Tajemnice starego domu

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Tajemnice starego domu
Tajemnice starego domu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,85  47,88 
Tajemnice starego domu
Tajemnice starego domu
Audiobook
Czyta Joanna Gajór
27,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa
Rozdział IV W którym układam z Maćkiem przemyślny plan, dostaję dobrą radę od sąsiada, spełniam dziecięce sny i wariuję razem z miłością mojego życia

W świecie paragrafów

Dokładnie o osiemnastej stawiłam się pod wielkim wieżowcem w centrum Warszawy, w którym siedzibę miała kancelaria Maciej Krajewski & Wspólnicy. Weszłam przez szklane obrotowe drzwi. W recepcji powitała mnie radosnym uśmiechem młoda kobieta. Zdziwiła się, gdy ją poinformowałam o umówionym spotkaniu z mecenasem Krajewskim. Moje zaskoczenie było jeszcze większe, gdy przekazała mi, że pan mecenas wyszedł dobrą godzinę temu. Jak to? Dopiero co udało mi się umówić z Maćkiem, a już mi uciekł?

– Halo? Maciek? Gdzie jesteś? Stoję pod twoją kancelarią, a ciebie nie ma.

– Wybacz! Dorota zadzwoniła, że dziś znowu do późna zostanie w pracy. Musiałem odebrać dziewczynki ze szkoły – wyjaśniał nerwowo.

– I wszystko spadło na ciebie?

– Żebyś wiedziała. Poczekaj chwilę. Zuzia, przycisz ten telewizor! Nie no, zaraz zgłupieję. Dom wariatów! Zosia, przestań! Chomiki nie jedzą cukierków! – Ton Maćka oscylował między prośbą a groźbą. Roześmiałam się.

– Dobra, jadę do was. Razem jakoś to ogarniemy.

W ciągu trzydziestu minut zaparkowałam pod ich blokiem. Winda była zepsuta, więc musiałam wdrapać się na piąte piętro. Oj, czas popracować nad kondycją! Już na klatce schodowej słyszałam dokazywanie dziewczynek. Nacisnęłam na dzwonek, a po chwili z uchylonych drzwi wystawały głowy moich uroczych diabełków.

– Ciocia przyjechała! – przywitały mnie tak głośno, że z pewnością było słychać to w całym bloku.

– Cześć, moje szkraby. Co u was?

– Mój chomik zjadł dzisiaj cukierka. A tata mówi, że to niemożliwe. – Zuzia była tak dumna z siebie, aż jej się oczy świeciły.

– Tata mówi, że Edward przez to zdechnie – oznajmiła poważnie Zosia.

– Nie zdechnie! Tato! Powiedz jej coś! – oburzyła się Zuzia.

– No już, dziewczynki, dajcie cioci chwilę spokoju. – Maciek pojawił się w przedpokoju. Był w garniturze, który przykrył kuchennym fartuchem w czerwone maki.

– To teraz tak się chodzi do sądu? – zapytałam rozbawiona jego strojem.

– A to… – Spojrzał na siebie z politowaniem. – A niech to… Przepraszam, musiałem zrobić naleśniki, bo się moim jaśnie paniom zachciało.

– Bo ciągle każecie nam jeść zupy! – zawołały dziewczynki.

– Widzisz, Alicjo, jak to jest, kiedy ma się za żonę bizneswoman. Tragedia jakaś!

– Nie narzekaj. Dorotka twoje dzisiejsze starania z pewnością wynagrodzi ci z nawiązką.

– Zaczekaj na mnie jakieś dwadzieścia minut. Muszę zawieźć dziewczynki na basen.

– Teraz? – Było późno i pomysł z basenem wydał mi się dosyć dziwny.

– Tak, za tydzień są jakieś ważne zawody. Zaraz wracam!

Dziewczynki pospiesznie założyły kurtki i wyszły na zewnątrz. Maciek w ostatniej chwili zorientował się, że niewiele brakowało, a wyszedłby w kuchennym fartuchu.

Zostałam sama. Towarzysząca mi cisza nie była komfortowa. Na kuchennym blacie znalazłam jeszcze dwa naleśniki. Bez pytania nałożyłam je na talerz i zjadłam z cukrem pudrem. Poczułam się senna. Usiadłam na kanapie i przykryłam się kocem. Postanowiłam chwilę odpocząć. Odpłynęłam.

– Królewna długo zamierza spać? – usłyszałam nad sobą przyjazny głos. Otworzyłam jedno oko. Nade mną stał Maciek.

– Zasnęłam?

– I to jak. Twoje chrapanie słyszałem już na dole.

– Ale mi się dobrze spało. Mogę jeszcze trochę? – Nakryłam głowę kocem.

