Magia zmieniaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 2

Nasz dom stał przy krótkiej ulicy na jednym z nowszych osiedli mieszkaniowych. W poprzednim życiu osiedle należało do Rezydencji Wiktorii, dzielnicy dla wyższej klasy średniej – spokojnej okolicy z wąskimi uliczkami i wysokimi starymi drzewami. Tutaj człowiek mieszkał najbliżej lasu, wciąż rezydując na przedmieściach. A potem przyszła magia i roślinność w południowej części Lasu Hahna i w Parku Thomsona się zbuntowała. Ta sama dziwna siła, która nadgryzała wieżowce i pozostawiała w ich miejscu marne szczątki, odżywiała drzewa i sprawiała, że rosły z nienaturalną prędkością, atakując dzielnice i połykając je w całości. Rezydencje Wiktorii padły ofiarą leśnej inwazji bez mruknięcia sprzeciwu. Większość ludzi się wyprowadziła.

Jakieś cztery lata temu przedsiębiorczy deweloper postanowił na nowo wyeksploatować tę przestrzeń. Wyciął kawał lasu w kształcie fasoli i postawił postprzesunięciowe domy z grubymi murami, okratowanymi oknami, wytrzymałymi drzwiami i pokaźnymi ogródkami. Nasza ulica leżała w zagłębieniu fasoli, najbliżej lasu, zaś dwie pozostałe rozciągały się szerokimi łukami na północ i na zachód. Była krótka – stało przy niej tylko dwanaście domów, siedem po przeciwnej stronie i pięć po naszej. Nasz znajdował się pośrodku.

Kiedy skręciliśmy w drogę, wyciągnęłam szyję, by go zobaczyć – wielką, trzypiętrową bestię, na działce zajmującej powierzchnię dwóch hektarów, całej ogrodzonej, ze stajnią i pastwiskiem z tyłu na dokładkę. Kochałam każdą cegłę i deskę tej chałupy. Należała do mnie i Currana. Była naszym domem rodzinnym. Wcześniej mieszkałam w apartamentowcu. W różnych ruderach. A nawet w fortecy, ale to było pierwsze miejsce od dawna, w którym czułam się całkowicie u siebie. Za każdym razem, gdy wychodziłam, czułam potworny strach, że kiedy wrócę, wszystko zniknie, zawali się albo spłonie do cna. Jeśli jakimś cudem udawało mi się zdobyć coś miłego, wszechświat nęcił mnie tym na tyle długo, by zaczęło mi zależeć, a potem rozbijał to na kawałki.

Jeszcze nie dostrzegałam domu – zakręt ulicy zasłaniał mi widok. Powstrzymywałam się, żeby nie popędzać Kruszynki. Oślica miała za sobą męczący wieczór.

Curran wyciągnął rękę i położył swoją włochatą dłoń na mojej.

– Jeszcze miesiąc.

Dwa miesiące temu, pierwszego stycznia, Curran i ja oficjalnie ustąpiliśmy ze stanowisk Władcy Bestii i Małżonki. Jednego dnia kierowaliśmy liczącym półtora tysiąca członków stadem zmiennokształtnych, a drugiego nie. Technicznie rzecz biorąc, ustąpiliśmy kilka dni wcześniej, ale dla wygody za oficjalną datę uznano pierwszy stycznia. Mieliśmy dziewięćdziesiąt dni na prawne oddzielenie naszych finansów i interesów od spraw Gromady. Jeśli ktokolwiek postanowił opuścić Gromadę w charakterze naszego personelu, musiał zrobić to przed upływem trzech miesięcy.

Dziś był pierwszy marca. Za trzydzieści dni miałam stać się całkowicie wolna.

Formalnie pozostawaliśmy częścią Gromady, ale straciliśmy miejsce w hierarchii dowodzenia. Nie mogliśmy uczestniczyć w zarządzaniu Gromadą w jakimkolwiek charakterze. Przez te dziewięćdziesiąt dni nie mogliśmy nawet odwiedzać Twierdzy, wielkiej fortecy zbudowanej przez Currana za jego panowania jako Władcy Bestii, służącej stadu za kwaterę główną, bo nasza obecność podważyłaby autorytet nowej pary alfa, która starała się ugruntować swoją pozycję. Po zakończeniu okresu separacji nikt nie odesłałby nas z kwitkiem, ale rozumiało się, iż ograniczymy wizyty do minimum. Dokładnie tak, jak chciałam.

Poczułam ukłucie winy. Gromada była całym światem Currana. Zarządzał stadem, odkąd wykuł je z odosobnionych grup zmiennokształtnych w wieku zaledwie piętnastu lat. Teraz miał trzydzieści trzy. Zostawił za sobą siedemnaście lat życia, bo mnie kochał.

