Teatr pod Białym Latawcem

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Projekt okładki: Daniel Rusiłowicz

Redakcja: Ita Turowicz

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Anna Sawicka-Banaszkiewicz, Ewa Rudnicka

Ta książka jest fikcją literacką i wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo do realnych osób i zdarzeń jest niezamierzone i całkowicie przypadkowe.

Zdjęcia wykorzystane na okładce

© gillmar/shutterstock

© fotosparrow/shutterstock

© JuliusKielaitis/shutterstock

© Anna Vasilevich/shutterstock

© by Ilona Gołębiewska

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2018

ISBN 978-83-287-1086-3

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2018

Pani Profesor Teresie Zaniewskiej

w serdecznym podziękowaniu za to, że przez lata służyła mi wsparciem i bezcennymi radami,

dała mi niejedną szansę i wskazała mnóstwo możliwości.

Teraz doskonale wiem, że bezcenne jest spotkanie w życiu kogoś,

kto bardzo mocno w nas wierzy.

Pani Profesor, jest Pani moim Mistrzem!

Przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas, kiedy nasze skrzydła zapominają, jak latać.

ANTOINE DE SAINT-EXUPÉRY

Spis treści

Prolog Wystarczy jedna chwila…

Rozdział I W teatrze życia – o wątpliwej karierze krnąbrnej dziennikarki, szalonych pomysłach zapomnianej Eleny, niezamkniętym śledztwie i szefowej Fundacji Złotych Serc

Rozdział II Ciągła gra pozorów – o niezwykle kosztownym błędzie, niepogodzeniu się z okrutnym losem, samotności odbierającej radość życia i tęsknocie za wielką sceną

Rozdział III Scenariusz pisany przez życie – o spotkaniu aktorki wielkiego formatu, przebiegłym pomyśle na artykuł, niebezpiecznej grze na uczuciach i namiętnej nocy z ukochanym

Rozdział IV Ze sceny zejść niepokonanym – o miłości przebranej w maskę klauna, dostrzeganiu cudu codzienności i historii niezwykłej kobiety, walczącej o swoje marzenia

Rozdział V Dramat dni powszednich – o matce z piekła rodem, tanecznej pasji, złych prognozach na przyszłość i klątwie tragicznego wypadku

Rozdział VI Gdy opada kurtyna – o pracy będącej sensem życia, walce z kłopotliwym pożądaniem, wojennych losach niezwykłej artystki i decyzji przekreślającej przeszłość

Rozdział VII Sztuka w kilku aktach – o pewnej niemoralnej propozycji, pasji chroniącej od zapomnienia, wyrównaniu dawnych porachunków i brawurowej decyzji

Rozdział VIII Kulisy przeszłości – o trudnej roli szpiega, nic nieznaczących plotkach, utracie miłości swojego życia oraz tragicznych skutkach bycia samotnym

Rozdział IX Epizody wielkiej wagi – o wspomnieniach będących ukojeniem po stracie, namiętności odbierającej rozum i szczególnie smutnej dacie w kalendarzu

Rozdział X Sceneria nadchodzących zmian – o nierozsądnym szukaniu świadka w starej fabryce, cudach dziejących się na jesiennym pikniku i przygodach szalonej aktorki

Rozdział XI Gdy człowiek zakłada maski – o rozterkach zakochanych kobiet, perfidnym oszustwie, pozostawionych śladach i szansie na rozwiązanie pewnej tajemnicy

Rozdział XII Codziennie odgrywa się inne przedstawienie – o tajemniczym świadku, wielkich rolach małych artystów, raniących kłamstwach i kolejnych kłopotach miłośników teatru

Rozdział XIII Reżyserzy dobrego życia – o życzliwym wsparciu, zmianach na lepsze, festiwalu będącym receptą na szczęście i spowiedzi zrozpaczonego człowieka

Rozdział XIV Najważniejsze role dla aktora – o wyczekiwanej konfrontacji z wielkim cierpieniem, rozliczeniu z przeszłością i niezwykłej propozycji, będącej początkiem nowego życia

Rozdział XV Oklaski na bis! – o chwytaniu życia pełnymi garściami, pomyśle godnym nagrody, zwariowanych planach na przyszłość i sile słów płynących prosto z serca

