Magia zabijaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 2

Lufy zagrzmiały.

Pierwszy pocisk przebił pierś wampira, przedarł się przez wysuszone mięśnie i trafił w ramię Ghastekowego czeladnika. Siła uderzenia okręciła mężczyzną, a jednostajny strumień serii z karabinu maszynowego, który przedziurawił wampira, przeszył kręgosłup czeladnika, przecinając go niemal na pół. Trysnęła krew.

Kobiety padły na ziemię.

Kule odłupywały z chodnika odpryski betonu. Kilkanaście centymetrów na prawo, a głowa Ghasteka rozbryznęłaby się niczym arbuz pod toporem. Zanurkowałam pod linią ognia, złapałam Ghasteka za nogę i powlekłam w stronę biura.

Kobiety poczołgały się za mną.

Szarpany pociskami wampir przyskoczył do leżącego czeladnika i zaczął rozszarpywać mu grzbiet, wyrzucając w powietrze strzępy ciała.

Wciągnęłam Ghasteka do budynku i zostawiłam pod ścianą. Za mną rozległ się krzyk kobiety. Przeskoczyłam wczołgującą się przez próg brunetkę. Na ulicy leżała rozpłaszczona ruda dziewczyna. Z oczyma wielkimi z przerażenia ściskała się za udo, a na śniegu pod nią czerwieniła się coraz większa plama krwi. Postrzał w nogę.

Znajdowała się dość daleko, a ja musiałam dostać się do niej, zanim dopadnie ją wampir albo zarobi kolejną kulkę od glin.

Przypadłam do ziemi i podpełzłam do rudej. Chwyciwszy za rękę, pociągnęłam dziewczynę ze wszystkich sił. Krzyknęła, ale przesunęła się odrobinę po pooranym i pokrytym topniejącym śniegiem asfalcie. Cofnęłam się i znów pociągnęłam. Kolejny krzyk i kolejny kawałek bliżej moich drzwi.

Wdech, pociągnięcie, przesunięcie.

Wdech, pociągnięcie, przesunięcie.

Drzwi.

Wepchnęłam rudą do środka, zatrzasnęłam drzwi i zamknęłam zasuwę. Drzwi były porządne, stalowe, z grubą sztabą. Powinny wytrzymać. Musiały.

Na podłodze wykwitła natychmiast kałuża krwi. Uklękłam przy rannej i rozerwałam nogawkę jej spodni. Spomiędzy poszarpanych mięśni tryskała krew. Rana była rozległa i głęboka. Pod czerwienią bieliły się odłamki kości. Uszkodzona tętnica udowa, uszkodzona żyła odpiszczelowa, wszystko uszkodzone.

Cholera.

Trzeba zatamować krwotok.

– Hej, ty! Przyciśnij tu!

Brunetka gapiła się na mnie szklanym, bezrozumnym wzrokiem. Liczyła się każda sekunda.

Złapałam rudą za rękę i przycisnęłam jej dłoń do tętnicy.

– Trzymaj, inaczej się wykrwawisz.

Jęknęła, ale posłuchała.

Pobiegłam do magazynku z medykamentami.

Opaski uciskowe stanowiły ostatnią deskę ratunku. Miałam wyjątkowo porządne, takie, jakich używają w wojsku, ale nawet najlepszej nie można założyć na zbyt długo bez ryzyka uszkodzenia nerwu, utraty kończyny, a nawet śmierci. A kiedy już się ją zacisnęło, można było zdjąć dopiero w szpitalu, inaczej upływ krwi następował błyskawicznie.

Potrzebowaliśmy karetki, ale telefon nic by nie dał. W wypadku ucieczki wampira procedury zakładały odcięcie całego zagrożonego rejonu, więc ambulans nie przyjedzie, zanim policja nie upewni się, że niebezpieczeństwo zostało zażegnane.

Zostałam więc sama z opaską i wykrwawiającą się dziewczyną.

Uklękłam przy niej i wyjęłam opaskę z opakowania.

– Nie! – zaprotestowała, usiłując odepchnąć moją rękę. – Stracę nogę!

– Niedługo stracisz życie.

– Nie, nie jest tak źle. Prawie nie boli!

Usadziłam ją prosto, żeby mogła spojrzeć na swoje udo.

– O Boże...

– Jak ci na imię?

Załkała.

– Jak ci na imię?

– Emily.

– Emily, i tak już niemal ją straciłaś. Jeśli założę teraz opaskę, masz szansę przeżyć, jeśli nie, w ciągu kilku minut wykrwawisz się na śmierć.

Wczepiła się we mnie i zaczęła łkać mi w ramię.

– Będę kaleką.

– Ale żywą. A przy zastosowaniu magii szanse na uratowanie nogi są całkiem spore. Wiesz, że magomedycy leczą różne rany. Ale musimy utrzymać cię przy życiu do następnego wyżu magii, rozumiesz?

