Magia uderzaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 8

Półokrągłe tarasowe foyer wypełnione było zaledwie w jednej trzeciej. Większość światła dawały świece ustawione po kilka na niewielkich, okrągłych stolikach. Tylną ścianę tworzyła ogromna, panoramiczna szyba wychodząca na parking, za którym leżało pogrążone w ciemnościach miasto.

Podchodząc do stolika przy oknie, zlustrowałam obecnych. Szesnaście osób, w tym trzech ochroniarzy, cztery kobiety, dwie ciemnowłose, ale żadna nie wyglądała na zawodniczkę. Kiedy mój wzrok padł na mężczyznę siedzącego nieopodal, poczułam, jakby poraził mnie prąd, jakby przewód dotknął mego ramienia. Z pewnością ponad metr osiemdziesiąt, potężny, odziany w szarą, miękką skórę, w większości skrytą pod zgrzebnym płaszczem. Długie, ciemne włosy opadały na ramiona.

Przylgnął do mnie spojrzeniem. Jego jasnoniebieskie oczy emanowały siłą. Siedział w swobodnej pozie, rozluźniony. Gdyby ktoś nastąpił mu na stopę, pewnie uprzejmie przeprosiłby, że znalazł się na czyjejś drodze. Jednak coś w tym facecie sygnalizowało ogromną moc, zdolność do strasznej przemocy. Wiedział z absolutną pewnością, że jest w stanie zabić każdego w tym pomieszczeniu i świadomość ta przewyższała potrzebę udowadniania swoich możliwości.

Płyn w jego szklance był przejrzysty. Woda czy wódka? Woda oznaczała kogoś, kto chciał pozostać trzeźwy i przez to stanowił większe zagrożenie.

Saiman odsunął mi krzesło ustawione tyłem do mężczyzny.

– Gdzie indziej – syknęłam. Facet nie spuszczał ze mnie wzroku.

– Proszę?

– Inne krzesło.

Saiman płynnie przemieścił się na drugą stronę, powtarzając gest. Usiadłam. Saiman także zajął miejsce.

Podeszła kelnerka, zasłaniając mi widok. Saiman zamówił koniak.

– A dla damy? – zapytała kobieta.

Saiman już otwierał usta.

– Woda, bez lodu – ubiegłam go.

Saiman zmilczał. Kelnerka odeszła, odsłaniając ciemnowłosego gościa, który tymczasem zmienił odrobinę pozycję, aby lepiej nas widzieć. Spoglądał na mnie, jakby szukał czegoś w mojej twarzy. Przybrałam minę „ochroniarz”, jasno i wyraźnie mówiącą: „Proszę bardzo, możesz sobie patrzeć; tknij go, a zmiażdżę ci krtań”.

– Nie musisz udawać, że jesteś moją ochroną – zapewnił mnie Saiman.

– Nie musisz udawać, że jestem twoją dziewczyną. – Chodziło o zasady. Gdyby ktoś zabił go pod moim nosem, mogłabym spakować swoje zabawki i zająć się hodowlą świń.

– Nic na to nie poradzę, jesteś niesamowita.

– Czy w tym momencie powinnam omdleć?

Mężczyzna wstał, kierując się ku nam. Prawie metr dziewięćdziesiąt wzrostu. Zaalarmował mnie sposób, w jaki się poruszał, płynnie, jakby nie miał stawów. Szermierz. Doskonały fechtmistrz, biorąc pod uwagę grację przy takim wzroście. Wysoki, gibki, śmiertelnie niebezpieczny.

– Może zabrzmi to niegrzecznie, ale staranie się o twoje względy jest jak mecz koszykówki z jeżozwierzem. Żaden komplement nie pozostaje bez kary.

– Więc przestań komplementować.

Do foyer wszedł młody rudzielec. Zauważywszy go, szermierz przystanął w pół kroku. Młody człowiek zbliżył się do niego energicznie i powiedział coś cicho, postawą wyrażając do rozmówcy szacunek należny przełożonemu. Szermierz rzucił mi ostatnie spojrzenie i wyszedł.

