Magia zabijaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Seria z Kate Daniels

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Epilog

Podziękowania

Ilona Andrews

Karta redakcyjna

Prolog


Seria z Kate Daniels:

1 Magia kąsa

2 Magia parzy

3 Magia uderza

4 Magia krwawi

5 Magia zabija

Helenie Kirk.

Dziękujemy Ci za czytanie naszych książek.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Prolog

Ze snu wyrwał mnie dzwonek telefonu. Rozwarłam oporne powieki i stoczyłam się z łóżka, z zaskoczeniem odkrywając, że ktoś obniżył podłogę. Grzmotnęłam z hukiem.

Auć.

Sponad materaca wyłoniła się blond czupryna, a znajomy męski głos zapytał:

– Nic ci nie jest?

Curran. Władca Bestii. W moim łóżku! Nie, zaraz, nie miałam przecież swojego łóżka. Moje mieszkanie zostało zdemolowane przez szaloną ciotkę. Zostałam towarzyszką Władcy Bestii, a to oznaczało, że znajdowałam się w Twierdzy, w apartamencie Currana, w jego łóżku. Naszym łóżku. Które miało ponad metr wysokości. No tak.

– Kate?

– Wszystko w porządku.

– Może mam ci zainstalować zjeżdżalnię?

Zbyłam go machnięciem ręki i odebrałam telefon.

– Tak?

– Dzień dobry, Małżonko.

Małżonko? A to nowość. Zazwyczaj zmiennokształtni zwracali się do mnie per „alfo” lub „pani”, rzadziej „towarzyszko”. Tytuł „towarzyszki” plasował się na mojej liście rzeczy znienawidzonych gdzieś pomiędzy piciem skisłego mleka a leczeniem kanałowym, dlatego też większość ludzi nauczyła się go unikać.

– Mam na linii sekretarkę dyrektora Parkera. Mówi, że to pilne.

Coś z Julie.

– Odbiorę.

Julie, obecnie moja podopieczna, dziewięć miesięcy temu „wynajęła” mnie do odszukania zaginionej matki. Znalazłam matkę, niestety martwą. Została pożarta przez celtyckie demony morskie, które postanowiły pojawić się w Atlancie i wskrzesić niedoszłego bożka. Nie skończyło się to dobrze dla demonów. Dla Julie także nie, dlatego wzięłam ją pod skrzydła. Tak samo niegdyś mną po śmierci ojczyma zajął się mój nieżyjący już opiekun, Greg.

Ludzie wokół mnie umierali, zazwyczaj straszną, gwałtowną śmiercią, dlatego odesłałam dziewczynkę do szkoły z internatem, najlepszej, jaką udało mi się znaleźć. Problem w tym, że Julie nienawidziła szkoły z siłą żaru tysiąca słońc. W ciągu tego półrocza uciekła stamtąd już trzy razy. Ostatnio dostałam telefon od dyrekcji, ponieważ jakaś dziewczyna zwyzywała Julie w szatni, twierdząc, że ta, mieszkając przez dwa lata na ulicy, była dziwką. Mój dzieciak dał wyraz swej urazie, przykładając oszczerczyni krzesłem w łeb. Pouczyłam ją, żeby następnym razem celowała w brzuch, bo wtedy zostaje mniej śladów. Telefon od samego Parkera oznaczał, że Julie znów wpadła w tarapaty, a telefon o szóstej rano zwiastował tarapaty przez wielkie T. Julie nie robiła nic na pół gwizdka.

Sypialnia tonęła w mroku. Nasze pokoje znajdowały się na najwyższej kondygnacji Twierdzy. Z okna po lewej roztaczał się widok na tereny należące do Gromady, bezkresne, nietknięte świtem niebo, a pod nim uczerniony nocą las. W oddali linię horyzontu załamywały zarysy ruin miasta upstrzonego błękitnymi punkcikami silnych, przemysłowych feylatarń. Magia była w wyżu. Dobrze, że tym razem nie zakłóciła działania telefonów. Od zabezpieczającej okno osłony odbijała się poświata księżyca, zasnuwając pejzaż skrzącym się srebrzyście welonem.

– Małżonko? – odezwał się znów kobiecy głos.

– Tak?

– Sekretarka przełączyła mnie na czekanie.

