Magia zmieniaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Bob jest jak ja. Ludzie widzą go i myślą: „Jego czas minął. Jest dobry, ale nie tak szybki i silny jak kiedyś”. Ale Bob przypomina instruktora sztuk walki, który przez lata doskonalił swoje ciało. Kiedy chce, potrafi działać szybko, bo nie musi o tym myśleć. Po prostu to robi. Raz widziałam, jak powala piętnaście lat młodszego faceta, szybszego i lepiej wytrenowanego. Siedmiu najemników, łącznie z Czterema Jeźdźcami, wykonało zlecenie, a temu gościowi nie podobały się ich metody. Ubzdurał sobie, że pobije Boba. Powiedział, cytuję: „Spuszczę ci taki wpierdol, że będziesz srał ustami”.

Curran się uśmiechnął.

– Poeta.

– Tak. Bob ostrzegł, że jeśli facet go dotknie, to nie skończy się dobrze. Gość stwierdził, że nie ma nic przeciwko, więc stoczyli bitwę w lobby Gildii. Bob go prowokował. Stosował tanie chwyty. Najpierw uderzył go w policzek. Potem kopnął w goleń. W końcu facet stracił cierpliwość i kiedy tylko Bob się odsłonił, skoczył mu do gardła. Bob prawie pozwolił mu zacisnąć ręce wokół szyi, a potem zadał szybki cios otwartą dłonią w jabłko Adama. Gość puścił, zachwiał się, i znów zaatakował. Po trzydziestu sekundach zrobił się ospały. Bob męczył go jeszcze przez minutę, aż facet padł na ziemię. Pięć minut później ratownik Gildii musiał rozciąć gościowi szyję. Bob wycelował idealnie i tępy uraz spowodował stan zapalny. Tchawica spuchła i się zatkała.

– Przeżył?

– Tak. Wyjechał z Atlanty. Ale słuchaj tego: kiedy ratownik próbował odetkać gościowi tchawicę, Bob poszedł do kantyny i kupił sobie hamburgera. Bob nie jest dupkiem, dopóki ktoś go nie zaatakuje albo nie spróbuje go wydymać. Wtedy puszczają mu hamulce. Mimo to dzięki, że go nie zabiłeś.

– Nie planuję go zabić. Może się przydać. Nie wolno marnować dobrej siły roboczej.

– Gdybym cię nie znała, powiedziałabym, że w głowie już przejąłeś Gildię, przeorganizowałeś strukturę i znalazłeś w niej miejsce dla Boba.

Rzucił mi uśmiech.

Czasem mnie... „Przerażał” to złe słowo, raczej niepokoił. Gildia nie miała pojęcia, co ją czeka.

Zjechaliśmy na Chamblee Dunwoody.

Kiedy dżip trafił na wybój, oparłam ręce o deskę rozdzielczą. Auto podskoczyło, Curran skręcił ostro w prawo i samochód zatrzymał się z piskiem opon. Pas pociągnął mnie do tyłu.

– Oto i on.

Na końcu podjazdu stał duży dwupiętrowy dom z brązowej cegły. Został zbudowany przed Przesunięciem, zanim magia i technologia rozpoczęły swój szalony taniec. Współcześni budowniczy decydowali się na małe okna – mniejsza szansa, że coś z ostrymi zębami, świecącymi oczami i apetytem na ludzkie mięso zaskoczy człowieka w sypialni po ciężkim dniu pracy. W oknach pani Oswald bez problemu zmieściłby się Curran pod postacią bestii. By zrekompensować ich rozmiar, kobieta zainstalowała grube na pięć centymetrów stalowe kraty. Większość z nich miała się dobrze, ale pręty w dużym oknie nad garażem były wygięte na boki, jakby coś bardzo mocno w nie uderzyło.

Na środku podjazdu leżał beżowy but na wysokim obcasie. Kawałek dalej na trawniku dostrzegłam pasującą beżową torebkę. Widocznie pani Oswald wyszła, zobaczyła coś, co ją zaniepokoiło, i pobiegła z powrotem do domu. Cokolwiek ujrzała, przestraszyła się na tyle, że porzuciła swoje rzeczy.

Opuściłam szybę. Curran zrobił to samo.

– Żadnej krwi – poinformował mnie.

To mnie zdziwiło. Jeśli dobrze trafiliśmy, Mac i Leroy powinni już tu być. Wyszli z Gildii prawie godzinę przed nami. Nikt nie kręcił się po ulicy. Gdzie się podziali ci idioci?

– Czuję zapach Eduarda, ale nikły i stary. Wyczuwam też coś dziwnego. Jakby wilka.

– Wilka?

Pokiwał głową.

– Z nutą czegoś słodko-gorzkiego.

