Magia zmieniaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 3

Rankiem nadal panowała technologia. Stałam w słonecznej kuchni i przygotowywałam małą górę naleśników. Julie zaczynała lekcje o dziewiątej, bo podróżowanie w ciemności po postprzesunięciowej Atlancie było zbyt niebezpieczne dla dzieci. Ponieważ nasz zawód nie gwarantował, że wrócimy do domu na obiad, rodzinnym posiłkiem stało się śniadanie. Zmiennokształtni spalali energię szybciej niż ludzie, spożywali więc ogromne ilości jedzenia. Curran nie stanowił wyjątku. W piekarniku dochodziło pół kilograma bekonu – próby smażenia go na patelni kończyły się spalonym mięsem, chmurą dymu i warstwą tłuszczu na wszystkim wokół mnie. Kilogram kiełbasek gotował się w garnku, a ja właśnie zabierałam się za dziesiątego naleśnika.

Słońce wpadało do środka, rysując długie prostokąty na wyłożonej kafelkami podłodze, przesuwając się po blatach z jasnego kamienia i tańcząc na drewnianych szafkach, rozświetlając ich ciemną powierzchnię rudawym blaskiem. W powietrzu unosił się zapach bekonu. Otworzyłam okno i wpuściłam do pomieszczenia delikatną bryzę, trochę zbyt chłodną, lecz o to nie dbałam.

Po śniadaniu Julie miała iść do szkoły, a ja do Gildii Najemników. Uznałam, że poszukiwania najlepiej zacząć właśnie tam. Według George rodzina Eduarda nie grała roli w sprawie. Jego rodzice mieszkali gdzieś w Oklahomie, jednak bawołak nie utrzymywał z nimi kontaktu. Nie posiadał rodzeństwa. Dogadywał się ze wszystkimi, ale jego najlepszą przyjaciółką była George. To z nią spędzał cały wolny czas.

Moja podopieczna weszła do kuchni i klapnęła na krzesło, odgarniając włosy z twarzy. Po jej policzku biegła długa, brudna smuga. Kolejna zdobiła dżinsy. Kiedy kilka lat temu znalazłam Julie na ulicy, dziewczynka była zagłodzona, wychudzona. Teraz przede mną siedziała piętnastolatka. Dobra dieta i ciągłe treningi się opłacały: miała wyrzeźbione bicepsy, szerokie barki i postawę pewnej gotowości, która przychodziła wraz ze świadomością, że atak może nastąpić w każdym momencie, a ona będzie w stanie go odeprzeć.

– Chcę nowego konia.

Uniosłam brew.

Tylne drzwi otworzyły się i do środka wmaszerował Curran. Jasnowłosy, barczysty i umięśniony, nawet w ludzkiej postaci poruszał się jak drapieżnik. Nieważne, czy nosił futro, stare dżinsy i szarą bluzę jak teraz, czy absolutnie nic – jego ciało zawsze było napięte, jakby ledwie mógł utrzymać w środku całą swoją siłę. Miesiąc temu, kiedy wybrał się na nasze pierwsze wspólne zlecenie w formie lwa, klient zamknął się w aucie i odmówił wyjścia. Curran zmienił kształt, ale facet i tak nas zwolnił. Widocznie jako człowiek mój ukochany wciąż pozostawał zbyt straszny, prawdopodobnie dlatego, że cokolwiek by założył, nic nie złagodziłoby wyrazu jego twarzy. Wystarczyło spojrzeć w szare oczy Currana, by wiedzieć, iż zaraz może nastąpić eksplozja. Z wyjątkiem momentów, gdy patrzył na mnie tak jak teraz. Podszedł i pocałował mnie w usta. Mmm.

– Jak miło – rzuciła z przekąsem Julie. – Nadal chcę nowego konia.

– Wniosek odrzucony – odparł Curran.

Podrzuciłam naleśnika. Zapowiadało się ciekawie.

– Dlaczego?

– Bo chcieć nie znaczy potrzebować. – Curran oparł się o wyspę kuchenną. – Widziałem cię na pastwisku. Nie potrzebujesz nowego konia. Prosisz o nowego konia. Przedstaw swoją sprawę.

– Nienawidzę Brutusa – fuknęła Julie.

Zerknęłam przez okno na pastwisko, gdzie wzdłuż płotu przechadzał się ogromny czarny fryzyjczyk. Brutus należał do Hugh d’Ambraya, generała mojego ojca. Zabicie Hugh było moim życiowym celem. Próbowałam już dwukrotnie i za każdym razem udawało mu się uniknąć śmierci dzięki magii. Nic nie szkodzi. Do trzech razy sztuka.

