Magia zabijaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 5

Byłam posiadaczką dwóch samochodów: starego, zdezelowanego subaru o imieniu Betsi, które działało podczas wyżu techniki, oraz koszmarnej furgonetki, Karmeliona. Karmelion potrzebował dwudziestu minut zaklinania, żeby odpalić, robił więcej hałasu niż banda pijanych nastolatków w barze przy sobocie, za to jeździł podczas fal magii.

Niestety, Władca Bestii orzekł, że oba samochody są niebezpieczne, i nalegał, żebym wypożyczyła dżipa należącego do Gromady. Dżipowi nadałam imię Hektor. Hektor posiadał dwa silniki i działał niezależnie od pływów magii i techniki. Nie rozwijał zawrotnych prędkości, szczególnie podczas panowania magii, ale jak do tej pory jeszcze mi nie zgasł. Póki nie uprawiało się pościgów z prędkością przekraczającą siedemdziesiąt kilometrów na godzinę, był jak znalazł.

Andrea popatrzyła na Hektora.

– A gdzie Betsi?

– W Twierdzy. Jego Sierściastość przekonała mnie do wypożyczenia od Gromady Hektora. Betsi nie spełniała jego rygorystycznych wymogów. – Wdrapałam się na miejsce kierowcy.

Andrea otworzyła drzwi od strony pasażera i wpuściła Grendela, który umościł się za przednimi fotelami, gdzie niegdyś znajdowała się tylna kanapa, obecnie zaś miejsce do przewożenia sprzętu.

– Czyżby?

– Uhm. Z tego, co pamiętam, określił ją mianem „śmiertelnej pułapki na czterech kołach”. Stoczyliśmy o to wspaniałą kłótnię.

Z szerokim uśmiechem poklepała Hektora po masce.

– Jak widzę, przegrałaś.

– Skądże, postanowiłam po prostu z wdzięcznością przyjąć jego hojną ofertę.

– Jasne. Powtarzaj to sobie.

Ostrożnie, cienki lód.

– Pewna osoba stojąca z boku objaśniła mi ze szczegółami, jak ważny w prowadzeniu biznesu jest standard pewnych elementów, bo po tym klienci oceniają sukces firmy. Jeśli jeździ się starym gratem, mogą uznać, że to przez brak pieniędzy, bo interes słabo idzie.

– Brzmi jak przemowa Rafaela – zauważyła.

Trafiła w dziesiątkę.

– Uhm.

Zamilkła. Odpaliłam silnik i wyprowadziłam Hektora z parkingu.

Jeden... dwa... trzy...

– Co tam u niego? Z kim się teraz buja?

Trzy sekundy. Tyle wytrzymała.

– Z tego, co wiem, z nikim.

Gapiła się uporczywie na ulicę przed maską.

– Jakoś ciężko mi w to uwierzyć.

Biorąc pod uwagę, że boudy, do których należał Rafael, postrzegały seks jako dobrą zabawę, rozrywkę, którą należy uprawiać możliwie często i intensywnie, zgodziłabym się z Andreą. Ale Rafael był wyjątkiem. Miesiącami robił podchody do Andrei, aż wreszcie dała mu szansę. Sielanka trwała parę tygodni, dopóki Andrea nie stanęła przed wyborem: Zakon albo Gromada. Wtedy ich związek się rozpadł.

– Nie był z nikim od waszej kłótni – powiedziałam.

Parsknęła niedowierzająco.

– Prędzej czy później skusi się na jakąś ładną dupcię.

– Jest zbyt zajęty rozpaczaniem.

Andrea zerknęła na mnie z ukosa.

– Rozpaczaniem?

– Usychaniem z tęsknoty. – Ominęłam szerokim łukiem wielką wyrwę wypełnioną dziwną niebieską breją. – Kiedy zacznie wyśpiewywać smętne irlandzkie ballady, będziemy musieli wezwać specjalistę.

– Już to widzę. – Andrea odwróciła twarz do swojego okna.

– Opuścił swój klan.

– Co?!

– Oczywiście nieoficjalnie. – Wzruszyłam ramionami. – Ale przestał robić to, co tam robią faceci alfy boud. – W klanie boud, podobnie jak w naturze, płcią dominującą były samice. Klanem rządziła żelaznym szponem Ciotka B. Rafael, jako jej syn, przewodził mężczyznom. – Zabił Tarę.

Oczy Andrei zrobiły się wielkie jak spodki.

– Trzecią samicę?

– Uhm. Ciotka B wspomniała mi o tym przy okazji ostatniego spotkania. Rafael wpadł do domu klanu w jakimś oficjalnym interesie i natknął się na Tarę, która złapała go za jaja. Widocznie chciała sprawdzić, czy jeszcze je ma. Walnął ją w nos. Przyjęła formę bojową i rzuciła mu się do gardła. Z tego, co opowiadała Ciotka B, nie tylko zabił, ale rozszarpał Tarę na kawałki. Od tamtej pory nie pojawia w domu klanu.