W grudniu, kiedy mój ojciec i ja wdaliśmy się w naszą małą sprzeczkę o Atlantę, Roland postawił mi ultimatum. Jeśli nie ustąpię z pozycji władzy w Gromadzie, zaatakuje miasto. Dziesiątki tysięcy istnień kontra urząd Małżonki. Postanowiłam odejść. Nie byliśmy gotowi, by zmierzyć się z Rolandem. Z mojej winy zginęliby ludzie, a ostatecznie i tak ponieślibyśmy klęskę. Nie mogłabym z tym żyć, zostawiłam więc Gromadę, by kupić nam trochę czasu. Curran opuścił stado razem ze mną. Gromadzie nie podobała się ta decyzja, ale Curran miał to gdzieś.

– Tęsknisz za nią? – zapytałam.

– Za Twierdzą?

Zabawne, że od razu wiedział, o co mi chodziło.

– Tak. Za byciem Władcą Bestii.

– Nie bardzo – odparł. – Podoba mi się to życie. Załatwianie spraw i wracanie do domu. Jest w tym jakaś skończoność. Mogę spojrzeć wstecz na swój dzień i powiedzieć „osiągnąłem tyle i tyle”. Podoba mi się, że nikt nie puka do drzwi i nie ciągnie mnie w głupie miejsca, żebym robił głupie rzeczy. Żadnych komisji, żadnych małostkowych kłótni i żadnych wesel.

W końcu wyrósł przede mną duży klon, który stał przed naszym domem. Wyglądał na nietknięty. Może budynek też przetrwał?

– Nie tęsknię za Gromadą. Ale tęsknię za nastrajaniem jej – dodał.

– W jakim sensie?

– Gromada jest jak skomplikowana maszyna. Wszystkie klany, alfy i ich problemy. Tęsknię za oliwieniem jej i patrzeniem, jak działa lepiej. Ale nie tęsknię za presją. – Wyszczerzył się, strasząc księżyc przerażającymi zębiskami. – Wiesz, co lubię w niebyciu Władcą Bestii?

– Oprócz tego, że możemy jeść, co chcemy, spać, kiedy chcemy, i uprawiać seks w cudownie intymnej atmosferze bez strachu, że ktoś nam przerwie?

– Tak, oprócz tego. Lubię to, że mogę iść, gdzie tylko zechcę. Jeśli chcę pójść i zabić stado ghuli, idę i zabijam stado ghuli. Nie muszę siedzieć na trzygodzinnym spotkaniu Rady Gromady i debatować nad zaletami zabijania ghuli i jego wpływie na interes Gromady i każdego cholernego osobnego klanu.

Zaśmiałam się pod nosem. Gromada liczyła siedem klanów podzielonych ze względu na bestie, a każdym klanem rządziła para alf. Użeranie się z alfami bez wątpienia stanowiło jeden z kręgów piekła.

Curran wzruszył umięśnionymi ramionami.

– Śmiej się do woli. Kiedy miałem piętnaście lat i Mahon popchnął mnie, bym sięgnął po władzę, zrobiłem to, bo byłem młody i głupi. Myślałem, że władza to korona. Nie zdawałem sobie sprawy, że to kula u nogi. Teraz zerwałem się z łańcucha. Podoba mi się to.

Udałam, że drżę. Zważywszy, jakim tonem powiedział „podoba mi się to”, nie musiałam aż tak się wysilać.

– „Zerwałem się z łańcucha”. Jesteś taki niebezpieczny, Wasza Wysokość.

Spojrzał na mnie z ukosa.

– Możesz być zbyt niebezpieczny, żeby wpuścić cię do domu. Nie wiem, czy mogę zaryzykować i zasnąć u twojego boku, Zerwany z Łańcucha. Kto wie co mi zrobisz?

– A kto mówił cokolwiek o zasypianiu?

Otworzyłam usta, żeby się odciąć, ale prędko je zamknęłam. Jeszcze nie widziałam budynku, ale zobaczyłam frontowy trawnik skąpany w elektrycznej żółtej poświacie. Było po północy. Julie, moja podopieczna, powinna już dawno spać. Nie istniał żaden powód, żeby paliło się światło.

Curran puścił się biegiem. Ponagliłam Kruszynkę.

Oślica stanęła okoniem. Widocznie nie miała ochoty się spieszyć.

– No rusz się, ośle! – warknęłam.

Zaczęła iść do tyłu.

Chrzanić to. Zeskoczyłam z Kruszynki i popędziłam przed siebie. Wpadłam na ganek i wparowałam do środka.

