyć. Fiodorowi także groził wyrok śmierci.

Te dramatyczne wydarzenia przyspieszyły trudną decyzję o ucieczce rodziny Horczyńskich do Francji. Fiodor za wszelką cenę chciał ratować swoją żonę Ludmiłę i maleńką córkę Anielę. Na obczyźnie musieli od nowa układać sobie życie, jednak nie było dnia, by nie wspominali rodzinnego dworu. Nie wiedzieli, czy kiedykolwiek będzie im dane wrócić do kraju i odzyskać utracone rodzinne gniazdo w Lipowczanach.

Horczyńscy wrócili do Polski 24 marca 1958 roku po trwającej trzynaście lat emigracji, jednak dwór na Lipowym Wzgórzu nie należał już do nich, był własnością państwa. Zamieszkali w Lipowczanach w kamienicy, która nie została zniszczona w czasie wojennej zawieruchy, a wcześniej należała do rodzinnego majątku Ludmiły. Matka Anieli zmarła zaraz po powrocie z emigracji, dokładnie w czerwcu 1958 roku, gdy jej córka miała niespełna dziewiętnaście lat.

Fiodor podjął żmudne starania o odzyskanie dworu. Niestety nie doczekał tej chwili, zmarł w 1987 roku. W dniu jego śmierci Aniela obiecała ojcu, że nie spocznie, dopóki nie odzyska majątku. Jej starania zakończyły się sukcesem dokładnie 15 czerwca 1992 roku. Tego dnia Aniela stała się oficjalnie prawowitą właścicielką dworu. Decyzja, żeby go nie sprzedawać, była dla niej całkowicie oczywista. Podjęła ją przez wzgląd na pamięć swojego ojca i nigdy tego nie żałowała. Miała spokojne sumienie, bo udało jej się spełnić złożoną przed laty obietnicę.

Jej entuzjazmu nie podzielała Sabina, wychowywana kilkanaście lat przez dziadka Fiodora, w czasach, gdy jej matka prowadziła światowe życie słynnej malarki. Mieszkali w rodowej kamienicy w Lipowczanach. Z okien pokoju widzieli Lipowe Wzgórze i rodzinny majątek. Czasami zakradali się pod kamienne ogrodzenie okalające zewsząd posiadłość i dwór, by móc chociaż z daleka podziwiać ich piękno. Te chwile były pełne radości i dawały nadzieję, że kiedyś ten koszmar się skończy. Resztę czasu przepełniały złość, smutek i niezgoda na rzeczywistość. Sabina latami obserwowała, jak dziadek walczy o dwór, tracąc przy tym zdrowie, siły i majątek. Zamartwiał się, ciągle gdzieś jeździł, próbował niemal wszystkiego. Nieraz widziała łzy w jego oczach.

Dlatego gdy Fiodor zmarł, ona sama znienawidziła ten dwór na dobre, przekonana, że właśnie przez klęskę swoich starań dziadek się rozchorował i odszedł. Miała nadzieję, że jej matka jako jedyna spadkobierczyni rozprawi się z dworem raz na zawsze.

Aniela miała jednak na ten temat całkowicie odmienne zdanie i postanowiła zachować rodzinne dziedzictwo. To wyjątkowo irytowało Sabinę. Robiła wszystko, by jej córki jak najmniej czasu spędzały u babci Anieli. Klara i Lilka miały jednak swoje sposoby na to, by skruszyć zatwardziałe matczyne serce i żeby jednak chociaż trochę pobyć na Lipowym Wzgórzu, najczęściej w czasie wakacji.

– Jak już dorosnę i skończę liceum, to ruszę w świat i będę ci przesyłała kartki z takich miejsc, których nawet ty jeszcze nie widziałaś – oświadczyła dumnie Klara, podchodząc do babci, żeby na jej wyraźne życzenie potrzymać malarską paletę.