– Ja cię pierdzielę!

– No, zareagowałam mniej więcej tak samo. – Całe wydarzenie należało do tych, które dało się zażegnać w ułamku sekundy. Przede wszystkim Tara nie miała prawa tknąć Rafaela, ale skoro się stało, miał prawo ją uderzyć. Po tym powinna odpuścić, ale nie zrobiła tego i teraz nie żyła. Boudy płci męskiej przyjmowały rolę drugorzędną z własnego wyboru, ale walczyły jak diabły, a Rafael był najlepszy wśród nich. Sama wolałabym się z nim nie ścierać, chyba że nie miałabym innego wyjścia. Pokonałabym go, ale zdążyłby mnie porządnie poszarpać.

– Ciągle chodzi mi po głowie ta sprawa z Rodem – rzekła Andrea. – Uważam, że w Kasynie dzieje się coś złego.

Proszę, zmiana tematu. Andrea jeden, Kate swatka zero.

– Z czego wnioskujesz?

– Dwóch mdlejących nawigatorów, do tego oboje pilotowali tego samego wampira.

W dodatku jeden z nich to Ghastek, który potrafiłby nawigować wampirem po torze przeszkód naszpikowanym wirującymi piłami mechanicznymi i dołami z płynną lawą, jednocześnie niosąc pełną po brzegi szklankę i nie roniąc z niej jednej kropelki. Gdybym miała zgadywać, stawiałabym, że Ród wszedł na jakąś minę, może mieli do czynienia z magią zbyt potężną na ich możliwości, taką, która skaziła wampira. Ale dogrzebanie się do źródeł tej zagadki było i tak niemożliwe. Poza tym nie zostałyśmy zatrudnione do rozwiązywania problemów nawigatorów.

– Oczywiście to mógł być zbieg okoliczności. – Andrea wzruszyła ramionami. – Nie wiemy nic o kobiecie, która zemdlała, poza tym, że ponoć była w ciąży. Nie wiemy też, czy miała wcześniejsze powiązania z Ghastekiem i ewentualnie jakie. Może po prostu poszli razem na śniadanie i zjedli nieświeży omlet.

– To musiałby być niezły omlet.

– Czy ja wiem? Jadłaś ostatnio w Oleistym Zabijasku? Ich omlety są szare.

W zasadzie knajpa nazywała się Olimpijski Zawijasek, ale nikt tak nie mówił. Serwowano tam na okrągło pseudodolmados, które nie miały nic wspólnego z grecką kuchnią, a w menu bezwstydnie wpisano szczurze mięso. W tego rodzaju spelunkach stołowali się ludzie na tyle przytłoczeni ziemskimi problemami, żeby szukać kreatywnej metody samobójstwa.

– No co ty? Nikt przy zdrowych zmysłach by tam nic nie tknął. Sama widziałam, jak przelatujące obok muchy padają trupem.

Andrea skrzyżowała ramiona.

– Tak? A może są tacy, którzy stracili pracę, widoki na przyszłość, wpadli w dołek, nie chce im się nawet oddychać, a co dopiero wyściubiać nosa z domu, ale ciało domaga się strawy, a to najbliższa knajpa i nie przeszkadza im wprowadzanie zmutowanych psów?

– Co, nie było bliżej jakiegoś śmietnika?

– Co sugerujesz? – łypnęła na mnie Andrea.

– W śmietniku znalazłabyś lepsze jedzenie.

– Tak? Dzięki za poradę, Panno Wybredne Podniebienie.

– Do Zabijaska Ghastek nie dałby się zaciągnąć i po trupie.

Andrea zamachała rękami.

– To był tylko przykład.

Zerknęłam w lusterko wsteczne na Grendela.

– Co za najlepszy przyjaciel człowieka pozwala swojemu właścicielowi jeść w Oleistym Zabijasku? Wstydziłbyś się.

Grendel pomachał ogonem. Cokolwiek strasznego spotykało go w jego psim życiu, wystarczyło coś do jedzenia, a Grendel odbijał się od koszmaru niczym piłka. Przekąska, koc w ciepłym domu, okazjonalna pieszczota i pies był w niebie.

Szkoda, że z ludźmi nie było tak łatwo.

– Dałabyś radę odebrać nawigatorowi kontrolę nad wampirem? – drążyła Andrea.

Zastanowiłam się przez moment.

– Myślę, że tak.

