Magia zabijaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Przenośny m-skaner przypominał maszynę do szycia zarzyganą werkami. Urządzenie wykrywało pozostałości magii i wypluwało wyniki w postaci kolorowego wykresu – zielone linie dla zmiennokształtnych, fioletowe dla nieumarłych, niebieskie dla ludzi. Ani dokładne, ani niezawodne, w dodatku odczytywanie wyników stanowiło bardziej dziedzinę sztuki niż nauki, ale było najlepszym przyrządem diagnostycznym, jakim dysponowałyśmy. Ważącym blisko czterdzieści kilogramów.

Andrea otworzyła drzwi i błyskawicznie włożyła do środka rękę. Grendel w połowie susa zderzył się z jej dłonią z takim impetem, że runął do tyłu. Andrea chwyciła m-skaner, wyszarpnęła go z dżipa i zatrzasnęła drzwiczki przed pyskiem psa. Pudel bojowy rzucił się ku oknu, wydając długi, smutny skowyt. Andrea odwróciła się i lekkim krokiem ruszyła do pracowni, niosąc czterdziestokilogramowy m-skaner niczym piknikowy koszyk. Fajnie mieć siłę zmiennokształtnego. Szkoda, że cena zakażenia wirusem Lyc-V była tak wysoka.

Henderson obserwował idącą Andreę.

– Zmiennokształtna?

– Tak. – Masz z tym jakiś problem?

– To dobrze – stwierdził. – Przyda się jej węch.

Wyjęłam notes i pióro.

– Ile osób przydzielono do tego zadania? – Rene mówiła mi, że dwanaście, ale nie szkodziło sprawdzić.

– Łącznie ze mną, dwanaście.

– Trzy ośmiogodzinne zmiany po czterech ludzi?

– Tak, dzienne, popołudniowe i nocne.

Zapisałam.

– Które brałeś?

– Na zmianę popołudniówki i nocki. Wczoraj pracowałem od czternastej do dwudziestej drugiej.

Tak podejrzewałam. Jeśli coś się działo, to zwykle po zapadnięciu zmroku, a Henderson wydawał się typem, który problemy brał na klatę i walił je w zęby. Tym razem źle ocenił czas i problem go ominął.

– Kiedy odkryto ciało?

– O szóstej, podczas zmiany. – Henderson skrzyżował ramiona na piersiach. Sierżantowi wyraźnie nie podobało się, dokąd zmierzają moje pytania. Dziwne. Rene udzieliła mi już większości informacji, dlaczego więc tak się wił?

– Możesz przedstawić krok po kroku okoliczności, w jakich znaleziono zwłoki?

– Każdą zmianą dowodzi sierżant. O piątej pięćdziesiąt pięć sierżant dziennej zmiany Julio Rivera wraz z sierżantem nocnej Debrą Abrams wyszli na rutynowy obchód warsztatu.

– Dlaczego akurat warsztatu, a nie domu?

Gdyby oblicze Hendersona mogło stwardnieć jeszcze bardziej, popękałoby.

– Bo przedmiot ochrony był widziany ostatnio, gdy wchodził do warsztatu.

Gdybym miała odznakę Zakonu, ta konwersacja przebiegałaby znacznie płynniej. Legitymacja służbowa wzbudzała respekt, szczególnie u byłych żołnierzy, takich jak Henderson. Jego świat dzielił się na dwa obozy – zawodowców i amatorów. Aktualnie widział we mnie najmusa drugiej kategorii. Rene rozkazała mu współpracować, a ponieważ był karny, odpowiadał na moje pytania, ale nie był do końca przekonany, czy mam prawo je zadawać.

– Adam często pracował nocami?

– Dniami, nocami, porankami, kiedy mu przyszła ochota. Czasami pracował cały dzień, spał dwie godziny i znów pracował, a innym razem nie robił nic przez dwa dni.

– Kiedy widziano go ostatnio?

Mięśnie na szczękach sierżanta zafalowały gwałtownie.

– O trzeciej w nocy.

Zamknęłam notatnik.

– Gdybym pilnowała nieprzewidywalnego klienta, który chodzi sobie w tę i we w tę między domem a pracownią, kiedy przyjdzie mu na to ochota, kazałabym ludziom sprawdzać co godzinę. Tak, żeby upewnić się, że w przypływie szału kreatywności nie wyszedł poza chroniony teren i nie zabłądził w Sibley. A nie mam nawet dwóch pasków na rękawie.

Henderson rzucił mi twarde spojrzenie. Wyglądało groźnie, ale nie dorównywało patrzeniu w złote ślepia wkurzonego Currana. Nie odwróciłam wzroku.