– Brzmi poważnie… A myślałaś już, kim będziesz, gdy dorośniesz? Przecież widzę, że ciągnie cię do malowania, prawda? Ostatnio mówiłaś Basi, że zamierzasz namalować nasz dwór. Masz naprawdę wielki talent. Nieskromnie dodam, że po mnie, a do tego lubisz eksperymentować nie tylko z kolorami, ale i z planem obrazu.

– Mama nieco inaczej widzi moją przyszłość. Wciąż powtarza, że najbardziej przydatne w życiu są nauki ścisłe i na nich powinnam się skupić, by mieć kiedyś konkretny zawód. A już najlepiej by było, gdybym poszła w jej ślady i wybrała chemię – poskarżyła się Klara. – Przecież to takie nudne!

– Sabina zawsze dużo mówi, a potem przymyka oko na pomysły twoje i Lilki. W końcu zgadza się niemal na wszystko, co sobie wymarzycie, więc za kilka lat pewnie zaakceptuje wasze wybory. Martwi się o was, chce dla was jak najlepiej, to i ciągle udziela swoich dobrych rad.

– A ty od początku wiedziałaś, że zostaniesz malarką? – dociekała Klara z nadzieją, że babcia zdradzi jej jakiś czarodziejski sposób na życiowy sukces.

– No nie… Pomysłów na siebie to ja miałam mnóstwo. Można powiedzieć, że codziennie wymyślałam coś nowego. Kiedyś marzyłam nawet, żeby zostać nauczycielką, kwiaciarką albo ewentualnie krawcową. Jednak wygrało malarstwo. A wiesz dlaczego?

– Bo było twoją pasją?

– Właśnie tak. Trzeba słuchać głosu serca, ono zazwyczaj dobrze podpowiada.

– Moje serce jest rozdarte pomiędzy malarstwem a muzyką. Teraz marzę o podróżach. A najbardziej o tym, by kiedyś na stałe zamieszkać w naszym dworze. Razem z tobą, mamą i Lilką – przyznała ze wzruszeniem, które starała się ukryć.

– O tym to i ja po cichu marzę. Pamiętaj, że cokolwiek wydarzy się w twoim życiu, ten dwór zawsze będzie twoim domem i zawsze możesz do niego wrócić, zamieszkać tu i robić, co tylko będziesz chciała – powiedziała Aniela, zerkając na wnuczkę z wielką czułością.

Paryż, koniec lata, dzielnica Montmartre

Promienie leniwie zachodzącego słońca wpadały przez okna niewielkiego mieszkania w starej zabytkowej kamienicy usytuowanej przy rue Azaïs, słynącej z niezliczonych atrakcji i zabytków, na czele z bazyliką Sacré-Cœur, wzniesioną na szczycie wzgórza Montmartre. Poza świetną lokalizacją mieszkanie miało również jeszcze jeden istotny walor. Było idealnym punktem do obserwowania tłumu turystów, którzy spacerowali krętymi brukowanymi uliczkami ostro pnącymi się na szczyt wzgórza.

Klara uważnie przyglądała się młodej parze, która przytulona spacerowała powoli, pchając przed sobą wózek z dzieckiem. Miało mniej więcej dwa lata. Co jakiś czas odwracało się w stronę rodziców, by pokazać drobną rączką coś, co akurat bardzo je zainteresowało. Było zachwycone otaczającym światem. Rodzice przystanęli na chwilę, zrobili sobie pamiątkowe zdjęcie i obsypali dziecko niezliczonymi pocałunkami. Ten rozczulający widok sprawił, że miała łzy w oczach. Ona nie pamiętała takich scen z czasów dzieciństwa. Ojciec Klary nie stanął na wysokości zadania. Na wieść o tym, że jej matka Sabina spodziewa się dziecka, zwyczajnie ją porzucił. Obie skazał na samotność.