Nie przestawała płakać. Po policzkach spływały jej wielkie łzy.

– Emily, rozumiesz, co mówię?

– Tak.

– W porządku.

Wsunęłam pas pod jej nogę, przełożyłam przez sprzączkę i zaciągnęłam. Zaciskałam, dopóki krwotok nie ustał. Parę minut później strzelanina ucichła. Ghastek był nadal nieprzytomny. Miał równe tętno i oddech. Emily leżała bez ruchu, pojękując z bólu, a jej towarzyszka obejmowała się, kiwając w przód i w tył.

– Strzelają do nas, strzelają do nas – mamrotała nieustannie.

No po prostu bomba.

Cały Ród. Większość członków obserwowała akcje oczami wampira, siedząc sobie tymczasem w wygodnym, bezpiecznym pokoju w Kasynie, sącząc kawkę i racząc się słodkimi przekąskami. Postrzał sterowanego na odległość wampira a dostanie kulki osobiście to dwie różne sprawy.

Rozległo się łomotanie do drzwi.

– Wydział Kontroli Zjawisk Paranormalnych, otwierać – szczeknął mężczyzna.

Brunetka struchlała.

– Nie otwierajmy – wyszemrała przerażona.

– Spokojnie, panuję nad wszystkim. – Tak jakby.

Odsunęłam klapkę, odsłaniając wąski wizjer. Cień za drzwiami zniknął – policjant przytulił się do muru po lewej, żebym nie mogła do niego strzelić przez judasza.

– Pozbyliście się wampira?

– Tak, otwieraj.

– Po co?

Milczenie. Po chwili:

– Otwieraj. Te. Drzwi.

– Nie. – Rozochoceni strzelaniną policjanci mieli nadwrażliwe spusty. Trudno było przewidzieć ich zachowanie, gdyby tu weszli.

– Jak to nie?

Mężczyzna wydawał się całkiem zbity z tropu.

– A po co mam otworzyć?

– Żebyśmy mogli zatrzymać sukinsyna, który wypuścił na miasto wampira samopas.

Świetnie.

– Właśnie zabiliście jednego z członków Rodu, drugiego raniliście, a teraz chcecie, żebym wydała wam pozostałych świadków? Nie znam was na tyle, by to zrobić.

Funkcjonariusze PWKZP trzymali się zazwyczaj prawej ścieżki, jednak istniały rzeczy, których się nie robiło – nie wydawało się zabójcy gliniarza jego partnerowi i nie oddawało się nekromanty w ręce Jednostki Szybkiego Reagowania. Oddziały te rekrutowały się z ochotników, a w tym wypadku pełnia władz umysłowych była wymogiem opcjonalnym. Gdybym oddała im Ghasteka i jego ludzi, mogło zdarzyć się i tak, że żadne z nich nie dotrze żywe do szpitala. Oficjalnie określono by to „śmiercią w wyniku odniesionych ran”.

Usłyszałam rozzłoszczone fuknięcie.

– A co powiesz na to: albo otworzysz te drzwi, albo sami je wyważymy.

– Musielibyście mieć nakaz.

– Nie potrzebuję nakazu, jeśli podejrzewam, że znajdujesz się w bezpośrednim niebezpieczeństwie. No, sam powiedz, Charlie, nie uważasz, że grozi jej niebezpieczeństwo?

– Oczywiście, i to jakie – przytaknął Charlie.

– I naszym obowiązkiem, jako stróżów prawa, jest uratowanie jej od rzeczonego niebezpieczeństwa, prawda?

– Popełnilibyśmy przestępstwo, nie robiąc tego.

Jeden trup, jeden ledwo żywy zalewający mi podłogę krwią. Idealny moment na żarty.

– Słyszałaś Charliego. Otwieraj albo zrobimy to za ciebie!

Odsunęłam się trochę od wizjera. W razie czego dałabym im radę, ale równocześnie mogłabym pożegnać się z nadziejami na jakąkolwiek współpracę z PWKZP w przyszłości.

– Dość! – zza drzwi dobiegł mnie znajomy kobiecy głos. Nie może być!

– Proszę się odsunąć, proszę pani – warknął gliniarz. – Przeszkadza pani w pracy policji.

– Jestem rycerzem Zakonu. Nazywam się Andrea Nash. To moja legitymacja.

Andrea była moją najlepszą przyjaciółką. Nie widziałam jej od dwóch miesięcy, od czasu, kiedy moja ciotka rozniosła pół Atlanty. Po ostatecznej potyczce z Errą Andrea zniknęła. Jakieś dwa tygodnie później otrzymałam taki oto list: Kate, przepraszam za wszystko. Potrzebuję czasu, nie szukaj mnie, proszę. Nie martw się o Grendela, zaopiekuję się nim dobrze. Dziękuję, że jesteś moją przyjaciółką. Pięć minut później gnałam do miasta, żeby jej szukać, a Jego Utyskliwość Władca Bestii deptał mi po piętach. Nie znaleźliśmy niczego. Ani śladu Andrei czy mojego pudla bojowego, który po tym, jak ciotka obróciła w perzynę pół miasta, skończył w samochodzie mojej przyjaciółki.