Według najemników stwór, który zagrażał kotom pani Oswald, miał skrzydła. Wilk ze skrzydłami? Znałam takiego z rosyjskiej mitologii. Potężny wołchw, rosyjski pogański kapłan, trzymał jednego jako zwierzątko. Modliłam się, żeby to nie była sprawka Rosjan. Rozmawianie z wołchwami oznaczało rozmawianie z wiedźmami, a przejmując Atlantę, nie zjednałam sobie ich sympatii.

Siedzieliśmy w ciszy.

Minuty się ciągnęły.

Nagle niebo nad nami rozdarł straszliwy dźwięk. Samotny, żałobny pisk zaczął się z wysokiej nuty i narastał, coraz ostrzejszy i bardziej szorstki, aż wreszcie przeciął powietrze niczym bełt kuszy. Mroczny kształt zanurkował i staranował kraty. Stalowe pręty zadrżały od uderzenia. Przez chwilę myślałam, że ustąpią, ale się utrzymały.

Stwór wylądował na ziemi na czterech łapach. Jego szczupłe ciało porastała szara sierść. Miał długi wilczy ogon i futrzaste, sowie stopy uzbrojone w sierpowate pazury długości moich palców. Z pleców dziwoląga wyrastały dwa wielkie skrzydła. Bestia obróciła się w naszą stronę. Grubą szyję wieńczyła orla głowa zakończona ciemnym dziobem w kształcie topora.

– Kate? – spytał Curran.

– To wilczy gryf – wyszeptałam. – Lwie gryfy pochodzą z Grecji. Ten jest z Afryki Północnej. Wspominają go w berberyjskim folklorze. Powstaje w wyniku parzenia się wielkiego ptaka z wilkiem.

– Jest coś, co powinienem wiedzieć? Zionie ogniem?

Zetknęłam się z wilczym gryfem tylko raz.

– Nic mi o tym nie wiadomo. Gryf, którego spotkałam, nie zionął ogniem, ale nie mogę zagwarantować, że ten tego nie potrafi.

Gryf wyciągnął głowę i wbił w nas drapieżny wzrok. Bestia miała przynajmniej metr w ramionach.

– Zabijamy go czy czekamy? – zastanowiłam się.

– Moglibyśmy go zabić. – Curran otaksował gryfa. – Tym sposobem kiedy pojawią się te kanalie, nie będziemy mieli na głowie dwóch rzeczy naraz. Poza tym musimy dostać się do domu, żeby porozmawiać z właścicielką, a to się nie wydarzy, póki ten stwór żyje.

Oboje spojrzeliśmy na magiczną kreaturę.

– To drugi szkodnik, którego zgłosiła pani Oswald – pomyślałam na głos. – Ktoś lub coś celowo atakuje jej koty. Jeśli zabijemy gryfa, istnieje ryzyko, że tajemniczy wróg pani Oswald wyśle kolejnego potwora.

– To nie nasza praca – stwierdził Curran.

– Wiem, ale co, jeśli następnym razem pojawi się coś jeszcze gorszego?

Gryf rozłożył skrzydła, wziął rozbieg i poleciał do góry. Patrzyliśmy, jak wzbija się w niebo, aż w końcu staje się maleńką kropką wśród chmur. Nie mieliśmy pewności, czy Mac i Leroy wykonają zlecenie. Może postanowili sobie odpuścić.

Stwór znów zanurkował i uderzył o kraty. Wygięły się. Na moment zawisł w powietrzu, haratając szkło pazurami, a potem opadł na podjazd.

– Następnym razem mu się uda – oceniłam. Jeśli dostanie się do środka, rozszarpie na strzępy wszystkich domowników. Tu przestało chodzić o koty.

– Uszkodzę mu skrzydła i złapiemy go w siatkę – zaczął Curran.

– Kiedy rozprawimy się z Makiem i Leroyem, puścimy go wolno – dokończyłam. Nie dalibyśmy rady tropić go w powietrzu, ale na ziemi poradzimy sobie z łatwością. – Doprowadzi nas prosto do właściciela.

– Dla mnie bomba. – Curran zmrużył oczy, oceniając dystans między nami a gryfem. – Czy mogłabyś znów zagrać przynętę, kochanie?

– Myślałam, że nigdy nie poprosisz.

Otworzyliśmy drzwi w tym samym momencie. Wyśliznęłam się z dżipa, wyciągnęłam ręce, żeby wydać się większa, i wystąpiłam do przodu. Gryf skupił na mnie uwagę. Kątem oka zobaczyłam Currana bezdźwięcznie sunącego po chodniku.

Zrobiłam kolejny krok. Tak jest. Ostrożnie.

Gryf rozpostarł skrzydła. Nastroszył się jak jeż.

Powoli.

Potwór zgiął szyję i obrócił skrzydła w dół. Zobaczyłam pstrokate szaro-czarne pióra w całej okazałości. Tak jest, przystojniaczku. Pokaż mi wszystko, co masz. Jestem zagrożeniem i zaraz po ciebie przyjdę.