– Dzwoni w pilnej sprawie i każe przełączyć na czekanie?

– Tak.

Dupek.

– Mam się rozłączyć?

– Nie, zaczekam.

Puls świata skoczył odrobinę. Osłona w oknie zniknęła. W ścianie rozległo się bzyczenie, lampa podłogowa zamigotała i zaświeciła się. Pstryknęłam wyłącznikiem.

Migoczące w oddali błękitne gwiazdki feylatarń zgasły. Na mgnienie oka miasto pogrążyło się w ciemności, a potem pomiędzy ruinami błysnęło coś, co zaraz rozkwitło w eksplozję światła i ognia. Ułamek sekundy później przez noc przetoczył się grzmot. Prawdopodobnie w chwili cofnięcia się magii wybuchł jakiś transformator. Widnokrąg rozjarzył się czerwonawą łuną. Przypominała wschód słońca, tyle że ono zwykle nie wstawało na południowym zachodzie. Wytężyłam wzrok. Tak, Atlanta płonęła. Znowu.

Magia odpłynęła, a panowanie nad światem jeszcze raz przejęła technika. Nazywano to efektem postprzesunięciowym. Magia przychodziła i odchodziła wedle swego upodobania. Zalewała świat niczym fala tsunami, przynosząc do naszej rzeczywistości dziwne monstra, zatrzymując silniki, unieruchamiając broń palną, pożerając wysokie budynki, a potem cofała się bez ostrzeżenia. Nikt nie wiedział, kiedy nadejdzie przypływ ani jak długo będzie trwał. W końcu kiedyś magia miała zwyciężyć w tej wojnie, ale na razie technika walczyła zaciekle, a my tkwiliśmy pośród tego chaosu, usiłując odbudować na wpół zniszczony świat, dostosowując go do nowych reguł.

W słuchawce kliknęło i zadudnił baryton Parkera.

– Dzień dobry, pani Daniels. Dzwonię, aby poinformować, że Julie opuściła teren szkoły.

O nie. Znowu? Curran otoczył mnie ramionami i przyciągnął do siebie. Oparłam się o niego.

– Jak?

– Wysłała się.

– Słucham?

Parker odchrząknął.

– Jak pani wie, nasi uczniowie zobowiązani są przeznaczyć dwie godziny dziennie na pracę na rzecz szkoły. Julie wykonywała obowiązki w sali pocztowej. Uznaliśmy, że to najlepsze miejsce, gdyż Julie pozostawała pod niemal stałą obserwacją, a z tej sali nie da się wyjść na zewnątrz. Wygląda na to, że zdobyła dużą skrzynię, sfałszowała druk nadania przesyłki i wysłała się w paczce.

Curran zachichotał mi w ucho. Odwróciłam się i kilkakrotnie uderzyłam czołem o jego pierś – chwilowo jedyną twardą powierzchnię pod ręką.

– Skrzynię znaleźliśmy nieopodal linii geomantycznej – dokończył dyrektor.

Przynajmniej miała na tyle rozsądku, że wydostała się z pudła, zanim zostało ono wepchnięte w nurt magii. Z moim szczęściem skończyłaby pewnie na przylądku Horn.

– Jej nieobecność nie potrwa długo – zapewniłam dyrektora. – Przywiozę ją najpóźniej za dwa dni.

– To nie będzie konieczne – oświadczył Parker ostrożnie.

– Jak to?

– Proszę zrozumieć, pani Daniels, jesteśmy instytucją edukacyjną, a nie zakładem penitencjarnym. Julie uciekła już trzykrotnie w ciągu ostatniego roku szkolnego. Jest bardzo bystrym dzieckiem, niezwykle pomysłowym, a trudno nie zauważyć, że nie chce tu być. Trzeba by kajdan, żeby ją tu zatrzymać, choć wątpię, czy nawet to by pomogło. Rozmawiałem z nią po ostatnim takim wybryku i uważam, że nie zaprzestanie ucieczek. Nie chce należeć do naszej społeczności, a trzymanie jej tu wbrew woli wymagałoby znacznych nakładów finansowych. Nie możemy pozwolić sobie na branie odpowiedzialności za urazy, jakich Julie mogłaby doznać podczas kolejnych prób ucieczki. Oczywiście zwrócimy część niewykorzystanego czesnego. Bardzo mi przykro.