Epilog Wzbić się aż do chmur

Słowo od autorki

Prolog

Wystarczy jedna chwila…

Warszawa, pół roku temu, plaża nad Wisłą

Pod osłoną nocy miasto wydawało się jeszcze bardziej tajemnicze niż za dnia. Mocno oświetlone ulice z oddali wyglądały jak sznurki świecidełek rzuconych niezdarnie w ciemną otchłań. Kłębiące się na niebie chmury raz po raz zasłaniały księżyc w fazie pełni. W jego świetle można było dostrzec wyraźnie odbijającą się w tafli wody lewobrzeżną stronę miasta, gdzie zabytkowe budynki sąsiadowały z nowoczesnymi wieżowcami, których wierzchołki zdawały się sięgać nieba. Oświetlona konstrukcja mostu przypominała niezwykły pojazd wzięty wprost z fantastycznych historii o przybyszach z kosmosu. Dochodzące zewsząd odgłosy były dowodem, że ludzkie życie nie zwalnia nocą nawet na sekundę. Nasuwało się nieodparte wrażenie, że wszyscy gdzieś pędzą bez większego celu, jakby to właśnie ta nieustająca pogoń była sensem życia. Jednak to było niczym w porównaniu z chaosem, jaki czasami pojawia się w ludzkich myślach.

Stojąca na plaży kobieta wpatrywała się uważnie w spokojny o tej porze roku nurt rzeki. Jej samej do spokoju było bardzo daleko. Miała poczucie, że jej życie nawiedziła największa z możliwych burz. Poczuła spływającą po policzku ciepłą łzę. Szybko otarła ją przemarzniętą dłonią. Nie chciała płakać. Nie robiła tego od kilkunastu lat. Zawsze była silna. Niezłomna jak skała. Teraz nie potrafiła tak o sobie myśleć. Najchętniej nazwałaby swoje życie jedną wielką porażką, ale nie pozwalały jej na to resztki dumy. Nigdy nie wierzyła w ludzi i ich dobre zamiary. Traktowała ich z góry jak wrogów. Dawno nauczyła się, że trzeba być w ciągłej gotowości do walki, trzymać gardę wysoko i nie dać się zaskoczyć. Wystarczyła jedna chwila zapomnienia o tej złotej zasadzie, by ktoś ją skrzywdził.

Uniosła do oczu dłoń, w której mocno ściskała dyktafon. Przyglądała mu się uważnie, przypominając sobie czasy, gdy za jego pomocą mogła zniszczyć niemal każdego. Wystarczyła tylko determinacja, kilka konkretnych dowodów i umiejętne stworzenie sprzyjających sytuacji. Mogła decydować o tym, czy pokaże światu prawdę o ludziach, którzy dzięki pozycji i pieniądzom wykorzystywali innych dla własnego interesu. A teraz? Nic już nie miało sensu. Wściekła na siebie i cały świat, podniosła ramię i wrzuciła dyktafon do wody. Po chwili zniknął w czarnej głębi. Mimo to Zuza doskonale wiedziała, że pozbycie się wszelkich śladów tak naprawdę już niczego nie zmieni. Teraz sama jest skończona i pójdzie na dno jak wiele osób, które przez lata nad wyraz skutecznie kompromitowała.

Warszawa, grudzień 2013 roku,

Szpital Bielański im. ks. Jerzego Popiełuszki

Jego ból i strach były nie do opisania. Czuł, jakby jakaś niewidzialna ręka z każdą chwilą mocniej zaciskała się na jego szyi. Oddychał z coraz większym trudem. Mrugające światło jarzeniówki było nie do zniesienia. Gdzieś tam w jego wnętrzu tliła się jeszcze maleńka nadzieja, że to wszystko jest jednym wielkim koszmarem. Za chwilę się obudzi i znowu będzie mógł przytulić żonę i syna.

Potarł palcami zmęczone powieki. Rozejrzał się po szpitalnym korytarzu. Panująca w budynku cisza mocno go przerażała. Nie pasowała tu. Przecież za masywnymi drzwiami prowadzącymi do sali operacyjnej toczyła się walka o życie jego syna. Jeszcze rano rozmawiali o jego koncercie świątecznym. Miał grać pierwsze skrzypce. Ale Jakub tego ranka nie umiał docenić sukcesu syna. Znowu zasłonił się wymówką o nagłym spotkaniu z zarządem, od którego miało zależeć powodzenie kolejnego projektu wartego miliony. Potem krótka standardowa sprzeczka z żoną, podczas której padały wciąż te same, znane do bólu oskarżenia. Ona wypomniała mu, że już nie myśli o rodzinie i nie ma chwili czasu dla jedynego syna, a on, że nikt nie docenia jego starań i tego, że dzięki niemu stać ich na wygodne życie.