– Nie przyjechałam tu na audyt. Moje zadanie polega na odnalezieniu Adama Kamena i jego wynalazku. To wszystko. Cokolwiek wydarzyło się pomiędzy tobą a podkomendnymi, nie mnie oceniać, ale muszę o tym wiedzieć, żeby skutecznie działać. Jeśli będziesz mi utrudniał, nie umilę ci życia.

Pochylił się odrobinę.

– Myślisz, że dasz radę?

– Chcesz się przekonać?

Henderson był potężnym facetem, nawykłym, że ludzie ustępują mu, kiedy ich przyciśnie. Był ochroniarzem, żołnierzem, ale nie zabójcą. Och, z pewnością strzeliłby do przeciwnika, gdyby ten pierwszy otworzył ogień, a gdyby przyszło co do czego, nawet użył noża, bo taką miał robotę. Jednak nie poderżnąłby człowiekowi gardła i nie przeszedł spokojnie nad drgającym, krwawiącym trupem. A ja owszem. I nie zrobiłoby to na mnie wrażenia. Właściwie od ponad dwóch miesięcy nie brałam udziału w żadnej akcji, wręcz tęskniłam za tym dreszczykiem i za walką.

Wpatrywaliśmy się w siebie.

Zabiłabym cię w ułamku sekundy, bez wahania.

W oczach Hendersona przebiegł błysk zrozumienia.

– Ach, więc to tak? – skomentował.

Dokładnie tak.

Zmrużył oczy.

– Po co Rene sprowadziła tu takich jak ty?

– Takich, czyli jakich?

– Nie jesteś żołnierzem, nie jesteś też prywatnym detektywem.

– Byłam kiedyś agentem Zakonu. A ona – wskazałam brodą warsztat – jest emerytowanym rycerzem w randze mistrza broni. Rene zatrudniła nas, bo to nie pierwsza nasza jazda. Co stało się na twojej zmianie, starszy sierżancie? Pytam po raz ostatni.

Henderson wyprostował się. Miał ochotę mnie spławić. Widziałam to po jego minie. Jednak musiał dojrzeć w moich oczach coś, co mu się nie spodobało, bo rozwarł wreszcie szczęki.

– Nocna warta zasnęła.

– Cała czwórka?

Henderson przytaknął.

– Poza de Harvenem.

– Na posterunkach?

Henderson potwierdził skinieniem.

Cholera.

– Jak długo to trwało?

– Mniej więcej od czwartej aż do końca zmiany.

Dwie godziny. To więcej niż dość, żeby porwać człowieka. Albo poderżnąć mu gardło, zakopać w lesie i ukraść magiczny wynalazek. Ale jaką rolę odegrał de Harven? Zaskoczył złodziei? Oczywiście to Adam mógł zabić czerwonogwardzistę i uciec z urządzeniem. Bo był tak naprawdę ninją, adeptem śmiercionośnej, skrytobójczej sztuki walki i potrafił rozpływać się w powietrzu. Tak, z pewnością. Sprawa rozwiązana.

Doświadczeni czerwonogwardziści nie ucinają sobie dwugodzinnych drzemek na służbie. Musiały mieć w tym udział magia bądź środki nasenne. Ale nawet jeśli, dlaczego zasnęło trzech ludzi, a de Harven poszedł w tym czasie do warsztatu? I dlaczego on sam nie zmienił się w śpiącą królewnę?

– Gdzie są tamci strażnicy?

– Obie zmiany czekają w pobliżu. Założyłem, że będziecie chciały ich przepytać. – Henderson zawiesił na chwilę głos. – Jest jeszcze coś. Przeszukaliśmy okolicę.

– Znaleźliście coś?

– Coś, owszem. – Henderson wstał i ruszył za dom. Poszłam za nim. Pod jednym z dębów stał humvee. Odsłonięta plandeka, na pace dwa plecaki i plastikowy kubeł. Henderson zdjął kubeł, ostrożnie postawił na ziemi i otworzył tak, jakby spodziewał się, że ze środka wyskoczy rozzłoszczona żmija.

Na dnie leżał kawałek jasnego płótna, a na nim różne zioła. Zielone makówki, szyszki chmielu, srebrne łodyżki lawendy o fioletowych pączkach, kocimiętka, waleriana oraz gruby jasny korzeń wygięty tak, że przypominał człowieka w pozycji embrionalnej. Mandragora. Rzadki, kosztowny i potężny.

Tkaninę pokrywał brązowy pył. Dotknęłam go i przyłożyłam opuszkę do języka. Poczułam znajome szczypanie. Zmielony korzeń pieprzu metystynowego, rośliny inaczej zwanej kava kava. W pojemniku znajdowała się porcja ziół mogąca uśpić małą armię.