 

Gdyby się dało, udusiłabym go przez telefon. A z drugiej strony, gdybym posiadała takie zdalne moce, zabrałabym Julie z miejsca, w którym aktualnie się znajdowała, i przeniosła tutaj. Tak bym jej dała popalić, że zaraz zaczęłaby błagać o odesłanie do tej cholernej szkoły.

Parker ponownie odchrząknął.

– Mam tu przed sobą listę innych placówek edukacyjnych, które mógłbym polecić...

– To nie będzie konieczne – przerwałam mu i odłożyłam słuchawkę.

Też miałam taką listę. Zrobiłam ją już po pierwszej ucieczce Julie. Odrzuciła wszystkie propozycje.

Twarz Currana rozciągnęła się w szerokim uśmiechu.

– To nie jest śmieszne.

– Jest, i to bardzo. Poza tym tak będzie lepiej.

Porwałam dżinsy z krzesła i ubrałam się szybko.

– Wykopali mi dzieciaka ze szkoły, co w tym dobrego?

– Gdzie się wybierasz?

– Znajdę ją, uziemię na tak długo, że zapomni, jak wygląda słońce, a potem pojadę do tej szkoły i nogi im z tyłków powyrywam.

Curran roześmiał się wesoło.

– To nie jest śmieszne.

– To też nie ich wina. Chcieli jej pomóc, dali sporo luzu. Dziewczyna nie znosi tej szkoły. W ogóle niepotrzebnie ją tam odesłałaś.

– Wielkie dzięki, Wasza Sierściastość, za wnikliwą krytykę moich metod wychowawczych.

– To nie krytyka, a stwierdzenie faktu. Wiesz, gdzie Julie jest teraz? Nie. Za to wiesz, gdzie jej nie ma, ani w szkole, ani tutaj.

Przyganiał kocioł garnkowi.

– Z tego, co pamiętam, sam nie wiedziałeś przez cały tydzień, gdzie podziewa się twój szef ochrony wraz z całą ekipą – odpaliłam, zakładając golf.

– Wiedziałem, wiedziałem. Byli z tobą. Załatwiłbym wszystko jak trzeba, ale pewien niedoszły gladiator wsadził swoje trzy grosze w mój bajzel i zmienił niewielki problem w katastrofę.

Wzięłam miecz.

– Nieprawda, to właśnie ja uratowałam sytuację. Tylko że ty nie chcesz tego przyznać.

Curran pochylił się do przodu.

– Kate.

Na dźwięk imienia zatrzymałam się w pół obrotu. Nie miałam pojęcia, jak to robił, ale za każdym razem, kiedy wypowiadał moje imię, przyciągał całą moją uwagę tak, że rzucałam wszystko inne. Zupełnie jakby przytulał mnie do siebie i całował. Pogładził mnie po ramionach.

– Odłóż na chwilę ten miecz.

Dobra. Odłożyłam Zabójcę na nocną szafkę, po czym skrzyżowałam ramiona na piersiach.

– Zrób mi tę przyjemność i powiedz, co złego w tym, żeby Julie tu z nami mieszkała? Ma już swój pokój. Ma też przyjaciółkę, tę cioteczną wnuczkę Doolittle’a, naprawdę się polubiły.

– Maddie.

– Tak, Maddie. Gromada to półtora tysiąca zmiennokształtnych, jeden dzieciak z problemami niczego nie popsuje.

– Nie o to chodzi.

– A o co?

– Moi bliscy giną, Curran. Padają jak muchy. Idę przez życie, zostawiając za sobą ścieżkę usłaną trupami. Moja matka nie żyje, ojczym, opiekun, ciotkę zabiłam własnoręcznie, a mój prawdziwy ojciec poruszy niebo i ziemię, żeby mnie znaleźć i zabić. Nie chcę, żeby życie Julie polegało tylko na przetrwaniu od jednej krwawej awantury do drugiej, nie chcę, żeby wiecznie bała się o bliskich. Ty i ja nigdy nie będziemy żyć normalnie, ale ona ma na to szansę, jeśli zostanie w tej szkole.

Curran wzruszył ramionami.