Potem nie przestałam zadręczać Jima, szefa ochrony Gromady i zarazem kumpla z Gildii Najemników, dopóki nie kazał jednej ze swoich ekip przeczesać miasta. Jego ludzie wrócili z pustymi rękoma – Andrea zapadła się pod ziemię.

Najwyraźniej jednak żyła. Obiecałam sobie, że jeśli uda mi się wyjść cało z tego zamieszania, dam jej porządną fangę w nos.

Gliniarz uderzył w inny ton. Z rycerzami Zakonu nie było żartów.

– To miło, panno Nash. Proszę jednak się odsunąć, inaczej panią aresztuję. Będzie pani mogła zadzwonić do Zakonu z komisariatu, a oni wpłacą kaucję.

– Spójrzcie na belkę nad drzwiami. Widzicie wyrytą łapę?

– I co?

– Ta nieruchomość należy do Gromady. Jeśli wyważycie drzwi, będziecie musieli stawić się przed sądem i wyjaśnić, z jakiego powodu wdarliście się na prywatny teren bez nakazu, zatrzymaliście gości Gromady oraz spowodowaliście zniszczenia mienia Gromady.

– Nie ma sprawy – burknął policjant.

– Tak? Śmiem wątpić, bo osobiście zeznam, że nie mieliście uzasadnionego powodu, żeby wejść siłą do rzeczonego budynku. No, chyba że zamierzacie mnie zabić, a w tym wypadku radzę się pomodlić, bo wpakuję kulkę każdemu jednemu z waszej ekipy, zanim któryś zdąży pomyśleć o wystrzeleniu.

– Ja bym jej uwierzyła – powiedziałam zza drzwi. – Widziałam, jak strzela. Uważam, że była skromna.

– A pani po czyjej jest stronie? – zaperzył się gliniarz.

 

– Po stronie służących i chroniących – odpaliła Andrea. – Wasz oddział otworzył ogień i zabił właśnie cywila.

– To było uzasadnione użycie broni – bronił się policjant. – I nie zamierzam z panią o tym dyskutować.

W głosie Andrei zadźwięczały stalowe nuty.

– Jeden człowiek już nie żyje, a sądząc po śladach krwi, ktoś w tym budynku jest ciężko ranny. Albo wczołgał się tu, albo został wciągnięty i prawdopodobnie teraz słabnie z upływu krwi. Macie dwie opcje. Albo wezwiecie karetkę, albo pozwolicie umrzeć następnemu cywilowi, włamiecie się do nieruchomości Gromady, użyjecie siły wobec małżonki Władcy Bestii i zastrzelicie rycerza Zakonu. Wasz wybór, ale jeśli jakimś cudem któryś z was wyjdzie z tego żywy, gwarantuję, że za dwadzieścia lat, stary i schorowany, wspomni tę chwilę i pożałuje, że nie poświęcił dwóch sekund na zastanowienie, bo to jest właśnie ten moment, od którego wszystko potoczyło się źle.

A niech mnie.

– Przemyślcie to sobie.

Zapadło milczenie. Najwyraźniej rozważali sprawę.

– Hej, miałam okazję z wami współpracować – zawołałam. – Zadzwońcie do detektywa Michaela Greya. Poświadczy za mnie. Jeśli wezwiecie ratowników, otworzę. Żadnego zamieszania, żadnych zniszczeń, wszyscy będą zadowoleni i nikt nie będzie ciągany po sądach. Karetki potrzebujemy natychmiast. Mam tu dziewczynę z opaską uciskową na nodze i jeśli się nie pospieszycie, umrze.

– Zrobimy tak – odezwał się gliniarz. – Otworzysz, zabierzemy ranną, a potem skontaktujemy się z Greyem.

Jasne, bo ja urodziłam się wczoraj.

– Pewnie, jak tylko otworzę drzwi, wpadniecie tutaj. Zaczekam na karetkę.

– Niech ci będzie. Zadzwonię, ale igrasz z życiem cywila. Jeśli umrze, to będzie twoja wina i osobiście pociągnę cię za to do odpowiedzialności.

Zasunęłam klapkę i wróciłam do kobiet. Brunetka spoglądała na mnie wielkimi, pełnymi zgrozy oczyma.

– Wydasz nas im?

– Jeśli będę musiała wybierać pomiędzy twoją wolnością a życiem twojej towarzyszki, to tak. Na razie czekamy. Po tamtej stronie znajduje się moja przyjaciółka, nie pozwoli im zrobić nic głupiego. – Popatrzyłam na nią uważnie. – Dlaczego, kiedy Ghastek zemdlał, nie przejęłaś kontroli nad wampirem?