Widziałam już podobną mieszankę. Zioła zaprawione paroma kilogramami sproszkowanego kava kava, zawinięte w płótno, potraktowane potężną magią i zapieczętowane. W odpowiednim momencie należało rzucić zawiniątko na ziemię, żeby złamać pieczęć, a ściśnięta magia wybuchała, rozsiewając pył kava kava. Zwalało z nóg każdą oddychającą istotę w promieniu czterystu metrów. Nazywano to bombą usypiającą.

Bomby te wynaleziono krótko po pierwszej fali magii. Miały być środkiem pacyfikującym, umożliwiającym bezkrwawe stłumienie spanikowanej gawiedzi podczas Zamieszek Trzymiesięcznych. Wtedy jeszcze magia była czymś nowym, nie do końca poznanym i nie wszyscy wierzyli, że bomby zadziałają. Niestety, szybko po rzuceniu ich w tłum okazało się, że działają aż za dobrze – część uczestników rozruchów już się nie obudziła. Wtedy też bomby usypiające zdelegalizowano.

Zrobienie bomby usypiającej wymagało od groma magii, doświadczenia i pieniędzy. Najlepsza mandragora pochodziła z Europy, a korzeń kava kava importowano z Hawajów, Fidżi albo Samoa. Jedno i drugie kosztowało fortunę. Inwestorzy Kamena mieli głębokie kieszenie. Może jeden z nich uznał, że nie będzie dzielił się cukierkiem z resztą dzieci. Uśpić strażników, porwać Adama, zabrać urządzenie, mieć całe zyski dla siebie. Niezły plan. Musiałam zdobyć nazwiska osób finansujących projekt Adama.

Spojrzałam na wnętrzności bomby. Wszystkie te zioła dawały magicznego kopa, nawet gdy je zapieczętowano.

– Rene wspominała, że teren był otoczony osłonami.

– Podwójnymi. Wewnętrzne znajdują się na wysokości końca podjazdu i chronią dom oraz warsztat. Zewnętrzny krąg jest szerszy, obejmuje teren wokół posesji od początku podjazdu.

– Czy teraz znajdujemy się w wewnętrznym?

– Tak.

– Jakie są ustawienia? – Zaklęcia ochronne posiadały różne stopnie zabezpieczenia. Niektóre nie przepuszczały niczego, inne dawały wolne przejście pewnym rodzajom magii.

– Bez hasła nie przejdzie nic magicznego – powiedział Henderson. – Osłona stopnia czwartego.

Rzeczywiście, czwarty stopnień był prawie nieprzepuszczalny.

 

– Więc zmiennokształtny nie mógłby przejść, prawda?

– Tak jest.

– A przed chwilą oboje widzieliśmy, jak Andrea kursuje do samochodu i z powrotem. Mamy wyż magii. Gdzie te osłony?

Popatrzyliśmy na podjazd.

Henderson zdjął z szyi łańcuszek, na którym obok nieśmiertelników wisiał kawałek kwarcu. Trzymając wisiorek w wyciągniętej ręce, podszedł na skraj podjazdu. Kryształ kolebał się swobodnie. Henderson wpatrywał się w niego przez chwilę, po czym zaklął i ruszył w dół podjazdu. Poszłam za nim. Na końcu żwirowej alejki ponownie zakołysał kryształem. Minerał nie zareagował.

Henderson spojrzał na mnie zbity z tropu. Osłony były trwałymi zaklęciami, nie znikały. Można je było przełamać, robiłam to wiele razy, ale prawie natychmiast zaczynały się regenerować. Absorbowały magię z otoczenia. Gdyby osłony zostały przerwane, odbudowa rozpoczęłaby się wraz z nadejściem wyżu magii. Staliśmy dokładnie na linii zaklęcia, a ja nie czułam nic. Zupełnie jakby nigdy nie wzniesiono tu żadnej osłony. A to niemożliwe.

Poza tym przełamywanie zaklęcia odczuwało się jak kanonadę pod czaszką. Bomby czy nie, w wypadku przerwania osłon strażnicy przebudziliby się na pewno.

– Osłony zniknęły – oznajmiłam. Kate Daniels, Mistrzyni Oczywistości.

– Na to wygląda – podsumował Henderson.

– Czy wczoraj wieczorem jeszcze były aktywne?

– Jak najbardziej.

– Bomby usypiające emitują magię, nawet kiedy są zapieczętowane. Nie da się ich wnieść przez osłonę czwartego poziomu, musiało więc dojść do tego podczas wyżu techniki. Czy Adama ktoś tu odwiedzał?

– Nie – wycedził Henderson. Mięśnie na jego szczęce falowały wyraźnie. Nie musiałam mówić tego na głos. Osobą, która rzuciła do ogródka wynalazcy worek z wartymi pięć tysięcy ziołami, był jeden z gwardzistów. A skoro reszta uprawiała spacery w krainie snów, najbardziej prawdopodobnym sprawcą był Laurent de Harven. Do szeregów Czerwonej Gwardii wkradł się kret, a ponieważ Rene osobiście dobierała ludzi do tego zadania, odpowiedzialność spadnie na nią. Kiedy się o tym dowie, puści parę uszami.