– Tylko ci, którzy nie dostrzegają piekła wokół siebie, mogą mieć normalność. Julie jej nie pragnie. Prawdopodobnie nie wiedziałaby, co z nią zrobić. Wyjdzie z tej szkoły i zaraz skoczy w ogień, żeby udowodnić sobie, że zniesie żar. Zrobi to w ten czy inny sposób, ale zrobi. Trzymanie jej pod kloszem sprawi tylko, że nie będzie gotowa na samodzielność.

Oparłam się o szafkę przy łóżku.

– Chcę tylko, żeby była bezpieczna. Nie chcę, żeby stało jej się coś złego.

Curran przyciągnął mnie do siebie.

– Tu będzie bezpieczna. Może chodzić do jednej z naszych szkół albo do którejś w mieście. Jest twoja, ale teraz jesteśmy parą, więc jest również moja, a to znaczy, że znajduje się pod ochroną Władcy Bestii i jego towarzyszki. Uwierz mi, nikt nie będzie chciał z nami zadzierać. Poza tym w Twierdzy przebywają zawsze trzy setki zmiennokształtnych, a każdy jeden z miejsca zabije istotę, która by jej zagroziła. Gdzie indziej będzie bezpieczniejsza?

Miał rację. Nie mogłam mieszkać z Julie w starym bloku z zepsutym ogrzewaniem. Za każdym razem, kiedy prowadziłam jakąś sprawę, apartament znajdował się pod obstrzałem. Poza tym pracowałam wtedy dla Zakonu Rycerzy Miłosiernej Pomocy, a to pochłaniało niemal cały mój czas. Julie przez większość dnia byłaby zdana na siebie, nie mogłam się o nią zatroszczyć, dopilnować, żeby zjadła i była bezpieczna. Teraz to co innego. Teraz Julie mogła mieszkać ze mną w Twierdzy pełnej śmiertelnie groźnych szaleńców o kłach wielkości sztyletów, którzy, czując zagrożenie, wpadali w morderczy amok.

Jakoś mnie ta wizja nie uspokoiła.

– Jeśli chcesz, żeby umiała sobie sama poradzić, i tak będziesz musiała ją wyszkolić – dodał.

I znów miał rację. Zdawałam sobie z tego sprawę, ale wcale mi się to nie podobało.

– Do Macon jest stąd ponad sto pięćdziesiąt kilometrów, tak?

– Mniej więcej.

– Będzie się trzymała z dala od linii geomantycznych i ma przy sobie tojad.

– A to czemu? – Curran zmarszczył brwi.

– Bo ostatnim razem, kiedy uciekła, Derek znalazł ją przy jednej z platform na linii geomantycznej i przywiózł tu dżipem Gromady. Po drodze zatrzymał się nawet na kurczaka i lody. Bawiła się doskonale, więc ostrzegłam Julie, że następnym razem nawet nie zbliży się do Twierdzy. Powiedziałam, że znajdę ją sama albo wyślę kogoś, kto odwiezie ją prosto do szkoły. Żadnej Twierdzy, spędzania czasu ze mną czy Derekiem, plotkowania z Maddie, żadnego przechodzenia przez start i żadnej premii. Nie chce zostać złapana, więc będzie szła pieszo.

– Muszę przyznać, że jest uparta – uśmiechnął się Curran.

– Mógłbyś wysłać za Julie tropiciela? Tak, żeby jej pilnował, ale się nie pokazywał?

– Co kombinujesz?

– Niech się przejdzie. Sto pięćdziesiąt kilometrów w trudnym terenie to parę dni marszu.

Kiedy byłam dzieckiem, mój przybrany ojciec, Voron, wywoził mnie w głąb lasu i zostawiał z manierką wody oraz nożem. Julie to nie ja, ale jest bystra i umiała przetrwać na ulicy. Nie miałam wątpliwości, że da radę sama dotrzeć do Twierdzy. Mimo to wolałam dmuchać na zimne.

– Upiekę dwie pieczenie przy jednym ogniu. Przede wszystkim dostanie nauczkę za uciekanie, a kiedy przyjdzie i dowie się, że może zostać, będzie czuła, jakby ciężko na to zapracowała.

– Wyślę parę wilków. Odnajdą ją i przypilnują.

Pocałowałam Currana w usta i wzięłam miecz.

– Dziękuję. Tylko powiedz im, że jeśli będą musieli podwieźć Julie, mają nie rozpieszczać jej smażonymi kurczakami.