Saiman zachichotał.

– Nie widzę w tym nic śmiesznego.

Kelnerka przyniosła napoje, wodę we flecie oraz ciemnobursztynowy napój w masywnej koniakówce z rżniętego kryształu. Saiman podniósł kieliszek za czaszkę, podgrzewając trunek i wciągnął powietrze, wdychając bukiet.

– To naturalne, że wzbudzamy zainteresowanie mężczyzn. Jesteś urzekającą kobietą. Zwracasz uwagę. Fascynujesz. Poza tym moje towarzystwo też ma swoje zalety. Jestem atrakcyjnym, szanowanym człowiekiem sukcesu. O wielkim majątku. Cieszę się tu nienaganną reputacją. Twoja uroda i moja pozycja tworzą intrygującą mieszankę. Przekonasz się jeszcze, jak pociągasz mężczyzn. Moglibyśmy być naprawdę zabójczym duetem...

Wyprostowałam rękę, wsuwając w dłoń szpilkę. Podałam Saimanowi.

– A to co?

– To szpilka.

– I co mam z nią zrobić?

Prosto do celu. Nazbyt łatwo.

– Przekłuj nią sobie głowę. Przesłania mi widok.

Drzwi otworzyły się i do pomieszczenia weszło dwóch mężczyzn. Wyższy, potężny, z wielką czaszką porośniętą króciutkim jeżykiem, szedł pewnie wyprostowany jak struna. Miał na sobie czarne spodnie, wojskowe buciory i nic poza tym. Wyraziste, czarne tatuaże na mocarnych ramionach wiły się w górę, rozciągając na tors i wyżej, na kark. Masa misternych wzorów. I wszystkie tego samego koloru.

Za nim postępował mężczyzna o włosach tak jasnych, że przypominały barwą cytrynę. Przycięte równo z uszami, falowały w nieładzie wokół wąskiej twarzy. Dziwna fryzura, jak na faceta, ale nie wyglądał w niej ani odrobinę kobieco.

– No i proszę. – Saiman rozparł się na krześle.

– Rozpruwacze?

– Tak. Ten w typie dzikusa to Cesare, to jego pseudonim. Ten drugi to Mart.

– A ich prawdziwe imiona? – Jeśli ktoś je znał, to właśnie mój towarzysz.

– Nie mam pojęcia – rzekł Saiman, sącząc koniak. – I to mnie niepokoi.

Rozpruwacze skręcili ku naszemu stolikowi.

– Mam na coś zwracać szczególną uwagę?

– Chcę wiedzieć, czy są ludźmi.

Przyjrzałam się badawczo Martowi. Szczupły, niemal chudy, w długim, rozpiętym szarym trenczu. Pod spodem nosił strój, który można było określić mianem kostiumu włamywacza – czarny, ściśle przylegający, zakrywający całe ciało, zaś na nogach miękkie buty. Gdyby nie obcisłość ubrania, nie dostrzegłabym napięcia mięśni, kiedy zbierał się do skoku. Wylądował na blacie naszego stolika.

Fantastyczny zmysł równowagi, nawet się nie zachwiał. Opadł na palce, stolik ledwie drgnął.

Patrzył przed siebie, prezentując mi ostro zarysowany profil. Bardzo jasne tęczówki z szarą obwódką, zdecydowanie ludzkie. Zwarty układ szkieletu, męski, bez śladu słabości. Wąskie kości, harmonijne, silne mięśnie. Długie kończyny stworzone do skakania. Żadnego dziwnego zapachu. Jak dla mnie człowiek, ale znałam Saimana długo i nie widziałam, żeby kiedyś się mylił. Coś go zastanawiało, ale co?

Jeśli masz wątpliwości, weź kij, szturchnij ul i zobacz, co wyleci. Klasnęłam.

– Nie wiedziałam, że Arena ma takie cheerleaderki. Możesz to powtórzyć? Tylko tym razem włóż w to więcej życia.

