Magia zmieniaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 4

Siedziba Gildii znajdowała się w opuszczonym hotelu na obrzeżach Buckhead. Niegdyś futurystyczna wieża poddała się falom magii podobnie jak pozostałe budynki w dzielnicy biznesowej. Wieżowce upadały na dwa sposoby: albo niszczały powoli, aż wreszcie przeistaczały się w kupę gruzu, albo zawalały się od razu. Baza Gildii należała do tej drugiej grupy – wieża pękła w okolicach siódmego piętra niczym przecięta mieczem. Renowacje i remonty obniżyły gmach o kolejne dwa poziomy i teraz budynek liczył pięć kondygnacji, z których funkcjonalne były cztery. To cena za życie w świecie wolno postępującej apokalipsy.

Stanęliśmy na dużym, otwartym parkingu po prawej stronie i wysiedliśmy z auta. Czekało na nas około dwudziestu samochodów. Według George Eduardo woził się wielkim czarnym chevroletem tahoe, który przypominał czołg. Raczej trudno przeoczyć taką furę. George jeździła toyotą fj cruiser. Nie zauważyłam żadnego z tych samochodów.

Ruszyliśmy alejką. Curran raz za razem pociągał nosem, sprawdzając zapachy. Żeby naprawdę podążyć za tropem, potrzebowalibyśmy Dereka. Curran miał sto razy lepszy węch ode mnie, ale był drapieżnym kotem. Polował głównie wzrokiem. Tymczasem Derek, mój niegdyś cudowny chłopiec, jako wilk po zapachu mógł wytropić mola w ciemności.

Zadzwoniłam do Ostrego Cięcia i zostawiłam Derekowi wiadomość na sekretarce. Poprosiłam, żeby został na miejscu, w razie gdybyśmy go potrzebowali. Curran uratował chłopaka, gdy jego rodzina zachorowała na loupizm, i od tego czasu młody wilkołak był mu całkowicie oddany.

– Tak sobie myślałam... – zaczęłam.

– Powinienem się martwić? – zapytał Curran.

– Myślałam, że Derek odejdzie z nami. Rozumiem, czemu Barabasz tego nie zrobił. Uwielbia swój zawód prawnika. Ale Derek pracuje dla Ostrego Cięcia od powstania agencji.

– Nie mogę poruszać tego tematu – rzekł Curran. – To osobista decyzja każdego zainteresowanego. Żadna ze stron nie ma prawa wywierać presji. Jim nie może oferować im łapówek, żeby zostali, a ja nie mogę manipulować nimi emocjonalnie, żeby odeszli.

Curran chyba miał rację.

Przeczesaliśmy parking. Zgodnie z przewidywaniami nie znaleźliśmy tahoe, więc udaliśmy się w stronę budynku.

Ciężka żelazna brama stała otworem. Na korytarzu nie zastaliśmy żywej duszy. Sprawdziłam rejestr leżący na metalowym stole. Eduardo wpisał się w poniedziałek, dwudziestego ósmego lutego. Nie znalazłam wpisu z wtorku, pierwszego marca.

– Wczoraj nie dotarł do Gildii – oznajmiłam.

Curran powęszył i się wykrzywił.

– Co jest?

– Śmierdzi jak na wysypisku. Wyłapuję jego ślad, ale stary. Powiedziałbym, że ma jakieś pięćdziesiąt godzin.

To by się zgadzało z naszą osią czasową. Jeśli Eduardo zadzwonił do George o siódmej trzydzieści w poniedziałek, prawdopodobnie zjawił się w Gildii godzinę lub dwie później.

Minęliśmy duże drewniane drzwi i weszliśmy do lobby. Hotel zbudowano jako pustą wieżę z otwartym atrium w środku. Tarasowe balkony, po jednym na każde piętro, biegły wzdłuż wewnętrznych ścian, umożliwiając dostęp do poszczególnych pokoi.

W poprzednim życiu hotel był piękny – jasny kamień, drogie drewno, szklane windy. Przeżywał okres świetności na długo przede mną, ale widziałam stare zdjęcia, które ukazywały lobby jako oazę zieleni z przecinającym ją strumieniem, gdzie grube pomarańczowo-białe rybki koi ospale dryfowały wśród lilii. Jeden róg zajmowała modna kawiarnia z podestem dla stałych klientów i fanów happy hour, a kawałek dalej znajdowała się elegancka restauracja serwująca steka i homara. To wszystko zniknęło. Po kawiarni, koi i kwiatach nie zostało ani śladu. Restauracja zmieniła się w kantynę podającą tanie, acz znośne jedzenie głodnym najemnikom wracającym po długiej robocie, natomiast podest, niegdyś ulubione miejsce spotkań bon vivantów, został zajęty przez biurko Urzędasa i wiszącą za nim tablicę ze zleceniami.