– Tego ci nie obiecam. – Curran pokręcił głową. – Nie jestem taką bestią.

Rozdział 1

Moje biuro mieściło się w przysadzistym, solidnym budynku przy ulicy Jeremiasza, w północno-wschodniej części miasta. Ulica Jeremiasza nosiła nazwę Północnej Arkadii aż do dnia, kiedy jakiś kaznodzieja z Południa wyszedł na jej skrzyżowanie z Ponce de Leon i zaczął wykrzykiwać coś o ogniu piekielnym i potępieniu. Twierdząc, że jest drugim Jeremiaszem, domagał się, by przechodnie kajali się i przestali oddawać cześć bałwanom. Zignorowany przez tłum, ściągnął deszcz meteorów, którym zrównał z ziemią dwa kwartały. Zanim snajper z Policyjnego Wydziału Kontroli Zjawisk Paranormalnych zdjął go strzałem z kuszy, ulica zmieniła się w dymiące zgliszcza. A ponieważ trzeba było odbudować ją od podstaw, została nazwana imieniem człowieka, który dokonał zniszczeń. Musiała w tym tkwić jakaś metoda, ale nie chciało mi się jej doszukiwać.

Stanowiąca niegdyś część satelitarnego miasta Decatur, obecnie zaś fragment chaotycznego rumowiska, jakim była Atlanta, ulica Jeremiasza nie była tak ludna jak Ponce de Leon, ale znajdujące się nieopodal warsztaty naprawcze i duży autoserwis sprawiały, że moje biuro mijało wielu przechodniów. Zostawiłam dżipa na jałowym biegu, wysiadłam, zdjęłam łańcuch odgradzający parking i wjechałam na placyk.

Biuro musiało być kiedyś budynkiem mieszkalnym. Boczne drzwi z parkingu prowadziły wprost do niewielkiej, acz funkcjonalnej kuchni, z której z kolei przechodziło się do dużego, głównego pomieszczenia. Z tyłu znajdowały się drewniane schody wiodące na piętro. Górna kondygnacja stanowiła otwartą przestrzeń. Na dole, z głównego pomieszczenia wchodziło się do kilku niewielkich pokoi, które służyły mi za składziki ziół i ekwipunku. A chwilowo przede wszystkim kurzu.

Odłożywszy torbę na blat, spojrzałam na wyświetlacz automatycznej sekretarki. Jedno wielkie nic. Żadnych wiadomości. A to niespodzianka.

Podeszłam do okna i podniosłam rolety. Do środka wpadło poranne światło, poszatkowane grubymi prętami żelaznych okiennych krat. Otworzyłam drzwi na wypadek przybycia potencjalnego klienta. Drzwi były duże, masywne, wzmacniane stalą. Wyobrażałam sobie, że gdyby ktoś strzelił w nie z armaty, kula odbiłaby się i potoczyła po ulicy.

Poszłam do kuchni, włączyłam ekspres, wróciłam do biurka i klapnęłam na krześle. Na blacie leżał stos rachunków. Spiorunowałam je wzrokiem, ale niestety nie uciekły z krzykiem w popłochu.

Westchnąwszy, dobyłam noża do rzucania i zaczęłam rozcinać szare koperty. Rachunek za prąd. Rachunek za wodę. Rachunek za naładowane powietrze do feylatarń. Rachunek za wywóz śmieci. Ten ostatni wraz z groźbą podjęcia nieodwracalnych działań, jeśli nie zapłacę. Kolejna koperta od odbiorcy śmieci, zawierająca zwrot czeku. Firma, mimo licznych wyjaśnień, uparcie przypisywała mi nazwisko Donovan, a gdy zapłaciłam, nie potrafiła odnaleźć mojego indywidualnego konta. Nie pomogło nawet wpisanie na czeku prawidłowego numeru rachunku.

Już dwukrotnie przechodziłam z nimi tę całą kołomyję i zaczęłam podejrzewać, że gdybym wparowała do ich biura i wyryła swoje nazwisko mieczem na ścianie, i tak nic by to nie dało.

