Pozwól mi kochać

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Pozwól mi kochać
Pozwól mi kochać
Audiobook
Czyta Elżbieta Kijowska
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Projekt okładki: Pola Rusiłowicz

Redakcja: Ita Turowicz

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Korekta: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Zdjęcia wykorzystane na okładce:

© Dziewul/Shutterstock

© LilKar/Shutterstock

© Sakdam/Shutterstock

© by Ilona Gołębiewska

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2019

ISBN 978-83-287-1209-6

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2019

Drogim Czytelniczkom i Czytelnikom

w podziękowaniu za towarzyszenie w mojej literackiej pasji

oraz wsparcie, którego doświadczam każdego dnia

I wszystkim tym, którzy chociaż raz życzliwie o mnie pomyśleli

Świadomość, że gdzieś jest ktoś,

kto mimo dzielącej odległości lub nie wyrażonych myśli,

wyczuwa twą obecność, przemienia tę ziemię w raj.

JOHANN WOLFGANG VON GOETHE

Spis treści

Prolog: Bo serce nigdy nie zapomina…

Rozdział I: Życie potrafi nas zaskoczyć – o byciu samotnym pośród tłumu, nocnych rozterkach, braku wiary we własne siły i niespodziewanym zaproszeniu

Rozdział II: Powrót do domu – o strachu przed przeszłością, miłym powitaniu, nieco zaskakujących porannych obyczajach i tęsknocie za dawnym życiem

Rozdział III: W ciągłym biegu – o cieniach trudnej przeszłości, niezapowiedzianym gościu, sporym długu wdzięczności za okazaną pomoc i o niezwykłych darach natury

Rozdział IV: Cała garść niespodzianek – o rozterkach poranionej duszy, uwikłaniu w przepisy prawa, skutkach szalejącej burzy i spotkaniu tajemniczego mężczyzny

Rozdział V: Czas na małe śledztwo – o niespodziewanej groźbie, doszukiwaniu się prawdy, problematycznej sile żywiołów i talencie do przyciągania kłopotów

Rozdział VI: Sezon na nowe wyzwania – o wiciu przytulnego gniazdka, planowanych atrakcjach dla fanów wielkich przygód i spotkaniu z niebywałym znawcą przyrody

Rozdział VII: A gdy zakwitną lipy… – o sezonie pachnących kwiatów, wizycie w zielnej chacie, kilku przykrych wiadomościach i miłej wycieczce do stolicy

Rozdział VIII: Z problemami za pan brat – o próbach skutecznej obrony, zbawiennym działaniu sztuki, pochopnie rzucanych podejrzeniach i trafieniu w objęcia Temidy

Rozdział IX: W podróży przez życie – o sekretach uroczej Amelii, konfiturach prosto z natury, polowaniu na miłość i przeszłości, która wciąż upomina się o swoje

Rozdział X: Życie to splot tajemnic – o pięknie prosto z pól i łąk, trudnej relacji matki i córki, problemach z mówieniem prawdy i niespodziewanej namiętności

Rozdział XI: Tracąc wiarę w człowieka – o wątpliwych podejrzeniach, złych wyrokach przeszłości, szczerych rozmowach do późnej nocy i o tym, że prawda zawsze wyjdzie na jaw…

Rozdział XII: Prawda leży gdzieś pośrodku – o niewygodnych pytaniach, nalocie pasjonatów ukrytych skarbów, od dawna skrywanym żalu i niszczącej sile kłamstw

Rozdział XIII: Miłość dyktuje trudne wybory – o życiu naznaczonym zmianami, szczęśliwym końcu uciążliwych oskarżeń, historii pewnej znajomości i ujawnieniu rodzinnej tajemnicy

Rozdział XIV: Za kulisami przeznaczenia – o ukrytych intencjach, próbie zrozumienia bliskiej osoby, prawdzie zamkniętej w kolorze oczu i szukaniu wyjścia awaryjnego

Rozdział XV: Szczęście mieszka tuż za rogiem – o słowach, na które czekało się całe życie, wspólnych planach ojca i córki, postawieniu wszystkiego na jedną kartę i planowaniu przyszłości