Zazwyczaj Urzędas utrzymywał tablicę w niemal maniakalnym porządku. Wypisywał wolne zlecenia na fiszkach, oznaczał je różnymi kolorami według priorytetu i starannie przypinał na korkową planszę. Dziś na tablicy panował chaos. Zaśmiecały ją losowe świstki, niektóre poprzyczepiane do góry nogami, inne poprzyklejane na siebie. Część z nich zdobiły plamy po kawie. Jeden do złudzenia przypominał serwetkę utytłaną sosem pieczeniowym. Co, do cholery...?

Po lobby kręciło się około dwudziestu najemników. Przebiegłam wzrokiem po ich twarzach. Niewielu weteranów. Gildia przyciągała przeróżnych ludzi – zarówno tych, którzy ciężko pracowali, jak i tych, którzy zbijali bąki w siedzibie i czekali, aż dobra robota sama wpadnie im w ręce. Większość obecnych zaliczała się do tej drugiej grupy. Kilku wyglądało na pijanych. Więcej niż kilku na nieumytych. Kiedy przechodziliśmy obok, kobieta po naszej prawej charknęła i wypluła flegmę na podłogę. Uroczo.

Ci najemnicy wałęsali się po Gildii codziennie. Niektórzy pewnie tu nocowali. Któryś z nich ukradł samochód zmartwionej dziewczynie szukającej swojego chłopaka albo przynajmniej wiedział, kto to zrobił. Zamierzałam wyciągnąć z niego tę informację.

W powietrzu unosił się smród zgniłego jedzenia. Na podłodze widniały smugi błota. Z kosza wysypywały się śmieci. Schody prowadzące na górę przykrywała wdzięczna warstwa brudu.

– Daniels!

Obróciłam się. Z pobliskiego stołu machał do mnie opalony, ciemnowłosy mężczyzna po czterdziestce. Lago Vista. Podeszłam i usiadłam na ławce. Curran usiadł obok mnie. Lago był najemnikiem całe swoje życie, ale wstąpił do Gildii trzy lata temu, kiedy przeprowadził się do Atlanty z Lago Vista w Teksasie. Lubił, kiedy ludzie wołali na niego Lago. Nie nazywał się tak, lecz nigdy nie mówił o rzeczach, które zostawił za sobą, więc nie pytałam. Pracowaliśmy razem przy kilku sprawach. Stracił trochę dawnej szybkości, jednak miał dużo doświadczenia i wiedział, co z nim zrobić. Wykonywał swoją robotę, nie zabijając przy tym mnie ani nikogo innego, co w moich oczach czyniło go porządnym najemnikiem. Jeśli ktoś potrzebował partnera do zlecenia, mógł trafić na gorszego niż Lago Vista. Jeżeli potrafił znieść jego aluzje, naturalnie. Lago był podstarzałym playboyem. Uwielbiał przygody na jedną noc i uważał się za ogiera.

– Dawno cię nie widziałem. – Podniósł dzbanek z kawą. – Potrzebujesz paliwa?

Płyn w szklanej karafce wyglądał jak smoła.

– Wczorajsza?

Wzruszył ramionami.

Wczorajsza kawa prawdopodobnie fermentowała od dwunastu godzin. Nie, dziękuję.

– Gdzie Urzędas?

– Nie słyszałaś? Urzędasa już nie ma. Personelu sprzątającego też nie. Ani administratorów. Dobrze wyglądasz, Daniels. Naprawdę dobrze. – Spojrzał na mnie łapczywym wzrokiem.

– Przestań się gapić, a pożyjesz dłużej – oznajmił Curran przyjacielskim tonem.

Lago zerknął na Currana i uniósł ręce.

– Hej, bez urazy. To tylko komplement.

Curran nie odpowiedział. Lago zaczął się wiercić.

– Co to za jeden?

– To mój... – Narzeczony? Misiaczek? – Facet.

Pokiwał głową ze zrozumieniem.

– Z Władcą Bestii nie wypaliło, co? Nie przejmuj się, słyszałem, że to straszny kutas. Nie potrzebujesz takiego gówna w swoim życiu.

Twarz Currana nie zdradzała żadnych uczuć. Lago wyciągnął rękę.

– Lago Vista. Mów mi Lago.

– Lennart. – Curran sięgnął i ścisnął podaną dłoń. Wstrzymałam oddech, by przekonać się, czy palce najemnika to przetrwają. Nie zwinął się z bólu, nie popękały mu kości. Właśnie dlatego Curran był tak przerażającym draniem. Kiedy tracił kontrolę, tracił ją z wyboru. – Co się stało z administratorami?

– Zgromadzenie nie uchwaliło budżetu. Brak budżetu, brak wypłaty. Ekipa sprzątająca odeszła jako pierwsza. W ich ślady poszli kucharze. Urzędas wytrzymał jakieś sześć tygodni, ale w końcu też się poddał.