Mart odwrócił się, wbijając we mnie nieruchome spojrzenie. Zupełnie jakbym patrzyła w oczy jastrzębia; bystre, zwiastujące gwałtowną śmierć.

Udałam namysł i strzeliłam palcami.

– Wiem, czego ci brakuje. Pomponów!

Żadnej reakcji. Zdawał sobie sprawę, że go obrażam, ale nie był pewien, w jaki sposób.

Saiman zachichotał.

Mart nie spuszczał ze mnie wzroku. Miał idealną skórę. Zbyt idealną. Żadnych skaleczeń, zadrapań, blizn. Żadnych pieprzyków czy pryszczy. Jak polerowany na szkło alabaster.

– Co sprowadza pana na nasz stolik? – zapytał Saiman tonem konwersacji. Ani cienia zaniepokojenia. Musiałam przyznać, Saiman miał jaja.

Wytatuowany mężczyzna skrzyżował ręce na piersi. Nieproporcjonalnie długie kończyny nadawały mu tyczkowaty wygląd. Rzeźbione ramiona, twarde mięśnie, ale nie nazbyt rozbudowane. Wbił w Saimana wzrok.

– Przegrasz – rzucił, dobitnie wypowiadając słowa. Mówił niskim głosem ze śladami akcentu, którego nie potrafiłam zidentyfikować.

Powoli wyciągnęłam dłoń w kierunku twarzy Marta. Złapał mnie za rękę. Nawet nie dostrzegłam tego ruchu, po prostu nagle moje palce znalazły się w jego uchwycie. Żelazny uścisk. Błyskawiczna akcja. Był chyba szybszy ode mnie. To może być interesujące. Nie napinałam mięśni.

– Och, jaki jesteś silny. – Naprawdę był silny. Ale nie osłaniał się. Ciekawe, czy zdołałby zablokować moją rękę, gdybym stłukła kieliszek i wbiła mu tulipana w gardło. Kusiło mnie, żeby sprawdzić.

– Mart! – Głos Saimana zabrzmiał jak trzaśnięcie z bicza. – Uszkodź mi towar, a będziesz musiał go kupić.

Mart popatrzył na niego. Wyglądało to dziwacznie, bo odwrócił samą głowę jak sowa. Albo kot. Puścił moje palce. Zlekceważył mnie pewnie dlatego, że byłam kobietą ubraną w kolorową sukienkę.

Do foyer weszła ciemnowłosa dziewczyna. Młoda, najwyżej osiemnastoletnia. Rysy umiejscawiały jej pochodzenie w rejonach Delhi. Wielkie, ciemne oczy, pełny owal twarzy, zmysłowe usta, czarna fala włosów sięgających talii. Ubrana była w proste dżinsy oraz bluzę z długim rękawem, ale sposób poruszania się, lekko wydęte wargi, ściągnięte łopatki, postawa eksponująca biust sprawiały, że wyobrażałam ją sobie w sari. Egzotyczna hinduska księżniczka. Mężczyźni śledzili ją wzrokiem. Trzy do jednego, że była to Liwia, docelowa odbiorczyni liściku Dereka. Przestałam się dziwić, że młody wilkołak oszalał na jej punkcie.

Podeszła do stolika, przystając kilka kroków od nas.

– Asaan – rzekła do Marta, nie podnosząc na niego wzroku. – Pani cię woła.

Wytatuowany odsłonił zęby. Najwyraźniej popsuła mu zabawę w zastraszanie.

Dziewczyna spuściła niżej głowę.

Lada moment Rozpruwacze stąd pójdą, a razem z nimi zniknie moja szansa na przekazanie karteczki od Dereka. Co robić?

Dwie kobiety siedzące przy stoliku nieopodal wstały nagle, ruszając ku dyskretnym drzwiom w rogu, za którymi zapewne znajdowała się toaleta.

– Muszę iść do łazienki – oświadczyłam nieco może zbyt głośno. Podniosłam się, patrząc na dziewczynę. – Chodź ze mną, nie chcę iść sama.

Spojrzała, jakbym niespodziewanie zaczęła mówić po chińsku. Głupia dziewucha.