Epilog: Żyć pięknie dzień po dniu…

Z zielnika Anieli Horczyńskiej

Słowo od autorki

Wydawnictwo poleca

Prolog


Bo serce nigdy nie zapomina…

Lipowczany, październik 1979 roku,

obrzeża majątku dworu na Lipowym Wzgórzu

Aniela wpatrywała się w spadające jesienne liście, myśląc z zadumą, że życie jest jednak splotem dziwnych sytuacji, czasem dramatycznych przypadków i trudnych wyborów, ale też i ludzi, bez których przypominałoby smutny film, w którym bohaterowie tylko płaczą, narzekają i żyją z dnia na dzień. A tak, z bliskimi osobami zdawało się ono mieć jakiś sens. Musiało upłynąć wiele wody w rzece, by jej myślenie obrało ten kierunek. Dopiero teraz odkrywała, czym tak naprawdę jest siła rodziny, dlatego z każdym dniem bardziej pragnęła poznawać przeszłość swojego ojca i dzieje rodzinnego dworu, który po zakończeniu drugiej wojny światowej przeszedł na własność skarbu państwa.

Los dość okrutnie zadrwił z ich marzeń o życiu w rodzinnym gnieździe. Zaraz po wojnie wyemigrowali do Francji, gdyż jej ojciec, Fiodor Horczyński, obawiał się o życie rodziny i uznał, że trzeba szukać spokoju na obcej ziemi. Niemal piętnaście lat życia na obczyźnie mocno ich zmieniło, a powrót do Polski można by przyrównać do zderzenia z murem. Nic już nie było takie samo, przyszłość rysowała się w ciemnych barwach, kolejne zaś tragiczne doświadczenia, które stały się ich udziałem za sprawą nieprzychylnego losu, sprawiły, że w sercu Anieli zagościły bunt i niezgoda na to, że w tak niewielkim stopniu może decydować o samej sobie. Wtedy też postanowiła, że już nigdy nie pozwoli, by ktoś niweczył jej plany i marzenia.

Lata mijały, jej ojciec nie poddawał się w staraniach o odzyskanie dworu, a ona miała wrażenie, że stoi obok tego całego zamieszania i nie bardzo ma na cokolwiek wpływ. Odczuwała dyskomfort. Może dlatego zamiast zaangażować się w pomoc ojcu, wolała się skupić na ośmioletniej córce Sabinie, która coraz częściej dopytywała, dlaczego nie mogą zamieszkać we dworze, o którym dziadek nieustannie opowiada. Poza tym Aniela, jako ciesząca się wielką sławą malarka, miała mnóstwo nowych zobowiązań i wyzwań artystycznych, którym poddawała się z nieukrywaną przyjemnością, ciesząc się, że jej życie ma tak wiele barw. Nie lubiła wracać wciąż do rodzinnej przeszłości, gdyż ta była tragiczna. Wolała skupić się na tym, co tu i teraz, bez zbędnego rozpamiętywania spraw, na które i tak nie miała wpływu. Była zwolenniczką optymistycznego patrzenia w przyszłość.

– Dziadziusiu, a czy jak kiedyś zamieszkamy we dworze, to umocujesz dla mnie huśtawkę na gałęzi starej lipy? – pytała Sabinka, mocno ściskając dłoń dziadka, pomagającego jej pokonać wysokie trawy i zarośla, które przysypane warstwą jesiennych liści wydawały się labiryntem bez wyjścia.

– Będę się bardzo starał, żeby tak było. Masz moje słowo – obiecał uroczyście Fiodor Horczyński i pogłaskał wnuczkę po długich jasnych włosach.

– A wiesz, gdzie będzie mój pokoik? – dociekała rezolutna dziewczynka.

– Pewnie na samej górze, tak? Lubisz wpatrywać się w gwiazdy, to pewnie będziesz chciała być jak najbliżej nich, prawda?

– Tak! Dziadku, widzisz to okno po prawej stronie? Tam, na samym dachu? Tam chcę mieć swój pokoik. Razem z mamusią, dobrze?

– To się nazywa poddasze i masz rację, że właśnie tam są najlepsze pokoje.

– Zdradzę ci pewną tajemnicę – weszła im w słowo Aniela. – Jak byłam mała, to właśnie w pokoju z tym oknem mieściła się moja sypialnia.