Miękkie światło padało na kuchnię. Curran stał pod ścianą. Julie siedziała przy stole, owinięta w koc, z burzą potarganych blond włosów. Spojrzała na mnie i ziewnęła. Wyhamowałam w ostatniej chwili, żeby uniknąć zderzenia z meblami. Miejsce naprzeciwko Julie zajmowała jednoręka kobieta o ciemnych, kręconych lokach, przed którą stała filiżanka kawy. George – córka Mahona i sekretarz sądowy Gromady.

Obróciła do mnie zmizerniałą twarz.

– Potrzebuję pomocy.


Julie znowu ziewnęła.

– Wracam do łóżka.

– Dziękuję, że dotrzymałaś mi towarzystwa – powiedziała George.

– Nie ma problemu. – Julie wzięła koc i poszła na górę.

Usłyszeliśmy głuchy łomot.

– Nic mi nie jest! – zawołała. – Potknęłam się, ale wszystko OK.

Poczłapała dalej. Trzask zamykanych drzwi oznajmił, że dotarła do swojego pokoju.

Przysunęłam sobie krzesło i usiadłam. Curran oparł się o ścianę. Wciąż pozostawał pod postacią bestii. Większość zmiennokształtnych mogła zmieniać kształt raz na dobę. Dwie transformacje w krótkim czasie praktycznie gwarantowały utratę przytomności na kilka godzin i żarłoczny głód po przebudzeniu. Curran był wyjątkowo wytrzymały, ale mieliśmy za sobą długą noc, a przemiana mimo wszystko go męczyła. Chciał zachować przytomność umysłu. Gdy rodzina Currana została zamordowana, Mahon znalazł go i przyjął jak syna. Mój ukochany dorastał z George. Tak naprawdę dziewczyna nazywała się Georgetta – groziła śmiercią każdemu, kto użył tego imienia – i zastępowała Curranowi siostrę.

– Co się stało? – zapytał Curran.

George wzięła głęboki wdech. Twarz miała bladą, a rysy wyostrzone, jakby ktoś za mocno naprężył jej skórę.

– Eduardo zaginął.

Zmarszczyłam brwi. Do klanu wielkich należały głównie niedźwiedziołaki, ale jego niektórzy członkowie zmieniali się w inne duże zwierzęta, na przykład w dziki. Eduardo Ortego przybierał kształt bawoła. Ogromny pod każdą postacią, Eduardo nie walczył, lecz taranował przeciwników, a kiedy ich przygniatał, nie mieli już szans wstać. Lubiłam go. Był szczery, bezpośredni i odważny – bez wahania rzuciłby się na pomoc przyjacielowi. Do tego bezwiednie doprowadzał wszystkich do śmiechu, choć to nie miało nic do rzeczy.

 

– Rozmawiałaś ze swoim ojcem? – chciał wiedzieć Curran.

– Tak. – George spojrzała na filiżankę. – Nie był specjalnie niepocieszony.

Dlaczego Mahon miałby cieszyć się z zaginięcia Eduarda? Bawołak plasował się w czołówce jego najlepszych wojowników. Kiedy popłynęliśmy do Europy zdobyć panaceum dla Gromady, zabraliśmy ze sobą aż trzech członków klanu wielkich. George zgłosiła się jako pierwsza, Mahon zajął drugą pozycję, a potem wybrał Eduarda na swojego pomocnika.

– George – poprosił Curran – zacznij od początku.

– Eduardo i ja jesteśmy razem – powiedziała George.

– Razem? – powtórzyłam. Myślałam, że Eduardo lubił siostrę Jima.

Przytaknęła.

A to niespodzianka. Widziałam ich oboje w Twierdzy setki razy i ani razu nie przyszło mi do głowy, że coś ich łączy. Chyba jestem jakaś ślepa.

Choć jeśli się zastanowić, spędzili razem dużo czasu w podróży powrotnej...

– Od kiedy? – zapytał Curran.

– Od powrotu z Gagry – odparła George. – Kocham go, a on kocha mnie. Wynajął dla nas dom. Chcieliśmy się pobrać.

O rany.

– Macie problem z Mahonem? – domyślił się Curran.

George się skrzywiła.

– Ed nie jest niedźwiedziem. Ojcu dogodzi tylko kodiak. Jeśli nie kodiak, to przynajmniej jakiś inny niedźwiedź. Dlatego byliśmy tacy ostrożni. Siedem tygodni temu próbowałam porozmawiać z tatą. Poszło fatalnie. Zapytałam go, co by się stało, gdybym na poważnie związała się ze zmiennokształtnym innej rasy.

Znowu zajrzała do filiżanki.

– Co odpowiedział? – spytał łagodnie mój ukochany.