– Nie pójdę sama – powtórzyłam. – Tam mogą być zboczeńcy.

 

Wytatuowany ruchem głowy wskazał drzwi w kącie.

– No dobra – westchnęła.

W drodze dobiegł mnie głos wytatuowanego.

– Twoja dziewczyna będzie krzyczała, kiedy umrzesz.

– To groźba? – zaśmiał się Saiman.

– Obietnica.

Weszłyśmy do toalety. Odwróciła się do wyjścia natychmiast, gdy tylko ciężkie drzwi zamknęły się za nami.

– Proszę, wszystko w porządku. Idę, chyba że mam cię poprowadzić do kabiny za rękę?

– Jesteś Liwia?

– Tak. – Zamrugała zdziwiona.

– Jestem przyjaciółką Dereka.

Jakby otrzymała cios. Zachwiała się.

– Znasz Dereka?

Wyciągnęłam karteczkę.

– To do ciebie.

Wyrwała mi liścik i natychmiast zaczęła go czytać. Jej oczy się rozszerzyły. Zmięła papier, wrzucając go do otworu w blacie, pod którym znajdował się śmietnik.

– Masz jakieś kłopoty?

– Muszę iść. Zostanę ukarana, jeśli będę tu zbyt długo.

– Czekaj. – Chwyciłam ją za ramię. – Pomogę ci. Powiedz, o co chodzi.

– Nic nie możesz zrobić! Jesteś tylko dziwką. – Wywinęła się, rozdzierając przy tym rękaw swojej bluzy, pchnęła drzwi i wypadła.

Bywają chwile, kiedy przydaje się żmudny trening umysłu. Pomaga zachować trzeźwość, kiedy włóczysz się kanałami po uda w ściekach, polując na regenerującego się bez końca robaka impala. Powstrzymuje też od wrzasku, kiedy dwoje smarkatych idiotów zamierza popełnić samobójstwo z udziałem Rozpruwaczy, wszelkimi siłami unikając szansy na ocalenie.

Notka. Wyrzuciła ją. Dałam słowo, że nie przeczytam listu przed dostarczeniem, ale skoro Liwia już to zrobiła i wrzuciła do śmieci, karteczka stała się własnością ogółu. Ja byłam Anną Ogół, więc technicznie rzecz biorąc, mogłam do niej zajrzeć.

Dwie kobiety, które widziałam wcześniej, wyszły z kabin, kontynuując wymianę zdań na temat czyichś bicepsów. Minęły mnie, podchodząc do lustra, żeby poprawić i tak perfekcyjne makijaże.

Jeszcze raz przebiegłam w myślach tok mojego rozumowania. Trochę to naciągane, ale machnęłam na obiekcje.

Weszłam na blat i zanurzyłam dłoń w otworze. Palcami natrafiłam na kłęby mokrych ręczników papierowych.

Kobiety patrzyły, jakby nagle na głowie wyrósł mi żyrandol.

Uśmiechnęłam się grzecznie, wyjęłam rękę i zajrzałam do śmietnika. Płytki, szeroki pojemnik pełen papierowych chusteczek. Mogłabym sobie tam grzebać do jutra. Blat był marmurowy, ale szafka pod nim metalowa. W szafce znajdowały się drzwiczki umożliwiające dostęp do kosza. Szarpnęłam za uchwyt. Zamknięte.

Panie uznały, że najlepiej będzie ignorować moją dziwaczną aktywność i powróciły do swojej dyskusji anatomicznej.

Obejrzałam zamek. Otwieranie zamków nie było moją mocną stroną. Za to rozwalanie ich – owszem.

Cofnęłam się, żeby zrobić sobie miejsce na wymach. Dobrze, że blat umieszczono dość wysoko, trudno bowiem uderzyć nisko z odpowiednią siłą. Zrobiłam krok i kopnęłam w szafkę. Zadudniło. W drzwiczkach powstało wgniecenie, ale zamek trzymał.

Kobiety zamarły.

Kopnęłam ponownie, celując we wgniecenie. Łup.