Jednakże to nie wyjaśniało, co się stało z osłonami.

Andrea wyszła z warsztatu z wydrukiem w ręce.

– Mamy problem – oświadczyłam jej.

– Żeby to jeden.

Popatrzyłam na wydruk, który mi wręczyła. Przez kartkę przebiegał szeroki pas błękitu zakłócony wąskim, wysokim szpicem linii tak jasnoniebieskiej, że niemal srebrzystej. Bóstwo w ludzkiej postaci. Profil tak charakterystyczny, że nie dało się go z niczym pomylić. Każdy poznawał go na początku nauki o m-skaningu. De Harven został złożony w ofierze.


Henderson krążył w tę i z powrotem po podjeździe. Trzej pozostali wartownicy z nocnej wachty stali przed nim w szeregu. Sądząc z miny, Henderson uskuteczniał ochrzan nie z tej ziemi. Debra i Mason Vaughn, krępy rudzielec, wyglądali na wkurzonych i zakłopotanych. Trzeci, Rig Devara usiłował udawać, że jest wkurzony i zakłopotany, ale był głównie znudzony. Zgodnie z informacjami w aktach był najmłodszy z ekipy. Zwykle gówno staczało się z góry, wiedział jednak, że nim do niego dotrze, w zasadzie nic już nie zostanie.

Obserwowałyśmy ich z ganku. Henderson miał masę pary do spuszczenia i wyglądało, że to potrwa.

– Mamy trupa, a robi się coraz cieplej – zauważyłam. – Trzeba wymyślić, co zrobić z de Harvenem, inaczej zacznie śmierdzieć.

– A co chcesz z nim robić? Zadzwoń do Maxine i... Niech to szlag! – skrzywiła się Andrea.

Właśnie. Nie mogłyśmy już skorzystać z dobrodziejstwa pomocy telepatki-sekretarki Zakonu, która zajmowała się zwykle takimi szczegółami jak trupy. Dopadła nas rzeczywistość. Jeśli zadzwonimy po policję, ta zabierze ciało i zarządzi kwarantannę. A ponieważ żadna z nas nie była funkcjonariuszem służb publicznych, szanse na uzyskanie dostępu do szczątków były bliskie zera. Równie dobrze mogłyśmy załadować Laurenta do rakiety i wysłać w kosmos.

Ruszyłam do drzwi.

– Jeśli telefon działa, zadzwonię do Teddy’ego Jo.

– Do Tanatosa? Gościa z płonącym mieczem?

– Tanatosem jest tylko na część etatu. Zwykle to po prostu Teddy Jo, całkiem zjadliwy facet. Kilka miesięcy temu miał pewną robotę i musiał kupić specjalistyczną chłodnię. Stoi w jego szopie. – Wiedziałam o tym, bo kiedy ostatnio wpadłam do Teddy’ego, żołądkował się przez godzinę, jak to musiał się wykosztować na tę przeklętą rzecz. – Złożę mu propozycję i zobaczymy, czy uda mi się od niego wydębić chłodnię. Ma też pewnie worki na zwłoki, może dorzuci w gratisie.

– Dobrze – westchnęła Andrea. – Ja tymczasem zacznę zbierać ślady w domu.

Telefon działał, Teddy odebrał po pierwszym sygnale. Czytałam gdzieś kiedyś, że każdy dzień niesie ze sobą naukę. Nauka na ten dzień, poza innymi, stanowiła najwyraźniej, że należy za wszelką cenę unikać targów z greckim aniołem śmierci, bo może puścić cię w skarpetkach.

– Siedem tysięcy – oznajmił Teddy szorstko.

– Cztery.

– Sześć i pół.

– Cztery.

– Kate, to pudło kosztowało mnie pięć kawałków. Muszę na tym zarobić.

– Po pierwsze, to używka.

– Patrzcie państwo! – burknął. – To nie cadillac. To mrożarka do zwłok. Jej wartość nie spada zaraz po wyjeździe z salonu.

– Nie wiem, jakie trupy tam trzymałeś, Teddy. Mogłeś wsadzić tam hienolwa, a to świństwo śmierdzi.

– Umarlakowi nie będzie to przeszkadzało. I tak już nic nie czuje, a sam też nie zacznie pachnieć fiołkami.

Miał rację, ale nie musiałam mu tego mówić.

– Cztery i pół.

– Jak interesy, Kate?

A to co za pytanie?

– Nieźle.