Cholera.

– Kto odbiera telefony?

Znów wzruszył ramionami.

– Ktokolwiek ma na to ochotę? I tak już prawie nie dzwonią.

Świetnie.

– Dlaczego nie uchwalili budżetu? – zapytał Curran.

– Bo Bob Carver chciał wyczyścić swój fundusz emerytalny. – Lago upił łyk kawy i się skrzywił.

Bob Carver pracował dla Gildii od piętnastu lat. Należał do rzadkiego gatunku najemników potrafiących dogadać się z innymi. Wchodził w skład ekipy znanej jako Czterej Jeźdźcy, która przyjmowała większe, trudniejsze zlecenia. Jedną część zgromadzenia zajmowali administratorzy, a drugą najemnicy – Bob był dyrektorem do spraw personelu i przywódcą najemników. Zanim mój ojciec postanowił czynnie zainteresować się moim istnieniem, stanowiłam trzecią część tego trójkąta i reprezentowałam interesy Gromady. Nie sądziłam, żebym cokolwiek zmieniała, ale widocznie wystarczałam, by utrzymać ich szaleństwo w ryzach. Pod moją nieobecność Gildia wywróciła się do góry nogami.

Curran nie spuszczał wzroku z najemnika, nasłuchując i wyczekując. Lago pociągnął kolejny łyk.

– To działa tak: jeśli wytrzymasz w Gildii dwadzieścia lat, dostajesz emeryturę. Zaczynasz wpłacać na nią od pierwszego zlecenia. To nieduże sumy, jakieś pięć procent z każdej wypłaty, ale przez dwadzieścia lat trochę się tego nazbiera. Jeżeli umrzesz przed czasem, masz przerąbane. Wszystko, co wpłaciłeś, zostaje w Gildii. Rodzina dostaje odszkodowanie, ale to tyle. Nie wiem, po co Bobowi te pieniądze, ale chciał pożyczyć kasę z własnego funduszu.

– To nielegalne – stwierdził Curran. – I głupie. Gdyby każdy wyciągał pieniądze z funduszu emerytalnego, nie byłoby funduszu emerytalnego.

Lago puścił mi oko.

– Lubię go. Tak, masz rację. To samo powiedział Mark. Mark to nasz dyrektor operacyjny. Bob chyba naprawdę potrzebuje tych pieniędzy, bo przekonał do siebie bandę najemników i wywalczył wystarczającą liczbę głosów, żeby zablokować budżet. Oznajmił, że nie ustąpi, dopóki nie wypłacą mu gotówki.

 

Wspaniale. Po prostu wspaniale.

Nachyliłam się.

– Lago, znasz Eduarda Ortega? Postawny facet z ciemnymi włosami, wygląda, jakby mógł burzyć ściany?

– Tak, kręcił się tu.

– Miał z kimś na pieńku?

– Jasne. Kojarzysz Christiana Heywarda?

– To ten duży Afroamerykanin z buldogiem?

– Dokładnie.

Pamiętałam Christiana Heywarda jako naprawdę miłego, rodzinnego człowieka, który nie tolerował pieprzenia. Przychodził do pracy z buldogiem amerykańskim, robił swoje i wracał do domu, do żony i dzieci.

– Miał wąty do Eduarda?

– Nie. Odszedł tego dnia, w którym Eduardo się zarejestrował. Twój przyjaciel dostał teren Heywarda. To dobry teren. Kilka osób toczyło pianę, ale nic się nie wydarzyło. Wiesz, jak to jest: Ortego wygląda, jakby umiał sobie radzić. Nikt nie chciał dostać łupnia. Trochę pomarudzili za jego plecami i tyle.

– Wczoraj przyszła tu jego dziewczyna – odezwał się Curran. – Szukała go. Ktoś ukradł jej samochód.

– Przykro mi. Wczoraj mnie tu nie było, więc wam nie pomogę, ale może jeden z nich będzie coś wiedział. – Lago rozejrzał się po lobby. – Większość z tych dupków w ogóle stąd nie wychodzi. Powodzenia w przykuwaniu ich uwagi. Połowa jest pijana, druga połowa skacowana, a wszyscy mają wszystko w dupie.

– Dzięki. – Nie miałam problemu z przykuwaniem uwagi.

Wstałam. Musiałam zrobić coś głośnego i efektownego, ale niezbyt przerażającego, żeby nie wystraszyć najemników. Ruszyłam do stołu najbliżej drzwi. Gdyby postanowili uciec, minęliby nas w drodze do wyjścia. Curran szedł obok mnie.

– Więc jestem kutasem?

– Nic nie poradzę, że masz reputację.

Wyszczerzył zęby.

– Potrzebujesz pomocy?