Dałabym radę zrobić znacznie więcej. Jeśli chodzi o samą moc, Ghastek mi nie dorównywał. Mogłabym w tej chwili wejść do Kasyna, opustoszyć ich stajnie i wszyscy Panowie Umarłych do kupy wzięci nie zdołaliby odebrać mi swoich wampirów. Co prawda nie potrafiłabym zrobić z nimi niczego sensownego prócz poganiania jak stada owiec, ale i tak byłoby to niezłe stado. Nikt prócz Andrei i Julie nie wiedział, że potrafię kontrolować nieumarłych, i jeśli chciałam nadal się nie wychylać, musiałam pilnować, by tak już zostało.

Oczywiście po śmierci ciotki niewychylanie się było już raczej musztardą po obiedzie.

– Ale nawet jeśli, to wampir byłby pod moją kontrolą, a nie samopas. Pytałam o to czeladniczki i obie twierdziły, że nie mogły przejąć umysłu wampira. Zupełnie jakby utraciły umiejętność nawigowania. Nie wiem, jak to możliwe, żeby umysł wampira tak po prostu zniknął.

– A może to sprawka Rolanda? – zasępiła się Andrea.

– Nie mam pojęcia. – Biorąc pod uwagę, że mój biologiczny ojciec powołał wampiry do życia, nie dało się wykluczyć żadnej możliwości.

– Nie zrozum mnie źle, ale właściwie czemu jeszcze go tu nie ma?

– Kogo? Rolanda?

– Tak. Minęły dwa miesiące, odkąd zabiłaś jego prawie nieśmiertelną siostrę. Wydawałoby się, że powinien już wysłać tu kogoś na przeszpiegi.

– Roland żyje pięć tysięcy lat. Dla niego te dwa miesiące to jak dwie minuty. – Skrzywiłam się. – Poza tym Erra wzięła na widelec Gildię, Zakon, Gromadę, zwykłych obywateli, bożnicę, w zasadzie wszystko, co nawinęło się jej pod rękę. A to podpada pod akt terrorystyczny o skali ogólnokrajowej. Obecnie nic nie łączy Rolanda z Errą, ale jeśli przyznałby się w jakiś sposób do odpowiedzialności za jej działania, rząd federalny czułby się zobligowany do jakiejś reakcji. Odnoszę wrażenie, ż Roland nie pragnie bezpośredniej konfrontacji, jeszcze nie teraz. Gdy sprawa przyschnie, pewnie tu kogoś przyśle, ale kiedy to będzie? Trudno przewidzieć. Może jutro, choć wątpię, a może za rok? Bardziej martwi mnie zniknięcie Hugh.

 

Hugh d’Ambray, następca mojego ojczyma, generał Rolanda, wykazywał niezdrowe zainteresowanie moją osobą, odkąd był świadkiem zniszczenia przeze mnie jednego z niezniszczalnych mieczy Rolanda.

– Jeśli o niego chodzi, to mogę ci pomóc – oświadczyła Andrea. – Podczas pobytu w Wilczych Sidłach podpytałam tego i owego. Hugh przebywa w Ameryce Południowej.

– Po co tam pojechał?

– Tego nie wie nikt. Widziano go, jak na początku stycznia wypływał z Miami w towarzystwie kilku tych swoich zbirów z Zakonu Żelaznych Psów. Okręt miał zawinąć do Argentyny.

Czego, u diabła, Hugh szukał w Argentynie?

– Jakieś postępy w sprawie zbroi krwi? – zainteresowała się Andrea.

– Nie. – Ojciec posiadał umiejętność formowania swojej krwi. Potrafił stworzyć z niej nieprzeniknioną zbroję i potężną broń. Mnie również udało się parokrotnie nagiąć krew wedle woli, ale za każdym razem zdarzało się to w sytuacji, kiedy byłam bliska śmierci. – Ćwiczyłam.

– I?

– Nic. Czuję tę magię, wiem, że tam jest i pragnie zostać użyta, ale nie mogę nawiązać z nią połączenia. Jakby pomiędzy mną i moją krwią istniała jakaś przegroda. Gdy się porządnie wkurzę, mogę uformować igły, ale daję radę podtrzymać je sekundę, góra dwie.

– To kiepsko.

Władza nad krwią była najpotężniejszą umiejętnością Rolanda. Zdawałam sobie sprawę, że jeśli nie zdołam jej opanować, mogę równie dobrze zacząć pracować nad własnym nagrobkiem. Tyle że nie miałam bladego pojęcia, od czego w ogóle zacząć, a nikt nie mógł mnie tego nauczyć. Roland potrafił kształtować krew, moja ciotka też, ja musiałam się tego nauczyć. Podejrzewałam, że wszystko polega na jakimś triku, że tkwi w tym sekret, którego nie znam.

– Hugh kiedyś w końcu wróci – zauważyła Andrea.

– I wtedy się będę nim martwiła.