George podniosła wzrok. Jej oczy błysnęły i przez sekundę mignęło mi wspomnienie wielkiego niedźwiedzia z rykiem wpadającego do pokoju. George zmieniała się w kodiaka jak ojciec. Niedocenianie jej przynosiło fatalne skutki. Myślałam, że jest przygnębiona, ale w końcu rozpoznałam emocję, która wyostrzyła rysy dziewczyny. George była wściekła i z całej siły próbowała powstrzymać wybuch.

– Odpowiedział, że mnie wydziedziczy – oznajmiła drżącym ze złości tonem.

– Tak, to brzmi jak on – przyznał Curran.

George wystrzeliła z krzesła i zaczęła krążyć wokół wyspy kuchennej niczym zwierzę w klatce.

– Powiedział, że mam obowiązek wobec klanu. Że muszę przekazać geny i urodzić niedźwiedzie dzieci niedźwiedziemu mężczyźnie.

– Uświadomiłaś mu, że jeśli tak lubi niedźwiedzich mężczyzn, to sam powinien wziąć ślub z jednym z nich? – rzuciłam. Zapłaciłabym grube pieniądze, żeby zobaczyć minę Mahona po takim tekście.

Nie zatrzymywała się.

– Ze wszystkich tych idiotycznych archaizmów... Chyba zardzewiał mu mózg. Zestarzał się.

– Wiesz, że zawsze tak gada – zaczął Curran.

Obróciła się w jego stronę.

– Nie waż się mówić, że wcale tak nie myśli.

– Myśli – odparł Curran. – Ten człowiek w głębi serca wierzy, że niedźwiedzie przewyższają innych zmiennokształtnych. Mówi to, co myśli, ale nigdy nic z tym nie robi. Przez siedemnaście lat kierowania Gromadą miałem kilkadziesiąt skarg na Mahona, zawsze na to, co mówił, ale nigdy na to, co robił. Ma stanowcze poglądy na temat zachowań dyskwalifikujących alfę. Likwidowanie Eduarda do niego nie pasuje.

– Nie było cię tam – oznajmiła George. – Nie słyszałeś go.

Gdybym im pozwoliła, gadaliby o Mahonie całą noc.

– Co się wydarzyło po waszej rozmowie?

George pokręciła głową i zignorowała moje pytanie.

– Wiecie, co oznacza to pieprzenie o genach? Że gdybym miała dzieci z Eduardem, ojciec uznałby je wybrakowane. Nie rozumiesz, Kate. Jestem jego córką!

– Jasne, nie rozumiem – stwierdziłam. – Nigdy nie miałam problemów z moim ojcem.

George otworzyła usta i stanęła. Kiedy w grę wchodziły problemy z tatusiem, wygrywałam każdą dyskusję.

– Co się wydarzyło po waszej rozmowie? – powtórzyłam.

– Rozmówiłam się z Eduardem. Wykonywał różne prace dorywcze dla klanu wielkich i pomagał mi przy aktach. Wszystko miało zniknąć. Jimowi zależy, by ojciec utrzymał zaplecze władzy. Nie mam cienia wątpliwości, że gdyby ojcu powinęła się noga, moja posada w Gromadzie też by poleciała.

– Twoja mama by go zabiła – zauważył Curran.

– To prawda – zgodziła się George. – Ale byłoby już po fakcie i Jim nie zatrudniłby mnie z powrotem, żeby nie wyjść na słabego i niezdecydowanego. Dlatego zaczęłam po cichu spieniężać swoje inwestycje, a Eduardo wynajął dom bliżej centrum i zarejestrował się w Gildii.

Gildia Najemników była największą komercyjną agencją ścigania w mieście. Kiedy ludzie natrafiali na niebezpieczną bestię albo inny magiczny problem, najpierw dzwonili do WKZP, ale gliny w postprzesunięciowej Atlancie nie wyrabiały się z robotą. Czasem mieszkańcy wybierali numer Zakonu Rycerzy Miłosiernej Pomocy, jednak powierzanie sprawy rycerzom oznaczało całkowite przekazanie władzy. Kiedy policja nie mogła się zjawić, a interes był zbyt nieistotny lub zbyt szemrany dla Zakonu, należało dzwonić do Gildii. Najemnicy wykonywali roboty ochroniarskie, pozbywali się magicznej galanterii, przeprowadzali misje zbrojne – nie wybrzydzali, póki na ich konto wpływały pieniądze. Należałam do Gildii od dziewięciu lat. Kiedyś nieźle tam zarabiałam, ale po śmierci założyciela organizacja podupadła.

– Jak sobie radził w Gildii? – spytałam.

– Dobrze – odparła George. – Mówił, że kilku typków dawało mu się we znaki, ale miał wszystko pod kontrolą.