Potem miał być standardowy bieg wydarzeń. Wróciłby do domu, wręczył żonie bukiet kwiatów na przeprosiny, a synowi by obiecał, że na pewno pójdzie na jego kolejny koncert. Miałby spokój przynajmniej na kilka dni. Ale tym razem tak się nie stało. W trakcie spotkania z zarządem otrzymał telefon z wiadomościami, które już na zawsze miały zmienić jego życie. Żona i syn w drodze na koncert ulegli wypadkowi. Na miejsce przyjechały wszystkie jednostki ratunkowe. Dalsze informacje miała przekazać policja. Pojechał na miejsce zdarzenia, a potem prosto do szpitala. Nigdy nie wierzył w Boga, ale podczas tej krótkiej drogi poprzysiągł, że jeżeli ocali życie jego bliskich, wtedy w podzięce zrobi dosłownie wszystko. Gdy wreszcie usiadł przed salą, całe jego życie, sekunda po sekundzie, stanęło mu przed oczami.

 

– Czy pan Bilewicz? – zawołał go ktoś po nazwisku, wyrywając z zamyślenia. Przed drzwiami do sali operacyjnej stało trzech lekarzy. Wyglądali jak ludzie po ciężkiej walce.

– Co z moim synem? Jak on się ma? Na Boga, powiedzcie, że będzie żył… – wyszeptał Jakub, wpatrując się w lekarzy błagalnym wzrokiem.

– Zrobiliśmy dosłownie wszystko, by uratować pana syna. To była seria bardzo trudnych operacji. Będzie żył… – wyjaśnił lekarz z wielkim trudem i zawiesił głos.

– Ale…? Coś jest nie tak? Proszę mi powiedzieć! – wrzasnął Jakub.

– Został uszkodzony rdzeń kręgosłupa. Pana syn nie będzie mógł już nigdy chodzić i poruszać lewą ręką. Poważne obrażenia mózgu są nieodwracalne. Igor nie będzie w pełni sił intelektualnych. Być może nie będzie mógł mówić… – relacjonował zmęczonym głosem lekarz.

– Ale… przecież on chce być słynnym muzykiem… – próbował tłumaczyć Jakub.

– Przykro nam. Jako lekarze nic więcej nie możemy zrobić. To wielki cud, że syn przeżył wypadek. Jednak odniesione w nim obrażenia są poważne i większość z nich jest już nieodwracalna. Igora czeka bardzo długa rehabilitacja, która być może da mu szansę na w miarę komfortowe życie – kontynuował lekarz, widząc zarazem, że jego słowa w ogóle nie docierają do ojca młodego chłopaka, który właśnie otarł się o śmierć.

– Dziś miał mieć koncert… – powtarzał Jakub jak w transie. – Wystarczyła jedna chwila…

Nie słuchał więcej lekarzy. Na chwilę oparł się o ścianę, bo nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Mocno kręciło mu się w głowie, a serce omal nie wstrzymało swego bicia. Po chwili wyszedł na zewnątrz budynku i usiadł na ostatnim stopniu schodów. Objął dłońmi twarz i zaczął żałośnie szlochać. Tak mocno, że siedzące na pobliskim drzewie ptaki nagle poderwały się do lotu. Jemu zaś wydało się, że nie będzie miał siły, by żyć.

Los zdecydował za niego. Już nigdy nie usłyszy koncertu swojego syna. Być może nie dane mu będzie zobaczyć, jak chodzi, uśmiecha się, nazywa go tatkiem. Za to czeka go życie pełne bólu i rozpaczy. I poczucia winy, bo nie będzie miał szansy przeprosić żony za brak wsparcia. Ten wypadek na zawsze wszystko przekreślił. Zginęła na miejscu. Nie miała najmniejszych szans na przeżycie. Jutro będzie musiał iść do kostnicy i zobaczyć jej ciało. A potem pogrzeb. Na jego barkach spocznie organizacja uroczystości. W końcu pozostanie już tylko bezlitosna pustka i cisza wypełniająca dom, w którym jeszcze tego ranka słychać było radosny śmiech Igora.

Ale jednego nigdy nie odpuści. Będzie musiał odnaleźć tego, kto spowodował wypadek i uciekł z miejsca zdarzenia. Tak, tylko to się będzie od teraz liczyło. Zemsta… to ona będzie sensem jego życia.