– A ty to jeszcze pamiętasz? – zapytała szczerze zdziwiona dziewczynka, jakby ich rozmowa dotyczyła czasów co najmniej prehistorycznych. Matka roześmiała się w głos, a dziadek skwitował sytuację potakującym ruchem głowy.

 

– Mówiąc szczerze, nie pamiętam, ale o wszystkim opowiedział mi twój dziadek. Ten dwór był kiedyś naszym domem.

– Wiem, a potem zabrali go źli ludzie. Ale to przecież wasz dom, a nie ich! – trafnie podsumowała dziewczynka, stając naprzeciw swojej matki i dziadka z zadziorną miną.

– Sabinko, dziadek obiecuje ci, że dołoży wszelkich starań, by dwór jak najszybciej wrócił do naszej rodziny – przyrzekł solennie Fiodor, powoli klękając na jednym kolanie, żeby móc patrzeć wnuczce prosto w oczy. Był zdania, że z dzieckiem należy rozmawiać jak z równym sobie, a nie patrząc na nie z góry.

– A mogłabym zobaczyć, jak wygląda w środku? – poprosiła Sabina.

– Jeszcze nie teraz. Poczekasz cierpliwie?

– Dobrze, ale jak ten dwór będzie nasz, to od razu zrobisz mi huśtawkę.

– Oczywiście, może nawet dwie. Jedną pośród lip, a drugą na ganku. Ale zanim to nastąpi, mam dla ciebie propozycję. Razem z mamą zabierzemy cię na pyszne pączki do naszej ulubionej cukierni w rynku. Wolisz te z różą czy z powidłami śliwkowymi?

– Poproszę te z powidłami. Dokładnie dwa, bo jestem strasznie głodna.

– Lipowczańskie powietrze wyostrza apetyt – zaśmiał się głośno Fiodor, widząc, z jakim zapałem jego wnuczka upomina się o łakocie.

– A ty, dziadku, jakie sobie weźmiesz?

– Dwa z nadzieniem z dzikiej róży. Moja mama robiła podobne, jak byłem w twoim wieku, ale to było bardzo dawno temu – wyjaśnił zaciekawionej Sabince.

Aniela poczuła w sercu błogi spokój. Wizyta u ojca w Lipowczanach była dobrym pomysłem. Na co dzień wynajmowała mieszkanie w Warszawie, w którym i tak niewiele przebywała ze względu na ciągłe podróże po świecie. Miała wyrzuty sumienia, że tak rzadko widuje się z Sabiną, którą przekazała pod opiekę dziadka Fiodora. To wydawało się najlepszym rozwiązaniem, biorąc pod uwagę fakt, że Aniela sama uważała siebie za niezbyt dobrą matkę, a jej styl życia daleko odbiegał od modelu kobiety zajmującej się dzieckiem, która prowadzi dom i jedynie w niewielkim stopniu spełnia się w dorywczej pracy, o ile w ogóle tego chce. Aniela jednak wybrała inne życie, takie, o jakim zawsze marzyła – wyjazdy, bankiety, wielki świat, zamożni i przystojni mężczyźni, duże pieniądze.

Czy w tym wszystkim mogłoby się znaleźć miejsce na codzienną opiekę nad córką? Próbowała kilka razy, ale zawsze kończyło się podobnie. W niej narastała frustracja, a Sabina i tak nie otrzymywała opieki, jakiej wymagało dziecko w jej wieku. Dlatego gdy Fiodor zaproponował, że zajmie się wnuczką i będzie z nią mieszkał w Lipowczanach, w kamienicy niegdyś należącej do majątku jego żony Ludmiły, Aniela zgodziła się bez chwili namysłu. To pozwalało jej wierzyć, że wszyscy są zadowoleni z takiego układu. Mimo wszystko czuła całą sobą, że nie jest dobrą matką, zawodzi córkę na każdym kroku i zwyczajnie nie potrafi znaleźć innego rozwiązania tej sytuacji. Była pewna tylko jednego – kochała swoje artystyczne życie i za nic w świecie nie pozwoliłaby go sobie odebrać.