Wiedziałam, że Eduardo odnajdzie się w Gildii. Pasował do ich profilu. Gdy ludzie szukali najemnika, pragnęli pokrzepienia, a nikt nie oferował tyle pokrzepienia, co wysoki na metr osiemdziesiąt facet zbudowany jak medalista olimpijski w zapasach. Starzy wyjadacze ciskali gromy, bo nie lubili konkurencji, ale to Gildia rozdzielała fuchy. Przyznawała każdemu najemnikowi terytorium i kiedy na danym obszarze pojawiała się robota, zlecenie automatycznie trafiało do odpowiedniego człowieka. Najemnicy mogli toczyć pianę i dręczyć Eduarda, ale nie byli w stanie zrobić nic, by przeszkodzić mu w zarabianiu pieniędzy.

– Myślę, że ojciec nas przejrzał – oznajmiła George. – W zeszłym tygodniu Eda odwiedził Patrick.

W myślach przekartkowałam listę członków klanu wielkich. Patrick był siostrzeńcem Mahona, idealną kopią wujka o tych samych rozmiarach i identycznym nastawieniu.

– Powiedział Edowi, że postępuje niewłaściwie i że jeśli naprawdę mu na mnie zależy, powinien zostawić mnie w spokoju i przestać odciągać od rodziny.

Na twarzy Currana pojawił się grymas.

– Czy Patrick próbowałby czegoś na własną rękę? – zapytałam go.

Pokręcił głową.

– Nie. Kiedy Patrick otwiera usta, odzywa się Mahon. Jest egzekutorem, nie myślicielem. Dlatego Mahon nie przygotowuje go do roli alfy.

– Eduardo udał, że nie ma pojęcia, o co chodzi. Patrick wyszedł. W poniedziałek Eduardo nie wrócił do domu. Czekałam całą noc.

Sięgnęłam na półkę po notes i długopis.

– Kiedy ostatni raz widziałaś się lub rozmawiałaś z Eduardem?

– W poniedziałek o siódmej trzydzieści. Zapytał, co chcę na kolację.

Kilka minut wcześniej minęła północ i zaczęła się środa. Eduardo zniknął czterdzieści godzin temu.

– Nie zadzwonił w czasie lunchu – kontynuowała George. – Zazwyczaj dzwoni. Myślałam, że coś mu wypadło. Poszłam do niego w poniedziałek wieczorem. Nie zostawił żadnego listu. Nie pojawił się ani nie dał znaku życia. Wiem, że istnieją jakieś idiotyczne zasady, które mówią, po jakim czasie można uznać kogoś za zaginionego, ale przysięgam, to nie w stylu Eda. Nie zostawia mnie bez słowa. Stało się coś złego.

– Rozmawiałaś z Gildią? – upewniłam się.

– Rano poszłam do ich siedziby. Niczego się nie dowiedziałam.

Nie dziwiło mnie to. Najemnicy mieli wiele do ukrycia.

Głos George drżał z ledwo hamowanej wściekłości.

– Kiedy wyszłam, zobaczyłam, że mój samochód zniknął.

Curran pochylił się do przodu.

– Ukradli ci samochód? – zapytał lodowatym tonem.

Skinęła głową.

To było podłe, nawet jak na Gildię.

– Uznali ją za łatwy cel – stwierdziłam. – Samotna młoda kobieta bez jednej ręki nie wyglądała im na wojowniczkę. – Nie zdawali sobie sprawy, że zmieniała się w ważącego pół tony kodiaka.

Podniosłam się z krzesła, podeszłam do telefonu i wybrałam numer Gildii. Jeśli Eduardo przyjął zlecenie, Urzędas na pewno o tym wiedział. Kiedy ktoś zwracał się do Gildii z problemem, Urzędas ustalał, na jaki teren przypadała robota, i dzwonił do odpowiedniego najemnika. Jeżeli najemnik nie mógł podjąć się zadania, Urzędas dzwonił do następnego „w kolejce”, dopóki nie znalazł wolnego człowieka. W przypadkach, gdy nie udało mu się znaleźć nikogo, przyczepiał kartkę na tablicę, co oznaczało, że zlecenie mógł wziąć każdy. Niektóre trafiały do konkretnych ludzi, bo wymagały specjalnych kwalifikacji, ale większość fuch rozchodziła się właśnie w ten sposób. Dystrybucja zadań działała jak dobrze naoliwiona maszyna, a Urzędas pracował w Gildii od tak dawna, że nikt nie pamiętał jego imienia. Był po prostu Urzędasem, facetem, który pilnował, żebyśmy mieli pracę i dostawali za nią zapłatę. Jeśli Eduardo wziął fuchę w poniedziałek, Urzędas musiał znać szczegóły.