Odwróciła się od okna i omiotła wzrokiem mieszkanie typu studio, zaaranżowane w stylu industrialnym, co niezbyt pasowało do eleganckiego klimatu starej kamienicy. Bardzo je lubiła. Szczególnie, że była to otwarta przestrzeń, ponad czterdzieści metrów, z wyraźnie wyznaczonym aneksem kuchennym i dużą częścią sypialnianą, którą oddzielała od reszty mieszkania ceglana ściana. W środku zawsze panował lekki bałagan. Nie było to wcale dziwne, gdyż Klara nie przepadała za sprzątaniem, co niezwykle upodabniało ją do babci Anieli.

 

Trafiła tu cztery miesiące temu. Mieszkanie wynajął dla niej Victor Morino, człowiek, którego całym sercem pokochała od pierwszego wejrzenia. Do dzisiaj pamiętała, kiedy spojrzał jej w oczy i uśmiechnął się szelmowsko jak mężczyzna, który doskonale wie, czego chce, i nie ma żadnych oporów, by po to sięgnąć. Poznali się banalnie, podczas bankietu po pokazie mody znanego paryskiego projektanta. Od razu było widać, że jest od niej sporo starszy, ma pieniądze i kocha luksus. Był w połowie Polakiem, po matce, która pochodziła z Krakowa i zadbała, by jedynak bez problemu władał językiem polskim. Klara czuła, że i bez tego dogadywaliby się bez słów. Jeszcze tamtego wieczoru powiedział jej, że jest kobietą jego życia i zrobi wszystko, by była przy nim szczęśliwa. Uwierzyła mu na słowo, a ostatnie miesiące jedynie potwierdziły, że to mężczyzna, na którego czekała całe życie. A dzisiaj… Dzisiaj ich szczęście miało się dopełnić, gdyż chciała przekazać mu wspaniałą nowinę.

Czuła jednak dziwny niepokój. Cieszyła się na spotkanie z Victorem, ale jakiś wewnętrzny głos kazał jej mieć się na baczności. Starała się o tym nie myśleć i zrobiła dosłownie wszystko, by ten wieczór był po prostu idealny i na zawsze zapadł im w pamięć. Przygotowała pyszną kolację, ulubione dania Victora, czyli sałatkę z kozim serem, mule z warzywami w białym winie, a na deser crème brûlée. Zapaliła świece, włączyła nastrojową muzykę i zrobiła się na bóstwo. Dobrze wiedziała, że Victor uwielbia ją w romantycznym wydaniu. Dlatego włożyła seksowną bieliznę, na nią zwiewną granatową sukienkę z dekoltem i czerwone szpilki. Do tego rozpuściła swoje piękne blond włosy o dość nietypowym odcieniu. Wszystko było dopięte na ostatni guzik.

Podskoczyła jednak na dźwięk dzwonka do drzwi.

– Słyszałem, że jest tu dama, która szuka na ten wieczór towarzystwa – oznajmił głos docierający zza ogromnego bukietu czerwonych róż, który po otwarciu drzwi ukazał się oczom Klary.

– Dama czeka z pyszną kolacją i jest w wyśmienitym humorze – odpowiedziała zawadiacko.

– Piękne kwiaty dla pięknej kobiety – dodał Victor z charakterystycznym dla siebie akcentem. Klara wzięła bukiet i wreszcie zobaczyła jego twarz, na której malował się piękny uśmiech. Aż jej serce szybciej zabiło. Kilkudniowy zarost dodawał mu wyjątkowej atrakcyjności. Szpakowate włosy idealnie współgrały z oliwkową karnacją i zieloną barwą dużych oczu, które mocno podkreślały ciemne brwi. Granatowy idealnie skrojony garnitur leżał doskonale na jego wysportowanej sylwetce, którą zawdzięczał miłości do sportu.

– Dziękuję… – odpowiedziała jakby sennie, a on zaczął łapczywie całować jej usta. Nie widzieli się ponad tydzień. Z Paryża wygonił go ważny projekt, a dokładnie kolekcja jesiennych płaszczy, którą jego firma postanowiła szyć w Bangladeszu. Musiał tam lecieć, by dopilnować każdego szczegółu, co Klara jak zwykle przyjęła z pokorą.