Tego dnia odczuwała spokój i wdzięczność za chwile spędzone z córką i ojcem. Dochodzący zewsząd szelest opadających liści był niczym kojący balsam na nadszarpnięte nerwy, kumulujące się w głowie złe myśli i zwątpienia serca. Aniela miała nieodparte wrażenie, że ludzkie życie można było przyrównać do rosnących na drzewach liści. Wszystko przemija – piękno przyrody, beztroska młodzieńczych lat i otrzymane szanse. Natura nie łamie swoich praw, tak jak i człowiek nie potrafi zawrócić biegu życia.

Lipowe Wzgórze, kwiecień 1995 roku

– Dlaczego nie chcesz nawet porozmawiać? – nie ustępowała Aniela, patrząc, jak Sabina w pośpiechu pakuje do walizki swoje ubrania i cały dobytek Klary, która, leżąc na łóżku, co i raz pociągała noskiem. Znowu chorowała, już po raz piąty, odkąd we wrześniu poprzedniego roku dopadło ją zapalenie płuc. Teraz cyklicznie pojawiały się infekcje gardła i dróg oddechowych, które uniemożliwiały jej swobodne oddychanie i odbierały radość życia właściwą pięciolatce.

– Nie ma o czym. W tym dworze jest tak zimno, że nie mam już dłużej siły, by ciągle biegać po pokojach z jakimś rozpadającym się grzejnikiem, bo jak widać, majster nie naprawił pieca i nic nie zapowiada, że będzie inaczej! – wrzasnęła Sabina, wściekając się na to, że już drugi dzień z rzędu piec był zepsuty, a nad Lipowczany co i rusz nadciągały groźne burze, przez co nie było prądu, a ona miała wrażenie, że przeniosła się do średniowiecza. Urok dworskich zabudowań ulotnił się wraz z nadejściem ulewnych dni.

– Daj mi jeszcze pół dnia. Majster pojechał do hurtowni w Białymstoku dobrać części konieczne do naprawy pieca. Jak wróci, to zaraz się tym zajmie.

– Dobrze wiesz, że tu nie chodzi tylko o piec, ale o to, że zwyczajnie nie jesteś uczciwa. Wciąż powtarzasz, że należy sprzedać ten dwór, ale jakoś od kilku miesięcy tu mieszkasz i nic nie zapowiada, żeby miało się to zmienić.

– Są sprawy, których się tak prosto nie rozwiązuje – westchnęła nieco filozoficznie Aniela, doskonale wiedząc, że córka ma prawo się na nią złościć.

– Czyli co? Sprzedajesz ten dwór czy nie? Nie umiesz być ze mną szczera i zwyczajnie odpowiedzieć na pytanie?

– W porządku, masz prawo wiedzieć o moich planach. Zatem decyzja została podjęta. Dokładnie wczoraj, i myślę, że jest najlepszą z możliwych.

– Czyli? – zawiesiła głos Sabina, a Klara podniosła się na łóżku, z zaciekawieniem wyczekując odpowiedzi babci.

– Nie sprzedaję dworu. Od niemal dwustu lat jest w posiadaniu naszej rodziny i jedną egoistyczną decyzją nie mogę przekreślić starań przeszłych pokoleń, w tym mojego ojca, a twojego dziadka. Przez kilkadziesiąt lat walczył o jego odzyskanie, nie mogę tego zaprzepaścić – coraz spokojniej tłumaczyła Aniela, licząc na to, że córka mimo wszystko ją zrozumie.

– No proszę! Jaka to się sentymentalna zrobiłaś! Ty? Rzucisz to swoje wystawne życie i zajmiesz się starym zrujnowanym dworem? Szkoda, że nie byłaś taka odważna, kiedy trzeba było się zajmować mną, wolałaś podrzucić mnie dziadkowi i udawać, że tak jest lepiej. Lepiej, ale wyłącznie dla ciebie – rzuciła oskarżycielsko Sabina.

Te słowa zabolały Anielę najbardziej, a Sabina używała tego argumentu zawsze, ilekroć chciała dopiec matce i pokazać jej, że skoro sama dokonała w życiu tak złych wyborów, to jest ostatnią osobą uprawnioną do doradzania innym. Aniela nie zamierzała z tym dyskutować. Nie mogła bowiem wykluczyć, że decyzja o zachowaniu dworu również będzie należała do tych najgorszych w życiu. Czas miał to pokazać. Odczuwała jednak dziwną pewność, że tym razem los będzie dla niej łaskawy i obdarzy pomyślnością na kolejne lata.