Warszawa, sierpień 1939 roku, premiera spektaklu

Trzy minuty strachu w Teatrze Narodowym

Widok na scenę z pierwszego rzędu był wyborny. Eleonora nie mogła oderwać wzroku od misternej konstrukcji statku, dopracowanej w najmniejszych szczegółach. Miała wrażenie, że jest prawdziwy i płynie prosto na nią. Chociaż doskonale znała każdy etap powstawania tego niesamowitego widowiska, to jednak teraz, oglądając je po raz pierwszy w dniu oficjalnej premiery, dawała się ponieść niesłychanym emocjom. Jej mama mówiła zawsze, że to magia teatru i poddaje się jej każdy, kto chociaż raz przekroczył próg tego niezwykłego miejsca. Nie sposób było nie przyznać jej racji. Tym bardziej że to ona była gwiazdą tego wieczoru. Greta Davis, największa sława ówczesnego teatru.

Eleonora przyglądała się z uwagą, jak jej matka z niezwykłą gracją porusza się w długiej powłóczystej sukni, która błyszczała od niesłychanej ilości ozdób. Wyglądała w niej jak boska istota, która na chwilę zeszła na ziemię. Krok za krokiem wchodziła powoli wielkimi schodami, które prowadziły na sam dziób statku. Gdy stanęła na nim, wzniosła ramiona wysoko, jakby chciała dosięgnąć nieba. Coraz donośniej i z rosnącym zaangażowaniem wypowiadała kolejne kwestie. Nagle u stropu sceny błysnęły światła. Widownia usłyszała groźne pomruki burzy, a potem bardzo silne uderzenia pioruna. Do serca małej Eleonory nagle wdarł się strach. Dostrzegła wbiegających na scenę aktorów, którzy zaczęli tańczyć żywiołowo wokół statku. Część z nich była ubrana w czarne stroje, pozostali w białe. Ich dynamiczny, nieokiełznany taniec przypominał walkę, niszczącą siłę. Błyski świateł i odgłosy burzy wzmagały się. Jej matka Greta znów podniosła w górę drżące ręce.

– Nie pozwól nam poczuć, czym są sidła strachu. Uwolnij nasze serca i dusze od tej siły, która sieje zniszczenie… – recytowała coraz głośniej. – Nie odbieraj wolności, bośmy przeszli najcięższe drogi. Niech ten statek płynie tam, gdzie żywot człowieka szczęśliwy. Prowadź do bezpiecznej zatoki. I zabierz od nas te sekundy strachu!

Eleonora wpatrywała się w niezwykle skupioną twarz matki, na której malowały się zmienne emocje. Już wiedziała, że w przyszłości tak jak ona zostanie aktorką. Jeszcze raz spojrzała na scenę, gdzie kaskada świateł współgrała z groźnymi odgłosami burzy. Publiczność reagowała zachwytem. Po chwili światło zgasło. Zapadła zupełna cisza. Eleonora ścisnęła mocniej dłoń siedzącego obok niej ojca. Przez całe przedstawienie wpatrywał się z zapartym tchem w ukochaną żonę. Od zawsze wierzył w każde jej marzenie i bezwarunkowo ją wspierał.

Po chwili zapalono światła. Kurtyna powoli poszła w górę. Na scenę weszła z właściwym sobie wdziękiem Greta Davis, a za nią pozostali aktorzy. Ukłonili się, a w sali teatralnej rozbrzmiały gromkie oklaski. Publiczność poderwała się z miejsc, by tym gestem jeszcze bardziej wyrazić podziw i wdzięczność za talent, kunszt aktorski i wybitną grę. Eleonora napotkała wzrok matki i uśmiechnęła się do niej najpiękniej, jak tylko umiała. Wtedy jeszcze ani ona, ani jej rodzice nie wiedzieli, że wystarczy jedna chwila, by ich piękne życie zamieniło się w wojenny koszmar.

Gdy wyszli z teatru, oślepiło ich mocne sierpniowe słońce. W powietrzu unosił się zapach świeżo skoszonej trawy. Wszyscy goście udali się do pobliskiego parku, gdzie urządzono premierowy bankiet. Eleonora podbiegła do matki i ucałowała ją w policzek. Była z niej naprawdę dumna. Wtulona w nią, spojrzała na sąsiadujący plac, gdzie dzieci puszczały latawce. Szczególnie jeden z nich, w śnieżnobiałym kolorze, wzbił się naprawdę wysoko. Jakby chciał udowodnić, że świat nie stawia żadnych granic i dosłownie wszystko jest możliwe.