– Nie, dziękuję. – Pomoc Currana prawdopodobnie zakładała ryknięcie, przez które najemnicy szybko by się rozproszyli.

Gdybym na starcie wspomniała Eduarda, nic bym nie osiągnęła. Pewnie większość z nich słyszała, jak George o niego pyta. Skoro nikt nie pomógł jej wczoraj, nikt nie pomoże mi dzisiaj. Zaginięcie to poważna sprawa, a najemnicy nie lubią uwagi. Nabraliby wody w usta. Żaden z nich nie chciałby być świadkiem ani udzielić jakichkolwiek informacji. Musiałam udawać, że chodzi mi o SUV-a. Problem sprowadziłby się do kradzieży – poważnej kradzieży, ale wciąż tylko kradzieży – i wszyscy zrozumieliby, że załatwimy sprawę bez udziału policji.

Pod moją stopą chrupnęła sucha frytka.

– Nie wierzę, że Jim chciał nam wcisnąć ten tonący okręt. – Następnym razem, jak spotkam Jima, powiem mu dokładnie, co o tym myślę.

– Jim jest Władcą Bestii. Najpierw Gromada, potem przyjaciele.

Gdy znalazłam się metr od stołu, podskoczyłam i wylądowałam na blacie. Nie cicho, lecz z donośnym hukiem.

Najemnicy zwrócili oczy w moją stronę. Niektórzy mnie rozpoznali.

– Znacie mnie – oznajmiłam. – Wiecie, co potrafię.

Przykułam ich uwagę.

– Jednoręka kobieta przyjechała tu wczoraj niebieską toyotą fj cruiser. Ktoś zabrał samochód. Chcę wiedzieć kto.

– Daniels. – W moją stronę ruszyła potężna czterdziestolatka o wrednym spojrzeniu. Wyglądała znajomo. Jej pomięte ubrania i siniak na twarzy świadczyły, że miała ciężką noc i szukała kogoś, żeby się wyżyć. – Jesteś mi coś winna.

Znałam ją, ale nie mogłam przypomnieć sobie jej imienia... Na wszelki wypadek zmroziłam najemniczkę wzrokiem. Nie zatrzymała się. Cholera, wyszłam z wprawy.

– Naprawdę?

– Tak. Zabrałaś mi fuchę.

Ach. Alice Golański. Ostatni raz widziałam ją blisko dwa lata temu. Cóż za wspaniały powiew przeszłości.

– Niech dobrze zrozumiem. Jesteś zła, bo dwa lata temu byłaś zbyt pijana, żeby iść na zlecenie, i zemdlałaś w kantynie, więc Urzędas dał mi twoją fuchę?

Wzruszyła ramionami i podniosła dłonie. Proszę, proszę. Ktoś tu trenował karate.

– Nauczę cię, że nie podpieprza się zleceń.

– Zdajesz sobie sprawę, że to zlecenie zostało mi przydzielone? – Nie wspominając o tym, że to wydarzyło się dwa lata temu.

– Myślisz, że jesteś taka świetna. Zrzucę cię z tego stołu i zdepczę ci twarz.

Curran się uśmiechnął.

No dobra.

– Przemyślałaś to? – zapytałam.

Spojrzała na mnie i uderzyła pięścią w otwartą dłoń.

– O tak.

Opadłam na jedno kolano i przydzwoniłam Alice w szczękę. Moja pięść wystrzeliła jak młot pneumatyczny. Włożyłam w cios cały rozpęd spadku. Znokautowanie przeciwnika jest trudne – wymaga siły, prędkości i elementu zaskoczenia, ale kiedy się udaje, robi wrażenie. Białka oczu Alice wywróciły się w tył. Zamarła i runęła na plecy jak kłoda. Jej głowa odbiła się od podłogi.

Nagle w lobby zapadła cisza. Ha! Nadal mam to coś.

– Ktoś jeszcze chciałby rozstrzygnąć jakieś spory?

Najemnicy milczeli.

– W takim razie powtórzę. – Podniosłam się. – Niebieska toyota fj cruiser. Kto wziął auto?

Żadnej odpowiedzi.

– Może nie dosłyszeliście – zagrzmiał Curran. – Albo słabo ją widzicie. Pozwólcie, że pomogę.

Stół pode mną się poruszył. Kątem oka zobaczyłam, że Curran trzyma go w jednej ręce metr nad ziemią. Jasne, czemu nie.

Najemnicy zastygli bez ruchu.

– Mac – powiedział postawny Latynos w znoszonych ciuchach. Nazywał się Charlie i był regularnym najemnikiem w czasach, kiedy pracowałam dla Gildii. – Mac i jego durny wieśniacki kuzyn, jak mu tam. Bubba? Skeeter?

– Leroy – sprecyzowała Crystal, znajoma farbowana blondynka. – Mac i Leroy.