– Próbowałam. Nie było czego przejmować.

– Jak to: nie było czego przejmować? – Umysł wampira nie znikał ot tak sobie.

Brunetka potrząsnęła głową.

– Nie było go tam.

– To prawda – poparła ją Emily. – Ja też próbowałam i nic. Zupełnie jakbym nie mogła nawigować. – Zadrżała. – Zimno mi.

Poszłam do magazynku, zabrałam zapasowy płaszcz i okryłam nim rudą.

Usta Emily przybrały błękitny odcień.

– Czy ja umrę?

– Zrobię wszystko, żeby tak się nie stało.

Rozdział 3

Mijały minuty, chłodne, rozwlekłe. Piąta. Szósta. Ósma.

Nareszcie rozległo się pukanie do drzwi.

– Kate? – zawołała Andrea.

– No?

– Przyprowadziłam ratowników. Wpuść mnie.

Odsunęłam zasuwę i otworzyłam drzwi. Do biura wbiegło czterech ratowników, a za nimi Andrea. Niska, o błękitnych oczach, końcówki krótkich jasnych włosów miała, nie wiedzieć czemu, pofarbowane na jaskrawoniebiesko. Sponad jej ramienia wystawała lufa karabinu, a znając ją, pod kurtką schowała jeszcze dwa SIG-Sauery, nóż taktyczny i zapas amunicji wystarczający na podbicie Złotej Ordy.

Zazwyczaj pogodne oblicze Andrei budziło sympatię i skłaniało obcych do otwierania przed nią serc. Teraz wystarczyłby jeden rzut oka, żeby każdy na jej widok przeszedł na drugą stronę ulicy. Napięcie ściągnęło twarz Andrei w surową, sztywną maskę. Poruszała się jak żołnierz na terytorium wroga, czujny, spodziewający się w każdej chwili kuli w plecy i gotowy w ułamku sekundy odpowiedzieć ogniem.

Za nią w progu przystanęli dwaj policjanci, łypiąc na mnie groźnie. Dziwne to może, ale nie czułam się zastraszona.

Andrea podeszła i powiedziała po cichu:

– Zostawiam cię na kilka tygodni, a ty od razu wdajesz się z paranormalnymi gliniarzami w dziecinne przepychanki?

– Taka już jestem.

Emily krzyknęła z bólu.

– Przepraszam cię. – Podeszłam do ratowników, którzy przenieśli dziewczynę na nosze. Złapała mnie mocno za rękę. – Wszystko będzie dobrze – zapewniłam ją, idąc przy noszach. – Pojedziesz do szpitala, zajmą się tam tobą.

Emily nie odpowiedziała. Ściskała moją rękę, dopóki ratownicy nie umieścili jej w karetce. Nosze z Ghastekiem załadowano do drugiego ambulansu. Potem z biura wyszła opatulona kocem brunetka, prowadzona przez dwóch sanitariuszy. Drzwiczki karetek trzasnęły i oba samochody odjechały, zawodząc jak dusze potępione.

Kiedy wróciłam do biura, była w nim tylko Andrea. Na posadzce widniała duża kałuża krwi.

– Gdzie gliny?

Wzruszyła ramionami.

– Zmyli się.

Spojrzałyśmy po sobie. Ocaliła mi tyłek. To jednak nie zmieniało faktu, że zniknęła na dwa miesiące. Coś było nie tak.

– Co ty, do diabła, wyprawiasz?! – Spiorunowała mnie wzrokiem. – Jakim cudem skończyłaś oblężona przez paranormalnych we własnym biurze, i to z trojgiem nekromantów? Gliniarze byli gotowi przypuścić szturm! Zwariowałaś?

– I vice versa! Gdzieś ty się podziewała? Zapomniałaś, jak się używa telefonu?

Andrea skrzyżowała ręce na piersiach.

– Zostawiłam ci list!

– Świstek, przez który omal nie dostałam zawału!

Zadzwonił telefon. Co znowu? Pomaszerowałam do biurka i podniosłam słuchawkę.

– Słucham?

– Nic ci nie jest? – odezwał się Curran.

Absurdalne, ale kiedy usłyszałam ten głos, natychmiast poczułam się lepiej.

– Nic.

– Potrzebujesz pomocy?

Zachowywał spokój absolutny. Czyli że był o włos od przybycia mi na ratunek.

– Nie, wszystko w porządku. – Z niewiadomego powodu wnętrzności zbiły mi się w kamień. Mogłam zostać postrzelona i już nigdy bym go nie zobaczyła. To było całkiem nowe i niechciane uczucie. Wspaniale, zaczęłam czuć niepokój. Może gdybym trzepnęła się wystarczająco mocno, udałoby mi się go pozbyć?

Z trudem wydobyłam z siebie słowa. Głos miałam spięty.

– Kto zakapował?