Za chwilę Curran zbliży się na tyle, by zaatakować. Mógłby skoczyć, ale gryf wydawał się wystarczająco zwinny, by zrobić unik. Jeszcze metr.

Na końcu ulicy zagrzmiał ryk silnika na zaczarowaną wodę. Grrr. Ostatnie, czego potrzebujemy, to durny sąsiad, który wystraszy nam ofiarę.

Kolejny krok. Gryf kłapnął dziobem. Jego miodowo złote tęczówki iskrzyły delikatnym blaskiem. Nie chciałam go krzywdzić, lecz nie miałam wyboru. Curran przygotował się do skoku.

Spokojnie...

Niebieska toyota fj cruiser popędziła w naszą stronę, hucząc jak burza, i zatrzymała się na podjeździe z piskiem opon. Drzwi otwarły się z impetem. Wielki mężczyzna ubrany w czarne spodnie i szarozieloną koszulkę wyskoczył z auta, zrobił salto, zajął pozycję i wystrzelił dwa bełty z kuszy prosto w gryfa.

Curran uchylił się przed pociskiem z nadnaturalną prędkością. Lewy bełt śmignął obok niego i wbił się w drzwi garażowe. Prawy utknął w gardle gryfa. Bestia wrzasnęła z wściekłości. Drugi mężczyzna posłał strzał znad maski terenówki. Trafił w pierś stwora. Wielkie skrzydła zatrzepotały, desperacko próbując unieść ciało ku górze, a potem znieruchomiały. Gryf osunął się na chodnik. Miodowe oczy zalśniły po raz ostatni i zgasły.

Czy to się właśnie wydarzyło?

– Tak jest, suko! – ryknął pierwszy mężczyzna. – Tak jest! Dawaj!

Curran obrócił się w jego stronę. Miał przerażającą minę. Rzucił się na faceta, złapał go i cisnął nim na drugi koniec trawnika.

Jego koleżka w spodniach moro i czarnym T-shircie wybiegł zza samochodu, wymachując kuszą. Ruszyłam w jego stronę, ale mój miecz spoczywał bezpiecznie w skórzanej pochwie na plecach, a Curran był większy i straszniejszy, więc Moro mnie zignorował.

– Hej, ty! Zostaw go...

Kopnęłam gościa w brzuch. Wymierzyłam nisko, więc trafiłam tuż nad kroczem. Ludzie zazwyczaj męczą się przy tych ciosach. Trik polega na tym, by nie kopać, tylko podnieść kolano wysoko i wbić stopę w cel. Moro opuścił ramiona, zachwiał się do tyłu i uderzył plecami o terenówkę.

 

Na trawniku Krzykacz podniósł się na kucki. Wciąż trzymał kuszę. Curran obrał na niego kurs. Krzykacz wystrzelił. Mój ukochany uchylił się przed bełtem i napierał dalej.

Wyszarpnęłam broń z rąk Moro i rzuciłam za siebie. Zamachnął się. Złapałam go za nadgarstek i wykręciłam. Padł na ziemię, a ja zdzieliłam go kolanem w twarz. Chwilę dochodził do siebie – w tym czasie zablokowałam mu łokieć i wygięłam do tyłu, w razie gdyby wpadł na jakiś genialny pomysł.

Krzykacz machnął kuszą jak młotem. Curran wyrwał mu broń i złamał na pół. Kawałki poleciały na chodnik. Curran chwycił Krzykacza, przycisnął mu ramiona do ciała i podniósł faceta z ziemi. Twarz Currana zadrżała.

– Nie! – zawołałam.

Jego ludzkie rysy się rozpłynęły. Kości powędrowały pod skórą – czaszka napęczniała, a szczęki urosły mocniejsze i silniejsze. Nową twarz Currana obrosło szare futro. Najemnik obserwował go z przerażeniem. Reszta lwołaka pozostała całkowicie ludzka. Nie znałam drugiego zmiennokształtnego, który potrafił dokonać częściowej transformacji. Curran miał absolutną kontrolę nad własnym ciałem.

Krzykacz otworzył usta, wlepiając wielkie oczy w drapieżne, złote tęczówki Currana.

– Aaa...

Curran rozwarł paszczę. Gdyby zacisnął szczęki na głowie najemnika, czaszka mężczyzny pękłaby jak upuszczone na chodnik jajko.

– Nie – powtórzyłam.

– On go zabije – wydyszał Moro. Łzy napływały mu do oczu. Tak bywa, gdy zarobi się kolanem w twarz.

Z dziąseł Currana wyrastały kły, coraz dłuższe i dłuższe... Nigdy nie zdawałam sobie sprawy, jak strasznie wyglądają rosnące na żywo zęby. Proszę, kolejny koszmar do kolekcji.