Usłyszałam sygnał.

– Słucham? – odezwał się opryskliwy męski głos.

– Tu Daniels. Chcę rozmawiać z Urzędasem.

– Nie ma go.

Dziwne. Zazwyczaj w pierwszym tygodniu miesiąca Urzędas pracował na nocną zmianę.

– A Lori? – Lori była zastępczynią Urzędasa.

– Nie ma jej.

– Kiedy któreś z nich się pojawi?

– A niby skąd mam wiedzieć? – warknął mężczyzna i się rozłączył.

Co tam się, do diabła, działo?

Wróciłam do George.

– Pójdziemy tam z samego rana. – Nawet jeśli Urzędasa nie było, on albo jeden z jego zastępców powinien przyjść na następną zmianę. – Wiem, że to głupie pytanie, ale czy jest możliwe, że Eduardo się przestraszył i uciekł?

Nie zawahała się.

– Nie. Kocha mnie. A gdyby odszedł, nie zostawiłby Maksa.

– Maksa? – powtórzyłam.

– Swojego mopsa – wyjaśniła. – Ma go od pięciu lat. Zabiera go wszędzie. Kiedy poszłam do Eda w poniedziałek, Max tam był, a wody i jedzenia w miskach wystarczyłoby mu tylko na jeden dzień.

Eduardo miał mopsa. Z jakiegoś powodu to mnie nie zdziwiło.

– A co robi Jim? – spytałam.

– Nic – odrzekła. – Zgłosiłam mu zaginięcie Eda prywatnie. Powiedział, że zbada sprawę. Dwie godziny później oznajmił, że ojciec wie o nieobecności Eduarda.

Zerknęłam na Currana.

– Mahon zagrał kartą klanu – wyjaśnił. – Zniknięcie Eduarda to sprawa klanu wielkich. Dopóki zmiennokształtny nie jest pracownikiem Gromady albo klan nie poprosi Władcy Bestii o pomoc, Jim nie ma zbyt wielu możliwości. Może kazać swoim ludziom czatować na Eduarda, ale nie będzie aktywnie szukać.

– Nie będzie? Czy nie może? – chciałam wiedzieć.

– Nie będzie, bo nie może – odparł Curran. – Aktywne poszukiwania wiązałyby się z przesłuchaniem członków klanu wielkich, co podważyłoby autorytet Mahona jako alfy. Autonomii każdego klanu strzegą ścisłe wytyczne, a to oznaczałoby przekroczenie granicy. George ma rację. Jimowi zależy, żeby Mahon utrzymał władzę. Może za rok lub dwa, gdy Jim ugruntuje swoją pozycję, będzie inaczej, ale na razie Jim wie, że stąpa po cienkim lodzie. Jeśli zacznie aktywnie szukać Eduarda, Mahon potraktuje to jako zniewagę i nadużywanie pozycji Władcy Bestii. Publiczna konfrontacja alfy z Władcą Bestii zostanie uznana za wotum nieufności wobec Jima i jego zdolności przywódczych, a pozostałe klany okrzykną go dyktatorem, który łamie ich prawa. Jeżeli do tego dojdzie, Jim nie wygra. Gdyby nie zrobił nic, wyszedłby na słabeusza, a gdyby rzucił Mahonowi wyzwanie, na tyrana. To trudna sytuacja i Jim postępuje słusznie, że się w nią nie plącze.

Curran miał rację co do Mahona. Teoria, że to alfa klanu wielkich odpowiadał za zniknięcie Eduarda, wydawała się mało prawdopodobna. Takie zachowanie kłóciło się z jego etyką. Ale gdyby Eduardo zaginął niezależnie, Mahon mógłby wykorzystać sytuację. Po prostu nie szukałby go zbyt zaciekle. George miała wielką rodzinę. Dorastała w Atlancie. Gdyby to ona zniknęła, w poszukiwania zaangażowałby się cały klan. Jednak Eduardo był outsiderem. Przyjechał tu jakieś trzy lata temu i z tego, co wiedziałam, nie miał krewnych w mieście.

– Nawet nie wiem, czy żyje – wybuchła George. Łzy napłynęły jej do oczu. – Może leży w jakimś rowie, a nikt go nie szuka – kontynuowała urywanym ze złości tonem. – W głowie wciąż widzę jego zimne, martwe ciało ubrudzone ziemią. Niewykluczone, że już nigdy go nie zobaczę. Jak to w ogóle możliwe? Jak ktoś, kogo kochasz, może w jednej chwili być przy tobie, a w drugiej tak po prostu zniknąć?

 

Curran odepchnął się od ściany i delikatnie otoczył dziewczynę swoim potwornym ramieniem.