– Nasłuchujemy bez przerwy częstotliwości policyjnych. Radiowcy dali znać Jimowi, w razie gdyby trzeba było szturmować siedzibę PWKZP, żeby cię odbić. Ja dowiedziałem się przypadkiem. Zobaczyłem, jak Jim idzie korytarzem i chichocze pod nosem.

Zanotowałam w pamięci, żeby przy najbliższej okazji grzmotnąć Jima w bark.

– Rozbawiło go to, tak?

– Mnie nie.

Nie dziwię się.

– Sytuacja była podbramkowa, ktoś mógł umrzeć, a ja mogłam coś na to poradzić. Jedna taka dziewczyna... Zresztą nieważne. Nic mi nie jest. Będę w domu na obiad.

– Jak sobie życzysz.

Serce mi podskoczyło. Ja ciebie też kocham.

Napięcie w głosie Currana zelżało.

– Na pewno nie potrzebujesz ratunku z rąk rycerza na białym koniu?

Kamień w żołądku rozpuścił się. Mój rycerz na białym koniu, ha.

– Jasne, jeśli tylko masz jakiegoś na podorędziu.

– Myślę, że dam radę jakiegoś wygrzebać. Ratować cię trzeba dość regularnie, więc...

– Jak wrócę, to kopnę cię w łeb. Niejeden raz.

– Zawsze możesz spróbować. Pewnie potrzeba ci trochę ruchu po takim całodziennym kiśnięciu za biurkiem.

– Wiesz co? Nie odzywaj się do mnie.

– Cokolwiek sobie życzysz, słonko.

Zaczął się ze mną drażnić. Warknęłam do słuchawki.

– Czekaj, zanim się rozłączysz... Wysłałem Jacksona i Martina, żeby wytropili Julie. Wieczorem powinniśmy już coś wiedzieć.

– Dzięki.

Rozłączyłam się. Trzeba mnie ratować! Drań. Nie tylko, że go kopnę. Kopnę go tak, że aż poczuje!

– Widzę, że nic się nie zmieniło – podsumowała Andrea z uśmiechem. Uśmiech ten jednak miał kruche krawędzie. – Miesiąc miodowy trwa. Nadal pijecie sobie tęczowy nektar z dzióbków i zagryzacie czekoladowymi serduszkami?

Wysunęłam bojowo podbródek.

– Gdzie mój pies?

– Zżera mi tapicerkę w furgonetce.

Rozejrzałyśmy się po biurze. Gdybyśmy wpuściły tu Grendela, zaraz zacząłby zlizywać krew.

Poszłam na zaplecze, wzięłam szmaty, wodę utlenioną i wiadro. Andrea odłożyła karabin i zakasała rękawy.

Uklękłyśmy i zabrałyśmy się do czyszczenia plamy.

– Sporo tej krwi – skrzywiła się Andrea. – Myślisz, że dziewczyna przeżyje?

– Nie wiem. Oberwała parę kulek z M240B. Nogę ma w strzępach. – Wykręciłam ścierkę nad wiadrem.

– Jak to się stało?

Miałam ochotę chwycić Andreę i potrząsać, póki nie dowiem się, gdzie była przez te dwa miesiące. Najważniejsze, że wróciła, że ze mną rozmawia. Wiedziałam, że wcześniej czy później wydobędę z niej całą historię.

– Zadzwonił Ghastek. Powiedział, że jeden z wampirów zerwał im się ze smyczy i że biegnie w tę stronę. Wyszłam i złapałam wampira. Przywiązałam go łańcuchem do drzewa. Niedługo potem Ghastek był już na tyle blisko, że złapał z nim więź. Jego ekipa i PWKZP pojawili się w tej samej chwili. Jednostka Szybkiego Reagowania przywiozła dużą pukawkę. Zamienili parę słów i nagle Ghastek zemdlał.

Andrea zamarła ze szmatą w dłoniach.

– Jak to: zemdlał?

– Zaliczył zjazd. Zderzył się z chodnikiem. Omdlał niczym południowa piękność po pierwszym pocałunku. Globus w wersji krańcowej.

– Dziwne...

– Oczy uciekły mu w tył czaszki, a potem runął, jakby go ktoś walnął. – Wylałam na posadzkę trochę czystej wody. – Wtedy ślepia wampira rozbłysły na czerwono, a PWKZP otworzył ogień. Ghastek miał ze sobą troje ludzi. Facet zginął zaraz na początku, a wampir się rzucił na ciało.

– A potem?

– Potem to ściągnęłam Ghasteka i te dwie laski do biura i zatarasowaliśmy się tu. Resztę już wiesz.

– Lepiej nie odmawiać wpuszczenia PWKZP – westchnęła Andrea. – Nie lubią tego.

– No co ty nie powiesz? – Może na przykład coś o tym, gdzie się podziewałaś przez te dwa miesiące? Wstąpiłaś do klasztoru? A może do Legii Cudzoziemskiej?