Sabina miała zgoła inne wyobrażenia. Matczyne zapędy w kwestii dbania o przeszłość ich rodziny i sam dwór były dla niej co najmniej śmieszne. Sama latami obserwowała, jak jej dziadek samotnie, dzień po dniu, walczył o to, by rodzinne gniazdo na powrót stało się jego własnością. Nie mógł spać i siedział po nocach, czasem dostrzegała na jego policzkach łzy, trudno było też nie zauważyć pogarszającego się na skutek ciągłego stresu stanu jego zdrowia. Dlatego gdy Fiodor zmarł kilka lat temu w poczuciu wielkiej klęski, ona sama znienawidziła ten dwór na dobre, sądząc, że to właśnie przez niego dziadek się rozchorował. Miała nadzieję, że matka jako jedyna spadkobierczyni rozprawi się z dworem raz na zawsze, sprzeda czym prędzej pierwszemu lepszemu kupcowi, a uzyskane pieniądze zainwestuje w lepszą przyszłość dla Sabiny i jej córki Klary, której zdrowie zaczynało budzić niepokój. Jak widać, Aniela miała inne zdanie na ten temat, dwór postanowiła zachować, co jeszcze bardziej rozzłościło Sabinę. Ich relacje nigdy nie były dobre. Sabina za ten stan obwiniała matkę, która na dodatek uparcie odmawiała zdradzenia pewnego sekretu z przeszłości, który dotyczył jej samej najbardziej.

– W porządku, więc zróbmy tak. Ty tu sobie zostaniesz, a my z Klarą wyjedziemy i już nas nigdy więcej nie zobaczysz – postraszyła Sabina. Zobaczyła, że Aniela blednie. Zeszły na dół do salonu, nie chcąc, by mała Klara przysłuchiwała się ich kłótni.

– Co ty byś beze mnie zrobiła? – ironizowała matka po pokonaniu pierwszego zdenerwowania.

– To samo, co przez ten cały czas, kiedy mnie zostawiałaś pod opieką dziadka, bo za każdym razem wybierałaś to swoje, pożal się Boże, światowe życie. To jak? Może na koniec mi powiesz wreszcie, kto jest moim ojcem? Ciągle powtarzasz, że nie możesz tego zrobić, że tak będzie dla mnie lepiej… Ale wiesz co? Zaczynam myśleć, że ty po prostu sama tego nie wiesz, z wiadomych powodów! – wykrzyczała ze złością Sabina, nie mogąc się opanować.

– Licz się ze słowami. Jestem twoją matką i należy mi się jakiś szacunek. Wcale nie jesteś lepsza. To ty zaszłaś w ciążę w wieku osiemnastu lat i beze mnie na pewno byś sobie nie poradziła. Tak szybko zapomniałaś o mojej pomocy?

– W przeciwieństwie do ciebie, ja swojej córki nie zostawiam jak zbędnego balastu. Kończę studia, ciężko pracuję, w każdej sekundzie myślę przede wszystkim o Klarze.

– Może trudno ci uwierzyć, ale tak samo ja myślałam o tobie. Musiałam zarabiać, bo mój ojciec z każdym dniem był coraz ciężej chory, a leczenie pochłaniało ogromne kwoty. Nigdy nie zastanawiałaś się nad tym, skąd mam pieniądze na twoje wycieczki, modne ubrania, zabawki, kursy językowe? Myślisz, że tak łatwo mi wszystko przyszło? – gorączkowała się Aniela.

– Wtedy w dzieciństwie sto razy bardziej wolałam mieć blisko siebie swoją matkę niż kolejny model jakiejś tam lalki z końca świata – wyrzuciła z siebie Sabina, ledwo powstrzymując łzy.