– Z tego, co wiem, dotychczas zbijałaś bąki. Skoro dzwonisz po chłodziarkę, masz jakiegoś trupa, którego musisz na tempo do niej wsadzić. Czyli że znalazłaś wreszcie klienta. A teraz słuchaj: jakieś cztery minuty po śmierci komórki zostają pozbawione dopływu tlenu, wzrasta poziom dwutlenku węgla we krwi i jednocześnie spada pH, i tworzy się kwaśne środowisko. W tym momencie enzymy zaczynają rozpuszczać komórki, żeby te pękły, uwalniając składniki odżywcze. To tak zwana autoliza, inaczej samotrawienie. Im więcej organ zawiera wody i enzymów, tym rozkład postępuje szybciej. Pierwsze niszczeją narządy takie jak wątroba czy mózg. Zanim się zorientujesz, tkanki gniją, skóra traci przyczepność, a twoje dowody szlag trafia. Tak więc sama zadaj sobie pytanie, czy warto targować się ze mną, ryzykując utratę klienta, czy lepiej dać mi te sześć i pół kawałka?

Niech go diabli.

– Skoro wiesz, że nie miałam do tej pory klientów, to rozumiesz, że nie mogę zapłacić ci z góry całej kwoty.

Teddy zamilkł na długą sekundę.

– Pięć tysięcy. To moje ostatnie słowo, bierzesz czy nie?

– Trzy teraz i dwa razy po tysiaku w ciągu sześćdziesięciu dni. Z dostawą do mojego biura gratis.

– A więc przędziesz tak kiepsko, że musisz rabować przyzwoitych ludzi w biały dzień, co?

– Teddy, to tylko cholerna zamrażarka! Rdzewieje ci w szopie, a nie sądzę, że masz na nią kolejkę chętnych.

– Pieprzyć to, stoi.

Nareszcie. Choć jedno poszło dziś po mojemu.

– Niezły ten kawałek o autolizie. Zaliczyłeś wieczorówkę w wolnym czasie?

– Jestem aniołem śmierci. Nie trzeba mi szkół, kobieto. Powinnaś rzucić to detektywowanie i zabijać za kasę. To prosta, uczciwa robota i akurat wystarczy ci do niej rozumu.

– Tak, tak. Ja ciebie też kocham, Teddy.

Rozłączyłam się. Część kwoty, którą muszę zapłacić od razu, uszczupli drastycznie nasze pozostałe fundusze, a przecież będą jeszcze i inne wydatki w tej sprawie. Oczywiście zawsze mogłam zwrócić się do Gromady z prośbą o zwiększenie budżetu.

Wolałabym gryźć ziemię.

Rozdział 7

Zabezpieczanie śladów zajęło nam cztery godziny. Oprószyłyśmy cały warsztat w poszukiwaniu odcisków palców i zużyłyśmy na nie rolkę taśmy. Czołganie się na kolanach, żeby zebrać próbki między innymi moczu, odbiło mi się czkawką. Awantury skupiały się zawsze na moim kolanie. Najpierw raniła mnie w nie ciotka, potem prawie wykończył je maraton pojedynków na śmierć i życie, dzięki któremu zostałam samicą alfa w Gromadzie. Przez miesiąc chodziłabym o lasce, ale okoliczności zmusiły mnie do używania jej tylko w zaciszu prywatnych komnat – nie mogłam przecież okazywać słabości na oczach Gromady. Wobec tego kolano bolało mnie bez przerwy, a ból był tak irytujący, że czasami rodziła mi się w głowie absurdalna myśl, iż jeśli wbiłabym w nie coś ostrego, ból by ustał.

Kiedy skończyłyśmy w warsztacie, przeniosłyśmy się do domu. Wnętrze dużego mieszkania z bali było przestronne, doświetlone dzięki gigantycznym oknom, a drewniane elementy miały barwę złotego miodu. Adam wiódł proste życie. Znalazłam zmiany ubrań na dwa tygodnie, parę książek z oślimi rogami, głównie z dziedziny konstrukcji, fizyki i teorii magii. Andrea spisała zapasy żywnościowe, zgłaszając mi, że w lodówce znajduje się mnóstwo masła orzechowego i dżemu. Kryjówka Czerwonej Gwardii wyposażona została w komplet garnków, patelni oraz innych kuchennych utensyliów, które wisiały w rzędach na drewnianej ramie. Pokrywająca je warstwa kurzu wskazywała, że nie używano ich od jakiegoś czasu.

Przy łóżku Adama znalazłam zdjęcie młodej blondynki, zmarłej żony. Wpatrywała się z poważną miną w ocean, a w jej oczach kładły się cieniem smutek i rezygnacja. Spakowałam fotografię do torebki na dowody i zaniosłam do samochodu.