– Mogłaś zawiadomić Kasyno. Uruchomiliby armię prawników. – Andrea polała podłogę wodą utlenioną.

Wyprostowałam się.

– Ci z Jednostki Szybkiego Reagowania mają nerwowe palce. Byli wciąż na haju po zdjęciu tego wampira. Jeszcze przez pięć minut walili z karabinu w beton. Czysta nadgorliwość. Lepiej poczuliby się tylko wtedy, gdyby mogli rozwalić kolejnego wampira. Albo i kilka. Gdybym zadzwoniła do Kasyna, to bez względu na ostrzeżenia, i tak przysłaliby tu krwiopijcę. To zawsze pierwsza reakcja Rodu. PWKZP zabiłby go, a Ród wziął odwet. Spirala przemocy, chaos, a ja chciałam, żeby wszyscy się uspokoili, bo tylko tak dało się uratować Emily.

– Ghastek mówił, jak to się stało, że wampir wyrwał się spod kontroli?

Skrzywiłam się.

– Wspominał coś o omdleniu ciężarnej nawigatorki.

Andrea zmarszczyła nos w grymasie charakterystycznym dla zmiennokształtnych.

– Coś mi tu śmierdzi.

Miała rację. Dwoje nawigatorów mdlejących podczas sterowania tym samym wampirem? I to Ghastek? Zemdlał? To nieprawdopodobne.

Wzięłam suchą ścierkę i starłam utleniacz. Plama wyglądała już całkiem znośnie. Jednak krew zostawała na zawsze, nawet jeśli była już niewidoczna. Moje biuro zostało ochrzczone krwią Emily. Hura!

Wrzuciłam szmaty do wiadra i popatrzyłam na Andreę.

– Miałam kiepski dzień.

– Właśnie widzę.

– PWKZP pewnie chce mnie zamknąć, Ród znajdzie powód, żeby obwinić mnie za śmierć wampira i żądać rekompensaty, a Curran już wie, że narażałam życie w obronie Pana Umarłych, czyli czeka mnie obiad okraszony suto tłumaczeniami, ponieważ Jego Wysokość uważa, że jestem ze szkła. Gdybym oberwała i Gromada dowiedziałaby się, że towarzyszka i mysio-pysio Władcy Bestii została ranna w wyniku bajzlu, którego narobił Ród, zmiennokształtni dostaliby zbiorowego ataku apopleksji i ruszyli szturmować Kasyno.

– Uhm. Zignoruję, że nazwałaś siebie mysiem-pysiem. Jaka jest puenta tej tyrady?

– Taka, że skończyła mi się cierpliwość. Powiesz mi, gdzie byłaś, kiedy cię nie było. Natychmiast.

– Albo? – Andrea zadarła wyzywająco podbródek.

Właśnie, albo co?

– Albo walnę cię w szczękę.

Andrea zamarła. Przeszło mi przez głowę, że zaraz ucieknie. Ale nie, westchnęła tylko.

– A dostanę najpierw trochę kawy?

 

Usiadłyśmy w kuchni przy starym, podrapanym stole. Zaparzyłam kawę i nalałam do kubków.

Andrea zapatrzyła się w ciemną ciecz w swojej filiżance.

– Byłam od północnej strony dziury, kiedy twoja ciotka pojawiła się na swój finałowy występ. I byłam wciąż wkurzona na... różne rzeczy, więc nie myślałam jasno. Wybrałam sobie miejscówkę przy rumowisku na obrzeżu wyrwy i przygotowałam karabin. Wtedy wydawało mi, że to świetny pomysł. Kiedy twoja ciotka zrobiła wielkie wejście, postanowiłam ustrzelić ją w oko. Niestety, poruszyła się i chybiłam. A potem rozpętała ogniste piekło. I wtedy wcześniejsze rozkojarzenie kopnęło mnie w tyłek. Nie przemyślałam strategii odwrotu. Zostałam zgrillowana jak żeberka. Kiedy zeskrobali mnie z gruzów, ponad czterdzieści procent ciała pokrywały oparzenia trzeciego stopnia. Ból był zbyt wielki, nie dałam rady, straciłam przytomność. I najwyraźniej przemieniłam się w szpitalnym łóżku.

Cholera. Lyc-V, wirus zmiennokształtności, wykradał kawałki DNA nosiciela i przenosił na kolejną ofiarę. W większości wypadków zwierzęce DNA zostawało zaszczepione ludzkiemu nosicielowi, co skutkowało przemianą w zwierzołaka – człowieka przybierającego formę zwierzęcą. Czasami jednak działo się na odwrót, i wtedy jakieś nieszczęsne zwierzę kończyło jako człowiekołak. Większość stawała się istotami godnymi pożałowania, niewydolnymi umysłowo szaleńcami, niezdolnymi przystosować się do reguł rządzących społeczeństwem. Nie pojmowali istoty prawa, a to czyniło z nich nieprzewidywalne, groźne bestie. Zwyczajni zmiennokształtni z miejsca je zabijali.