Porządne te drzwiczki.

Łup.

Poddały się, spadając z hukiem na posadzkę. Uśmiechnęłam się do przerażonych kobiet.

– Wpadł mi tam pierścionek zaręczynowy. Wiecie, jak to jest. Dziewczyna zrobi wszystko dla diamentów.

Uciekły.

Wyjęłam kosz i zaczęłam go przeszukiwać. Ręcznik papierowy, chusteczka, zużyty tampon... Ble. Kto wrzuca tampony do kosza na papier? O, jest.

Rozprostowałam kartkę. „Dzisiaj przy Czerwonym Dachu o stałej porze”.

Kawałki układanki wskoczyły na swoje miejsce. Olśniewająco piękna dziewczyna, najwyraźniej własność zabójczej drużyny nieludzi, gladiatorów. Młody wilkołak z nadmiernie rozwiniętym instynktem opiekuńczym. Derek się zakochał – nic innego nie popchnęłoby chłopaka do złamania prawa Currana – i zamierzał ją uratować. I tym samym wskoczyć na zjeżdżalnię, na końcu której czekała go utrata klejnotów rodowych.

Dobra, kiedy to ta „zwykła pora” i który „Czerwony Dach”? Zajazdy „Czerwony Dach” były jedyną siecią hotelarską, która jeszcze funkcjonowała. Każda buda z pomalowanym na czerwono dachem była natychmiast rozpoznawana jako miejsce, gdzie można wynająć pokój. Problem w tym, że nie miałam pojęcia, gdzie w tym rejonie miasta znajduje się jakiś „Czerwony Dach”.

Rozpruwacze wyglądali mi na typy z lekką manią prześladowczą, co oznaczało, że najprawdopodobniej wyjadą z Atlanty zaraz po walce. Trzymali Liwię krótko, więc dłuższa jej nieobecność szybko zwróci ich uwagę. Derek był idiotą, ale bystrym idiotą. Na pewno zdawał sobie z tego sprawę. Spotkanie ustalił prawdopodobnie w pobliżu ich trasy powrotnej. W najlepszym razie porozmawiają tylko, a ona będzie mogła wrócić do swoich, nie wzbudzając podejrzeń. W najgorszym postara się o jakiś środek transportu, którym uciekną. Co doprowadzi do tragedii.

Wkopałam kosz pod blat, przystawiłam drzwiczki, poprawiłam sukienkę i wyszłam z łazienki.

Saiman siedział sam. Reakcją na moją długą nieobecność było uniesienie brwi – mina, którą podpatrzył u mnie – to oznaczało, że jest rozdrażniony. Ale nie na tyle, by nie wstać, kiedy podchodziłam do stolika.

– Jeszcze minuta i poprosiłbym kierownictwo o zorganizowanie grupy poszukiwawczej – skomentował.

– Ty jesteś kierownictwem.

– Nie, ja jestem właścicielem.

Touché.

– Co to za sprawa z tymi Rozpruwaczami?

– Chyba nie pojęłaś natury naszej umowy. – Zaoferował mi ramię. – Twoim zadaniem jest ocena drużyny. Masz obowiązek informować mnie o swoich spostrzeżeniach i zapewniam cię, że nie mogę się doczekać twojego sprawozdania. Aż drżę z niecierpliwości.

– Drżysz?

– Zaiste. Możemy już iść na salę?

Westchnąwszy, pozwoliłam wyprowadzić się z foyer. Byłam już zmęczona tym napięciem.

Rozdział 9

Weszliśmy na parter, do kolejnego eleganckiego holu z arkadami.

Saiman podszedł do jednego z łuków, pozornie losowo wybranego, i przytrzymał zasłonę, za którą znajdował się niewielki balkon. W półokrągłej loży otoczonej z przodu niewysoką barierką stały cztery wyściełane fotele. Balkon znajdował się blisko areny widowiskowej.