– O nie, nie. Wstawaj, mamy dużo do obgadania. Ta cisza długo nie potrwa. Za godzinę wraca Dorota i po drodze odbierze dziewczynki. Przebiorę się i zrobię mocnej kawy.

– Tego mi właśnie trzeba.

Poza kawą czekały na mnie bezy i ciasto porzeczkowe. Do tego przemiła rozmowa z moim ulubionym panem mecenasem.

W jego rękach była przyszłość moja i Michałka. Od teraz to właśnie Maciek miał być moim przewodnikiem w labiryncie przepisów, kodeksów, ustaw, paragrafów i całej masy spraw, których ani trochę nie rozumiałam.

– Widzę jedno sensowne wytłumaczenie tej nagłej wizyty pań z opieki społecznej na polecenie sądu w Pułtusku. Ktoś musiał złożyć donos, że pani Janina Prusik nie zapewnia Michałkowi właściwej opieki i dziecko jest zaniedbywane.

– Kto mógłby zrobić takie świństwo? – Taka niegodziwość w głowie mi się nie mieściła. – Nikt nie przychodzi mi do głowy. Sąsiedzi mnie znają i szanują. Wszyscy chcą jak najlepiej dla Michałka. Wiedzą, że bardzo mnie kocha i że ja bardzo kocham jego.

– To już sama musisz ustalić. Sąd tego nie powie. Domyślam się, że to był anonim. Albo nawet kilka.

– Ale dlaczego? – Nie rozumiałam, kto mógłby zrobić coś takiego.

– Bo ja wiem? Ludzie, ogólnie rzecz biorąc, są wredni. Na co dzień nie takie świństwa widzę i powiem ci, że niektórym krzywdzenie innych tak wchodzi w krew, że traktują to jak sport.

– Co będzie dalej w tej sytuacji?

– Sąd teraz już nie odpuści, musi zbadać całą sprawę i zarzut niewłaściwego sprawowania opieki nad małoletnim. I rozważyć ewentualną konieczność odebrania prawa opieki.

– Ale to się chyba nie zdarzy, prawda? – zapytałam z wiarą małego dziecka.

– Słuchaj, zdarzyć może się wszystko. Nawet to, że sąd znajdzie jakieś nieprawidłowości albo stwierdzi, że pani Janina nie jest w stanie dalej opiekować się Michałkiem. Wtedy zostaną jej odebrane prawa i kto inny będzie mógł wystąpić o opiekę nad Michałkiem lub o jego adopcję.

– Maciek! Co ty mówisz?! Jacyś obcy ludzie?! – Zerwałam się od stołu i zaczęłam nerwowo krążyć po kuchni. – Nie, ja tego nie wytrzymam! – rozpłakałam się.

– Alicjo, spokojnie. Realnie oceniam sytuację. To nie znaczy, że tak będzie lub że nie da się sprawić, by było inaczej.

– Przepraszam, przeraża mnie myśl, że ktoś obcy mógłby zabrać mojego Michałka. Ale jednego nie rozumiem. Można oddać dziecko komuś obcemu?

– Ogólnie wygląda to tak, że w chwili odebrania prawa opieki nad dzieckiem jego dane są wpisywane do ogólnego rejestru, z którego typuje się dzieci do adopcji.

– Jest dla nas szansa? Żebym to ja mogła adoptować Michałka? – zapytałam wprost. Nie rozumiałam tych wszystkich zawiłości, które próbował mi wyjaśnić.

– Można działać na wiele sposobów. Wybrałem najskuteczniejszy. Teraz się skup, to ważne. Musimy działać rozważnie i w przemyślany sposób.

– Już, przepraszam, postaram się uspokoić.

– Zostanę pełnomocnikiem pani Janiny Prusik i będę ją reprezentował przed sądem we wszystkich sprawach. Oczywiście bezpłatnie.

– Adaś się pewnie nie zgodzi, żebyś pracował za darmo. Jest zbyt honorowy. Znasz go.

– Już moja w tym głowa, by nie miał z tym problemu. Pieniędzy od was nie wezmę. Przyjaciołom się pomaga. Słuchaj dalej. Ty z kolei będziesz przed sądem występowała sama. Bez pełnomocnika. Będzie to lepiej wyglądało.

– Co jeszcze będę musiała zrobić? – Chciałam jak najszybciej przejść do działania.

– Wszystko przemyślałem i mam taki plan. Jako pierwsza wniosek formalny do sądu złoży pani Janina. Będzie występowała o zrzeczenie się prawa do opieki nad Michałkiem.

– Co ty mówisz? – zareagowałam złością.

– Spokojnie. Już tłumaczę, co będzie dalej. W tym wniosku od razu zaproponuje ciebie jako najlepszą osobę do przejęcia opieki nad Michałkiem.

– Rozumiem. Sama mam coś jeszcze zrobić?