Jednakże, jak w wypadku każdej reguły, i tu zdarzały się wyjątki. Należał do nich właśnie ojciec Andrei, hienoczłowiek. Andrea prawie go nie pamiętała. Dowiedziała się tylko, że miał umysłowość pięciolatka. Co nie przeszkodziło mu w parzeniu się z matką Andrei, hienołakiem, czy też boudą, bo takie określenie preferowali. Dzięki krwi ojca Andrea była zwierzydłakiem. Wiele przeszła, aby to ukryć. Po wstąpieniu do Zakonu uciekała się do okrutnych, bolesnych metod, żeby przejść przez wymagane testy, aż wreszcie ukończyła Akademię i została wybitnym rycerzem. Szybko awansowała w łańcuchu dowodzenia, aż po pewnej nieudanej sprawie została przeniesiona do Atlanty.

Przełożony delegatury Zakonu w Atlancie, rycerz obrońca Ted Moynohan, wyczuwał, że z Andreą jest coś nie tak, a choć nie potrafił tego dowieść, delegował ją do zadań w roli wsparcia. Ted nie tylko nie patyczkował się ze zmiennokształtnymi, w ogóle nie uważał ich za istoty ludzkie. Między innymi z tego powodu odeszłam ze służby. Andrea jednak pozostała fanatycznie lojalna wobec Zakonu. Służba w Zakonie była dla niej honorem, chwalebną powinnością, symbolizowała poświęcenie się wyższej sprawie. Przemiana w szpitalnym łóżku z przytupem i fajerwerkami zdradziła to, co Andrea tak skrzętnie ukrywała.

Andrea uparcie wbijała wzrok w filiżankę. Zwarła szczęki z zaciętą miną, jakby dźwigała pod górę ciężkie brzemię i była zdeterminowana wnieść je na szczyt.

– Sprawa z twoją ciotką nie potoczyła się dobrze. Ted wezwał wszelkie możliwe posiłki. Zginęło dwunastu rycerzy, między innymi dwóch mistrzów oręża, jeden rycerz wróżbita i mistrz rzemiosła. Siedmiu kolejnych zostało ciężko rannych. Zakon zarządził śledztwo. A ponieważ moja natura i tak wyszła na jaw, uznałam, że to dobry moment na udowodnienie przydatności rycerzy takich jak ja.

Teraz wszystko stało się jasne. To była jej krucjata. A ja nie zauważyłam, co się święci. W rozmowie wcześniej, zanim opuściłam Zakon, Andrea nie zgadzała się z moją decyzją, twierdząc, że powinnam zostać i wraz z nią walczyć od wewnątrz o wprowadzenie zmian. Powiedziałam jej, że nawet gdybym chciała, to i tak nie mam szans. Nie byłam pełnoprawnym rycerzem, moja opinia się nie liczyła. Co innego jej, rycerza, odznaczonego weterana. W tym, co się stało, ujrzała okazję do działania.

Pociągnęła łyk kawy i prychnęła.

– Do licha, Kate, wiem, że jesteś na mnie zła, ale nie musisz od razu poić mnie starym olejem silnikowym.

– Najmarniejszy żart, jaki od ciebie słyszałam. Nie przeciągaj, tylko mów, co się stało.

Kiedy zerknęła na mnie znad filiżanki, omal się nie cofnęłam. Jej pozbawione życia oczy przepełniała gorycz.

– Wzięłam adwokata, najlepszego na Południu. Twierdził, że mamy szanse, żeby coś ruszyć. W Zakonie jest więcej takich jak ja. Nie w stu procentach ludzi. Chciałam, żeby i oni mieli łatwiej. Prawnik doradził, żebym odcięła się całkiem od zmiennokształtnych, dlatego napisałam ten list do ciebie. Zamierzałam zostawić też Grendela, ale musiałam wyjechać w pośpiechu, więc zapakowałam go samochodu i pojechaliśmy do Wilczych Sideł.

Wilcze Sidła w Wirginii, kwatera główna Zakonu. A tam już wszyscy wiedzieli, że Andrea jest zwierzydłakiem. Musiała przejść przez piekło.

Andrea poskrobała rant filiżanki, jakby chciała zetrzeć niewidzialny brud. Jeszcze trochę i wydłubie dziurę.

– Harowaliśmy jak woły przez miesiąc, dwadzieścia cztery godziny na dobę, gromadziliśmy dokumentację, każdy skrawek papieru z moich akt. Na przesłuchaniu adwokat przemawiał trzy bite godziny, z pasją przedstawiał każdy argument świadczący na moją korzyść. Mieliśmy wykresy, statystyki, moje odznaczenia. Mieliśmy wszystko.

Żołądek zestalił mi się w bryłę lodu, przeczuwałam, dokąd to zmierza.