Hugh d’Ambray, preceptor Zakonu Żelaznych Psów, wyszkolony przez Vorona, podrasowany magią mojego ojca. Miałabym przekichane, próbując zabić go bez zbroi i broni krwi.

Skręciłam w drogę na Przeprawę Johnsona. Po tym, jak rzeka Chattahoochee zmieniła się w ogrom wody i jednocześnie raj dla nadprzyrodzonych potworów, most nad Przeprawą Johnsona stał się najszybszym sposobem na przedostanie się na drugi brzeg. Zazwyczaj. Tym razem most był zakorkowany pojazdami o różnych napędach. Panował harmider. Osły ryczały, konie chłostały się ogonami, a dziwaczne pojazdy samobieżne bekały, kichały, rzęziły, zanieczyszczając powietrze spalinami.

– Co jest, do diabła?

– Może most zamknięty? – zasugerowała Andrea, odpinając pas. – Pójdę sprawdzić.

Wysiadła i pobiegła poboczem. Zniecierpliwiona, zabębniłam palcami o kierownicę. Jeśli nie da się przejechać przez most, miałyśmy przekichane. Najbliższa przeprawa znajdowała się prawie dziesięć kilometrów dalej, na drodze międzystanowej 285, a biorąc pod uwagę, że cały ten rejon wraz z szosą był generalnie kupą gruzu, po której należało się wspinać z pomocą sprzętu alpinistycznego, czekało nas najmniej pół godziny przedzierania się przez ruiny. Jeśli dodać do tego kolejną godzinę oczekiwania na prom, to przedpołudnie mamy z głowy.

Samochody trąbiły, zwierzęta wierzchowe, pociągowe i juczne rżały i parskały. Korek nie posuwał się ani milimetr. Zgasiłam silnik. Paliwo kosztowało krocie.

Stojący przede mną furman odchylił się na bok, dając mi widok na biegnącą poboczem Andreę. Dopadła samochodu i szarpnęła drzwiczki.

– Bierz miecz i chodź!

Nie musiałam brać miecza, bo miałam go zawsze przy sobie. Wyrwałam kluczyki ze stacyjki, wyskoczyłam i zatrzasnęłam drzwi, uniemożliwiając zrozpaczonemu Grendelowi wyrwanie się na wolność.

– Co się dzieje?

– Troll się uwolnił! Demoluje wszystko!

– Ale jak?!

Trzy lata wcześniej z Sibley wyłonił się troll i od razu ruszył na most, zamierzając chyba udowodnić, że świat posiada poczucie humoru. Okazał się stworem wyjątkowo odpornym na zabijanie, więc magowie zwabili go pod most, gdzie uśpili zaklęciem. Troll nie mógł ocknąć się bez udziału magii, podczas wyżu techniki hibernował z automatu, zaś podczas panowania magii we śnie utrzymywało go zaklęcie. Miasto obudowało trolla betonowym bunkrem i od tej pory stwór robił za śpiącą królewnę. Póki magiczne osłony wokół bunkra działały, nie powinien się obudzić.

Andrea pognała poboczem, wołając przez ramię:

– Zaklęcie usypiające przestało działać. Obudził się, poleżał trochę, a potem rozwalił bunkier i wyskoczył na most. Szybciej, musimy ratować ludzi!

I zarobić. Pobiegłam za nią.

– Jest nagroda?

– Tysiak, jeśli powstrzymamy go, zanim skończy obrabiać tę ciężarówkę.

Lśniącą zielona maska wystrzeliła zza sznura pojazdów niczym pocisk i wylądowała z hukiem na wozie kilka metrów od nas. Zaraz potem rozległ się głuchy ryk.

Zdobyłam się na wysiłek i po chwili wbiegłyśmy na most.

Rozdział 6

Lasek Sibley był niegdyś ekskluzywną dzielnicą osiedlową, wciśniętą w zalesione zakole rzeczki Sope, która nieopodal wpadała do Chattahoochee. W czasach świetności osiedla liczyły około trzystu domów rozsianych wśród zielonej gęstwiny, a ich ceny zaczynały się od pół miliona wzwyż. Okolica była piękna, bezpieczna, mieszkańcy dobrze sytuowani i tak pozostało aż do Przesunięcia, do chwili, gdy pierwsza fala magii kopnęła świat w twarz.

Centrum obróciło się w ruinę, ale i Lasek Sibley padł ofiarą magii. Zaczęło się od rzeki. Jakieś pięć lat po Przesunięciu wody Chattahoochee wezbrały, pochłaniając pierwotne brzegi i zalewając pobliskie tereny. Potem to samo stało się z Sope. Mały pas nudnawego podmiejskiego lasku wytrzymał w niezmienionym stanie jeszcze rok czy dwa, a potem w sercu Sibley rozkwitła magia i flora oszalała.