Zebrałyśmy zeznania wszystkich obecnych, kazałyśmy im podpisać papiery i wreszcie ruszyłyśmy krętymi drogami w stronę mostu. Korek już się rozładował. Na poboczu stał pomalowany w grafitowe i szare placki humvee WOON-u. Nieopodal przysadzisty szatyn pakował do furgonetki PWKZP m-skaner. Na bluzie mężczyzny widniał napis „Czarujący Mag”.

Zjechałam na pobocze.

– Znasz go? – zapytała Andrea.

– To Luther Dillon. Parę lat temu robił fuchy dla Gildii. Zaczekaj, zaraz wrócę.

Wysiadłam i cofnęłam się kawałek, trzymając ręce na widoku.

Luther na mój widok westchnął teatralnie.

– Trzymaj się ode mnie z daleka. Nie podchodź bliżej niż na metr.

– A to czemu?

– Zakon wywalił cię za spieprzenie sprawy. Zmieszali cię z błotem. Nie chcę się ubrudzić.

Jeśli Andrea zamierzała zabić Teda, musiała ustawić się w kolejce.

– Po pierwsze, nikt mnie nie wylał. Rzuciłam tę robotę. A po drugie, liczyłam na cieplejsze powitanie, biorąc pod uwagę, że to ja zapakowałam wam tego trolla w zgrabną paczuszkę.

Luther skłonił się i zaklaskał.

– Brawo! Bravissimo! Bis! Bis! Wystarczająco ciepłe?

– Ujdzie.

Z miejsca, gdzie stałam, wydać było wydeptaną ścieżkę biegnącą po zboczu pod most.

– Jak wam poszło?

– Śpi jak niemowlę. – Luther zatrzasnął drzwi furgonetki i oparł się o nie. – I zżarł całe dwie godziny twojemu zaharowanemu kumplowi.

– No tyle chyba mogłeś poświęcić, w końcu to wasze osłony zawiodły.

Luther aż odepchnął się od samochodu.

– Moje osłony są niezawodne! One po prostu zniknęły. – Pstryknął palcami. – Pyk i nie ma. Żadnych pozostałości, śladów, nic. W życiu czegoś takiego nie widziałem. Tak jakby...

– Nigdy ich nie było – weszłam mu w słowo. Déjà vu.

Luther skupił się na mnie jak wyżeł na bażancie.

– Ej. Ty coś wiesz.

W razie kłopotów przeciągaj.

– Ja?

– Tak, ty. Mów.

– Nie mogę. – Najpierw osłony wokół kryjówki czerwonogwardzistów, a teraz to. A most był najszybszą drogą prowadzącą z Sibley.

– Przestań ściemniać, Kate. Jeśli coś biega po mieście i wyrywa osłony z ziemi, muszę o tym wiedzieć.

– Nie mogę, Luther. Tajemnica zawodowa.

– Mam cię wezwać oficjalnie na przesłuchanie? – zagroził. – Bo mogę to zrobić. I zrobię. I to zaraz. Tylko czekaj. Znam ludzi, którzy przekonają cię uprzejmie do przyjścia na posterunek.

Popatrzyłam na niego z politowaniem.

– Musisz popracować nad groźbami, bo nie wiem, czy mnie straszysz, czy zapraszasz na herbatkę.

– Jedno drugiego nie wyklucza. Jedna filiżanka biurowej lury i powiesz mi wszystko z czystej chęci przeżycia. – Podniósł rękę i pomachał palcem, jakby mnie przywoływał. – No dawaj. Bo pożałujesz.

Andrea wysiadła z dżipa i stanęła, opierając się o maskę. Uznała chyba, że mogę potrzebować wsparcia. Liczyłam, że przy odrobinie szczęścia Grendel nie zdoła rozszarpać przegrody w dżipie i pożreć wsadzonych na tył zwłok de Harvena.

 

– Luther, żeby dostać nakaz wezwania, trzeba mieć do tego podstawy, a ty ich nie masz.

Cichy chrzęst żwiru zwiastował nadejście kogoś ukrytego jeszcze za furgonetką. Wychyliłam się. Ścieżką spod mostu szedł mężczyzna. Miał na sobie czarne spodnie, czarne buty, szarą koszulę i kamizelkę taktyczną. A na nosie czarne okulary-pilotki. Do tego krótko ostrzyżona blond czupryna, ogolone policzki – doskonały funkcjonariusz służb porządkowych. Shane Andersen, rycerz Zakonu.

Luther westchnął ciężko.

– Myślisz, że ma na klacie wytatuowane: „Rządowy twardziel”? – mruknęłam.

Dillonowi drgnęły wargi.

– A na tyłku: „Powiem ci, ale potem będę musiał cię zabić”.

Luthera ciężko było wyprowadzić z równowagi, teraz w jego tonie pobrzmiewały nuty autentycznej nienawiści.

– Co ci zrobił?

Łypnął na mnie z ukosa.