– Tak. Żeby zaistnieć oficjalnie w tej sprawie, musisz złożyć wniosek o to, że zgłaszasz się jako osoba, która chce przejąć opiekę nad Michałkiem. Obok twojego wniosku pani Janina złoży do sądu ten wniosek, w którym zaproponuje, by odebrać jej prawo do opieki. Będzie argumentować, że niedługo może pogorszyć się jej stan zdrowia i może nie móc wypełniać obowiązków opiekuńczych. Wykaże, że dbałość i troska o dobro dziecka nie pozwalają jej tego ukrywać. Kierując się dobrem Michałka, wskaże ciebie jako potencjalnego opiekuna.

– Tak jest, babcia Jasia chce dla Michałka jak najlepiej. Znasz ją przecież.

– Oczywiście w tym piśmie wykażemy, że pomiędzy tobą a Michałkiem wytworzyły się silne więzi. Bardzo się lubicie, dużo ze sobą przebywacie, nawzajem się rozumiecie. To są bardzo mocne argumenty.

– Cała prawda! – przyznałam z nieukrywaną dumą.

– Ponadto wykażemy, że jesteś osobą dojrzałą, rozważną i odpowiedzialną. Masz warunki zdrowotne, psychiczne i materialne, by zaopiekować się dzieckiem. No a wiadomo, że dobro dziecko wymaga, że skoro jest bliska osoba, która idealnie kwalifikuje się do opieki, to wtedy niepożądanym byłoby poszukiwanie kogoś zupełnie obcego. W takiej sytuacji ktoś obcy nie daje takiej gwarancji wychowania i zaopiekowania się dzieckiem jak ty. Mówiąc najprościej, jesteś idealną kandydatką do sprawowania opieki nad Michałkiem.

– Boże… Wreszcie jakieś światełko w tunelu. Naprawdę zaczynam myśleć, że będzie dobrze. Nie wiem, jak ci się odwdzięczę, ale wiedz, że robisz dla mnie coś nadzwyczajnego.

– Alicjo, będzie dobrze! Na pewno nie zabraknie nerwów, bo w tej sprawie sąd może różnie zdecydować. Zapewne będą potrzebne dodatkowe działania. Może też się zdarzyć, że coś pójdzie nie po naszej myśli. Ale nie damy się! Najpierw wygramy sprawę o przejęcie opieki nad Michałkiem. Potem wystąpisz o jego adopcję.

– Będę spokojna dopiero wtedy, gdy Michałek zostanie formalnie moim synem.

Jeszcze długo rozmawiałam z Maćkiem. Wytłumaczył mi, że mój wniosek będzie się opierał o zasadę dobra dziecka. Przemawia ona za tym, by opiekunem ustanowić osobę już związaną w jakiś sposób z dzieckiem. Do wniosku dołączone zostaną dokumenty, które potwierdzą, że spełniam też wymagania formalne.

 

Dorotka wróciła z dziewczynkami dosyć późno. Wystarczyło, że na mnie spojrzała, by od razu mieć pewność, że oboje z Maćkiem mamy dobry plan działania w sprawie adopcji Michałka. Oboje przysięgli, że we wszystkim mi pomogą.

Wracałam szczęśliwa do mojego starego domu w Pniewie. Do mojej rodziny. O tym marzyłam całe życie. By mieć do kogo wracać.

Dobra rada od sąsiada

Zdjęcie Magdaleny i Ewy włożyłam do drewnianej ramki i schowałam w szafie między ubraniami. Opowiedziałam Adamowi o swojej wizycie w pułtuskiej kamienicy przy rynku i rozmowie z sąsiadką. Podobnie jak ja był zdania, że kobietą z dzieckiem, która tylko raz pokazała się w mieszkaniu należącym wcześniej do księdza Jankowskiego, mogła być właśnie Ewa. A mała dziewczynka to zapewne jej córka. To by się wszystko zgadzało. Jest nadzieja, że Ewa jeszcze pojawi się w odziedziczonym po wuju mieszkaniu.

Od kilku dni czekałam na telefon od kobiety, która tamtego wieczoru przekazała mi kilka informacji. Nie zrobiła na mnie najlepszego wrażenia, ale musiałam jej zaufać. Była zarządcą tej kamienicy i wiedziała dużo więcej od innych. Telefon milczał jednak. Byłam wściekła na siebie, że sama nie wzięłam od niej numeru. Korciło mnie, by pojechać tam ponownie, ale Adaś skuteczne studził mój zapał.

Doszedł jeszcze jeden temat. Pani Regina, dawna gosposia księdza Jankowskiego, dała mi adres miejsca, do którego ksiądz skierował swoją siostrzenicę Magdalenę wraz z maleńką córką. Odwiedzał je tam przez lata. Potem powstał jakiś konflikt i Magdalena uciekła stamtąd razem z dzieckiem. Z wujem kontaktowała się sporadycznie. Nie chciała, by wtrącał się w jej życie.