Odchyliłam się na oparcie. Siedzenie w biurze mnie przygnębiało. Wcześniej nie miałam swojej firmy. Pracowałam dla Gildii Najemników, a to ograniczało się do eliminowania magicznego zagrożenia, inkasowania zapłaty i niezadawania pytań. Robota dla Zakonu Rycerzy Miłosiernej Pomocy różniła się tylko tym, że należało działać według ściśle określonych zasad. Jednak nasze drogi rozeszły się, w wyniku czego prowadziłam teraz firmę detektywistyczną Ostre Cięcie. Działalność oficjalnie otworzyła swe podwoje miesiąc temu. Posiadałam odpowiednią reputację na ulicy i przyzwoite kontakty. Dałam ogłoszenie w gazecie, rozpuściłam wici, ale jak do tej pory nie dostałam ani jednego marnego zlecenia.

Doprowadzało mnie to do szału. Musiałam korzystać z finansowania Gromady, a ta miała pokrywać moje wydatki tylko przez rok. W dodatku zainwestowali w mój biznes nie ze względu na moje umiejętności i skuteczność, ani też dlatego, że przez jakiś czas posiadałam status Przyjaciela Gromady. Pożyczki udzielili mi dlatego, że byłam towarzyszką Currana, co czyniło ze mnie automatycznie alfę Gromady. Jak na razie Ostre Cięcie zakrawało na biznes-zabawkę, jakie bogaci mężowie zakładali dla swoich znudzonych żon. A ja, do licha, chciałam, żeby interes wypalił. Chciałam, żeby przynosił dochody, żebym mogła stanąć na własnych nogach. Byłam tak zdesperowana, że w razie dalszego zastoju zamierzałam biegać po ulicach, wykrzykując „Liiikwidacja, liikwidacja stworów, niedrogo!”. Może jakiś litościwy człek cisnąłby mi grosik.

Zadzwonił telefon. Popatrzyłam podejrzliwie na aparat. Nigdy nic nie wiadomo. Może to podstęp?

Kolejny dzwonek. Podniosłam słuchawkę.

– Ostre Cięcie.

– Kate. – W chrapliwym głosie wibrowało napięcie.

Długa przerwa w zabijaniu.

– Witaj, Ghastek. – Jakiż to interes mógł mieć do mnie najpotężniejszy Pan Umarłych w Atlancie?

 

Kiedy ofiara wirusa Immortuus umierała, przepadało jej ego i umysł, pozostawiając pustą skorupę, superszybką, supersilną, śmiertelnie groźną, napędzaną jedynie żądzą krwi. Panowie Umarłych przejmowali władzę nad skorupą i kierowali nią jak zdalnie sterowanym samochodzikiem. Narzucali każdy ruch mięśni wampira, patrzyli jego oczyma, słyszeli uszami i przemawiali jego ustami. W rękach utalentowanego nawigatora wampir stawał się istotą wprost z ludzkich koszmarów. Ghastek, podobnie jak dziewięćdziesiąt procent nawigatorów, pracował dla Rodu, obrzydliwej hybrydy sekty, korporacji i instytucji naukowo-badawczej. Nienawidziłam Rodu zajadle, a ich przywódcy Rolanda jeszcze bardziej.

Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Skoro dzwonił, to znaczy, że potrzebował przysługi, a co za tym idzie, będzie moim dłużnikiem. W mojej profesji taki dłużnik jak Pan Umarłych to przydatna sprawa.

– Co mogę dla ciebie zrobić?

– W twoją stronę zmierza wampir luzem.

O cholera! Pozbawione nawigatora wampiry żądza krwi przyprawiała o morderczy szał, zabijały, co popadło. Niekontrolowany krwiopijca w pół minuty był w stanie dokonać masakry kilkunastu ludzi.

– Co mam zrobić?

– Ścigam ją, ale jest kilkanaście kilometrów przede mną. Musisz ją zatrzymać do mojego przybycia.

– Skąd idzie?

– Od północnego zachodu. Zaczekaj, Kate, postaraj się jej nie uszkodzić. Jest niezwykle cenna...

Rzuciłam słuchawkę i wybiegłam z biura wprost na boleśnie zimne powietrze. Ulica była pełna ludzi, robotników, sklepikarzy, przypadkowych przechodniów spieszących do domów – jedzenia. Nabrałam lodowatego tchu i wrzasnęłam:

– Wampir! Bezpański wampir! Uciekać!