Na wypielęgnowanych trawnikach pojawiły drzewa. Rosły w niewiarygodnym tempie, pochłaniając wielkie partie osiedla. Na początku wspólnota mieszkańców wycinała i paliła rośliny, ale las panoszył się uparcie. Drzewa potrafiły urosnąć w ciągu jednej nocy, aż wreszcie roślinność opanowała osiedle, zmieniając Lasek Sibley w pełnowymiarowy las.

Las kontynuował ofensywę, przejmując tereny na północ, gdzie mógł połączyć się z Puszczą Chattahoochee. Z gęstwiny wychynęły zwierzęta. Krążyły bezgłośnie na miękkich łapach, błyskając wielkimi kłami. Spod korzeni drzew wypełzły dziwne stwory, które polowały nocą, aby zaspokoić apetyt na mięso.

W końcu wspólnota poddała się, większość mieszkańców uciekła, a pozostali wydali fortuny na magiczne osłony, zasieki i amunicję. Teraz w Lasku Sibley zamieszkiwali ludzie z pieniędzmi, ceniący sobie prywatność nawet za cenę zdziczałego sąsiedztwa. Dosłownie.

Skręciłyśmy w ulicę Twig. Las przed nami tworzył masywną ścianę muśniętą jasną zielenią. Tu i ówdzie kwitły kwiaty. W pozostałych częściach Atlanty dopiero co pojawiły się pąki.

– Widzisz to?

Andrea odsłoniła zęby.

– Widzę. Nie znoszę tego miejsca. Dziwnie pachnie, a z krzaków wyskakują równie dziwne stwory, które natychmiast próbują odgryźć ci nogę.

Ja czułam tylko krew trolla, której plamy zdobiły mi buty. Podania ludowe wspominały o dwóch sprawach dotyczących trolli – o wschodzie słońca zamieniały się w kamień i posiadały umiejętność regeneracji. Okólnika o petryfikacji nasz troll nie dostał, ale kwestię regeneracji opanował po mistrzowsku. Udało nam się zapędzić bestię do ruin bunkra i zatrzymać tam do przyjazdu PWKZP. Skasowałyśmy za to okrągły tysiączek.

Droga przebiegała pod olbrzymim dębem. Gigantyczne drzewo o ogromnym, pokrytym bliznami pniu górowało nad wielkim kawałem ulicy. Dżip kołysał się i podskakiwał na wybrzuszonym przez korzenie asfalcie. Gąszcz gałęzi od strony jezdni pokrywały ledwie wyklute z pączków wąskie listki, jeszcze wilgotne od lepkiego soku. Za to część korony zwróconą do lasu pokrywała bujna zieleń, wśród której żółciły się pęki szypułek, kwiatów dębu, pracowicie wyrzucające w powietrze pyłek.

Minęłyśmy drewniany znak wbity pomiędzy korzenie dębu. Na desce wyryto koślawy napis:

SIBLEY

LWY, TYGRYSY I NIEDŹWIEDZIE

O RETY!

Jechałyśmy drogą pomiędzy szpalerem gęstych krzewów, drogą, która niegdyś była krętą osiedlową alejką. Skąpany w słabym popołudniowym słońcu las wydawał się niemal eteryczny, jakby lada chwila miał odpłynąć. Wysokie, maźnięte zielenią mchu drzewa rywalizowały o przestrzeń. Tu i ówdzie w plamach jaśniejszego światła rosły kępy kwiatów, żółte mlecze, fioletowe jasnoty i drobne białe gwiazdki w zielonych poduchach, które wyglądały jak rzeżucha. Moja znajomość roślin ograniczała się do ziół stosowanych w celach medycznych i magicznych oraz tych przyprawowych. Po lewej pyszniła się jaskrawo wyspa forsycji. Żółte krzewy wyglądały jak unurzane w ubitym na pianę słońcu. Po prawej z gałęzi drzew zwieszała się zasłona nieznanego mi pnącza, na którym niedługo miało sypnąć się lawendowe kwiecie. Istna sielanka. Brakowało tylko przemykającego w zieleni Kubusia Puchatka. Oczywiście, znając Sibley, Puchatek miałby paszczę pełną wielkich kłów i ochotę na pożucie gumy z naszych opon.

Andrea przerzucała kartki w tekturowej teczce, którą zostawiła nam Rene.

– Tu jest napisane, że nieżywy gwardzista nazywał się Laurent de Harven, lat trzydzieści dwa, brązowe włosy, szare oczy, cztery lata służby w jednostce WOON, sześć lat w mundurze policjanta w słonecznym Orlando na Florydzie i cztery w Czerwonej Gwardii. Jeden awans, do rangi specjalisty. Mistrz fechtunku, ulubiona broń: noże wojskowe. Krav maga, czarny pas, piąty dan. – Andrea aż gwizdnęła pod nosem. – Niełatwo zabić takiego twardziela.