Zastanawiałam się, czy tam nie pojechać, ale odpuściłam. Czułam, że wchodzenie z buciorami w czyjeś życie może się bardzo źle skończyć. Do tego byłam pewna, że i tak ich tam nie znajdę. Ale adres skrzętnie przechowywałam.

Wszczęłam za to własne śledztwo. Popytałam sąsiadów, co sądzą o plotkach na temat romansu mojego ojca z Magdaleną. Odważna to była decyzja i, jak się szybko okazało, nie do końca przemyślana. Sprawa odżyła na nowo. Jedni oskarżali mojego ojca, inni mu współczuli.

Po tygodniu dociekań dałam sobie spokój. Czułam się zmęczona. Mikulska ostrzegła mnie, że więcej będzie z tego kłopotu niż pożytku. Miała rację. Sama tylko ciągle powtarzała, że sprawę zna wyłącznie z plotek. Nigdy z Magdaleną nie rozmawiała.

– Wierzyć mi się nie chce, że w całym Pniewie nikt nie wie niczego konkretnego, tylko wszyscy zasłaniają się plotkami – wściekałam się.

– Tak było. Same plotki. Każdy miał swoją wersję. A twój ojciec na to nie reagował. Pamiętam, że tylko raz pod sklepem zwrócił uwagę jednej sąsiadce, żeby nie wtrącała się w nie swoje sprawy. – Mikulska za wszelką cenę chciała udowodnić, że mówi prawdę.

– Nie dziwię się. Ludzie gadali, w domu mama robiła mu awantury…

Tego dnia Mikulska przyszła przed ósmą, by odprowadzić dzieciaki do szkoły. Jako jedna z babć, chciała mieć pod kontrolą sprawowanie swoich pociech. Przy okazji żartowała, że przyszła też skontrolować Adasia i zapytała mnie, czy nie ma na niego skarg. Adaś podśmiewał się, że mama mu się udała, ale jako moja przyszła teściowa już za bardzo się wszędzie panoszy. Mikulska śmiała się, że będzie taką straszną teściową z dowcipów. Gdy wszyscy wreszcie sobie poszli, usiadłyśmy razem na werandzie. Tego dnia nie pracowałam, chciałam odpocząć.

Nagle zza domu wyłonił się pan Miecio na swoim rowerze, który miał zdezelowane obydwa koła. Wyglądało to paradnie. Ale nikt nigdy nawet nie śmiał zasugerować panu Mieciowi, by zmienił rower, bo krytyczne uwagi zawsze były dla niego największą obrazą. Całe Pniewo wiedziało, że jego rower to rzecz święta i będzie mu służyć aż do emerytury. Wszyscy zatem trzymali kciuki, by rower się nie zepsuł.

– Witam! Moje uszanowanie dla pięknych mieszkanek Pniewa! – przywitał się tak głośno, że aż Mikulskiej ciasto wysunęło się z dłoni.

– A dzień dobry, panie Mieciu. Pana wizyta to gwarancja, że dzień będzie bardzo udany – przyznałam z radością. Ten człowiek zawsze poprawiał mi humor.

– Sąsiadka wybaczy, że tak głośno się witam, ale starość już mnie bierze, to i głuchy jestem – wyjaśnił życzliwie. Nos i policzki miał zarumienione.

– Ale za to jaki zdrowy! – dodałam dla pochwały.

– Przecież się nie gniewam. A sąsiadowi to zdrowia zazdroszczę. – Mikulska nie mogła wyjść z podziwu, że pan Miecio jest raptem kilka lat młodszy od niej, a zdrowia mógł mu pozazdrościć niejeden młodziak.

– Nie narzekam. Codziennie na śniadanie trzy surowe jajka wypijam, żeby się żadna cholera do mnie nie przyczepiła – dodał z jeszcze większym uśmiechem.

– U nas kawa i ciasto. Zapraszamy – zaproponowała Mikulska.

– A może i skorzystam. Pół godzinki przerwy nie zaszkodzi. Sąsiadki muszę rozweselić, bo dzisiaj coś smutne. Problemów dużo, czy jak?

– Panie Mieciu, same problemy! – skwitowałam i uniosłam ręce na znak bezradności.

No i się zaczęło. Pan Miecio powtórzył nam wszystkie zasłyszane przez ostatni tydzień plotki. Ciągle niby podkreślał, że to go nic a nic nie interesuje, a znał takie szczegóły, że głowa mała. U Falbów urodziły się bliźniaczki, Julka i Ola. Stary Zdunek złamał nogę, jak poszedł z wnukami na plac zabaw. Najmłodszy chłopak u Janczewskich bardzo chory na zapalenie płuc, a rodzice to cały majątek na lekarzy wydali, by dzieciaka ratować. Tym na końcu wsi prąd odcięli, bo rachunków nie płacą. Chcieli kraść prosto ze słupa, ale ktoś ich podkablował. U Jabłońskich córka w ciąży jest. Lada chwila dziecko na świecie będzie. Ludzie gadają, że ojcem jeden z tych, co im w lecie remont domu robili. Ale dziewczyna nic mówić nie chce.