Rozdział I

W teatrze życia – o wątpliwej karierze krnąbrnej dziennikarki, szalonych pomysłach zapomnianej Eleny, niezamkniętym śledztwie i szefowej Fundacji Złotych Serc

A gdyby tak…

Przez uchylone okno wdzierał się gwar miasta. A wraz z nim tysiące różnych zapachów. Miało się wrażenie pewnej letniej beztroski, która wprawiała ludzi w niebywale dobry humor. Właśnie zbliżała się pora obiadowa. Z restauracji po drugiej stronie ulicy dolatywały wonie dań kuchni włoskiej. Zgłodniali klienci pośpiesznie wchodzili do „Mostu Zakochanych”, by zatopić się w śródziemnomorskich smakach. Wiadomo, że nic tak nie pobudza do życia jak dobre jedzenie okraszone jeszcze lepszym towarzystwem.

Sierpniowe upały dopieszczały wszystkich z końcem wakacji. Rosnąca gdzieniegdzie trawa przypominała bardziej siano, ale miejskie parki mieniły się tęczą barwnych krzewów i kwiatów, a oliwkowa karnacja przechodniów mogła sugerować, że jest się w kurorcie gdzieś w krajach Południa. U szczytu lata Warszawa robiła wrażenie miasta z kolorowej widokówki. Zachwycała nie tylko przyjezdnych, ale i stałych mieszkańców. Jednak wszyscy mieli świadomość, że niebawem skończą się beztroskie letnie chwile. Pojawią się pierwsze oznaki złotej polskiej jesieni. Chociaż na razie niewiele na to wskazywało. Przenikające przez szybę ostre promienie słońca mocno grzały w twarz.

Zuza Widawska nie mogła się na niczym skupić. W sali konferencyjnej było tak gorąco, że nawet najbardziej zagorzali sympatycy sauny woleliby uciec stąd jak najszybciej. Rano popsuła się klimatyzacja i nie było oznak, by ktoś szybko chciał się zająć usterką. Zebranie trwało w najlepsze, a ona bujała myślami w zupełnie innym świecie. Obserwowała ulicę i wyobrażała sobie historie, które stoją za przypadkowo dostrzeżonymi ludźmi. Jej uwagę przykuło trzech chłopców bawiących się na pobliskim parkingu. Z zapałem ustawiali na niewielkim murku zardzewiałe puszki i z dosyć sporej odległości próbowali je zestrzelić z nieco sfatygowanej procy. Było to dla niej istne studium zachowań, jakie towarzyszą grupce rywalizujących ze sobą osób. Dosłownie w ciągu pięciu minut potrafili przejść płynnie od dosyć głośnej sprzeczki o to, czyja teraz kolej, do wyraźnych zachwytów nad swoimi umiejętnościami.

A gdyby tak… zacząć się cieszyć życiem jak dziecko? Żyć chwilą, nie zamartwiać się, dostrzegać szczęście w drobnostkach? Bo tylko dziecko potrafi cieszyć się bez powodu, ciągle jest czymś zajęte i bezustannie umie domagać się tego, na czym mu bardzo zależy. Kiedy w życiu człowieka mija ten moment dziecięcej wiary, że wszystko jest możliwe? Przychodzi z pierwszym życiowym upadkiem? Czy może jest pokłosiem zawodu na drugim człowieku, tak wielkiego, że nic już nie jest w stanie wskrzesić w sercu nowej nadziei? A może jednak wiąże się z coraz większą obojętnością na własny los? Co sprawia, że człowiek tak szybko traci radość życia? Zuza już od dawna nie doświadczyła takiego stanu. Zawsze powtarzała sobie i innym, że największym sukcesem człowieka jest wewnętrzny spokój towarzyszący wieczornemu udawaniu się na spoczynek. Sama od kilku miesięcy żyła w stresie, nie mogła skupić się na swoich pragnieniach, wciąż rozpamiętywała przeszłość. Chociaż przez chwilę chciałaby cieszyć się życiem – tak jak ci rozrabiający chłopcy.

Obserwowała ich w wielkim skupieniu, aż nagle do jej głowy wdarło się pytanie, gdzie jest granica pomiędzy dziecięcym optymizmem i niezłomną wiarą w to, że wszystko jest możliwe, a dorosłym sceptycyzmem i narzekaniem na los? Kiedy w niej zaszła taka zmiana? Niestety, odpowiedź nie była krzepiąca. Nastąpiło to dosyć wcześnie i Zuza doskonale wiedziała, jakie były tego powody. Tym bardziej wpatrywała się w zadowolonych z siebie chłopców z nadzieją, że udzieli jej się chociaż odrobina ich entuzjazmu. Oddałaby pół królestwa za powrót do dzieciństwa chociaż na jeden dzień. Mimo że było ono trudne.