Nie kojarzyłam tych imion. Curran cicho odstawił stół na ziemię.

– Właśnie, Leroy – rzucił Charlie. – Widziałem, jak dziś rano wsiadali do auta. Jechali na robotę w Chamblee przy drodze Chamblee Dunwoody.

Byłam prawie pewna, że Chamblee leżało w strefie Heywarda.

– Do kociary? – zapytał niski, chudy facet w czerwonym swetrze. – Tej, co dzwoniła wcześniej?

– Tak – odparł Charlie. – Jakiś skrzydlaty potwór próbuje zeżreć jej koty.

O tak, mówcie mi wszystko.

– Znowu? – jęknęła Crystal. – Eduardo był u niej w niedzielę. Stwierdził, że to wielki kleszcz.

– To nie był kleszcz – zaprotestował Charlie. – Babka mówiła, że potwór latał. Kleszcze nie latają.

– Cokolwiek to było – zaczęła Crystal – wiem, że Eduardo zabił to w niedzielę, bo przyszedł po kasę. W poniedziałek kociara zadzwoniła po raz kolejny i Eduardo znów do niej pojechał. Wtedy widziałam go po raz ostatni.

Powracające zlecenie. Klientka zadzwoniła do Gildii w niedzielę zgłosić kleszcza. Eduardo pojechał i się nim zajął. Zadzwoniła w poniedziałek, bo problem wystąpił ponownie. Eduardo wyszedł i zniknął. Dziś klientka zadzwoniła po raz trzeci, co mogło oznaczać dwie rzeczy: albo szkodnik grasujący w jej domu miał dużą rodzinę, albo Eduardo nigdy nie dotarł na miejsce. Ale dokończył niedzielne zlecenie, więc gdzieś musiał znajdować się jakiś zapis.

– Klientka wspominała, czy widziała Eduarda w poniedziałek? – spytałam.

Charlie pokręcił głową.

– Była w pracy, więc nie wiedziała, czy się pojawił. Ale naprawdę się wpieniła, że sprawa nie została załatwiona.

– O której Mac i Leroy stąd wyszli? – zwróciłam się do Charliego.

– Pół godziny temu – odrzekł.

Minęliśmy się z nimi.

– Panoszą się na terenie Eduarda? – drążyłam.

Crystal rozłożyła ręce.

– Nie widzę, żeby im wygarniał.

– Mają z nim jakiś problem? – zapytał Curran.

Charlie wzruszył ramionami.

– Mają problem z każdym. Ortego dostał dobry teren. Próbowali mu się wpieprzyć, a on skopał im tyłki.

– Nie przejmował się tym – oznajmiła Crystal.

– Dobrze go znałaś, co? – zagaiłam.

– Zagadywała Ortega za każdym razem, kiedy się pojawiał – odpowiedział za nią Charlie.

Crystal zmroziła go wzrokiem.

– Nie patrz tak na mnie. – Wskazał na naszą dwójkę. – Mają problem z tobą, nie ze mną. Nie ciągnij nas wszystkich za sobą.

– Próbowałam go poznać, jeśli rozumiecie, co mam na myśli. – Skrzywiła się. – Najwyraźniej jest z tych, co „mają dziewczynę”. Była tu wczoraj. Przeciętna. A do tego kaleka.

Ty żałosna imitacjo człowieka. Zaświerzbiły mnie pięści. Miałam straszną ochotę jej przywalić.

– Więc widzieliście młodą jednoręką kobietę, która rozpaczliwie szukała swojego faceta. Wiedzieliście, że Mac i Leroy ukradli jej samochód, i nic nie powiedzieliście. Żaden z was, dupki, nie raczył jej o tym poinformować ani zaproponować, że podwiezie ją do domu? – Powstrzymywałam się, żeby nie warczeć. – Na pewno wszyscy mieliście ważne rzeczy do roboty: siedzenie tu, chlanie i spluwanie na podłogę.

Nikt nie patrzył mi w oczy.

– A ty kim jesteś, stróżem moralności? – zawołał starszy najemnik. Wyglądał na pijanego.

– Tak, Chug. Jestem. Pamiętasz, jak złamałeś nogę i razem z Jimem przyszłam wyciągnąć cię z dziury pod zawalonym budynkiem?

– I co?

– Następnym razem, kiedy będziesz miał kłopoty, nie dzwoń do mnie.

– Jakoś przeżyję – stwierdził.

– Nie składaj obietnic, których nie możesz dotrzymać. – Zeskoczyłam ze stołu i ruszyłam w kierunku biurka Urzędasa. Potrzebowałam rejestru zleceń.

– Gdzie idziemy? – wyszeptał Curran.

– Po rejestr – wyjaśniłam. – Wykonane zlecenia są wpisywane do księgi przed zautoryzowaniem płatności. Według tych błaznów Eduardo już raz pojechał na fuchę pod tym adresem. W niedzielę klientka zgłosiła wielkiego kleszcza, Eduardo go zabił i dostał pieniądze. Rejestr powinien zawierać odpowiedni zapis.