Po naszym ostatnim spotkaniu fryzyjczyk wylądował u mnie i Curran, który nienawidził koni, z jakiegoś powodu postanowił go zatrzymać. Ogier robił wrażenie, więc Julie chciała jeździć na nim do szkoły. Mówiłam jej, że to zły pomysł, ale nalegała.

– Wyeliminuj emocje – poradził jej Curran. – Będziesz bardziej przekonująca, jeśli pomożesz drugiej osobie zrozumieć, co motywuje twoją prośbę. Musisz przedstawić argumenty i udowodnić, że na twoim miejscu doszłaby do tego samego wniosku. Kiedy się z tobą zgodzi, odmowa przyjdzie jej znacznie trudniej, bo będzie miała wrażenie, że kłóci się sama ze sobą.

Kto raz został Władcą Bestii, pozostanie nim na zawsze. Trudno wyzbyć się starych nawyków. Czułam, że w przypadku Currana to może nigdy nie nastąpić.

Julie się zastanowiła.

– Nie słucha moich poleceń i ciągle próbuje mnie zrzucić.

– Jesteś za lekka – wtrąciłam. – Hugh waży prawie sto kilogramów, a w pełnej zbroi pewnie sto dwadzieścia. No i nie obchodzi się ze swoimi końmi zbyt łagodnie.

Dziewczyna zerknęła na fryzyjczyka.

– Jest głupi.

– Im głupszy, tym łatwiej wytrenować go do walki. – Wylałam ciasto na patelnię.

– I wredny. Ostatnio w szkole próbował wyrwać się z boksu, żeby walczyć z innym koniem.

– To ogier wojenny – przypomniał jej Curran. – Nauczono go traktować każdego konia jak przeciwnika.

Julie zmrużyła oczy.

– Jeśli wciąż będzie działa mi się krzywda, ściągnę na was ból emocjonalny i rachunki za leczenie. Jeśli stracę kontrolę, Brutus może zranić innego konia i odpowiedzialność finansowa spadnie na was. A jeśli ucierpi inne dziecko, będziecie czuli się z tym okropnie.

Curran pokiwał głową.

– Słuszne uwagi. Czas na mowę końcową.

– Potrzebuję normalnego konia. Takiego, którego zabiorę do szkoły i bez obaw zostawię w szkolnej stajni. Miejskiego konia, który reaguje na polecenia i nie próbuje mnie zrzucić. Konia, który mnie nie skrzywdzi.

Przy ciągłych przepychankach magii i technologii jazda konna stanowiła najbardziej zaufaną metodę transportu. Od szkoły dzieliło nas sześć kilometrów. Magia wiecznie podgryzała drogi, większość ulic była w ruinie. Jeżdżenie na rowerze nie wchodziło w grę, Julie musiałaby nieść go przez trzecią część drogi. Nie wspominając o książkach, które utrudniałyby jej utrzymanie równowagi. Kilka razy próbowałam podnieść jej plecak – miałam wrażenie, że jest wypchany kamieniami. Z drugiej strony, gdyby ktoś zaatakował dziewczynę, a ona porządnie nim machnęła, na pewno roztrzaskałaby napastnikowi łeb...

– O wiele lepiej – pochwalił Curran.

– Po śniadaniu zadzwonię do Niebieskiego Kotylionu – obiecałam.

Curran podniósł głowę i pochylił się, spoglądając na drzwi. Sekundę później usłyszałam, że na nasz podjazd wjeżdża samochód.

– Kto to?

– Zaraz się dowiem. – Curran odepchnął się od kuchennej wyspy i ruszył do sieni.

Drzwi zaskrzypiały i po chwili do środka wpadła drobna Indonezyjka o długich, ciemnych włosach i w grubych okularach. Klapnęła na krzesło.

– Dali! – Julie przywitała się z uśmiechem.

Dali pomachała do dziewczyny. Kiedy przeszliśmy na emeryturę, Władcą Bestii został najlepszy przyjaciel Currana, Jim Shrapshire. To czyniło Dali Damą Alfa. Odziedziczyła moją pracę, ze wszystkimi jej bólami i trudnościami.

– Małżonko. – Skinęłam głową. – Zaszczycasz nas.