– I?

Andrea przygarbiła się i otworzyła usta.

Nie wydusiła ani słowa. Zamknęła je.

Czekałam cierpliwie.

Andrea pobladła. Siedziała sztywno, zaciskając wargi. W jej oczach przetoczył się czerwonawy blask – cień hieny wyzierającej pod wpływem napięcia.

Wreszcie rozwarła zaciśnięte szczęki. Głos wydobywający się z jej gardła był obojętny, przesiany przez sito jej woli tak gęste, że pozbawiony każdej okruszyny emocji.

– Awansowali mnie na mistrza oręża i odesłali na wcześniejszą emeryturę ze względu na niezdolność do pełnienia służby. Oficjalna diagnoza to zespół stresu pourazowego. Decyzja jest ostateczna i nie mogę się od niej odwołać. Nie mogę ich nawet oskarżyć o dyskryminację, bo w rozkazie nie ma mowy o moim pochodzeniu. Zakon po prostu nie przyjął tego do wiadomości, jakby kwestia nie istniała.

Skurwysyny. Nie tylko wyrzucili Andreę na zbity pysk, dodali do tego liścik do wiadomości innych: „Możesz być najlepszy, ale jeśli nie jesteś człowiekiem, to nie ma znaczenia”.

– Nie dałam rady. – Ostatnie słowa Andrea wypchnęła z widocznym wysiłkiem.

Służba w Zakonie była dla niej czymś więcej niż zawodem. Była całym życiem. Zmiennokształtni, wśród których się wychowała, napiętnowali ją z powodu ojca. Matka okazała się zbyt słaba, by jej bronić. Zanim Andrea skończyła dziesięć lat, nie było w jej ciele kości, która nie zostałaby złamana. Andrea odrzuciła każdy okruch zmiennokształtności. Zamknęła swoją naturę głęboko i poświęciła życie na stanie się człowiekiem, na balansowanie pomiędzy słabością a siłą. I była w tym cholernie dobra. A teraz Zakon uczynił z niej pariasa. Zdradził ją.

– Nie mam już nic. – Uśmiechnęła się wymuszenie z miną, jakby lada moment miała się rozsypać. – Ani pracy, ani tożsamości. Gdyby policjanci przyjrzeli się dokładniej, zauważyliby na odznace adnotację o emeryturze. Ludzie, których uważałam za przyjaciół, nie odzywają się do mnie, jestem jak trędowata. Po powrocie do Atlanty zadzwoniłam do tutejszej siedziby Zakonu i poprosiłam Shane’a. Przejął zbrojownię, kiedy odeszłam, a zostawiłam parę sztuk prywatnej broni. Chciałam ją odzyskać.

Shane był typowym rycerzem, bez zobowiązań, bez rodziny, w najlepszej kondycji fizycznej, kompetentny, pryncypialny. Ode mnie trzymał się na dystans, nie umiejąc umieścić mnie nigdzie konkretnie w hierarchii Zakonu, ale z Andreą mu się układało. Zgodnie współpracowali, a nawet darzyli się sympatią.

– I co tam u niego? – zapytałam.

Oczy Andrei zaiskrzyły oburzeniem.

– Nie chciał ze mną rozmawiać. Wiem, że był w pracy, bo Maxine odebrała mój telefon i wiesz, że mówi takim nieobecnym tonem, kiedy jednocześnie rozmawia z kimś telepatycznie? No to właśnie tak było. Pewnie pytała go, czy odbierze, a potem powiedziała, żeby zostawić dla niego wiadomość. A Shane nie oddzwonił.

– Shane to dupek – oświadczyłam stanowczo. – Raz wracałam na mule z pracy, a lało, jakby ktoś wiadrami chlustał, prawie nic nie widziałam przez deszcz i wyobraź sobie, że widzę, jak biega sobie w pełnym rynsztunku. Zapytałam, po co to robi, a on, że ma wolne, więc postanowił potrenować, żeby poprawić swój czas o dwadzieścia sekund i wyrównać wynik do okrągłych trzystu na skali PE. Facet nie ma własnego mózgu. Kiedy otwiera usta, wypada stamtąd regulamin Zakonu.

W prawdziwej walce te dwadzieścia sekund mniej w niczym by Shane’owi nie pomogło. Ja potrafiłabym zabić go w jedną. Traktował każde starcie jak pojedynek turniejowy, w którym liczy się zbieranie punktów. I pomimo jego bezspornej gorliwości Zakon też go rozgryzł. Wszyscy rycerze zaczynali karierę w randze obrońcy i mieli dziesięć lat na wykazanie się. Jeśli nie wyróżniali się niczym szczególnym, kończyli jako mistrzowie obrońcy, szeregowi pracownicy organizacji. Shane miał ambicje na więcej, ale po dziewięciu latach służby Ted nie wydawał się zainteresowany awansowaniem faceta.