– Będzie dobrze – zapewnił ją cicho. – Kate go znajdzie.

Nie wiedziałam, czy cieszyć się z jego całkowitej wiary w moje umiejętności, czy złościć, że składał obietnicę, której niekoniecznie mogłam dotrzymać. Postanowiłam się chwilowo cieszyć, bo dostrzegłam minę na naszej drodze i musiałam im o niej powiedzieć.

George łkała bezgłośnie, wylewając z siebie cały smutek i gniew. Wspierała mnie podczas naszej wizyty w Gagrze. Walczyła za Gromadę i poświęciła rękę, by ocalić życie ciężarnej kobiety. Zawsze wesoła i pewna siebie, czuła się dobrze we własnej skórze. Lubiła się śmiać i mówiła, co myśli – nie miała problemu, by bronić swojej opinii. Teraz płakała i panikowała, a mnie to rozzłościło, jakby ze światem stało się coś złego. Wiedziałam, że życie jest niesprawiedliwe, ale to była przesada. Musiałam to naprawić.

George odsunęła się od Currana i podniosła dłoń do twarzy, by otrzeć łzy.

– Mamy problem – poinformowałam ich. – Jeżeli zaczniemy szukać Eduarda, możemy trafić z powrotem do klanu wielkich. Nawet jeśli George oficjalnie zatrudni Ostre Cięcie, Jim nadal może nas zablokować. Tak stanowi nasz kontrakt. Kiedy Gromada zainwestowała w Ostre Cięcie, w umowie umieszczono zapis, który głosił, że w przypadku, gdy członek Gromady jest zamieszany w jakiekolwiek przestępstwo, dochodzenie musi zostać zaaprobowane przez Władcę Bestii. Jim ma prawo weta.

– Kto wymyślił ten zapis? – warknęła George.

Wskazałam głową na Currana.

– On.

– Wtedy wydawał się mieć sens – rzucił mój ukochany.

– Więc jak to obejdziemy? – spytałam.

Curran spojrzał na George.

– Zadam ci pytanie i poproszę, żebyś dobrze zastanowiła się nad odpowiedzią. Czy słyszałaś, by Eduardo Ortego kiedykolwiek wyrażał chęć opuszczenia Gromady w charakterze mojego personelu?

Nieźle. Gdyby Eduardo odseparował się od Gromady razem z nami, Curran miałby zarówno upoważnienie, jak i obowiązek, by go chronić.

George wyprostowała się jak struna.

– Tak.

Podejrzewałam, że właśnie skłamała.

– Ja również zamierzam opuścić Gromadę.

O mamo.

– Przemyśl to – rzekł Curran. – Opuszczenie Gromady oznacza zerwanie więzi z klanem. Twoi rodzice nie będą zachwyceni. Jeśli okaże się, że Mahon nie miał nic wspólnego ze zniknięciem Eduarda, możesz tego żałować.

– Daj mi umowę – zagrzmiała.

Curran ani drgnął.

– Curran, daj mi umowę.

Podszedł do regału, zdjął z półki segregator i otworzył na stronie z pustym kontraktem separacyjnym.

– Kiedy go podpiszesz, będziesz miała trzydzieści dni na całkowite odseparowanie się od Gromady.

George wzięła długopis i złożyła podpis w odpowiednim miejscu.

– Nie ma problemu. Mogę odejść jeszcze dziś.

– Nie, nie możesz – zaprotestowałam. – Musisz wrócić.

– Dlaczego?

– Bo nie możemy wejść do Twierdzy i rozpocząć śledztwa – wyjaśnił Curran. – Blokuje nas prawo Gromady. Wiesz o tym. To kompromis: nie namawiamy ludzi, żeby odeszli z nami, a Jim nie ingeruje, kiedy postanawiają to zrobić. My już nie należymy do Gromady, ale ty wciąż tak.

– Musisz wrócić, wykonywać swoją pracę i mieć się na baczności – dodałam. – Jesteś lubiana i szanowana. Eduardo też. Może coś usłyszysz. Jeżeli ktoś z klanu wielkich jest odpowiedzialny za zniknięcie Eduarda, twoja obecność będzie ciągle mu o tym przypominać. Może poczuje wyrzuty sumienia i przyzna się do winy, a jeśli nie, przynajmniej popchnie cię w odpowiednim kierunku.

– Mogę walczyć – fuknęła George. – To, że mam jedną rękę...

– Zdaję sobie sprawę, że to cię nie spowalnia – przerwał jej Curran. – Ale potrzebuję cię w Twierdzy. Rozmawiaj z Patrickiem. Sprawdź, co wie. To może pomóc nam znaleźć Eduarda.

Zastanowiła się.

– OK.