– Mamy coś poza tym?

– Zobaczmy. Dowódca, Shohan Henderson, osiem lat w piechocie morskiej, jedenaście w szeregach Gwardii, mistrz broni, i tu kilometrowa lista jakiej. Możemy również liczyć na spotkanie Debry Abrams, mającej pieczę nad układaniem grafiku wart, a ponad to Masona Vaughna oraz Rigoberta Riga Devary.

Po kwadransie odczytywania informacji stało się jasne, że czwórka gwardzistów i ich dowódca byliby w stanie stłumić zamieszki, gotowi bez namysłu osłonić kogoś własnym ciałem, a CV musieli trzymać głęboko w szufladach, żeby nie budził ich bijący ze stronic dwudziestoczterokaratowy blask.

Wedle wskazówek miałyśmy jechać w prawo, w prawo, w lewo, a potem prosto. Pierwsze dwa zakręty okazały się łatwe, ale ten w lewo ledwo mieścił się pomiędzy dwiema sosnami. Tuż za nim szpaler bambusów tworzył nad drogą nieprzenikniony zielony tunel. Poprowadziłam Hektora pod zielone sklepienie.

– Jesteś pewna, że to tu? – zaniepokoiła się Andrea.

– Mam się zatrzymać i zapytać o drogę tego bambusa?

– No nie wiem... A myślisz, że odpowie?

Łypnęłyśmy na bambusowe zarośla.

– Wygląda podejrzanie – oceniła Andrea.

– Może kryje się w nich hefalump?

Andrea wytrzeszczyła oczy.

– Hefalump? Ten od Kubusia Puchatka? Kojarzysz?

– Skąd ty bierzesz takie dyrdymały?

Bambusowy tunel urwał się nagle, wypluwając nas na żwirowy podjazd prowadzący do sporej, nieco zmodyfikowanej chaty góralskiej o stromym dachu, prawie sięgającym ziemi. Otoczony gankiem, osłoniętym wystającym okapem, dom wyglądał, jakby wyrósł w lesie – kamienne fundamenty, ściany z ciemnego cedru, brązowe pokrycie dachowe. Schodki tonęły w zaroślach. Żadnych jaskrawych kolorów, zdobień albo rzeźbień.

– Patrz na okna. Zbudowany przed Przesunięciem – mruknęła Andrea.

Przytaknęłam. Z samochodu widać było osiem okien, w większości wyższych ode mnie. Żadne nie było okratowane. Nowe domy przypominały bunkry. Każde okienko większe od pojemnika na chleb zaopatrywano w kratownicę.

W połowie podjazdu zatrzymałam wóz, nie gasząc silnika. Dobrzy strażnicy nie biegają wokół terenu, wystawiając się na strzał. Ukrywają się.

– Snajper. Na dachu – powiedziała Andrea.

Po sekundzie dojrzałam ciemniejszy zarys w oknie dachowym i wystającą lufę karabinu.

Wysiadłam z dżipa i oparłam się o zderzak. Andrea dołączyła do mnie.

– Sosna, na dziewiątej – mruknęłam.

Andrea zerknęła na człowieka w mundurze maskującym, który usiłował wtopić się w gęstwinę.

– Zarośla na drugiej. – Wciągnęła nosem powietrze. – I jeszcze jeden za samochodem.

– Razem czterech. Kolejny nadciąga z lewej – stwierdziłam.

– Wychodzimy mu na spotkanie? – zapytała Andrea, unosząc brew.

– E, tam jest chyba trujący bluszcz. Lepiej zostańmy tu i poczekajmy, aż zapytają nas o hasło.

 

Krzewy po lewej rozchyliły się i spomiędzy gałęzi wyszedł starszy czarnoskóry mężczyzna o wysoko podgolonym szpakowatym jeżyku w stylu militarnym. Henderson. Wyglądał dokładnie tak, jak na zdjęciu, które pokazała mi Andrea. Sądząc z twardej miny i beznamiętnego spojrzenia, choć on opuścił piechotę morską, to ona nie do końca opuściła jego. Na pagonach Czerwonej Gwardii widniały dwa czerwone paski – awansował do stopnia starszego sierżanta. Rene nadzorowała tę operację, ale prawdopodobnie w tym samym czasie nadzorowała także inne. Henderson natomiast zajmował się jednym zadaniem na raz i poświęcał mu się bez reszty. Jego ludzie nawalili, stracił podopiecznego. Wyglądał jak facet, któremu ktoś naszczał do piaskownicy, nie był zadowolony, że ktoś obcy będzie się babrał w jego brudach.