– Życie to nie piękny koncert życzeń. Zazwyczaj trzeba wybierać, a każdy wybór niesie ze sobą konsekwencje. Być może gdybym mogła cofnąć czas, wybrałabym inaczej. Ale przeszłości nie zmienię. Teraz mogę jedynie pomagać tobie i Klarze. Wiesz dobrze, że zawsze możecie na mnie liczyć, chociaż zapewne nie do końca tak wyobrażałyście sobie nasze wspólne życie. Przepraszam, inaczej nie umiem – mówiła wzburzona Aniela.

– I dlatego zostawiasz ten dwór? Na co ci on? Dziadka już z nami nie ma i nie będzie. Po co ciągle wracasz do przeszłości?

– Taki jest mój obowiązek względem niego. Sama podkreślasz, że walkę o ten dwór przypłacił swoim życiem. Teraz to ja muszę się nim zająć. To jest nasz dom.

– Raczej twój dom. Moja noga więcej tu nie postanie. I Klary też prędko nie zobaczysz! Nie dam ci wplątać w to wszystko mojej córki! – rzuciła groźnie Sabina i pobiegła schodami na górę, zostawiając Anielę rozżaloną i pełną bólu.

Warszawa, październik 2018 roku,

sala audytoryjna na uniwersytecie

Szmer rozmów tłumnie przybyłych gości przypominał brzęczenie pracowitych pszczół w ulu. Ludzie pospiesznie kierowali się do pierwszych rzędów sali audytoryjnej, w której zazwyczaj odbywały się konferencje, sympozja i ważne uroczystości uczelniane. Sala mogła pomieścić nawet tysiąc osób i na zbliżające się wydarzenie zostało wybrane nie bez powodu. Tego dnia o godzinie piętnastej miała odbyć się inauguracja konferencji naukowej, na której zamierzano przedstawić wyniki długoletnich badań Katedry Biotechnologii Środków Leczniczych i Kosmetyków. Być może byłaby to kolejna z nudnych konferencji, podczas których naukowcy rozwodzą się z zachwytem nad swoimi badaniami, a całe audytorium przysypia, nie rozumiejąc ani słowa z ich nieco hermetycznej paplaniny, ale tym razem zanosiło się na prawdziwy show. Wszystko za sprawą powtarzanych od miesięcy plotek, jakoby pracownicy katedry odkryli przekręty, jakich dokonują wielkie firmy farmaceutyczne. Wyniki badań miały być gwoździem do trumny dla koncernów słynących z miliardowej sprzedaży popularnych leków.

Na czele zespołu stała Sabina Horczyńska, znakomita chemiczka i co istotne, najmłodsza profesorka w historii wydziału. To za sprawą jej dociekań i kilku lat tytanicznej pracy i badań doszło do przełomowego odkrycia, które tego dnia miało zostać obwieszczone w oficjalnych komunikatach. Sabina jeszcze nigdy nie czuła tak wielkiego zdenerwowania. Zza uchylonych bocznych drzwi od zaplecza auli obserwowała, jak tłum ludzi stopniowo wypełnia pomieszczenie po brzegi, z ciekawością spoglądając na katedrę, czyli miejsce, z którego oficjalne przemawia się do zebranych. Znajdowało się ono w przedniej części auli na najniższym poziomie budynku, nieopodal jej środka pięły się w górę rzędy mocno przymocowanych krzeseł, tworząc coś w rodzaju budowli z klocków. Każdy przemawiający z katedry musiał czuć się niezbyt pewnie w obliczu spoglądającego z góry audytorium. Kilka metrów przed katedrą rozstawiono kamery wszystkich popularnych stacji telewizyjnych oraz mikrofony i urządzenia stacji radiowych. Przez nieliczne okna można było dostrzec końcówki anten zamontowanych na wozach transmisyjnych drzemiących w pobliżu budynku.

 

Sabina przełknęła głośno ślinę, czując, jak coraz szybciej bije jej serce. Wiszący na ścianie zegar bezlitośnie wybił godzinę czternastą czterdzieści pięć, co oznaczało, że lada chwila będzie musiała wyjść do zebranych gości i przemówić. Spojrzała na wiszące nieopodal lustro, przygładziła nieco sięgające ramion falowane włosy i poprawiła idealnie skrojoną garsonkę. Po chwili dostrzegła, że jeden z jej współpracowników daje znać, by stanęła przy drzwiach znajdujących się po drugiej stronie katedry, skąd o umówionej godzinie miała wyjść ze swoim zespołem. Równo o piętnastej Sabina Horczyńska wraz ze współpracownikami zasiadła przy stole konferencyjnym ustawionym za katedrą, czując, że za chwilę przyjdzie jej stoczyć jedną z najważniejszych bitew w życiu.