Weszłam do środka. Sala była zbyt wielka, by nazwać ją pomieszczeniem. Prostokątna, przestronna, miała co najmniej sto pięćdziesiąt metrów długości. Wokół rozmieszczono trzy rzędy balkonów, każdy mogący pomieścić sześciu–ośmiu widzów i zaopatrzony w osobne wejście, które, prawdopodobnie jak nasze, prowadziło na obszerny korytarz. Zarządcy próbowali w ten sposób zminimalizować groźbę stratowania w razie popłochu.

Ściany schodziły poniżej parteru. Wokół znajdującej się na poziomie piwnicy niecki nie było miejsc dla widowni. Nagi beton opadał lekko ku środkowi, tworząc pochyły pas okalający piaszczysty ring zabezpieczony dodatkowo gęsto ustawionymi stalowymi słupami, połączonymi sztywną siatką. Kocioł. Balkon, na którym się znajdowaliśmy, wystawał bardziej niż inne i gdybym się odpowiednio rozpędziła, mogłabym doskoczyć do ogrodzenia.

Trudno było mi oderwać wzrok od piaszczystej łachy. Odwróciłam głowę.

– Miejsca specjalne?

– Najlepsze. Najbliżej Kotła, a jednocześnie bezpiecznie. – Saiman wskazał w górę. Ponad naszymi głowami, ukryty od zewnątrz pluszową storą, widniał brzeg kraty. – Mogę ją opuścić jednym naciśnięciem dźwigni. Są też oczywiście dodatkowe zabezpieczenia. – Skierował wzrok w dół.

Na lewo od nas, na betonowej posadzce stał E-50, unowocześniona broń maszynowa umieszczona na obrotowej podstawie, obsługiwana przez dwóch czerwonogwardzistów. Nie znałam się zbyt dobrze na broni automatycznej, ale tę kojarzyłam – używały ich Wojskowe Oddziały Obrony przed Nadprzyrodzonymi, kiedy zaistniało zagrożenie ze strony zbiegłych wampirów. E-50 wystrzeliwała pociski średnicy pięćdziesięciu milimetrów na odległość blisko kilometra. W zasięgu sześciuset metrów tworzyła krąg śmierci. Na sto przebijała stalową płytę jak papier. Strzelała z maksymalną prędkością pięciuset pocisków na minutę. Oczywiście po takiej kilkuminutowej ciągłej serii topiła się lufa, ale nie miało to znaczenia, ponieważ jeśli nie zlikwidowało się wampira w ciągu pierwszych sekund, każda broń stawała się nieskuteczna.

Takie samo działko stało po drugiej stronie. Nic, co znalazłoby się pomiędzy nimi, nie miało szans na przeżycie. Niestety, broń ta działała, o ile działali obsługujący ją ludzie. Jeśli chciałabym wykręcić jakiś numer, najpierw pozbyłabym się strzelców.

Na wypadek odpływu techniki kolejne dwie jednostki gwardzistów rozstawiono nieco dalej od działek. Jedno stanowisko zaopatrzono w balistę, drugie w różnego rodzaju niepalną broń dalekiego zasięgu.

– Widzę, że ubezpieczyłeś się na wypadek powtórki wybryku Andorfa.

Jeśli Saiman był zaskoczony moją wiedzą na temat historii turniejów, nie pokazał tego po sobie.

– Owszem, nie zamierzamy pozwolić, by wydarzyło się coś podobnego. Ale zapewniam cię, że wielu zmiennokształtnych nadal bierze udział w zawodach.

– Jakim cudem? Wbrew zakazowi Władcy Bestii?

– Sprowadzamy zawodników spoza Gromady. Walczą, a potem wywozimy ich, zanim minie trzydniowy okres na zgłoszenie.

Wszyscy obcy zmiennokształtni w ciągu trzech dni od przyjazdu mieli obowiązek zwrócić się do władz Gromady o pozwolenie pobytu na jej terenie. Inaczej Gromada sama się do nich zgłaszała, z niezbyt przyjemnym rezultatem.

– Wychodzi chyba dość drogo?