Skinęłam mu na powitanie.

– Dzień dobry, starszy sierżancie.

– Nazwiska.

– Daniels i Nash – wyręczyła mnie Andrea.

Sierżant zerknął na karteczkę.

– Hasło.

– Trzydzieści siedem, dwadzieścia osiem – wyrecytowałam.

– Nazywam się Henderson i niech was nie zmyli ten „starszy sierżant”. Pracuję na chleb. Możecie wjechać. Zaparkujcie na końcu podjazdu.

Wsiadłyśmy do dżipa i podjechałyśmy pod sam budynek. Henderson biegł za nami, zatrzymał się dopiero przed drzwiami.

– Gdzie ciało? – zapytałam zaraz po wyjściu z samochodu.

– W pracowni.

Poszłyśmy za Hendersonem na tyły domu.

Warsztat znajdował się w drewnianej szopie, która pomieściłaby mieszkanie. Duże wrota stały otworem.

Henderson zatrzymał się w progu i wskazał do środka.

– Tam.

Weszłam.

Pod ścianą stały długie stoły robocze, zarzucone różnymi narzędziami i kawałkami metali. Piramidy plastikowych pojemników z wkrętakami tłoczyły się obok pudełek z nakrętkami, wkrętami i metalowym śmieciem, który wpasowałby się idealnie w złomowisko na dnie Szczeliny Plastra Miodu. Na warsztacie po lewej, pośród przyrządów jubilerskich, lup i precyzyjnych pęset, leżały dziwne przyrządy z kruchego szkła. Po prawej blat zasłany był narzędziami do obróbki metalu, szlifierkami kątowymi różnych rozmiarów, przecinakami, młotkami, piłkami, leżała tam też duża tokarka z niezdjętym cylindrem. Jeden koniec walca pokrywały koronkowe wzory – ktoś, prawdopodobnie Kamen, zaczął nanosić zawiły metalowy filigran, ale nie dokończył pracy.

Pośrodku warsztatu, na łańcuchu uczepionym jednej z krokwi, prawdopodobnie z hakiem wbitym w plecy, wisiało nagie ciało. Głowa trupa opadła na bok. Długie ciemne włosy spływały z czaszki aż na pierś, okalając twarz zastygłą w śmiertelnym grymasie. Jasnoszare oczy wyszły z orbit, żuchwa opadła, a pobladłe wargi odsłaniały zęby. Mieszanina zaskoczenia i paniki. Witaj, Laurent.

Ściągnęłam plecak i wyjęłam z niego polaroid. Magia zawsze znajdowała sposób, żeby zakłócić działanie aparatów cyfrowych, a to znikała zawartość karty pamięci, a to aparat działał hałaśliwie, z rzadka udawało się zrobić idealne zdjęcie. Nie zamierzałam grać w rosyjską ruletkę, gdy stawką były dowody. Polaroidy kosztowały fortunę, za to zdjęcia zostawały nienaruszone.

Andrea aż uniosła brwi.

– Patrzcie państwo, gotowa na wszystko.

– No, można by pomyśleć, że jestem jakimś detektywem albo coś.

Andrea wyciągnęła rękę.

– Uważaj, bo zapeszysz.

Wręczyłam jej aparat, a sama przykucnęłam, żeby lepiej przyjrzeć się podłodze pod wisielcem.

– Ani kropli? – upewniła się Andrea.

– Nic. A u ciebie? Czujesz coś? Rozkład, krew...

Zmarszczyła nos.

– Pieprz cayenne. Całe to miejsce nim śmierdzi. Zagłusza inne zapachy.

Dziwne.

Opadłam na kolana i zbliżyłam twarz do podłogi. Po deskach ciągnęła się niewyraźna linia czerwonawego proszku. Pochyliłam się, żeby zobaczyć ją lepiej. Biegła od stołu, przez środek, aż do przeciwległej ściany. Na deskach ściennych widniał charakterystyczny rozbryzg.

– Mocz – powiedziałam, wskazując plamę.

Andrea wyciągnęła szyję i uniosła aparat.

– Cóż za wdzięczna praca. Robienie zdjęć sikom.

Odwróciłam się. Przeciwległą ścianę znaczył taki sam ślad, pozostawiony dokładnie na wprost pierwszego.

– Właśnie dlatego ją wykonujemy. Dla tych uroków.

– Szaman? – zapytała Andrea.

– Możliwe.

Wszystkie żywe istoty generowały magię i ludzie nie byli wyjątkami. Magia znajdowała się we krwi, w ślinie, a także moczu. Płyny ustrojowe wykorzystywano na wiele sposobów. Ja pieczętowałam krwią osłony. Roland tworzył z niej pancerz i broń. Jednakże mocz wskazywał zwykle na bardziej pierwotną magię. Używali go neopoganie, szamani, wiedźmy, ludzie uważający, że są blisko związani z naturą. Był sposobem zwierząt na oznaczanie terytorium, ale nie tylko.