– Przez takie plotki to mało co i moja rodzina by się nie rozpadła – przerwałam rozzłoszczona opowieścią pana Miecia. W tej samej chwili zorientowałam się, że mój wybuch był niestosowny. – Przepraszam. Panie Mieciu, proszę się nie gniewać.

– Prędzej bym swój rower komu oddał, niż się na naszą Alicję gniewał.

– Wie pan, jak to jest. Człowiek żyje sobie, ma jakieś tam wyobrażenie o rodzinie, a nagle okazuje się, że ona wcale taka idealna nie była.

– Jak to mówią, rodziny się nie wybiera!

– Z tym się trzeba pogodzić – dodała Mikulska, która bacznie mi się przyglądała.

– Wiem, wiem, o co chodzi. Sprawa Piotra i siostrzenicy księdza. Oj, jak wtedy ludzie gadali. Każdy co innego. Ale coś musiało być na rzeczy. No i te pieniądze. Milion starych złotych. Nawet na tamte czasy to była taka suma, że nikt o niej nawet nie marzył.

– To pan Miecio coś wie o tym? – prawie zakrztusiłam się kawą z wrażenia. Nigdy bym się nie spodziewała, że poczciwy listonosz wie więcej niż reszta mieszkańców Pniewa.

– Za dobrze z Piotrem, twoim ojcem, nie żyłem, ale swoje wiem i widziałem.

– Może sąsiad opowiedzieć coś więcej? – Mikulska była równie zdziwiona.

– Mój daleki kuzyn w jednej pracy z Piotrem robił. Nawet jego szefem był. Dobrze ze sobą żyli, na imieniny do siebie przychodzili i czasem na kielicha wpadali.

– Ten kuzyn coś panu mówił? – Wreszcie poczułam, że właśnie wpadłam na właściwy trop.

– Gdzie tam, nic nie mówił. Raz tylko taka sprawa była, że twój ojciec kazał mu kupić udziały w zagranicznej spółce. Chyba amerykańskiej. Piotra znajomy mieszkał za granicą i dał znać, że nadarzyła się okazja. Pośredniczył w tym wszystkim i podpowiadał, co mają zrobić. Za jakiś czas kuzyn mówił, że ten zakup to był strzał w dziesiątkę, bo się nagle bogaty zrobił.

– Mój ojciec też?

– Wychodzi na to, że tak. Milion złotych w tamtych czasach to było dużo i niedużo. Zależy dla kogo.

– To by pasowało. Może właśnie wtedy twój ojciec zdobył potrzebny milion dla Magdaleny – zauważyła trzeźwo Mikulska. Serce zabiło mi szybciej.

– Musiało tak być. Kuzyn na pewno pieniędzy miał dużo. Zaraz kupił w centrum Wyszkowa działkę i w pół roku willę wybudował. Nawet tam raz byłem.

– I co? – zapytałyśmy chórem.

– No dziwna sprawa. Z żoną wtedy autobusem pojechaliśmy. Od przystanku trzeba było piechotą iść. Ale to blisko było. Przy furtce spotkaliśmy Piotra. Wychodził od naszego kuzyna. Przywitał się, pozdrowił.

– Wiadomo, po co tam był? – dopytywałam.

– Bo ja wiem? Może tak po prostu odwiedzić, może jakieś sprawy załatwić. Zaraz sobie poszedł, a my nie pytaliśmy kuzyna, jakie wspólne interesy z Piotrem mają.

– A teraz często pan jeździ do kuzyna? – W głowie dojrzewał mi właśnie całkiem sprytny plan. Pan Miecio był jego częścią.

– Wiesz, Alicjo, jak to jest. Jak ludzie się bogacą, to i o rodzinie szybko zapominają. Kuzyn od kilku lat się nie odzywa.

– Da mi pan jego adres? – zapytałam wprost.

– Żaden problem. Pewnie chcesz do niego pojechać?

– Jeśli pan pozwoli. To jedyna osoba, która może wiedzieć więcej o moim ojcu.

Pan Miecio podyktował adres swojego kuzyna. Bogdan Zawadzki, Wyszków, ulica Prosta 19. Przy okazji dowiedziałam się, że mojego ojca bardzo szanowali w pracy i koledzy stanęli za nim murem, kiedy pojawiły się plotki o jego romansie z Magdaleną. Nie było to dla mnie żadnym pocieszeniem. Wręcz przeciwnie. Właśnie przed chwilą uzyskałam dowód, że mój ojciec mógł w krótkim czasie zdobyć milion złotych. Dzięki temu mama nic nie zauważyła. No i cała sprawa przeszłaby prawie bez echa, gdyby nie ludzkie gadanie.