Przez ułamek sekundy nic się nie działo, a potem nagle ludzie rozpierzchli się jak ławica ryb przed rekinem. W mgnieniu oka zostałam sama. Łańcuch zamykający parking leżał zwinięty pod ścianą budynku. Doskonale.

W dwie sekundy byłam na parkingu.

Sekunda na porwanie łańcucha z ziemi.

Trzy kolejne na zawleczenie go pod stare drzewo.

Zbyt wolno.

Pospiesznie umocowałam łańcuch do pnia i za pomocą kłódki zrobiłam na końcu pętlę. Potrzebowałam jeszcze krwi na przynętę dla wampira. Dużo, dużo krwi.

Zza rogu wyjechał wóz ciągnięty przez dwa woły. Pognałam ku nim, wyszarpując po drodze nóż. Furman, starszy Latynos, szybko otrząsnął się z zaskoczenia na mój widok i sięgnął po leżącą na koźle strzelbę.

– Uciekaj! – krzyknęłam. – Bezpański wampir!

Kiedy woźnica gramolił się z wózka, ja przejechałam nożem po grzbiecie wołu, po czym przyłożyłam ręce do rany, nurzając je we krwi.

Wół zaryczał z bólu i jak oszalały skoczył naprzód, ciągnąc za sobą drugie zwierzę oraz łomoczący wózek.

Chwyciłam za pętlę łańcucha.

Z dachu zeskoczyła wychudła postać obciągnięta skórą tak ciasno, że wyraźnie widać było upakowane pod nią gruzły mięśni poprzecinane ścięgnami i naczyniami. Wampir wylądował na chodniku na czworaka, z rozpędu przebiegł kawałek, skrobiąc długimi szponami o asfalt, po czym obrócił się. Z potwornego oblicza łypały na mnie szkarłatne ślepia. Masywne szczęki rozwarły się, ukazując ostre kły, których biel kontrastowała ostro z czernią paszczy.

Machnęłam rękami, wyrzucając w powietrze deszcz kropelek krwi.

Wampir zaatakował.

Wabiony upojnym zapachem pognał ku mnie z nadnaturalną szybkością, jakby płynął nad ziemią. Czekałam. Słyszałam ogłuszający łomot własnego serca. Miałam tylko jedną szansę.

Wreszcie dał susa i, pokonując w powietrzu dzielące nas metry, zbliżał się z rozcapierzonymi kończynami i wyciągniętymi szponami.

Zarzuciłam mu pętlę na szyję.

Cielsko runęło na mnie, przewróciło. Przetoczyłam się błyskawicznie i zerwałam na równe nogi. Wampir rzucił się na mnie, ale pętla zacisnęła się na jego szyi i z gwałtownym szarpnięciem ściągnęła na ziemię. Krwiopijca odbił się sprężyście i zaczął miotać na łańcuchu niczym zdziczały kot na chwytaku hycla. Odsunęłam się parę kroków i odetchnęłam głęboko.

Wampir przekręcił się i rzucił w moim kierunku. Drzewo zatrzęsło się, zatrzeszczało. Stwór zaczął tarmosić pętlę, szarpiąc szponami gardło. Spod pazurów tryskała krew.

Wyglądało na to, że albo wyrwie drzewo, albo przetnie sobie szyję łańcuchem.

Znowu skoczył, w połowie susa naprężony łańcuch pociągnął go w dół. Po tym upadku pozbierał się, usiadł, w jego oczach błysnęła inteligencja. Wielkie szczęki rozchyliły się, a z gardła wydobył głos Ghasteka.

– Łańcuch?

– Nie ma za co. – Rychło w czas. – Musiałam skaleczyć wołu, żeby ściągnąć na siebie uwagę wampira. Zapłacisz właścicielowi za szkody. – Woły stanowiły źródło utrzymania wozaka i nie widziałam powodu, żeby chłop cierpiał przez nieudolność Rodu.

– Oczywiście.

Aha, już widzę to twoje „oczywiście”. Wół kosztował tysiaka. Wampir, szczególnie tak stary jak ten, trzydzieści razy więcej.

Krwiopijca przykucnął w śniegu.

– Jakim cudem zdołałaś uwięzić ją na łańcuchu?

– Posiadam nadludzkie umiejętności.