Linia z pieprzu wyglądała mi na jakąś osłonę, a obecność moczu utwierdzała mnie w podejrzeniach. Ktoś wyznaczył na podłodze linię wytyczającą jakiś obszar i zapieczętował ją płynem ustrojowym, prawdopodobnie by zatrzymać coś w środku. Tyle w tym momencie mógłby odgadnąć każdy. Aktualnie, w trakcie niżu magii, nie potrafiłam nic wyczuć, nawet okruchu mocy.

Przekroczyłam pieprzową krechę i podeszłam do trupa, na wszelki wypadek wyciągając Zabójcę i usuwając się Andrei z linii strzału.

Pstryknął wyzwalacz i rozległo się bzyczenie wysuwającego się zdjęcia.

– Jeszcze jedno – mruknęła Andrea.

– Spójrz, tyle tu kruchych szklanych instrumentów, a nic nie jest rozbite. A Laurent był przecież świetnie wyszkolony, więc powinien był walczyć.

– Może znał napastnika i zbyt późno spostrzegł, że stanowi on zagrożenie?

To stawiałoby w pierwszym szeregu podejrzanych Adama Kamena albo któregoś z czerwonogwardzistów. Strażnik nie spodziewałby się napadu ze strony osoby chronionej ani też towarzysza. Pojawienie się kogoś innego skłoniłoby go do gwałtownej reakcji.

Ciało Laurenta nie nosiło żadnych widocznych ran, poza długą czarną szramą biegnącą od mostka po krocze. Na wysokości pępka rozdzielała się ona na trzy. Całość przypominała odwrócony ślad wroniej stopy albo symbol pokoju wyjęty z okręgu. Niezwykłe cięcie. Przypominało jakby runę.

Aparat pstryknął, błysnął flesz, potem jeszcze raz...

Uderzyła fala magii, przetaczając się po nas niczym niewidzialne tsunami. Andrea uniosła aparat i nacisnęła guzik. Flesz się już nie włączył. Nawet wyzwalacz nie pstryknął. Popatrzyła na aparat z niesmakiem.

– Niech to szlag.

Czarna szrama zalśniła.

Cofnęłam się o krok.

Przez ciało ochroniarza przebiegło drżenie. Czarne linie poruszyły się, brzegi cięcia uniosły, a wewnątrz coś zakipiało. Cholera!

– Kate!

– Widzę.

Trup zakołysał się. Zgrzytnął łańcuch, jeszcze raz, głośniej. Moc zafalowała, pęczniejąc wewnątrz ciała.

Wycofałam się pod osłonę.

Brzuch trupa uniósł się i spęczniał, rozciągając czarną szramę.

Wyszłam poza pieprzową granicę. Na mojej skórze zaiskrzyła magia.

Czarna krecha pękła.

Z trupa wystrzelił rój maleńkich żyjątek, które odbijały się od osłony i opadały na podłogę, zalewając deski ciemną powodzią. Ani jedna z czarnych kropek nie przedostała się do nas.

Stojący za naszymi plecami Henderson ze świstem wypuścił powietrze z płuc.

– Co to jest, do diabła?!

– Mrówki – odparłam.

Czarna fala poruszała się coraz wolniej i wolniej, aż wreszcie owady jeden po drugim znieruchomiały. Po chwili na podłodze nie ruszał się już żaden.

Martwe mrówki. Jakby ktoś chlusnął na ziemię całe ich wiadro.

Trup zakołysał się w tył i w przód. Wszystkie tkanki miękkie zniknęły, pozostawiając szkielet i wiszącą na kościach zbyt luźną skórę. Przypominała balon, z którego spuszczono powietrze.

– Oooookej – odezwała się Andrea. – To najdziwniejsza rzecz, jaką w życiu widziałam.


W obliczu najdziwniejszej rzeczy widzianej w życiu najlepiej zastosować metodę: dziel i zdobywaj. Andrea postanowiła sprawdzić miejsce zbrodni m-skanerem, ja zaś wzięłam na siebie pozazdroszczenia godne zadanie przesłuchania Hendersona. Nie sprawiał wrażenia zachwyconego.

Odholowałam go do stolika ogrodowego stojącego w połowie drogi pomiędzy warsztatem a domem. Usiedliśmy na twardych krzesłach. Z tego miejsca mieliśmy widok na pracownię oraz podjazd, na którym Andrea przygotowywała się do wydobycia z dżipa m-skanera, Grendel zaś gotował się do ucieczki, gdy tylko otworzy drzwi.