– Chciałbym się z tobą kochać… – rzucił niecierpliwie, na co ona zareagowała cichym pomrukiem. Huczało jej w głowie od jego zapachu.

– Najpierw obowiązki, potem przyjemności – odparła z rozbawieniem. Od razu wstawiła kwiaty do wazonu, włączyła ekspres do kawy i zamierzała podać kolację.

Zaskoczył ją. Stanął za jej plecami i zaczął całować włosy, szyję, ramiona. Szybkim ruchem podwinął jej sukienkę, złapał za pośladki i zaczął na nią napierać. Jego oddech przyspieszył, a dłonie zrobiły się gorące. Szeptał czułe słówka, zapewniając ją o swoim uczuciu.

– Proszę, zaczekaj… – upomniała go Klara, w jednej chwili wyrywając się z jego objęć. Obróciła się do niego i spojrzała prosto w oczy, w których widziała tylko pragnienie.

– Nie chcesz?

– Chcę, jasne, że chcę… Ale muszę ci coś powiedzieć.

– Na przykład to, że się stęskniłaś?

– Victor… To coś bardzo ważnego. Nie mieliśmy tego w planach, no ale tak wyszło. Bardzo się cieszę. Przed nami chyba najpiękniejszy moment w życiu.

– Co masz na myśli? – zapytał, jednocześnie odsuwając się od niej o krok.

– Od rana układałam sobie w głowie scenariusz dzisiejszej kolacji. No wiesz… Jak będzie, kiedy ci to powiem, takie babskie podejście do sprawy – zaśmiała się, chcąc ukryć lekkie zdenerwowanie. – Mam nadzieję, że zapamiętamy te chwile jako wyjątkowe. Mamy wielkie szczęście. Jestem w ciąży. Zostaniesz ojcem – oznajmiła z entuzjazmem.

– Jak to? – zapytał oszołomiony i zrobił kolejny krok w tył.

– No zazwyczaj oznacza to, że dwoje ludzi mocno się kocha i z tej miłości pojawia się dziecko. Wiem, że nie planowaliśmy, ale widocznie los sprawił nam niespodziankę.

– Przecież się zabezpieczaliśmy… – stwierdził lekko zmieszany Victor.

– Pamiętasz nasz ostatni wypad na Majorkę? Tam daliśmy się ponieść emocjom. Jak widać, chwila zapomnienia wystarczy, żeby zostać rodzicem – dodała, po czym zbliżyła się do niego, chcąc się przytulić. W ostatniej chwili mocno ją od siebie odepchnął, aż uderzyła biodrem o kant stołu. Spojrzała na niego z przestrachem. Nigdy tak się nie zachowywał.

– Żadnego dziecka nie będzie – oznajmił ostro Victor, a jego oczy pociemniały.

– Co ty mówisz? – Była przerażona jego reakcją.

– Niczego ci nie obiecywałem. Żadnych dzieci, rodziny i innych historii. Było nam dobrze, ale nie chcę mieć dzieciaka i kłopotów. Zresztą… Nie lubię, jak ktoś mnie w coś wrabia, a ty właśnie to robisz – dodał, a ona poczuła się tak, jakby ktoś uderzył ją w twarz.

– Victor… Będziemy mieli dziecko, kochamy się…

– Masz załatwić ten problem. Pieniądze nie grają roli. Znajdź dobrego i dyskretnego lekarza, wszystko ma być załatwione po cichu. Nie potrzebuję komplikacji. A jeśli tego nie zrobisz, to nie próbuj się nawet ze mną kontaktować.

Oniemiała patrzyła, jak odwraca się od niej, by po chwili wyjść i trzasnąć drzwiami.

Czuła się tak, jakby spadała w otchłań bez dna.