Zlecenie, do którego wezwano Eduarda w poniedziałek, pozostawało niezakończone, bo kobieta zadzwoniła do Gildii ponownie dziś rano i wieśniaki przyjęły fuchę. Czasem tak się zdarzało – najemnik likwidował szkodnika, ale nie zdawał sobie sprawy, że pojawił się kolejny, musiał więc wrócić i dokończyć robotę. Musieliśmy porozmawiać z tą klientką. Mac i Leroy wzięli kartkę z adresem, więc rejestr był naszą najlepszą szansą.

Coś przytrafiło się Eduardowi w poniedziałek podczas drugiego zlecenia lub w drodze do klientki. Gdyby zaginął zwykły człowiek, obdzwoniłabym szpitale, jednak standardowy protokół dla rannych zmiennokształtnych kazał personelowi medycznemu natychmiast informować Gromadę. Gromada miała własnych magomedyków, kierowanych przez Doolittle’a, który uratował mnie z objęć śmierci tyle razy, że straciłam rachubę. Eduardo mógł być ranny, martwy albo siedzieć w więzieniu, ale na pewno nie leżał w szpitalu.

Przykucnęłam za biurkiem Urzędasa i spróbowałam otworzyć szufladę z rejestrem. Zazwyczaj zamykano ją na klucz. Wysunęła się bez problemu.

Najemnicy nas obserwowali.

– Zachowuj się naturalnie. – Wyjęłam księgę i położyłam ją na blacie.

– Dlaczego?

– Bo to, co robię, jest nielegalne bez nakazu, a dwudziestu świadków śledzi każdy nasz ruch.

Curran założył ręce na piersi, napinając mięśnie, pochylił się nad biurkiem i zmierzył publiczność wzrokiem. Wszyscy nagle postanowili patrzeć gdzie indziej. Jasne. Naturalnie, akurat.

– Widzisz? Żadnych świadków.

Przekartkowałam rejestr. Jako świeżo upieczony najemnik Eduardo na pewno trzymał się zasad. Tylko trzy wpisy w niedzielę. Nieźle. Powinno być ich co najmniej kilkanaście. W dobry dzień w Gildii panował chaos, a najemnicy wpadali i wypadali jak oparzeni. W niedzielę podczas silnej fali magii interes kręcił się sam.

Drugie nazwisko. Pani Oswald, 30862 Chamblee Dunwoody. Skarga: wielki kleszcz pożera koty. Status zlecenia: rozwiązane. Sanitarni wezwani w celu usunięcia szczątków. Eduardo Ortego.

Drzwi sali konferencyjnej naprzeciwko nas otwarły się i wyszedł z nich Mark Meadows, kierownik administracyjny Gildii. Ledwo go poznałam. Mark zaczynał jako sekretarz, ale po śmierci założyciela Gildii awansował. Jego życiowe motto brzmiało: „Jestem pracownikiem średniego szczebla i jestem z tego dumny”. Zawsze idealnie ogolony, nigdy nie pokazywał się z ranami czy siniakami. Miał zadbane dłonie i wszędzie podążał za nim zapach drogiej wody kolońskiej. Wyróżniał się wśród niechlujnych najemników jak profesor na więziennym rodeo. Większość go nienawidziła, bo Mark nie znał litości. Czcił zysk jak Boga i żadna smutna historyjka nie odwiodłaby go od postępowania zgodnie z prawem Gildii.

 

To był dawny Mark Meadows.

Ten Mark Meadows się zaniedbał. Miał pognieciony garnitur, czerwoną twarz i potargane włosy. Wyglądał na udręczonego. Bez wątpienia wychodził z kolejnych obrad zgromadzenia.

Żeby tylko mnie nie zauważył, żeby tylko mnie nie zauważył...

Jego oczy zalśniły.

– Daniels!

Cholera.

– Nie mam czasu gadać, Mark – zawołałam.

– Ale masz czas łamać prawo i naruszać prywatność klienta, czytając rejestr.

Ugh.

– Szukam zaginionego najemnika.

– Pech. Jako członek zgromadzenia nakazuję ci formalnie stawić się przed zarządem. Nie możesz odmówić.

A założymy się? Zatrzasnęłam księgę i schowałam ją do szuflady.

– Właśnie odmawiam.

– Proszę, proszę! – Zaraz za Markiem z konferencyjnej wypadł Bob Carver. Podobieństwa między dwoma mężczyznami kończyły się na wzroście i kolorze włosów. Trzydziestokilkuletni Mark dobrze się odżywiał i spędzał dużo czasu na siłowni. Był wysportowany. Z kolei szczupły, twardy Bob został wyciosany przez życie jak drewniana rzeźba. Dobiegał pięćdziesiątki i wyglądał, jakby sporo przeszedł i w efekcie stał się silniejszy. – Kogo tu przywiało.