– Zuzanno, czy ty mnie w ogóle słuchasz? – nagle zagrzmiał nad nią piskliwy głos.

Oderwała wzrok od okna i przeniosła go na zebrany w sali konferencyjnej zespół redakcyjny. Wszyscy patrzyli na nią, jakby przed chwilą zobaczyli przybysza z obcej planety. Zuza szybko zorientowała się, w czym rzecz. Nie dość, że wciąż miała szeroko otwarte usta (i na pewno z takim wyrazem twarzy wyglądała jak głupek), to jeszcze okładkę swojego notesu okleiła w całości maleńkimi karteczkami do zaznaczania treści tekstu. Zastanowiła się chwilę, czy jest na to jakieś wiarygodne wyjaśnienie, ale szybko się wycofała. Tak, jej mina i to, czym się zajmowała, było głupie i wcale nie pasowało do powagi cotygodniowego zebrania redakcji znakomitego pisma „Kobieta Taka jak Ty”. Znakomitego, oczywiście, zdaniem redakcji, bo akurat opinie czytelników były, delikatnie mówiąc, niezbyt pozytywne.

– Zuzanno, co się z tobą dzieje? – powtórzył piskliwy głos…

– Przepraszam, zamyśliłam się – odparła nieco zmieszana i zła na siebie, że dała się złapać szefowej na gorącym uczynku.

– Nie płacę ci za gapienie się w okno. Może i w poprzedniej redakcji przymykali oko na tak niefrasobliwe podejście do pracy, ale ja tego nie będę tolerowała. Zresztą, sama wiesz, jak to się poprzednio dla ciebie skończyło – dogryzła jej szefowa.

Zuza zmrużyła oczy i poczuła wielką ochotę, by wstać, podejść do tej złośliwej kobiety i porządnie nią potrząsnąć. Nie to, żeby lubiła znęcać się nad innymi, ale akurat ona jak mało kto działała jej na nerwy. Była wredna, zawsze musiała mieć rację i lubiła wytykać innym najmniejsze błędy. W dodatku była szefową Zuzy, co czyniło sytuację znacznie trudniejszą. No i jeszcze jedno… Jako jedyna zdecydowała się zatrudnić ją w swojej redakcji, kiedy Zuza wyleciała z hukiem z czołowego dziennika w Polsce. Tak, jej odejście z „Wolnej Debaty” można było nazwać żenadą roku. To sprawiało, że Zuza ciągle musiała mocno zaciskać zęby i znosić kąśliwe uwagi.

 

Idalia Bąk, redaktor naczelna „Kobiety Takiej jak Ty”, powolnym krokiem przeszła na drugą stronę stołu i zastygła w typowej dla siebie pozie. Ręce oparła na biodrach i przez dłuższą chwilę wpatrywała się w podłogę. To oznaczało jedno. Zapewne miała jakiś genialny plan, który miał rzucić wszystkich na kolana. Niestety, rzadko tak bywało.

W redakcji i poza nią uchodziła za kobietę sukcesu. Idealnie skrojone i dopasowane do niebywale szczupłej figury garsonki były jej znakiem rozpoznawczym. Do tego zawsze nosiła włosy upięte w misterny kok. Jednak różne odcienie blondu przypominały spaloną na słońcu grzywę leciwego lwa. Wszystkim kazała zwracać się do siebie per „Ida”, co miało delikatnie unowocześnić jej imię. Nazwisko z kolei uwierało ją, jak rodzaj maleńkiego kamyka w bucie. Niby szkody nie robi, ale doprowadza do szewskiej pasji. Stąd gdzie tylko mogła, tam „gubiła” ogonek przy literce „a” i z Bąka robiło się Bak. Ida Bak brzmiało ładnie i podkreślało przebojowość tej nietuzinkowej kobiety. Na tym kończyły się zalety Idalii. Niestety, w ślad za dobrym wyglądem nie poszedł jej charakter. Była wścibska, zadzierała nosa i ciągle musiała podkreślać, że jest w czymś lepsza od innych. Prędzej by się pod ziemię zapadła, niż przyznała, ile ma lat, ale i tak wszyscy w redakcji wiedzieli, że zostało jej kilka miesięcy do czterdziestki, co jeszcze mocniej podkręcało jej pragnienie zamążpójścia. Kandydatów nie brakowało, ale każdy przegrywał z wielką miłością Idy, czyli z mocno grymaśnym yorkiem o wdzięcznym imieniu Czarek. Nie dość, że codziennie przyprowadzała go do pracy, to jeszcze należało tolerować jego ciągłe plątanie się pod nogami. Czarek zapewne domyślał się, że mało kto darzy go sympatią, bo wciąż na wszystkich warczał.