Przysunęłam do siebie notes.

– A teraz opowiedz mi o Eduardzie. Gdzie mieszka, z jakiej rodziny pochodzi, co lubi robić. Muszę wiedzieć wszystko.

Trzydzieści minut później wywiad został zakończony.

– Pójdę już – stwierdziła George.

– Nie brakuje nam wolnych pokoi – powiedziałam. – Może zostaniesz na noc?

Pokręciła głową.

– Chcę być w domu na wypadek, gdyby zadzwonił. Znajdziesz go, Kate?

Patrzyła na mnie ze znajomą desperacką nadzieją w oczach. Widziałam ten wzrok u ludzi na krawędzi rozpaczy. Kiedy bardzo kogoś kochamy, zrobilibyśmy wszystko, żeby go chronić. Gdybym obiecała, że Eduardo magicznie się pojawi, jeśli George wbije sobie nóż w serce, zrobiłaby to. Dziewczyna tonęła i błagała, żebym rzuciła jej cokolwiek, za co mogłaby złapać.

Otworzyłam usta, żeby skłamać, ale nie potrafiłam. Ostatnim razem, gdy przyrzekłam, że kogoś znajdę, namierzyłam zmasakrowanego trupa. Tak w moim życiu pojawiła się Julie.

– Obiecuję, że zrobimy wszystko, co w naszej mocy. Będziemy szukać, aż coś znajdziemy albo aż poprosisz nas, byśmy przestali.

Zobaczyłam, jak zalewa ją ulga. Nie usłyszała nic poza „coś znajdziemy”.

– Dziękuję.

George wyszła. Udałam się na górę, zostawiając Currana w kuchni. To był nasz conocny rytuał. On sprawdzał drzwi na parterze, ja okna na pierwszym piętrze, a Julie na drugim. Wspięłam się po schodach i nagle stanęłam – u szczytu siedziała owinięta kocem Julie. W rękach trzymała wypchaną sowę.

Pamiętałam wyraz twarzy Julie, gdy mówiła mi, że widziała rozdarte na strzępy ciało matki. Po śmierci ojca Julie jej matka zaczęła pić i przestała poświęcać córce tyle uwagi, co wcześniej, ale bardzo kochała Julie, a dziewczyna odwzajemniała uczucie z typowym oddaniem dziecka. Tego dnia część dzieciństwa Julie umarła i nieważne, jak bym się starała, nie mogłam przywrócić jej do życia. Tak bardzo pragnęłam znaleźć Jessicę Olsen żywą, ale ona zginęła, zanim jeszcze zaczęłam szukać.

Julie nigdy o tym nie mówiła. Nie wypowiadała imienia matki. Któregoś dnia szłyśmy ulicą i trafiłyśmy na wyprzedaż garażową. Julie zatrzymała się bez słowa. Podeszła do pudełka z zabawkami i wyciągnęła dużą pluszową sowę – aksamitną brązową kulkę ze śmiesznymi białymi oczami, dziobem w kształcie żółtego trójkąta i parą luźnych skrzydeł. Przytuliła maskotkę, a w jej oczach zobaczyłam desperację, która ściskała za serce. Natychmiast kupiłam przytulankę i Julie zabrała ją do domu. Później powiedziała mi, że w dzieciństwie miała taką samą. Sowa symbolizowała sekretne, hołubione wspomnienie bycia szczęśliwą i kochaną, otoczoną opieką dwojga ludzi, którzy uwielbiali Julie, i nieświadomości, że świat kiedykolwiek może roztrzaskać to wszystko na kawałki. Minął rok, odkąd znalazłyśmy maskotkę, a dziewczyna wciąż tuliła ją do snu.

– Dałam jej resztę szarlotki – odezwała się Julie. – Mam nadzieję, że się nie gniewasz. George jest niedźwiedziem, a niedźwiedzie lubią słodycze. Dzięki temu poczuła się lepiej.

– Nie gniewam się – zapewniłam.

– Znajdziesz go, prawda?

– Spróbuję.

– Pomogę ci – obiecała Julie. – Powiedz, jeśli będziesz czegoś potrzebować.

– Dobrze.

Podniosła się z podłogi.

– Lubię Eduarda i George. Zawsze są dla mnie mili. – Zawahała się. – Nie chcę, żeby George poznała to uczucie.

Moje serce zapragnęło wyrwać się z piersi. Poczułam ból.

– Wiem.

Julie skinęła głową i poszła na górę.

Postanowiłam, że znajdę Eduarda. Znajdę go, bo był moim przyjacielem, bo George wystarczająco się nacierpiała i zasługiwała na szczęście, bo wiedziałam, jak to jest, gdy los odbiera ci kogoś, kogo kochasz.