– Curran, nie możesz odgryźć mu głowy – powiedziałam.

– Mogę – odparł potwornym głosem.

– Nie powinieneś.

– Ukradł samochód George. Strzelił do mnie.

– Spudłował.

– Spudłował, bo jestem szybki i zrobiłem unik. Jeśli odgryzę mu głowę, już więcej do mnie nie strzeli.

– On go zabije! – Moro próbował wyszarpać się z mojego uścisku, więc wykręciłam mu ramię jeszcze mocniej.

– Jeśli będę potrzebowała twojej pomocy, to cię poproszę – oznajmiłam. – Curran, proszę, nie rób tego.

– Dlaczego?

– Bo to nielegalne. Technicznie rzecz biorąc, zaatakowałeś go pierwszy, kiedy rzuciłeś go na trawnik.

– Nie rzuciłem zbyt daleko.

Przewróciłam oczami.

– Mogłem rzucić prosto i pozwolić, żeby wylądował na chodniku.

– To też byłoby nielegalne.

– Ciągle to powtarzasz, jak gdyby to miało dla mnie jakiekolwiek znaczenie.

Nie potrafiłam stwierdzić, czy tylko straszy najemników, czy naprawdę chce ich zabić.

– Zrób to dla mnie i się wstrzymaj.

– Dobrze. – Lekko rozluźnił uścisk. – Chcesz coś dodać do dyskusji?

Krzykacz wziął chrapliwy wdech. Jego twarz zadrżała z wysiłku.

– Pierdol się!

Co za dureń.

– Pierdol się!

– Leroy! – krzyknął Moro.

– I twoja suka też! – oświadczył Leroy.

Curran spojrzał na mnie pytająco.

– A teraz? Mogę ukręcić mu łeb?

– Nadal nielegalne – rzuciłam.

Curran ścisnął ramię Leroya. Kości jęknęły. Najemnik zamknął usta.

– Nie! – zawołał Moro.

Skoro Curran bawił się z Leroyem, ten bałwan musiał być Makiem.

– Nie przejmuj się nim. Przejmuj się mną. Gdzie jest Eduardo?

– Nie znam żadnego Eduarda! – sapnął Mac.

Wykręciłam ramię jeszcze odrobinę. Wrzasnął.

– Wiem, że nazywasz się Mac, a to jest twój kuzyn wieśniak Leroy. Wiem, że wbiliście na terytorium Eduarda, zgarnęliście jego fuchę i ukradliście toyotę fj cruiser jego narzeczonej. Popatrz na mnie. Popatrz mi w oczy.

Mac podniósł wzrok. Zbladł.

Mówiłam szeptem, ale wlałam w moje słowa całą wściekłość.

– Eduardo jest moim przyjacielem, jego narzeczona moją przyjaciółką. Siostrą tego tutaj. – Wskazałam na Currana. – Powiedz mi wszystko, co wiesz, albo złamię ci rękę w tym miejscu. – Poklepałam Maca w bark. – A potem w tym i w tym, i w tym. Żadna medmagia ani medycyna jej nie uratują. Już nigdy nie będzie ci służyć, za to będzie zawsze boleć.

Mac popatrzył na mnie zaszklonymi oczyma. W końcu z jego ust wylał się potok słów:

– Nie wiemy, gdzie jest Eduardo. To była jego fucha, ale kobieta zadzwoniła rano i powiedziała, że wczoraj się nie zjawił. Wzięliśmy auto jednorękiej laski. I tak zamierzaliśmy odwalić robotę jej faceta, a to dobra fura, więc ją sobie pożyczyliśmy.

– Kłam lepiej – wycedził Curran. – Dziewczyna szukała Eduarda wczoraj. Wy dowiedzieliście się o tym zleceniu dopiero dziś rano.

Mac zmienił ton.

– Czego ty ode mnie chcesz, człowieku? Tak, wzięliśmy to cholerne auto. Zabraliśmy je! Wiesz, ile kosztuje samochód z dwoma silnikami? Tak po prostu sobie stał. Stwierdziliśmy, że skoro ten dupek się nie pojawił, pewnie już nie żyje. A co ta laska zrobiłaby z taką furą? I tak ma tylko jedną rękę. Potrzebowaliśmy auta, więc je wzięliśmy.

I zrobiliby to ponownie. Słyszałam to w jego głosie. Znałam ten typ. Niektórzy ludzie mieli kodeks moralny – może nie do końca pokrywający się z obecnym prawem, ale nadal kodeks. Kodeks Maca i Leroya zawierał jedno zdanie: robić wszystko dla Maca i Leroya. Nieważne, kto na tym ucierpi. Nieważne, czy osoba, którą okradną, nie poradzi sobie bez dobytku albo zrani się lub umrze. Gdyby dziś rano odkryto na wpół zeżarte zwłoki George, którą zamordowano, gdy wracała do domu na piechotę, Mac i Leroy nie czuliby skruchy. Zwyczajnie żyliby dalej.