– Pieprzę cię – odparowała. – I całą twoją robotę. Rzucam to.

Zaśmiałam się i sięgnęłam po ziemniaka. Mimo że Dali zmieniała się w tygrysa, była wegetarianką. Nie najadłaby się samymi naleśnikami. Julie podeszła do blatu, wzięła nóż i zaczęła obierać razem ze mną.

Curran wrócił do kuchni.

– Wiesz, że masz wgnieciony przedni zderzak?

– Wiem. Po drodze uderzyłam kilka kubłów ze śmieciami. Byłam sfrustrowana i musiałam się wyżyć.

Sąsiedzi będą zachwyceni.

– Co się stało?

– Pokłóciłam się z Jimem.

– O co? – zapytał Curran.

– O Desandrę.

Mogłam się domyślić. Klan wilków był największym w Gromadzie, a jego nowa alfa miała... barwną osobowość.

– W Twierdzy nie ma za grosz prywatności – stwierdziła Dali.

Co ty nie powiesz?

– Chciałam iść do siebie albo do mamy, ale Jim od razu by mnie znalazł. Więc przyszłam do was. – Dali spojrzała na mnie. – Lubiłam swój dom. Mieszkanie w Twierdzy jest do dupy.

– Wiem – zapewniłam ją.

– Mogę zostać na śniadanie? – poprosiła.

– Jasne.

Wyjęłam bekon z piekarnika i przerzuciłam placki ziemniaczane na drugą stronę, kiedy przed domem zatrzymał się kolejny samochód. Curran zachichotał i pomaszerował do drzwi.

– Nie zrobił tego – warknęła Dali. Nie zdawałam sobie sprawy, że potrafi warczeć.

Jim wszedł do kuchni. Niektórzy ludzie mieli wyjątkowe talenty. Jedni byli czarujący. Inni wyjątkowo inteligentni. Doolittle, magomedyk Gromady, potrafił uspokoić pacjentów zwykłym „dzień dobry”. Natomiast Jim jak nikt inny emanował grozą. Od wysokiego na metr dziewięćdziesiąt, zbudowanego, jakby mógł kruszyć ściany i jednocześnie uchylać się od kul, Jima biła obietnica skopanego tyłka. Biła od niego jak żar z chodnika. Nigdy nikomu nie groził, ale kiedy wchodził do pomieszczenia pełnego twardzieli, więksi od niego ustępowali, bo gdy tylko na nich spojrzał, czuli trzask łamanych kości.

Musiałam się pilnować. Jakakolwiek wzmianka o Eduardzie mogłaby wzbudzić czujność Jima, a zamknięcie śledztwa było ostatnim, czego potrzebowaliśmy.

– Chwała Władcy Bestii. – Pomachałam szpatułką dla efektu.

Jim zmroził mnie wzrokiem i obrócił się do Dali.

– Śledziłeś mnie! – Poderwała się z krzesła z wściekłą miną.

– Nie śledziłem. Przyjechałem porozmawiać z nim – wskazał kciukiem na Currana – o jego pieniądzach. Przypadkiem znaleźliśmy się w tym samym miejscu.

– Wiedziałeś, że tu będę. – Zmrużyła oczy. – Kazałeś swoim pachołkom mnie śledzić, prawda?

 

– To nie są pachołki, tylko nasi ochroniarze. Ale tak, kazałem im cię śledzić. Jesteśmy w niebezpiecznej pozycji. Dopiero co przejęliśmy Gromadę i nie chcemy żadnych niespodzianek.

– Jesteś maniakiem kontroli.

Delikatnie mówiąc. Zanim Jim został Władcą Bestii, służył Gromadzie jako szef ochrony. Zawsze myślałam, że mam paranoję, ale Jim wynosił swoje szaleństwo do stratosfery.

– Moja mania kontroli zapewnia nam bezpieczeństwo. – Przejechał dłonią po twarzy. Nagle wydał się strasznie zmęczony. – Dali, właśnie spędziłem osiem godzin, kłócąc się z Radą Gromady. Myślisz, że mogłabyś przełożyć swoje krzyki na później?

– Nie! – Westchnęła. – Tak. Niech będzie.

Sięgnęłam do lodówki. Potrzebowaliśmy więcej kiełbasek.