Uroczy listonosz posiedział z nami jeszcze chwilę. Potem zerwał się na równe nogi, bo przypomniał sobie, że do południa ma dostarczyć ważną paczkę na Lutobrok. Życzył mi powodzenia i zapewnił, że jego kuzyn chętnie ze mną porozmawia.

– Nie mam pojęcia, jak Adaś zareaguje na moje plany, ale muszę pojechać do pana Bogdana i zapytać wprost, czy coś wie o moim ojcu i Magdalenie. Musi coś wiedzieć.

– Adasiem zajmę się ja. Przekonam go, że to dla ciebie jedyna szansa. Często się mnie radzi w trudnych sprawach. Mam nadzieję, że i tym razem posłucha.

– Dziękuję. – Przytuliłam Mikulską jak własną matkę. Bo tak ją właśnie traktuję. Jak matkę, której sama już dawno nie mam. Jej życzliwość daje mi ogromną siłę.

– A to za co? – zapytała zawstydzona moim nagłym przypływem uczuć.

– Za wsparcie i za to pyszne ciasto.

– Akurat to masz zawsze u mnie jak w banku.

Nabrałam energii do działania. Zaraz po wyjściu pani Mikulskiej zasiadłam przy komputerze. Szukałam informacji o spółkach, w których udziały z dnia na dzień mogły tak wzrosnąć. Wiele spraw się na to składało, ale wersja przedstawiona przez pana Miecia wydawała się być całkowicie prawdopodobna.

Od tej chwili miałam jeden cel. Jak najszybciej spotkać się z panem Bogdanem. Na pewno niejedno wie.

Wszystkie kolory życia

– Śniło mi się dziś niebo. Mama, tata i dziadek. Wiesz, co robili? – Michałek przyszedł do mnie nad ranem, wślizgnął się pod kołdrę i mocno przytulił. Od razu wiedziałam, że coś musi go martwić, że miał gorszą noc.

– Jestem bardzo ciekawa.

– Biegali po łące z balonami. Było ich bardzo dużo.

– To chyba miły sen, prawda?

– Tak. Kupimy dziś balony? – Objął mnie za szyję i przyglądał się mojej twarzy.

– Możemy jechać do sklepu zaraz po śniadaniu.

– Do cioci Basi?

– Tak. Widziałam ostatnio, że u niej w sklepie były piękne balony.

– Rozalka też pojedzie, prawda?

– Na pewno będzie chciała. Potem wujek Adaś pomoże nam je nadmuchać. Kilka przywiążemy do werandy. Będzie bardzo kolorowo!

– Ale najpierw z nimi pobiegamy! Kocham cię, wiesz? – powiedział z zadziornym uśmieszkiem na swojej prześlicznej buzi.

– Wiem. I ja też bardzo cię kocham. – Jeszcze mocnej go przytuliłam. Wzięłam głęboki wdech, by poczuć zapach jego włosów.

Na tyle dobrze znam swojego Michałka, że nie musiałam zadawać mu więcej pytań, by wiedzieć, skąd ma taki pomysł. Ten sen był dla niego ważny. W jego oczach widziałam szczęście. Przyśniły mu się najważniejsze osoby w jego życiu. I to w jakiej scenerii! Na łące, z mnóstwem kolorowych balonów. Był spokojny, że jego rodzice i dziadek są w niebie szczęśliwi. Chciał sam dokładnie powtórzyć to, co oni robili w jego śnie.

Przed południem byliśmy już w sklepie, by wybrać balony. Kupiliśmy sto, bo tak sobie zażyczyły moje dzieciaki. Basia śmiała się, że Adaś nas z domu wygoni, jak zobaczy, ile balonów ma do nadmuchania. Na szczęście nie był zły. Wyjął sprężarkę i po krótkim czasie sto balonów było nadmuchanych. Do każdego przywiązaliśmy sznurek, by było za co trzymać.

 

I się zaczęło! Dzieciaki biegały z nimi po całym podwórku. Babcia Jasia aż się popłakała ze szczęścia. Dawno nie widziała tak cudownej sceny. Nasze podwórko na dobre zamieniło się w rajski ogród. Tak kolorowe i wesołe chyba jeszcze nigdy nie było. Kilka balonów pękło, ale dzieciaki nic sobie z tego nie robiły. Zmęczone bieganiem stwierdziły, że przywiążą do brzegów werandy wszystkie balony. Miały nadzieję, że nasz dom uniesie się w powietrze!