– Zuzanno, mam dla ciebie specjalne zadanie – rzekła wreszcie szefowa i spojrzała na Zuzę zagadkowo.

– Zamieniam się w słuch – odparła Zuza, chociaż doskonale wiedziała, że szefowa zamierza ją zarzucić kolejną robotą. Do tego zwracała się do niej per „Zuzanno” zawsze wtedy, gdy chciała podkreślić formalny charakter ich relacji.

– Mamy jeszcze sporo czasu, by przygotować wybitnie dobry numer świąteczny. Mówię o Bożym Narodzeniu, rzecz jasna. To musi być coś specjalnego. Kobiety mają czytać i płakać. Wiecie, o czym mówię? – dopytała, zerkając na swój zespół.

– Łzy mają się lać strumieniami – potwierdziła Mała. Tak naprawdę nosiła imię Marzena, miała niecały metr sześćdziesiąt wzrostu i była w redakcji naczelną wazeliniarą. Nie trzeba chyba nadmieniać, że z tego powodu uwielbianą przez szefową.

– Zgadza się. Ty, Zuzanno, jak dotąd zajmowałaś się problemami społecznymi. Będziesz robić to dalej – zagrzmiała groźnie. – Tylko zamiast biegać za skorumpowanymi politykami czy badać statystyki wsparcia społecznego dla wdów i sierot, zajmiesz się czymś, co znacznie bardziej interesuje nasze czytelniczki.

– Mam postawić na chwytającą za serce historię? – zapytała drwiąco Zuza.

– O właśnie! Daję ci dwa tygodnie na znalezienie tematu. A najlepiej trzech. Wspólnie wybierzemy ten, który spełni wymagania numeru świątecznego.

– Robi się, szefowo.

– To mi się podoba! Edi, a ty czym zaskoczysz nas tym razem? – zwróciła się do swojego pupila, Edwarda Lutomirskiego, zwanego przez wszystkich Edim, zresztą na jego życzenie, bo pełną formę imienia odziedziczonego po dziadku uznał za mało uwodzicielską.

– Mam hit! – zapowiedział redakcyjny spec od coachingu. – Napiszę o tym, jak czuć się piękną nago. To znaczy, co zrobić, by każda kobieta czuła się w swojej nagości pewna siebie, a przy okazji piękna. To idzie w parze, tak? – rzucił, spoglądając na redakcyjne koleżanki.

Żadna nic nie odpowiedziała, z trudem powstrzymując śmiech. Edi znowu zaskoczył wszystkich żenującym tekstem. A już na pewno nie umiał doradzać kobietom. Był samozwańczym coachem, a jego motywacyjne gadki nie poruszyłyby nawet świętego. Całe szczęście, że do pisanych przez niego tekstów nie dołączano zdjęcia portretowego, bo czytelniczki chyba zeszłyby na zawał na widok takiego specjalisty.

Edward może i dałby się lubić, ale jego powierzchowność była z lekka sztywna. Wciąż powtarzał, że ma szlacheckie pochodzenie, musi dbać o honor swojej rodziny i godnie ją reprezentować. No bo przecież nie każdy pochodzi z Lutomirskich, herbu Złoty Kasztan. Podkreślał to na każdym kroku, nawet jego strój kazał sądzić, że ma się do czynienia z kimś z wyższych sfer. Niezależnie od pory roku zawsze nosił spodnie w odcieniu khaki, do tego białe lub prążkowane koszule i wełniane kamizelki. W okularach, włosach ułożonych na żel i ze śnieżnobiałym uśmiechem wyglądał jak ktoś wzięty z reklamy specyfiku do mycia zębów. Do tego był specjalistą od rozwoju osobistego, co się kłóciło z jego sposobem bycia.

– Edi, jak zwykle genialny pomysł! To będzie prawdziwy hit! – zapiszczała Ida, a reszta aż przewróciła oczami na te cyrki. – Zapowiada się numer stulecia!