Zwykli ludzie podczas posiłków rozmawiali. Prowadzili uprzejmą konwersację, a nawet żartowali, robiąc przerwy na przeżuwanie i przełykanie. Zmiennokształtni jedli w zdeterminowanym skupieniu, jakby sam akt konsumowania był bardzo ważnym zadaniem i musieli skoncentrować się na nim całkowicie. Uwagi inne niż „podaj, proszę” uważano za niegrzeczne.

Odsunęli się od stołu dopiero po pół godziny. Jim westchnął cicho. Wyglądał mizernie. To do niego nie pasowało. Dali wyciągnęła rękę i pogłaskała go po dłoni. Splótł ich palce i ścisnął.

– Więc o co się pokłóciliście? – zapytała Julie.

– Próbujemy wprowadzić reformę ochrony – odrzekł Jim. – Jedno z postanowień wymaga, aby członkowie Gromady zamieszkujący Twierdzę lub dom klanu przed wyjściem do miasta podpisywali listę. Przez ostatnie kilka lat mieliśmy problemy ze znalezieniem ludzi, gdy nadchodziła kryzysowa sytuacja.

– Brzmi rozsądnie – oceniłam. Tak samo robili żołnierze i marynarze. Nie widziałam powodu, dla którego członkowie Gromady nie mogliby wziąć z nich przykładu.

– To jego pierwsza ustawa jako Władcy Bestii – powiedział Curran. – Alfy zaprą się murem, żeby sprawdzić, czy się ugnie.

– Kłóciliśmy się – podjęła Dali. – A wtedy Desandra oznajmiła, że jeśli Władca Bestii chce wiedzieć, gdzie przebywa przez cały czas, z wielką chęcią to zorganizuje.

Zaśmiałam się. Dali rzuciła mi lodowate spojrzenie.

– Desandra taka już jest – wyjaśniłam. – Kiedy czuje się niekomfortowo, zaczyna gadać głupoty, żeby wybić cię z rytmu.

– Chciałam rzucić na nią klątwę. – Dali wskazała kciukiem na Jima. – Ale on mi nie pozwolił.

Biorąc pod uwagę, że połowa klątw Dali odbijała się rykoszetem, uznałam, że Jim miał słuszność.

– Potrzebujemy alfy wilków, żeby wprowadzić ustawę – rzekł Jim.

– Nie zamierzałam jej zabić – zaprotestowała Dali. – Tylko zamknąć usta.

– Znając Desandrę, to by ją zabiło – zauważył Curran.

– Zająłem się tym – poinformował nas Jim. – Powiedziałem, że jeśli potrzebuje, żeby ktoś jej pilnował, Gromada przydzieli jej niańkę. A co wy porabiacie?

Ja zastanawiam się, czy Mahon oszalał i zamordował swojego przyszłego zięcia.

– Walczymy z ghulami.

– Dlaczego?

Opowiedziałam mu o hordzie potworów w Lawrenceville.

Zmarszczył brwi.

– Trzydzieści ghuli.

– Tak.

– To cholernie dużo. Porozmawiam z moimi ludźmi. Zobaczymy, czego się dowiem. Spotkasz się z Mitchellem?

– Myślałam o tym. – Osoby, które wiedziały o Mitchellu, mogłam zliczyć na palcach jednej ręki, a Jim paplał o nim jak gdyby nigdy nic. Czemu mnie to nie dziwiło?

Curran zerknął w moją stronę. Będę musiała wyjaśnić, o co chodzi z Mitchellem.

Jim pochylił się do przodu i skupił wzrok na Curranie.

– Słuchaj, zdążyłeś się zabawić. Minęło dziewięć tygodni. Możesz już wracać. Powiemy, że zrobiłeś sobie dłuższe wakacje. Wziąłeś urlop naukowy.

Curran odwzajemnił spojrzenie.

– Nie wrócę.

Jim upuścił widelec na stół i osunął się na krześle.

– Jeśli tak nienawidzisz tej roboty, to zrezygnuj – rzekł Curran.

Twarz Jima wykrzywiła się z frustracji.

– Nie mogę. Wszystko spieprzą.

Curran się zaśmiał.

– To nie było miłe – stwierdziła Dali.

– To nie jest śmieszne – warknął Jim.

Nie, to nie było śmieszne. To było wręcz komiczne. Wyszczerzyłam się do Jima.

– Przypomina mi się pewien człowiek, który zaledwie we wrześniu przyniósł mi grubą na pięć centymetrów teczkę, oznajmił, że klan chyżych i klan szakali ogłosiły wojnę, i odszedł.

– Ach tak. – Oczy Currana błysnęły złotem. – Pamiętasz, co powiedział?