– Szanowni państwo, dzień dobry. Miło nam gościć państwa w murach naszej uczelni, która lada chwila będzie świętowała swój kolejny jubileusz powstania. To dla nas niezwykle ważne, że z każdym dniem dokładamy kolejną cegiełkę do rozwoju polskiej nauki i kształcimy następne pokolenia młodych i zdolnych Polaków – wygłosił słowa powitania rektor uczelni, a w auli rozległy się gromkie brawa. – Jako naukowcy mamy obowiązek poprzez swoją pracę odkrywać i poświadczać prawdę. Nie jest to zadanie proste, o czym przekonali się zebrani przed państwem pracownicy Katedry Biotechnologii Środków Leczniczych i Kosmetyków. To właśnie oni od kilku lat prowadzą badania nad składem leków i kosmetyków. Uzyskane wyniki mogą stać się podwaliną zmian, jakie czekają w przyszłości rynek farmaceutyczny. Przedstawi je pani profesor zwyczajna, doktor habilitowana Sabina Horczyńska, która jest kierownikiem zespołu badawczego i pomysłodawczynią projektu. Pani profesor, prosimy o zabranie głosu – powiedział rektor, zwracając się do Sabiny.

– Szanowni państwo, dzień dobry – zaczęła pewnym głosem. – Dzisiejsza konferencja z pewnością przejdzie do historii. I nie mówię tego z jakichś egoistycznych pobudek, ale mając świadomość, że wyniki badań, które prowadził i opracował mój zespół, z pewnością wstrząsną światem farmacji. Nie mamy dobrych wieści. Wręcz przeciwnie, dzisiaj usłyszycie państwo o nagannych praktykach koncernów farmaceutycznych, których celem jest, byśmy zażywali coraz więcej i więcej leków, te zaś nie dość, że nam nie pomagają, to jeszcze szkodzą – oznajmiła Horczyńska, a po sali rozszedł się szmer zdziwionych głosów.

Na tablicy wyświetlono pierwszy slajd. Sabina zaczęła opowiadać, w jaki sposób producenci leków dodają do nich określone ilości szkodliwych substancji, mających na celu uzależnienie osoby biorącej owe leki. W rezultacie chory zażywa coraz więcej leków i coraz więcej na nie wydaje. Badania wykazywały, że rokrocznie wzrasta ilość używanych przez Polaków medykamentów. Przedstawiła również poszczególne etapy badań swojego zespołu, zastosowaną metodologię, narzędzia badawcze i postawione hipotezy. Dopiero gdy przeszła do omawiania składu wybranych leków, pokazując, jak dany koncern oszukuje w procesie ich produkcji i jak to się przekłada na zyski, na sali zrobiło się naprawdę głośno i trzeba było uspokajać wzburzone audytorium. Sabina wcale się temu nie dziwiła, żywiąc nadzieję, że emisja konferencji przez telewizję i radio pozwoli jej na dotarcie z informacją do znacznej części społeczeństwa.

– Szanowni państwo, całość procedury badawczej i uzyskanych wyników przeczytacie w tej oto publikacji, która od teraz dostępna będzie w sprzedaży w uniwersyteckiej księgarni internetowej oraz w wybranych księgarniach stacjonarnych. Będzie można ją nabyć również po spotkaniu, jednak zanim to nastąpi, przejdziemy do pytań ze strony publiczności. Zapraszam, oddaję państwu głos – powiedziała Sabina.

Dawno nie czuła takiej siły i satysfakcji, miała wrażenie, że cały świat leży jej u stóp, a wieloletnia ciężka praca się opłaciła.

– Dzień dobry, nazywam się Marek Rogalski i reprezentuję firmę Kurando, która dostarcza polskie leki za granicę. Mam pytanie. Czy pani profesor uważa, że przeprowadzone badania są wystarczające, by wysuwać tak śmiałe oskarżenia względem polskich firm? Trzeba mieć wiele odwagi, by ferować publicznie tak jednoznaczne wyroki.