Gdy pod koniec dnia Zuza wyszła z pracy, czuła się tak, jakby przez osiem godzin woziła kamienie. Pośpiesznie udała się na plac Zawiszy, by odjechać tramwajem w kierunku Woli. Stojąc chwilę na przystanku, zerkała na ulicę Złotą, gdzie jeszcze pół roku temu w wielkim przeszklonym wieżowcu przechadzała się po korytarzach siedziby „Wolnej Debaty”. Ale to były dla niej zamierzchłe czasy i doskonale wiedziała, że już nigdy nie odbuduje swojej pozycji wziętej dziennikarki od wielkich skandali i spraw beznadziejnych. Teraz co najwyżej mogła pisać do babskiej gazetki rozczulające historie prosto z życia. W tramwaju próbowała czytać książkę, ale ciągle wracała myślami do dawnej pracy i czuła w sercu frustrację. Wysiadła na przystanku w centrum Woli i udała się w stronę starej kamienicy przy ulicy Magicznej, gdzie zamieszkała dokładnie tydzień temu. Poza nazwą ulicy niewiele jej się w tym miejscu podobało. Stanęła pośrodku podwórka i głośno westchnęła. Ta stara dziwaczka z trzeciego piętra znowu wywiesiła na balkonie czerwoną pelerynę. To była zła wróżba…

Pod okiem mistrzyni

Przedwojenna kamienica na Woli sama w sobie była prawdziwym dziełem sztuki. Nie dość, że cieszyła oko swoich mieszkańców, a także przechodniów, to jeszcze była wdzięcznym obiektem obserwacji dla studentów architektury i kierunków pokrewnych, którzy wielokrotnie przychodzili podziwiać kunszt i precyzję, z jaką ją zbudowano. Wyremontowana kilka lat temu z dbałością o najmniejszy szczegół, była prawdziwą perełką w porównaniu do pobliskich bloków z pamiętnych czasów PRL. Balkony otoczone mosiężną balustradą przypominały małe fortece. Wielkie strzeliste okna otaczały marmurowe gzymsy, kształtem przypominające zdobienia z czasów antycznych. Na tle ścian w kolorze miodu prezentowały się naprawdę wytwornie. A że kamienica była nietuzinkowa, to nietrudno też sobie wyobrazić, że musiała mieć niezwykle barwnych lokatorów.

Jednym z nich była Elena Nilsen. Kobieta, która nigdy się nie smuciła i zawsze częstowała innych dobrym słowem. Tak przynajmniej twierdzili jej sąsiedzi. Mieszkała tu od niepamiętnych czasów, niektórzy żartowali niekiedy, że jest starsza niż sama kamienica. Mogło być w tym dużo racji, bo Elena miała ponad osiemdziesiąt lat, chociaż nigdy się przed nikim do tego nie przyznała. Była zdania, że w pewnym momencie życia kobieta powinna wyraźnie określić, ile ma lat, i tego się trzymać. Sama zrobiła to już bardzo dawno temu i na kłopotliwe pytania odpowiadała, że jest niczym wino, im starsza, tym więcej w niej słodyczy.

Ktoś kiedyś przezwał ją Cyganką i Elena nie miała mu tego za złe. Wszystko za sprawą jej barwnych strojów. Przepastne szafy pękały w szwach od przeróżnych sukni, gorsetów, halek, spódnic, szydełkowych pończoch i rękawiczek, a także niezliczonej ilości kapeluszy, które zmieniała w zależności od dnia, jego pory i własnego humoru. A ten był często zmienny, jak w przypadku prawdziwej artystki. Nikt, ale to naprawdę nikt nie mógł zaprzeczyć, że taki tytuł Elenie się naprawdę należy. Aktorka jej pokroju mogła sobie pozwolić na drobne kaprysy czy większe oczekiwania wobec życia i ludzi. Na szczęście Elena miała złote serce i za nic w świecie nie uważała siebie za lepszą od innych. Pomagała w każdy możliwy sposób, a jej drożdżowe bułeczki z domowymi konfiturami były znane w całej kamienicy. Piekła je przynajmniej raz w tygodniu i częstowała sąsiadów.

Nosiła się elegancko, zaplatając dosyć długie włosy w warkocz, a następnie upinając go na czubku głowy w luźny kok. Delikatne okulary w pozłacanych oprawkach nadawały jej twarzy serdeczny wyraz i zdawały się sprawiać, że z jeszcze większą radością szła przez życie. Bo tego akurat nie można jej było odmówić. Optymizmu, którym zarażała wszystkich wokół, przez co miała niesłychanie wielu przyjaciół. Ona zwyczajnie kochała życie i ludzi.

– A teraz słuchajcie! Sprawa najważniejsza. Oddychanie przeponą. Wiecie, co to jest? – zapytała zebrane w jej mieszkaniu dzieci, które wpatrywały się w nią z wielkim zachwytem.