Grał pod publiczkę. To nigdy nie wróży dobrze.

– Mówi do mnie czy do ciebie? – spytał Curran zwodniczo lekkim tonem.

– Nie wiem – odparłam. – Ale z pewnością zaraz nam powie.

– Witaj, Wasza Wysokość.

Bob skłonił się teatralnie, nie spuszczając z nas wzroku. Za nim pojawiło się więcej znajomych twarzy – najemnicy wyszli z sali, żeby zobaczyć, co to za zamieszanie. Weterani Rigan i Sonia oraz pozostali trzej Jeźdźcy: Ivera, zręcznie władająca mieczem piromanka, Ken, wysoki, flegmatyczny mag z nieobecnym wyrazem twarzy, jakby wiecznie rozważał sprawy poza granicami ludzkiego zrozumienia, i Juke. Kilka lat młodsza, o wiele szczuplejsza ode mnie Juke desperacko próbowała być niepokorna i zbuntowana, lecz uchodziła raczej za wściekłą gotkę – miała krótką, asymetryczną fryzurę oraz chude jak pałeczki ramiona, a ciemne smokey eye w połączeniu z fioletową szminką sprawiało, że jej delikatne rysy wyglądały na jeszcze bardziej kruche. Trenowała sōjutsu, japońską sztukę walki włócznią yari, i całkiem nieźle sobie radziła.

– Jak miło, że zaszczyciłaś nas swoją obecnością – ciągnął Bob. – Przyszłaś odwiedzić spelunę nędznych śmiertelników?

Nigdy nie darłam kotów z Bobem. Darłam koty z Juke, bo lubiłam ją drażnić, ale Bob i ja zawsze się dogadywaliśmy. O co mu chodziło? Wyprostowałam się.

– Musiałbyś tu posprzątać, żeby móc nazwać to miejsce speluną.

Zmrużył oczy.

– Wiem, co knujesz. Twoja Gromada zmusiła wystarczającą liczbę najemników do sprzedania udziałów, żebyś mogła kontrolować trzecią część Gildii. Zamierzasz kupić te udziały.

Jim nie posiadałby się ze szczęścia na wieść, że ktoś rozmawiał z Gildią za jego plecami. To wcale nie doprowadziłoby go do jeszcze większej paranoi. Wcale a wcale.

Bob się rozkręcał.

– To był twój plan, co? Myślałaś, że wpadniesz tu nieproszona, zaczniesz się rządzić i nas uratujesz. Batem doprowadzisz nas do porządku. Mam dla ciebie wiadomość. – Ostentacyjnie rozejrzał się po lobby. – Nikt nas nie biczuje. Nie będziemy się kłaniać i padać wam do stóp.

Curran wzruszył ramionami.

– Mnie to nie przeszkadza.

Bob spojrzał na niego spode łba.

– Mam w dupie, co ci przeszkadza, a co nie. Mówię, jak będzie.

Carver, ty żałosny sukinsynu. Jeśli nie odciągnę uwagi Boba od Currana, mój ukochany udekoruje lobby wnętrznościami Czterech Jeźdźców.

Wyszczerzyłam zęby. Gdy jesteś w kropce, rozwściecz ich humorem.

– Coś cię bawi, Daniels? – zapytała Juke.

– Po prostu z radością patrzę, jak twój szef kopie sobie dół. – Skinęłam na Carvera. – Mów dalej, Bob. Nie krępuj się. Podziel się z nami tym, co cię trapi. Wyrzuć to z siebie.

Najemnicy się zaśmiali.

Bob warknął. Właśnie tak, skup się na mnie...

– Kiedyś byłeś kimś, Lennart.

Szlag. Prosi się o łomot i jeśli nie przestanie gadać, sama mu go spuszczę.

Kontynuował:

– Pozwól, że cię oświecę. Jesteś nikim.

Nikim? Serio?

Carver wyprostował ramiona.

– Wywalimy cię stąd na zbity pysk...

Przez Gildię przetoczył się niski, nieludzki dźwięk. Drapieżny, pozbawiony humoru, lodowaty tembr – zdałam sobie sprawę, że to śmiech Currana. Przełknęłam gulę, która nagle pojawiła się w moim gardle.

W lobby zapadła cisza. O nie.

Curran zmierzył Boba wzrokiem, jakby w tej chwili zauważył jego istnienie i dopiero teraz postanowił poświęcić mu całkowitą uwagę. Jego oczy błysnęły złotem, paraliżując Carvera. Znałam ciężar tego spojrzenia. Człowiek miał wrażenie, że patrzy prosto w głodną paszczę dżungli. Drapieżnik nie znał litości ani powodu, wiedział tylko, że on jest łowcą, a ludzka istota ofiarą. Krew odpływała człowiekowi z ciała, oddech przyspieszał, a umysł pękał i rozpadał się na kawałki, aż pozostawały tylko dwie opcje: zawalcz albo zwiewaj. Wybór był torturą.