Ten weekend zapoczątkował niezwykły czas w naszym życiu. Zbliżały się Święta Wielkanocne i nasze dzieciaki niezwykle zaangażowały się w przygotowania. Całe szczęście, że pod czujnym okiem Adasia, babci Jasi, pani Irenki i Basi. Ja miałam ostatnie dni na zrobienie poprawek w ważnym projekcie, który trzeba było oddać przed świętami. Byłam bardzo wdzięczna, że dzieci mogły praktycznie codziennie chodzić do Kuźni Kurpiowskiej na świąteczne warsztaty. W tym roku pani Halinka przygotowała naprawdę mnóstwo atrakcji i dzieciaki nie były w stanie opowiedzieć wszystkiego, co stworzyły. Obdarowały mnie ręcznie robionymi palemkami, pisankami, a nawet przynosiły do spróbowania regionalne smakołyki. Widać było, że te zajęcia dają im wiele radości. Oby nauka nie poszła w las. Mogłam być pewna, że pod czujnym okiem pani Halinki poznają tajniki regionalnej kultury kurpiowskiej, a przy okazji miałam spokojną głowę o to, że są bezpieczne.

To już drugie nasze wspólne święta w Pniewie. Jeszcze rok temu nie wiedziałam do końca, co przyniesie mi los. I bardzo dobrze! Nigdy bym nie przypuszczała, że właśnie tu znajdę tak wiele szczęścia.

A dziś ci wszyscy ludzie zrobili, co w ich mocy, bym tylko mogła na czas nanieść poprawki w projekcie. Wszystkie świąteczne prace spadły na nich. Babcia Jasia, pani Zosia i Basieńka jednogłośnie stwierdziły, że same przygotują świąteczne przysmaki. I dzięki nim nasz wielkanocny stół aż uginał się od przepysznych dań. Adaś z dzieciakami zrobili piękne dekoracje. Henryk zrobił z wikliny świąteczny koszyk, który Michałek z Rozalką ustroili i w sobotę zanieśli do kościoła. A ja, dzięki ich pomocy, ze wszystkim zdążyłam!

W niedzielny poranek pojechaliśmy do kościoła. Nawet dzieciaki wstały skoro świt i domagały się, by jechać jak najszybciej, bo w tym roku brały udział w procesji. Niosły szarfy. Ależ były z tego dumne!

Po uroczystej mszy czekała na wszystkich wielka niespodzianka – występ zespołu Dzieci Puszczy Białej, który działa przy pniewskiej szkole. Na środek kościoła wyszła młodzież ubrana w tradycyjne kurpiowskie stroje. Dziewczynki stanęły po lewej stronie, chłopcy po prawej. Policzyłam ich, było ponad pięćdziesiąt osób! Dołączył do nich akordeonista.

Pani dyrektor, opiekująca się zespołem, dała znać, by zaczynali. Zebrani w kościele ludzie usłyszeli pierwsze nuty niezwykłej melodii. Zaraz potem chóralny śpiew młodzieży. Zamknęłam oczy. Chłonęłam całą sobą każdy dźwięk. To była prawdziwa uczta dla duszy.

Przypomniałam sobie, że kiedy miałam pięć lat i jeszcze żyła babcia, obiecała mi, że gdy podrosnę, to zapisze mnie do tego zespołu. Już wtedy słuchałam jego występów jak zaczarowana. Ale za chwilę babci już nie było, a ja z powodu rodzinnych zawirowań musiałam wyjechać z Pniewa na wiele lat. O zespole nigdy jednak nie zapomniałam.

A teraz przyszedł czas na młodych i na promowanie ich talentów. Zaraz po mszy Rozalka i Michałek od razu zaczęli się upominać, że oni też tak chcą występować i mam zrobić wszystko, by ich przyjęli. Ależ ja z nimi mam!

W tę Niedzielę Wielkanocną w odwiedziny przyjechała Dorota ze swoją rodziną. Na obiad przyszła też Basia z Jankiem i dziećmi oraz pani Irenka z mężem. Gośćmi honorowymi byli babcia Jasia i Henryk. W moim starym domu znowu spotkali się ci, bez których moje życie byłoby zupełnie puste. Spędziliśmy czas w świetnych humorach, bo opowiadane przez nas historie rozśmieszyłyby nawet największego ponuraka.

Maciek skarżył się, że jest zazdrosny o Dorotę, która ostatnio całe wieczory spędza w biurze. On przy okazji musi pracować na dwa etaty, bo prowadzi i kancelarię, i dom, czego dowód miałam podczas ostatniej u nich wizyty.

Dorota dużo opowiadała o swojej pracy. Gdy na chwilę zostałyśmy same, powiedziała mi coś, co wprawiło mnie w niemałe zakłopotanie.

– Tylko przysięgnij, że nie powiesz Maćkowi ani słowa. Dowie się na końcu.