– Że musimy się tym zająć, bo on ma „prawdziwe rzeczy do roboty”.

– Do czego zmierzacie? – Jim się nachmurzył.

– Karma to suka – wyjaśniłam.

– Możesz marudzić, ile chcesz – dodał Curran. – Ale nie zaprzeczysz, że chciałeś tej pracy. Jesteś mądrzejszy niż ja i wystarczająco silny, by utrzymać władzę. Masz plany co do Gromady, a ja nie zawsze się z tobą zgadzałem. Teraz masz szansę zrobić to po swojemu.

Magia zalała nas jak niewidzialna fala. Wszyscy zamarliśmy na moment, przystosowując się do nowych warunków.

Jim wyciągnął z kurtki beżową teczkę. Położył ją na stole.

– Co to jest? – zapytał Curran.

– Jesteś pewien, że chcesz wiedzieć? – odpowiedział pytaniem Jim. – Jeśli to zrobimy, nie będzie odwrotu.

Curran zmierzył go wzrokiem.

Jim otworzył teczkę, wyjął z niej plik papierów i przekazał Curranowi. Curran przeczytał pierwszą stronę.

– Co to ma być, do cholery?

– Sprawa wygląda tak – zaczął Jim. – Masz za dużo gówien. Posiadasz co najmniej dwadzieścia pięć procent udziałów w ponad dwudziestu dwóch procentach przedsiębiorstw Gromady. Tylko nieliczne z tych przedsiębiorstw są na tyle dochodowe, by spłacić cię bez utraty płynności. Większość z nich to nowe firmy i każdy zarobiony dolar trafia z powrotem do nich. Jeśli spłacimy cię teraz, tak jak tego chcesz, Gromada zbankrutuje.

– Bzdura – stwierdził Curran.

Jim rozłożył ręce.

– Tak mówią nasi księgowi. Rozumiem, że masz problem z przepływem gotówki, ale nie byłbyś w tej sytuacji, gdybyś nadal był Władcą Bestii.

Z twarzy Currana odpłynęły emocje. O-o.

– Nie testuj mnie.

– Nie testuję. Mówię, jak jest. Umowa, którą trzymasz, przedstawia naszą propozycję. Zamiast spłaty pieniężnej oferujemy ci właścicielstwo w spółkach w zamian za pięćdziesiąt procent twoich łącznych udziałów teraz, a potem, kiedy pozostałe firmy zaczną przynosić zyski, będziesz mógł pozostać właścicielem i wypłacać swoją część zysku albo sprzedać udziały wedle uznania.

– To by miało sens – rzucił Curran – gdybym nie miał oczu ani mózgu. Kto pisał tę umowę, Rafael?

– Możliwe, że rzucił na nią okiem – przyznał Jim.

Rafael kierował klanem boud. Był piekielnie przystojny i zaręczony z moją najlepszą przyjaciółką, Andreą Nash, a do tego miał niesamowitą smykałkę do interesów. Jeśli Rafael sporządził umowę, na pewno przyniesie ona więcej korzyści Gromadzie niż nam.

Nie potrzebowaliśmy pieniędzy na gwałt, ale dużą część gotówki przeznaczyliśmy na zakup i urządzenie domu. Nigdy nie pytałam Currana, jakimi środkami dysponuje, bo choć zawsze nazywał je „naszymi zasobami”, większość zgromadził, jeszcze zanim mnie poznał. Odnosiłam jednak wrażenie, że zbliżaliśmy się do końca naszej rezerwy.

Teraz, kiedy oboje poświęciliśmy się Ostremu Cięciu, interes zaczął się kręcić i czułam, że w ciągu roku zaczniemy zarabiać. Problem stanowiła silna konkurencja. W hierarchii agencji zajmujących się usuwaniem magicznej galanterii Ostre Cięcie wciąż plasowało się na szarym końcu, a naszym największym rywalem była Gildia. Musieliśmy składać niższe oferty i choć Gildia miała poważne problemy, konkurowanie z najemnikami nie należało do łatwych. Nie pomagał też fakt, że Gromada sfinansowała koszty rozruchu Ostrego Cięcia i oboje z Curranem pragnęliśmy spłacić tę pożyczkę.

– Co proponujesz? – zapytałam.

– Gildię Najemników – odparł Jim.

– Co? – Chyba się przesłyszałam.

– Gildię Najemników – powtórzył.