– Nazwał mnie „wsparciem”. Nie jestem żadnym wsparciem. Jestem, do cholery, najistotniejszym specjalistą w tej sprawie. Gdyby nie ja, nadal usiłowaliby zrobić sieczkę z tego trolla.

Shane dumnym krokiem bohatera zdobył wreszcie skarpę i stanął przed nami.

– Cześć, Kate.

– Joł.

Zerknął na Luthera.

– Przeszkadza ci?

– Nie.

– Mhm. – Shane zsunął trochę okulary i rzucił mi znad nich srogie spojrzenie.

Nachyliłam się do Dillona.

– To ten moment, kiedy powinnam zemdleć ze strachu?

Luther przygryzł wargę.

– Może zadowoli się, jak padniesz przed nim na kolana i uniesiesz ręce w geście pokornego błagania. Będzie mu łatwiej założyć ci kajdanki.

– Twoja niczym nieusprawiedliwiona obecność przeszkadza – oznajmił Shane, wyraźnie rozkoszując się każdym słowem. – Odrywasz funkcjonariusza PWKZP od jego obowiązków. Odejdź, Kate. Nie masz tu czego szukać.

Dupek. Zobaczmy... Dwa wozy WOON, gliniarze pod mostem. Zbyt wielu świadków. Wyobraźnia podsunęła mi krzyczący nagłówek: „Towarzyszka Władcy Bestii napada na rycerza Zakonu, wybijając mu cztery zęby!”. Ta, nie tym razem.

– Wybacz, Luther, kazano mi się wynosić. – Wzruszyłam ramionami. – No to lecę. W razie co, zadzwonię. A, Andersen, jeśli nadal masz problem z tym kijem w dupie, daj znać. Znam gościa... Wyciągnie ci go.

Odwróciłam się akurat w momencie, kiedy Andrea odrywała się od maski. Ruszyła w moją stronę, wbijając w Shane’a drapieżne spojrzenie. Czas się zmywać.

– Szkoda, że wywalili cię z Zakonu, Daniels – zawołał Shane. – Utrata domu w ten sposób to też ciężka sprawa. A zawsze mi się wydawało, że jesteś taka niezależna. Znam ludzi, mogliby ci pomóc. Trzeba było przyjść, poprosić, byłoby ci łatwiej. Życie jest ciężkie, ale przynajmniej nie musiałabyś się sprzedawać temu potworowi.

– Koleś! – syknął Luther ostrzegawczo.

Andrea przyspieszyła kroku. Kipiała. Wiedziałam, że muszę ją czym prędzej zabrać. Lada moment mogła stracić resztki rozsądku, o ile w ogóle jeszcze go miała. Jeśli zaczęłaby grozić mu bronią, skończyłaby w więzieniu i nawet prawnicy Gromady by jej stamtąd nie wyciągnęli.

– Przynależność do Zakonu nie daje ci gwarancji nietykalności, Shane – rzuciłam, nie przystając.

– Kobiety się prostytuują z głodu, bo nie mają jak utrzymać dzieci, bo są uzależnione – pociągnął Shane. – Nie pochwalam tego, ale potrafię zrozumieć. Ty oddałaś się za cztery ściany przy Jeremiasza. Warto za to każdej nocy wskakiwać do łóżka ze zwierzakiem?

Podbiegłam do Andrei. Usiłowała mnie wyminąć, zdołałam ją przytrzymać.

– Nie.

– Odsuń się.

– Nie teraz, nie tutaj.

– O, cześć, Nash – zawołał Shane. – Mam ci odesłać te twoje pukawki w paczce na domowy adres? Oszczędzę ci wstydu przychodzenia do siedziby Zakonu...

Andrea chwyciła mnie za ramię.

– Później – warknęłam. – Nie przy ludziach.

Andrea zacisnęła zęby.

– Później.

Okręciła się na pięcie i wróciła do dżipa.

– Co za skurwiel – wydusiła z siebie, kiedy zjechałyśmy z mostu.

– Mocny w gębie, jak każdy, kto bije pianę. Nie ma paragrafu na głupotę. Niech się chowa za blachą, to wszystko, co mu zostało.

Andrea zacisnęła pięść.

– Gdybym miała odznakę...

– Bylibyście najlepszymi kumplami.

Spiorunowała mnie wzrokiem.

– No co? Nieprawda?

Zmilczała.

Przez pierwsze dziesięć lat swojego życia Andrea służyła za worek treningowy klanowi boud. Ostatnie szesnaście robiła wszystko, żeby już nigdy nie czuć tej bezradności. Nie wychodziła z domu bez tego ciężaru gatunkowego, jakiego przydawała jej odznaka Zakonu. Przywykła, że ludzie postrzegają ją jako tę praworządną, szanują, a nawet podziwiają za to, co robi i kim jest. Nigdy żaden funkcjonariusz nie rozstawiał jej po kątach, bo była jednym z nich. Ale każda decyzja ma konsekwencje i teraz te konsekwencje waliły ją po szczęce.