– Przysięgam, ale mam nadzieję, że nie pakujesz się w jakieś kłopoty.

– Wręcz przeciwnie. Wyobraź sobie, że szef zaproponował mi procentowy udział w najnowszym projekcie. Całe dziesięć procent! A projekt jest wart dwa miliony, więc sobie policz. Nieźle, co?

– Niesamowite! Mam nadzieję, że dobrze wszystko sprawdziłaś? Wiesz, na co się zgadzasz?

– Wszystkiemu dokładnie się przyjrzałam. Nic złego mi nie grozi. Połowę ustalonej sumy będę dostawać w transzach w trakcie projektu. Drugą połowę na jego zakończenie. Ach, i jest jeszcze coś! Będę kierownikiem tego projektu! Powiedz, że cieszysz się tak samo jak ja.

– Bardzo, Dorotko, bardzo się cieszę twoim sukcesem! Jestem z ciebie dumna. Tylko byłabym spokojniejsza, gdyby Maciek rzucił okiem na ten kontrakt i potwierdził, że nie ma zastrzeżeń. Znasz mnie, wolę dmuchać na zimne.

– Jak zwykle panikujesz. Przecież ci mówię, że sama wszystko sprawdziłam dokładnie. Nie jestem głupia. Byle czego przecież nie podpiszę.

– Całe szczęście… To co? Kiedy zaczynasz?

– Projekt rusza za tydzień! Już odliczam dni! Maćkowi powiem, jak wpłynie pierwsza transza pieniędzy. Ale się zdziwi!

Tak bardzo zakochani, tak bardzo zwariowani

Dzwoniłam po raz piąty. W telefonie wciąż słyszałam, że abonent jest poza zasięgiem lub ma wyłączony telefon. W myślach układałam sobie scenariusz tego, jak wreszcie dorwę Adama i powiem mu kilka przykrych słów na temat tego, jaki jest nieodpowiedzialny. Ile czasu już nie można się do niego dodzwonić. A ja odchodzę od zmysłów! Rano pojechał do klienta i słuch po nim zaginął. No jak tak można?!

Wściekła pojechałam do Mikulskiej zapytać, czy może wie, gdzie teraz jest jej syn. Okazało się, że Adaś już od dawna siedzi w swojej pracowni. No ładnie! Już miałam tam wparować i go porządnie ochrzanić, gdy nagle usłyszałam jego głos.

– Do cholery jasnej! Dziadostwo pieprzone! – Jeszcze nigdy nie słyszałam go tak wściekłego.

– Chyba przychodzę nie w porę – oznajmiłam poważnym głosem. I omal nie wybuchłam od razu śmiechem.

Adaś stał przy stole kreślarskim i właśnie walczył z wielką płachtą szarego brystolu, która mu się zwijała w różne strony. Aż poczerwieniał ze złości.

– Jak się człowiek śpieszy, to się diabeł cieszy, tak mówią – powiedział ironicznie.

– Mogę pomóc. Tylko powiedz, za co mam się zabrać.

– Akurat to jest mały kłopot – odpowiedział zrezygnowany.

– To co cię tak denerwuje?

– Jutro mam pierwsze zajęcia na uczelni. Wprowadzenie do zajęć praktycznych z rzeźby. Zaczynam o dziesiątej.

– I co? – próbowałam ustalić, o co właściwie chodzi.

– Nie wiem, czy to był do końca dobry pomysł.

– Co się nagle wydarzyło, że tak myślisz?

– Niby nic, ale mam świadomość, że wiedza teoretyczna już dawno mi gdzieś uleciała z głowy, a moja praktyka może nie do końca się podobać – przyznał szczerze. – To raczej mój warsztat i dzielenie się jego tajnikami nie ma sensu. Narzucę go komuś? Powiem, że jest najlepszy? – W jego głosie dało się wyczuć wątpliwości.

– Nie narzucisz, tylko pokażesz. Kto wie, może kogoś to zainspiruje?

– Może i tak – przyznał mało entuzjastycznie.

– Adamie Mikulski, przywołuję cię do porządku. Nie lubię, jak zbytnio marudzisz.

– Ja marudzę? Chyba, moja droga, przesadziłaś!

Podszedł do mnie szybkim krokiem. Objęłam go. Wzięłam głęboki oddech, by poczuć jego zapach. Aż mi się w głowie zakręciło. Nasze usta spotkały się. Spragnione coraz mocniejszych pocałunków. Adaś posadził mnie na stole. Spojrzałam w jego oczy. Zobaczyłam w nich mieszankę miłości, pragnienia, obłędu. Moje ciało przeszył dreszcz pożądania. Poczułam na sobie jego ciepłe dłonie. Chciałam, by zawładnął mną szybko i gwałtownie.

– A jak ktoś wejdzie? – zapytałam na wpół przytomna.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?