Jeśli zabili Eduarda, musieli posłać mu srebrną kulkę z dystansu. Nie mieli szans pokonać go w walce wręcz i dobrze o tym wiedzieli. A gdyby jakimś cudem im się udało, zabraliby jego tahoe i sprzęt i używali ich, bo byli zbyt głupi, żeby to ukryć.

Zerknęłam na Currana. Lekko pokręcił głową. Nie wyczuł krwi Eduarda na ciele Leroya.

– Wiecie, co Gildia robi z najemnikami, którzy kradną sprzęt innym najemnikom? – spytałam.

Mac wbił we mnie baranie spojrzenie.

– Nakłada na nich grzywnę. Dziesięć tysięcy. Panoszenie się na terenie innego najemnika to kolejne dziesięć tysięcy. Razem czterdzieści tysięcy za waszą dwójkę. Zgadnijcie, co zrobię, kiedy wrócę do Gildii?

– Nikt cię nie zna – wydusił Mac.

– Mylisz się. Wszyscy mnie znają. Pracuję dla Gildii od dziewięciu lat.

Mac rozdziawił usta.

– Więc masz wybór, Mac. Możesz zabrać swojego durnego kuzyna i wyjechać z miasta. Albo wrócić do Gildii, ponieść konsekwencje i robić nadgodziny przez następne pięć lat. Ale my będziemy w pobliżu i przysięgam, że utrudnię wam życie na tyle, na ile będę mogła.

Puściłam jego ramię. Curran beztrosko rzucił Leroya na ziemię. Mężczyzna upadł na tyłek, poderwał się i natarł na Currana. Mój ukochany pozwolił mu się zbliżyć, po czym zbił go z bekhendu niemal bezmyślnie, jakby odganiał muchę. Trafił Leroya w ucho. Wielki najemnik obrócił się i zatoczył do tyłu. Mac złapał kuzyna.

– W terenówce jest nasz sprzęt – powiedział Mac.

– Odbierzecie go w Gildii – poinformowałam go.

– Jesteś pieprzoną suką, wiesz o tym? – zapytał.

– Będę musiała jakoś ze sobą żyć.

– To nie koniec! – Leroy wymierzył palec w Currana. Chyba chciał wyglądać agresywnie, ale wciąż chwiał się na nogach.

– To koniec – zapewnił go Curran. – Idźcie, zanim zmienię zdanie.

Ciało gryfa zadrżało. Środek wybrzuszył się jak krwawy, czerwony guz, coraz większy i większy.

– Co, do cholery? – warknął Curran.

– Nie mam pojęcia. – Wyciągnęłam Królową.

Guz pękł.

Rozdział 5

Cofnęliśmy się. Od środka ciało gryfa przeszył metrowy, pomarańczowo-brązowy kolec. Za chwilę dołączył do niego kolejny. Kolce wygięły się i opadły na chodnik, najeżone długimi, sztywnymi włoskami. Zewłok zadrżał, jakby coś zasysało go od wewnątrz.

Kolce wystrzeliły na boki i naszym oczom ukazały się ogromne ciemnobrązowe szczęki, podobne do szczypiec gigantycznego kraba. Wystawały z nich prawie czarne zęby.

Jasna cholera.

Kreatura wciąż wypełzała z ciała gryfa – po dwóch grubych szczękoczułkach pojawił się wielki okrągły łeb z wypukłym czołem zwieńczonym parą czarnych oczu wielkości piłek bejsbolowych, nogi, jeszcze więcej wyłaniających się kawałek po kawałku nóg, tułów i długi segmentowy odwłok. Truchło gryfa sflaczało, skurczyło się i zniknęło, wciągnięte przez nowego potwora. Monstrualny insekt wylądował na podjeździe. Dziesięć nóg, pierwsze dwie masywne i długie, pozostałe krótsze, wystawało z trzymetrowego ciała kołyszącego się półtora metra nad ziemią. To cholerstwo było wielkości zaparkowanej za nami terenówki.

Gigantyczny insekt zazgrzytał szczęko-szczypcami. Ciszę przeszył piskliwy jazgot. Wzdrygnęłam się.

– Co to jest, do diabła? – warknął Curran, przesuwając się na prawo.

– Nie wiem. – Przeszłam na lewo. Stwór wyglądał jak przerośnięty potomek skorpiona i bardzo włochatego pająka. Nigdy czegoś takiego nie widziałam. Szczęko-szczypce sprawiały wrażenie, jakby mogły ciąć kości niczym nóż masło. Musieliśmy powstrzymać potwora przed wejściem do domu, inaczej rozerwałby rodzinę na strzępy.