– Dziękuję za pytanie. Przede wszystkim chcę zwrócić uwagę na to, że celem mojego zespołu nie było stawianie oskarżeń, gdyż tym zapewne zajmie się prokuratura. Dokładnie wczoraj złożyliśmy zawiadomienia o podejrzeniu popełniania przestępstw na skalę masową. Czekamy na decyzję prokuratury, ale myślę, że będzie nią wszczęcie śledztwa – odpowiedziała spokojnie Sabina, czując, że utrzymuje kontrolę nad sytuacją. – Zapewniam pana, że nasze badania zostały przeprowadzone z należytą dbałością o jakość i precyzję.

– Szanowni państwo, Robert Grejs się kłania. Jestem dziennikarzem gazety „Pod Lupą” i mam do pani profesor kilka pytań – oznajmił rosły mężczyzna, a Sabina kątem oka zdążyła zauważyć jego dość długie włosy przyprószone delikatną siwizną i strój złożony z dżinsów, podkoszulka i czarnej skórzanej ramoneski. Zaniepokoiła ją nazwa gazety i gdzieś w tyle głowy zaświtało jej, że to tabloid o wątpliwej reputacji, za to ze sprzedażą budzącą zazdrość innych dzienników.

– Bardzo proszę, służę odpowiedzią – zapewniła uprzejmie.

– Mam na tym pendrivie zdjęcia, które z pewnością zainteresują panią profesor i wszystkich tu zebranych. Jutro ukażą się w mojej gazecie i na kilku popularnych portalach internetowych – oznajmił, a Sabina poczuła w sercu dziwny niepokój. – Jak zapewne niektórzy na tej sali wiedzą, zajmuję się dziennikarstwem śledczym, przede wszystkim w zakresie afer korupcyjnych, przestępczych i gospodarczych. I zapewne jestem jedyną tutaj osobą, mogącą z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że pani badania to jedna wielka bujda, zrealizowana za kasę tych, którzy panią wynajęli. Te zdjęcia są dowodem – rzucił oskarżycielsko Grejs.

– Nie wiem, skąd pan ma takie rewelacje, ale zapewniam, że to nie jest rubryka detektywistyczna w tabloidzie, ale poważne badania i poważna konferencja – ucięła Sabina.

– Jak zatem wytłumaczy pani, że kilka razy spotykała się z prezesem koncernu, którego nie ma w pani zestawieniach firm farmaceutycznych fałszujących leki? Czy to oznacza stworzenie wspólnego frontu? Jak zdobyła pani grant na badania? Czy znajomość z prezesem firmy Lekpol przyniosła pani wymierne zyski? – bombardował pytaniami dziennikarz.

– Co też pan opowiada! – oburzyła się Sabina.

– Szanowni państwo, proszę o spokój – uciszał moderator konferencji, ale publiczność nie mogła pozostać obojętna na tak ostre zarzuty dziennikarza. W auli zrobiło się głośno i wszyscy rozprawiali o tym, na ile jego oskarżenia mogą być prawdziwe.

– W jaki sposób wytłumaczy pani, że dzisiaj dokładnie po godzinie dziesiątej na pani konta oszczędnościowe w dwóch bankach wpłynęła odpowiednio kwota po pół miliona złotych? Czy te pieniądze są zapłatą za obrzucenie błotem konkurencji Lekpolu? Jakim prawem wykorzystuje pani swoje stanowisko profesora publicznej uczelni do realizacji prywatnych interesów? – kontynuował groźnym głosem Grejs, nie przestając oskarżać Sabiny.

Ta poczuła, że właśnie traci grunt pod nogami i jej życie lada chwila zamieni się w koszmar. Wzrok jej współpracowników pełen był niedowierzenia, ale i strachu, że być może rewelacje przedstawione przez dziennikarza są prawdziwe. Ona sama nie miała już nawet siły udzielić odpowiedzi. Poczuła, że traci oddech, aż wreszcie osunęła się gwałtownie na podłogę. Ostatnie, co zapamiętała z tamtej chwili, to podniesione głosy publiczności, ostre światła lamp i obezwładniający strach. Miała wrażenie, że powoli uchodzi z niej życie.