– Nie możemy nawet przylać tej gnidzie! – wycedziła.

– Nie teraz.

Spojrzała na mnie.

– Ja chyba nie dam rady.

– Dasz, dasz, jesteś twarda.

– Nie wiesz, jak to jest.

Roześmiałam się gorzko.

– Jasne. Nie wiem, jak to jest dawać sobie pluć w twarz ludziom, których mogłabym zabić jednym palcem.

Andrea wydmuchała powietrze przez usta.

– No tak. Wybacz. Głupio gadam. Po prostu... Ech.

– Uwierz mi, Shane się nie liczy. Wystarczy, że będziesz go unikać, nie dasz szansy, żeby cię skrzywdził, to nic nie będzie ci mógł zrobić. Co najwyżej się obryzga własną śliną. Jeśli jednak ktoś zrobiłby coś głupiego, na przykład strzelał do niego z jakiegoś dachu, byłybyśmy w tarapatach.

– Byłam rycerzem – obruszyła się Andrea. – Nie zacznę strzelać do każdego dupka, który mi napyskuje.

– Tak tylko mówię.

– Poza tym, gdyby nawet, to nikt by mi tego nie udowodnił. Strzeliłabym do niego na jakimś wygwizdowie, roztrzaskała czachę jak melon i nikt nigdy nie odnalazłby jego ciała. Po prostu by zniknął.

Wiedziałam, że przede mną długa i wyboista droga pod górkę.


Wreszcie dotarłyśmy do biura, gdzie na parkingu czekał Teddy Jo z chłodziarką. Zapłaciłam mu obiecaną część i razem wtargaliśmy pudło na zaplecze. Potem przez godzinę śpiewałam inkantacje konserwujące i nakładałam osłony, w razie gdyby de Harven postanowił ożyć w nocy i urządzić sobie bibkę.

Mijała ósma, kiedy skręcałam w wąską bitą drogę wiodącą do Twierdzy. Byłam zmęczona, brudna, noga bolała mnie jak diabli i nic nie jadłam przez cały dzień. Zupełnie jak w czasach, kiedy pracowałam dla Zakonu. Tyle że pracowałam na swoim.

W sumie, podobnie jak w przypadku Andrei, odznaka Zakonu upraszczała i moje życie. Mogłam groźbą zmuszać ludzi do udzielania odpowiedzi, miałam dostęp do policyjnych baz danych, a w razie natknięcia się na trupa wypchanego mrówkami mogłam zrzucić go na głowę Zakonowi.

Mimo to za żadne skarby świata nie porzuciłabym mojego małego biura.

Miałyśmy już sporo dowodów, choć nic nie dało się z nich wywnioskować. De Harven odpalił bombę usypiającą. Tyle wiedziałyśmy. Potwierdzał to osad kava kava znaleziony na jego dłoniach oraz rzucona w kąt warsztatu maska gazowa.

Zdetonował bombę, poszedł do pracowni, a tam stało się coś, czego efektem była jego śmierć oraz zniknięcie Adama i urządzenia. Może de Harven usiłował wykraść wynalazek albo napadł na Adama, który w odwecie pozbawił go życia? Tyle że Kamen wyglądał na takiego, co ma problem z nabiciem przynęty na haczyk, de Harven zaś był szkolony do zabijania.

Zakładając jednak, że Adam jakimś cudem pokonał czerwonogwardzistę, po co miałby składać go w ofierze? Poza tym Kamen wszędzie miał wpisane, że jest teoretykiem magii, a tacy jak on konstruują skomplikowane urządzenia. Nie obsikują ścian, nie zamieniają wnętrzności napastnika w mrówki i nie rozpływają się w powietrzu z urządzeniem ważącym sto pięćdziesiąt kilogramów. Posługiwanie się tego rodzaju magią wskazywało na całkowite oddanie bóstwu, któremu składa się ofiarę. A takie oddanie oznacza ciągłe oddawanie czci, a to z kolei wymaga odprawiania rytuałów.

Strażnicy nie widzieli, żeby Adam się modlił.

Niepokoiło mnie to cięcie na brzuchu de Harvena. Odwrócona łapka wrony. Wyglądała mi na runę. Z punktu widzenia anatomii nie ma żadnego powodu, aby w ten sposób rozcinać ciało, runy zaś wiązały się z neopogańskimi kultami i często pojawiały się w szamańskich obrzędach, a to pasowało do obrazu magii ze sceny zbrodni. Run używano jeszcze przed alfabetem łacińskim. Plemiona starogermańskie i staronordyckie używały ich do wszystkiego, od spisywania przy ich pomocy sag i przepowiedni, po ożywianie zmarłych.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?