– To głupie – oświadczyłam. – Mam zmysł do interesów wielkości orzecha, ale nawet ja wiem, że to głupie.

Od śmierci założyciela Gildią zarządzało zgromadzenie składające się z najemników weteranów, pracowników administracyjnych i przedstawiciela Gromady. To rozwiązanie nie działało. Wiedziałam to, ponieważ ja byłam tym przedstawicielem. Pracowałam dla Gildii, odkąd skończyłam osiemnaście lat. Najemnikom nie wróżono długiego życia, ale umiałam się bronić i przekroczyłam próg ośmiu lat, co czyniło mnie weteranem. Cieszyłam się szacunkiem rówieśników, jednak nawet z moją reputacją, statusem weterana i stojącą za mną siłą Gromady, nie zawsze udawało mi się dotrzeć do Gildii. Dopóki byłam na miejscu i utrzymywałam porządek, czasami dawaliśmy radę coś załatwić, lecz kiedy wychodziłam, konflikty wewnętrzne nasilały się do tego stopnia, że obecnie Gildia stała na skraju bankructwa. Jim zdawał sobie z tego sprawę. Kiedyś też pracował jako najemnik, a do tego miał szpiegów w całym mieście.

– Po pierwsze, najemnicy i pracownicy cywilni są zbyt zajęci skakaniem sobie do gardeł – powiedziałam. – Po drugie, Gromada nie posiada wystarczających udziałów w Gildii, żeby nam się to opłacało.

– Posiada – zaoponował Jim. – Najemnicy od jakiegoś czasu sprzedają swoje udziały, a ja wykorzystuję zmiennokształtnych najemników, żeby je kupowali.

Chyba myślał, że urodziłam się wczoraj.

– Sprzedają, bo Gildia idzie na dno. Wiesz, że szczury opuszczają tonący okręt.

Jim zbył mnie energicznym gestem.

– To nie ma nic do rzeczy. Kate, Gromada ma trzydzieści sześć procent udziałów Gildii. Przeniesiemy je na ciebie i wasza dwójka zostanie większościowym udziałowcem.

– To zły pomysł – stwierdziłam.

– Nie zgadzamy się – skwitował Curran.

– Koniec końców, jestem Władcą Bestii – rzekł Jim. – I mówię wam, że to nasza oferta.

– Wasza oferta śmierdzi – uświadomiłam go.

– Nasza oferta jest bardziej niż uczciwa.

– Nie zmusisz mnie, żebym ją przyjął – oznajmił Curran. – Prawo Gromady wyraźnie stanowi: jako emerytowany alfa mam autonomię.

– Nie zmuszę. Ale kontroluję to, co ci oferujemy, i właśnie to oferujemy. Jesteś moim przyjacielem, lecz teraz pracuję dla Gromady. Chcesz, żebym wrócił do tych ludzi, w których interesy zainwestowałeś, i powiedział im, że masz ich w dupie? Po prostu staram się być szczery.

– Mam dziesięć procent udziałów w firmie Rafaela – warknął Curran. – Jego spółka co roku zarabia miliony.

Nagle mnie olśniło.

– Dlatego Rafael napisał tę umowę. Nie chce płacić.

– Rafael napisał tę umowę, bo go poprosiłem. – Jim obnażył zęby.

Curran zmierzył go wzrokiem. Nastąpiła w nim ledwie zauważalna zmiana. Nic oczywistego. Napięte ramiona, wyprostowany kręgosłup, niema obietnica w oczach, ale wszyscy zrozumieli, że rozmowa dobiegła końca. Tak Curran uciszał Radę Gromady.

– Dziękujemy Gromadzie za tę hojną ofertę – powiedział. – Odpowiedź brzmi „nie”. Julie musi jechać do szkoły, a ja do pracy. Dzięki za wizytę. Zawsze jesteście tu mile widziani.

Jim wstał.

– Zastanów się.

Dali popatrzyła na Julie.

– Potrzebujesz podwózki?

– Jasne! – Dziewczyna zerwała się z krzesła.

Dali jeździła jak wariatka.

– Nie zabij mojego dziecka.

Prychnęła.

– Nie zabiłam Julie, kiedy uczyłam ją prowadzić, prawda?

Curran podniósł się i poszedł do innego pokoju. Jim i ja wymieniliśmy spojrzenia. Sięgnął po teczkę.

Tęsknię za czasami, kiedy to działało...

– Zostaw ją – poprosiłam.