Miałam ochotę się o coś oprzeć, ale okazywanie słabości przed Ghastekiem nie było mądrym pomysłem. Równie dobrze mogłabym pomachać pieczenią przed nosem wściekłego wilka. Twarz mnie paliła, ręce zlodowaciały, na języku czułam gorzkawy posmak. Opadała ze mnie adrenalina.

– Co to, u diabła, miało być?

– Jedna z czeladniczek Roweny zemdlała – odparł Ghastek. – Jest w ciąży. Zdarza się. Oczywiście dostała zakaz nawigowania.

Czeladnicy, Panowie Umarłych w trakcie praktyki, dobrze wiedzieli, że jeśli stracą kontrolę nad wampirem, może się to skończyć jatką w mieście. Mieli nerwy jak piloci myśliwców sprzed Przesunięcia. Nie mdleli. Coś było na rzeczy, jednak Ghastek dał mi tonem do zrozumienia, że potrzebowałabym zespołu prawników i średniowiecznej machiny tortur, żeby wydobyć z niego więcej informacji. Niech mu będzie. Im mniej kontaktów z Rodem, tym dla mnie lepiej.

– Zabiła kogoś?

– Nie, nie było ofiar.

Mój puls nareszcie zwolnił.

W oddali zza zakrętu wyskoczył humvee i pędził ku nam z zawrotną prędkością.

Opancerzony niczym czołg, miał zainstalowany na dachu M240B, uniwersalny karabin maszynowy. Jednostka Szybkiego Reagowania PWKZP. PWKZP był formacją należącą do atlanckich Sił Specjalnych, zajmującą się zagrożeniami magicznymi. Jednostka Szybkiego Reagowania stanowiła odpowiednik SWAT-u. Najpierw strzelali, a dopiero później sprawdzali resztki ciał ofiar.

– Oho, kawaleria nadjeżdża – zauważyłam.

Wampir skrzywił się, odwzorowując minę Ghasteka.

– Jasne. Przygotowali się na wampirze łowy, a teraz nie będą mieli do kogo postrzelać z tej swojej wielkiej pukawki. Kate, mogłabyś podejść bliżej? Inaczej i tak ją zabiją.

To jakiś kosmiczny żart. Przysunęłam się do wampira, osłaniając go sobą.

– Masz u mnie dług.

– Zaiste. – Krwiopijca wstał i zaczął wymachiwać górnymi kończynami. – Nie strzelajcie. Sytuacja opanowana.

Z jednej z przecznic wyjechał czarny SUV. Oba samochody jednocześnie zatrzymały się przed nami z piskiem opon. Humvee wypluł czterech gliniarzy w niebieskich mundurach PWKZP i pełnym rynsztunku bojowym. Najwyższy wycelował broń w wampira.

– Co wy wyprawiacie? – warknął. – Mogliście wymordować pół miasta!

Drzwi SUV-a otworzyły się i z samochodu wysiadł Ghastek. Szczupły, złowieszczy, miał na sobie idealnie dopasowany szary garnitur w ledwie widoczny prążek. Zza niego wyłonili się jeszcze trzej członkowie Rodu, mężczyzna, szczupła brunetka i ruda dziewczyna, ledwie dorosła na tyle, by nosić w ogóle garnitur. Cała trójka była tak wymuskana, że na konferencji na najwyższym szczeblu wyglądałaby jak w domu.

– Nie popadajmy w przesadę. – Ghastek podszedł do wampira. – Nikt nie zginął.

– Nie dzięki tobie. – Gliniarz nie spieszył się z opuszczeniem broni.

– Nie stanowi już żadnego zagrożenia – zapewnił Ghastek. – Pozwólcie, że zademonstruję. – Wampir ukłonił się grzecznie.

Członkowie oddziału PWKZP jak jeden mąż spurpurowieli ze złości.

Zaczęłam się wycofywać w stronę biura. Chciałam zdążyć zniknąć, zanim postanowią wplątać mnie w ten bajzel.

– Widzicie? Posiadam nad tym umarłym pełną kon... – Oczy Ghasteka uciekły w tył głowy, żuchwa opadła bezwładnie. Pan Umarłych stał jeszcze przez długą sekundę, a potem zachwiał się i runął bez ducha w brudny śnieg.

Ślepia wampira rozjarzyły się czerwono żądzą mordu. Szczęki rozwarły się, ukazując rzędy białych kłów.

Oddział PWKZP otworzył ogień.