Odnóża miał całe z chityny. Gdybym próbowała przerąbać je mieczem, tylko połamałabym ostrze. Rozdrapywanie ich pazurami też niewiele by dało. Gruby odwłok kreatury był bardziej miękki, ale wiedziałam, że dostanie się do niego będzie cholernie trudne.

Przez ulicę przetoczył się głęboki, beznamiętny głos, tak nasycony magią, że niemal rozbrzmiewał na mojej skórze.

– Gińcie.

Dlaczego ja?

– Nie spełniamy życzeń. Spróbuj w Iowa. Podobno tam ludzie są milsi. – Hej, tato, znalazłam świetny prezent na Dzień Ojca. Proszę bardzo.

Insekt wycelował odnóże w moją stronę.

– Giń.

Oczy Currana zalśniły złotem. Jego ubranie rozdarło się – strzępy opadły na ulicę, a w miejscu mojego ukochanego stanęła wielka hybryda człowieka i lwa.

– Spróbuj tego gówna na mnie.

Insekt rzucił się na Currana z szokującą prędkością. Curran podniósł ręce i złapał za przednie odnóża potwora. Pośliznął się.

Niech to szlag. Pośliznął się.

Popędziłam na bok, żeby okrążyć kreaturę z lewej. Odnóże stwora wystrzeliło w moją stronę niczym włócznia. Zrobiłam unik i wbiło się w beton, rozłupując płytę chodnika. Za chwilę w moim kierunku pomknęło kolejne. Widziałam je, ale nie mogłam nic zrobić. Ścięło mnie z nóg. Przeleciałam przez trawnik i uderzyłam plecami o coś twardego. Drewno pękło z suchym trzaskiem, a ja wylądowałam za płotem.

Auć. Poderwałam się z ziemi.

Curran stał na środku ulicy, wciąż trzymając w uścisku przednie odnóża potwora. Skorpiopająk rzucał się raz za razem, próbując złapać go w szczypce. Gdyby te szczęki się zatrzasnęły, odcięłyby Curranowi ręce.

O nie, nie ma mowy.

Natarłam na insekta. Odnóża zaatakowały. Uskakiwałam tam i z powrotem. Jak ten potwór w ogóle mnie widział? Kończyna opadła tuż obok mnie. Uchyliłam się w lewo i zobaczyłam, że jedno czarne oko obraca się i mnie śledzi. Kreatura mogła patrzeć w dwie strony naraz.

Wepchnęłam Królową w odsłoniętą przestrzeń podbrzusza. Miecz przeszył odwłok na wskroś. Wyrwałam ostrze, otwierając ranę. Jedna z kończyn wystrzeliła i drapnęła mnie w plecy i w bok, gdy się obracałam. Poczułam palący ból. Odskoczyłam do tyłu. Przezroczysty ichor zaczął sączyć się z rany, odsłaniając grudy transparentnych wnętrzności przypominających pęcherze pławne. Obmył mnie ostry smród zgniłych ryb. Insekt nie zwrócił uwagi na moje starania.

– Kate – wycedził przez zęby Curran – potraktuj go magią.

– Nie mogę. – Odnóża napierały na mnie jak skrzydła wiatraka. – Trzymasz go. Mogłabym trafić w ciebie. Puść go.

– Jeśli go puszczę, rozerwie mnie na strzępy.

Nie mógł też rzucić potworem. Tułów insekta wisiał za wysoko nad ziemią. Pająk miał przewagę.

Jedyne słowo, które nie skrzywdziłoby Currana bezpośrednio, unieruchomiłoby stwora na cztery sekundy. To by nie wystarczyło. W momencie, w którym obaj odzyskaliby kontrolę, insekt pokroiłby Currana na kawałki.

A Curran nie mógł trzymać go wieczność.

Odnóże dokładnie nade mną uniosło się, żeby przeszyć moją pierś. Zanurkowałam pod targany skurczami odwłok i dźgnęłam prosto do góry. Zalała mnie posoka. Oczy zaszkliły się od smrodu. Dźgałam raz za razem, rozrywając śliskie rybie wnętrzności. Bebechy wylewały się przez rany, zwisając z ciała jak obrzydliwe winogrona. To wciąż było za mało.

 

Curran warknął. Tułów podniósł się o kilkanaście centymetrów. Potwór brał górę nad lwołakiem.

Wsunęłam rękę pod T-shirt, w miejsce, gdzie kończyna przecięła moją skórę. Pobrudziłam palce krwią. Wyprostowałam się i wepchnęłam dłoń do rany potwora. Magia w mojej krwi krzyknęła, pragnąc się uwolnić. Pozwoliłam jej. Szkarłat wypłynął z boku, pomknął wzdłuż ramienia do wnętrza skorpiopająka i stężał. Kilkanaście cienkich igieł przeszyło kreaturę od środka.

Pająk wrzasnął. To poczułeś, tak? To masz jeszcze.