Bob zbladł. Zrobił krok w tył, jakby wbrew sobie, przyjmując znajomą defensywną postawę, na wpół zwróconą do Currana, z uniesionymi rękami. Cała jego buta wyparowała. Nagle wszyscy zrozumieli, kto jest najgorszym potworem w pomieszczeniu, i nie chcieli znaleźć się na jego celowniku.

Curran odsunął się od biurka gładkim, miarowym ruchem. Jego tęczówki iskrzyły jak dwie gwiazdy. W głębokim głosie pobrzmiewało warknięcie.

– Chcecie wywalić mnie na zbity pysk?

Carver głośno przełknął ślinę.

– Jest was za mało, Bob. Potrzebujecie posiłków. Śmiało. – Uśmiechnął się, obnażając ostre kły mięsożercy. – Zaczekam.

Najemnicy powoli sięgali po broń. Wychylali się do przodu, niemal spadając z krzeseł. Jeden głośny dźwięk i zaraz uciekną.

W tej ciszy głos Currana rozniósł się po lobby.

– Kiedy tu przyszedłem, jeszcze nie wiedziałem, co zrobię. Dziękuję ci. Pomogłeś mi podjąć decyzję. Dziś w tym miejscu postanowiłeś coś rozpocząć. Gdy to się skończy, poprosisz mnie, żebym został twoim przywódcą.

Musiałam to oddać Bobowi – wykrzesał z siebie wystarczająco siły, by otworzyć usta. A potem włączyło mu się myślenie i szybko je zamknął.

Curran zwrócił się do mnie.

– Kate? Masz wszystko, czego potrzebujesz?

– Tak.

– Dobrze. Więc na razie skończyliśmy.

Wyszliśmy. Nikt nie odezwał się ani słowem.


Odpalenie dżipa wymagało czternastu minut nucenia. Samochody z silnikami na zaczarowaną wodę działały podczas fal magii, jednak robiły tyle hałasu, że nawet kochające metal nastolatki błagały, by ściszyć ten ryk. Kabinę dżipa wyłożono dźwiękochłonnym materiałem, ale i tak musieliśmy podnosić głos, żeby rozmawiać.

Curran wyjechał z parkingu. Pomknęliśmy ulicami miasta. Otworzyłam schowek i wyciągnęłam dwa noże. Najemnicy twierdzili, że pożerający koty szkodnik umiał latać. Nie używałam pistoletów. Ogólnie nie radziłam sobie z mechaniczną bronią miotającą. Nieźle strzelałam z łuku, lecz gdyby ktoś dał mi strzelbę, nie trafiłabym w stojącego metr ode mnie słonia.

Curran wyglądał na odprężonego.

– Zamierzamy przejąć Gildię? – spytałam.

– Tak. No, ja zamierzam. – Zerknął w moją stronę. – Powinnaś do mnie dołączyć. Będzie fajnie.

– Gdy znajdziemy Eduarda.

– Nie zamierzałem rzucić wszystkiego i zmiażdżyć Czterech Jeźdźców – powiedział. – Trochę wiary. Eduardo to jeden z naszych. Teraz liczy się tylko znalezienie go. A poza tym, gdybym chciał wyrwać Carverowi kręgosłup, już dawno bym to zrobił.

– To w ogóle możliwe?

Zmarszczył brwi.

– Nie wiem. Teoretycznie, gdyby złamać kręgosłup nad miednicą, dałoby radę go wyciągnąć, ale zostają jeszcze żebra... Będę musiał spróbować.

To nie było niepokojące. Zupełnie.

– Jak myślisz, o czym rozmawiają zwykli ludzie, kiedy jadą samochodem?

– Nie mam pojęcia. Opowiedz mi o Bobie Carverze.

Westchnęłam. Gdy Curran skupił się na celu, nakłonienie go do zmiany kursu przypominało próbę zepchnięcia z toru pędzącego pociągu.

– Bob to rekin. Kiedyś przeczytałam, że rekiny muszą płynąć, inaczej utoną. Nie wiem, czy to prawda, ale wiem, że Bob wciąż płynie. Ciągle uczę się nowych rzeczy. Każda walka jest szansą. Każdy nasz sparing lekcją. Nauczyłam się czegoś, walcząc z ghulami. Nauczyłam się czegoś, obserwując i walcząc z Hugh.

Mięsień na twarzy Currana drgnął, tak lekko, że gdybym mrugnęła, na pewno bym to przeoczyła. Hugh nadal stanowił problem dla nas obojga.