Odwłok uderzył o ziemię. Insekt zaczął się miotać, próbując mnie zmiażdżyć. Wyrzuciłam ręce do góry, krzyżując je w bloku. Nagle nacisk zniknął. Przekoziołkowałam na prawo i poderwałam się na równe nogi.

Na ulicy skorpiopająk gonił Currana. Lewa strona łba potwora wyglądała na sponiewieraną. Widocznie Curran zdzielił insekta, kiedy ten wierzgnął do tyłu.

Pomknęłam w ich kierunku.

Pająk zaatakował przednim odnóżem. Curran strącił je na bok. Drugie wystrzeliło w błyskawicznym tempie. Wąskie ostrze przebiło bark Currana. Lwołak złapał odnóże jedną ręką, a drugą uderzył w staw. Dolna część kończyny się złamała.

Podskoczyłam między tylnymi nogami insekta i wylądowałam mu na grzbiecie. Pająk zaczął się rzucać. Wepchnęłam Królową tak głęboko, jak tylko mogłam, i kurczowo przywarłam do rękojeści.

Curran oderwał kawał odnóża potwora i wepchnął w bok insekta, tuż pod złamaną kończyną.

Podciągnęłam się, próbując dotrzeć do łba i okrągłych czarnych oczu.

Curran wciąż dźgał pająka w to samo miejsce. Krew bryzgała, a insekt piszczał, wydając dźwięk paznokci drapiących po tablicy, i miotał się na wszystkie strony.

Czułam, że zaraz mnie zrzuci.

Wyszarpnęłam Królową, złapałam za krawędź rany i przecięłam tułów kreatury, chcąc oddzielić odwłok od reszty ciała.

Curran nie przestawał dźgać.

Przebij, wyciągnij, przebij, wyciągnij, przebij...

Curran złapał kolejne odnóże pająka w zęby i wyrwał.

Przebij, wyciągnij, przebij...

Mijały minuty.

Sapałam z wysiłku. Zdychaj, cholero. Zdychaj wreszcie!

Skorpiopająk zadrżał.

Curran wskoczył mu na łeb. Puścił pazury w ruch i oślepił insekta. Nie przestawałam ciąć. Curran zaczął okładać go po potylicy.

W końcu odwłok odpadł od tułowia. Wnętrzności zakołysały się i poleciały na dół, rozbryzgując się po chodniku z mokrym plaśnięciem. Chitynowy pancerz wokół głowy pająka ustąpił i pękł. Przednia część tułowia stwora przechyliła się i runęła do tyłu, zabierając nas ze sobą. Zdążyłam mrugnąć i już siedziałam na chodniku twarzą w twarz z Curranem, a ze zmiażdżonej skorupy pająka sączyła się posoka.

Czułam się, jakbym przebiegła maraton. Wszystko mnie bolało, brakowało mi tchu. Na czoło wstąpił zimny pot. Byłam oszołomiona. Może straciłam zbyt dużo krwi.

Curran oddychał głęboko. Na jego barku ziała brzydka rana. Krawędzie zaczęły się goić, ale ze środka wyrastały długie brązowe kolce – sztywne „włoski” insekta.

– Mamy miotacz ognia? – spytał Curran.

– Nie.

– Powinniśmy kupić.

Spojrzeliśmy na siebie. Smród stawał się nie do zniesienia. Śluz pająka i moja własna krew skąpały mnie od stóp do głów. Curran pochylił się i splunął. Tak. On ugryzł to cholerstwo.

– ...woda szybkości i duch... – zaintonował męski głos z prawej.

Obróciłam się.

Po drugiej stronie ulicy Mac i Leroy próbowali nuceniem obudzić silnik toyoty.

To są chyba jakieś jaja.

Najemnicy nas zauważyli. Mac i ja złapaliśmy kontakt wzrokowy. Dźwignęłam się do góry.

– O nie, nie, nie. – Mac podniósł ręce. – Nie wstawajcie. Już idziemy.

Curran obnażył zęby.

Leroy wyciągnął z auta torbę.

– To moje rzeczy!

Wzięli nogi za pas i uciekli.

Popatrzyłam na Currana i pokazałam ich palcem. Nie miałam słów. Mój ukochany pokręcił głową.

Sięgnęłam magią w poszukiwaniu maleńkich kropli swojej krwi. Odpowiedziały na wołanie. Przyciągnęłam je. Szkarłat wypłynął z truchła insekta, zbierając się w małą kałużę. Krew stężała i obróciła się w pył – jej magia zniknęła. Wiatr zwiał ją z chodnika, jakby nigdy nie istniała.

Drzwi domu otwarły się powoli i stanęła w nich czterdziestoparoletnia Afroamerykanka w garsonce. Za nią dwóch nastoletnich chłopaków wyciągało szyje, by podejrzeć, co się dzieje.

Kobieta podeszła do nas, starannie omijając kałuże śluzu, i wyciągnęła rękę z czekiem. Brzeg kartki drżał. Wytarłam dłoń o dżinsy najdokładniej, jak mogłam, i przyjęłam zapłatę.

Obróciła się do swoich synów.

– Zapakujcie zwierzaki do klatek i zabierzcie wszystkie potrzebne rzeczy. Tony, zadzwoń do ojca, i powiedz, że będziemy w zajeździe Pod Czerwonym Dachem. Może tam do nas dołączyć.

– Jeśli możemy zrobić coś więcej... – zaczęłam.

– Nie będzie żadnego „więcej” – ucięła. – Przeprowadzamy się.


Pani Oswald nie była skłonna do współpracy. Martwiła się głównie o to, żeby załadować dwoje dzieci, dwa koty i psa husky do auta i jak najszybciej uciec z domu. Wyciągnęliśmy z niej informacje tylko dlatego, że zgodziliśmy się stanąć na straży, podczas gdy ona pakowała rzeczy i uruchamiała SUV-a. Nie wiedziała, kto prześladował jej koty. Nie kłóciła się z sąsiadami. Nie miała konfliktów w pracy, przynajmniej takich, które uzasadniłyby atak na jej zwierzęta. Mąż pani Oswald wyjechał w interesach.

W niedzielę dwudziestego siódmego lutego pani Oswald wróciła do domu i znalazła w ogródku wielkiego kleszcza. Insekt przerażającym głosem oznajmił, że przyszedł po jej koty. Zadzwoniła do Gildii. Godzinę później zjawił się Eduardo i zabił insekta. Kilka osób z miasta – prawdopodobnie ze Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej WKZP – przyjechało i zabrało szczątki. W poniedziałek pojawił się gryf. Na początku rozmiarem przypominał spaniela i całkowicie ignorował ją i jej synów. Próbował wedrzeć się do domu, ale kraty dawały radę. Mała bestia nie wydawała się poważnym zagrożeniem, więc pani Oswald zadzwoniła do Eduarda i poszła do pracy. Kiedy wróciła, gryf zniknął. Biorąc pod uwagę, że fala magii skończyła się w poniedziałek około dziewiątej rano, nie było w tym nic dziwnego. Kobieta uznała, że Eduardo zajął się stworem albo że gryf odleciał sam z siebie.

Dziś rano, kiedy pani Oswald wychodziła do pracy po nadejściu kolejnej fali magii, z nieba sfrunął o wiele większy gryf i próbował ją pokiereszować. Pobiegła z powrotem do domu i zadzwoniła do Gildii.

Gdy zobaczyła, jak gryf przemienia się w wielkiego insekta, stwierdziła, że miarka się przebrała.

– Mogę skorzystać z pani telefonu i zadzwonić do Sanitarnych? – próbowałam przekrzyczeć silnik na zaczarowaną wodę.

– Proszę robić, co trzeba! Ja muszę się zająć dziećmi!

Pani Oswald nacisnęła pedał gazu i wypadła z podjazdu jak burza. Weszłam do jej domu i sprawdziłam telefon. W słuchawce zabrzmiał sygnał. Cóż, przynajmniej raz w życiu coś się udało. Wybrałam numer z pamięci.

– Sanitarni – burknął szorstki męski głos.

– Nazywam się Kate Daniels. Mam martwego pająkagiganta na Chamblee Dunwoody. Proszę, żebyście przyjechali i go zabrali.

– Jasne – odparł mężczyzna. – Już się robi. Jest pani ósma w kolejce. Czas oczekiwania wynosi dobę.

– To MP w dzielnicy mieszkalnej.

Zapadła cisza.

– Jest bardzo źle?

– Po śmierci ssak zmienił się w owada. Ma trzy metry długości, nie licząc odnóży.

– Proszę zostać na miejscu. Będziemy za pół godziny.

Z doświadczenia wiedziałam, że raczej za kilka godzin, ale dobre i to. Zadzwoniłam do agencji. Odebrał Derek.

– Ostre Cięcie – wychrypiał.

– Możesz przyjechać? – Podałam mu adres.

– Już wychodzę.

– Dzięki. Ascanio jest z tobą?

– Zwarty i gotowy – rzucił Ascanio do telefonu.

– Zadzwoń na posterunek Dunwoody i zapytaj, czy mieli jakieś skargi na Oswaldów przy Chamblee Dunwoody.

– Tak, Małżonko.

Albo zrobił to z przyzwyczajenia, albo się ze mną droczył. Prawdopodobnie to drugie. Rozłączyłam się i poszłam do garażu. W skrzyni z narzędziami zobaczyłam szczypce. Idealnie.

Znalazłam Currana na zewnątrz. Zmienił się w człowieka i założył to, co zostało z jego ubrania, mimo że było lepkie od śluzu. Przy ustach trzymał węża ogrodowego.

– Aż tak źle?

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?