– Opłaca się. – Uśmiechnął się Saiman. – Sama kwota uzyskana ze sprzedaży biletów z nawiązką pokrywa koszty sprowadzenia zawodników. Ale prawdziwe pieniądze pochodzą z zakładów. Na dobrej walce Izba zarabia do trzech ćwierci miliona. Najwyższy dochód z mistrzostw przekroczył dwa miliony.

Ja, przy całym ryzyku związanym z pracą, wyciągałam najwyżej trzydzieści patyków rocznie.

Zapatrzyłam się w piasek. Budynek rozpłynął się w nicość. Ogrodzenie, beton, działka, Saiman, wszystko stopiło się w palącym słońcu, bezlitosnym, oślepiającym blasku. Słyszałam gwar na trybunach, szybkie staccato hiszpańskiego, piskliwy kobiecy śmiech, okrzyki bukmacherów przyjmujących zakłady. Czułam obecność ojca, źródło opanowania i równowagi. Uspokajający ciężar ważonego w dłoni miecza. Czułam zapach własnej rozgrzanej słońcem skóry i unoszące się z piasku opary krwi.

– Usiądziemy? – Głos Saimana wyrwał mnie z zadumy. Na szczęście.

Zajęliśmy miejsca. Kurtyna na końcu hali rozsunęła się, ukazując dwa naprzeciwległe wejścia, jedno pomalowane krzykliwą, złotą farbą, drugie w odcieniu wesolutkiej czerni.

Saiman pochylił się ku mnie.

– Zawodnicy wchodzą Złotymi Wrotami, martwi opuszczają arenę Wrotami Północy. Jeśli „zaliczysz złotą bramkę”, znaczy, że zwyciężyłaś.

Długi, głęboki gong przetoczył się przez halę, uciszając widownię. Złotymi Wrotami weszła drobna kobieta w srebrzystej sukni.

– Witajcie! Witajcie w przybytku walki, gdzie życie i śmierć tańczą na krawędzi ostrza. – Jej głos, niski, jak na kobietę, niósł się po całej hali. – Rozpoczynamy Rozgrywki.

– To Sophia, animatorka.

Kobieta zniknęła w Złotych Wrotach.

Z góry zjechała uczepiona na łańcuchach tablica wyników, zatrzymując się nad Wrotami Północy. Wisiała na niej oprawiona w drewniane ramki papierowa plansza z pięknie wykaligrafowanymi nazwiskami: Rodriguez v. Callisto, oraz liczbami: –175+200. Rodriguez był faworytem. Stawiając na niego, należało wydać sto siedemdziesiąt pięć dolarów, żeby wygrać dodatkowe sto. W wypadku wygranej Callisto wydane sto dolarów oznaczało zwrot stawki i dodatkowe dwieście zysku.

– Ludzie. Średnio ciekawe. – Saiman machnął ręką. – Co z tymi Rozpruwaczami? Chciałbym usłyszeć twoje zdanie.

– Obaj, Cesare i Mart, są gladiatorami, tak?

Saiman przytaknął.

– Widziałeś kiedyś, żeby krwawili?

– Cesare podczas walki z panterołakiem został kilkakrotnie zadrapany w klatkę i plecy. Mart jak dotąd nie został zraniony.

– Zauważyłeś, jaką ma idealną skórę?

Saiman zmarszczył czoło.

– Jest równomiernie wybarwiona, owszem, ale nie bardzo rozumiem, o co ci chodzi.

Nic dziwnego. Ktoś, kto traktuje skórę jak glinę, którą można urabiać i kształtować, nie dostrzeże znaczenia faktu posiadania perfekcyjnej cery. „Pryszcz” nie występował w słowniku Saimana.

– Normalni ludzie mają różnego rodzaju niedoskonałości. Blizny, dzioby, pryszcze, rozszerzone pory, siniaki. Mart nie. Jego skóra jest jednolita i nienaturalnie perfekcyjna.

 

– Może posiada zdolności regeneracyjne?

– Nawet zmiennokształtni mają blizny. Ich złamania leczą się szybciej, ale i tak musi to potrwać. Na skórze zapisana jest historia ludzkiego życia, Saiman. Na przykład blizny z czasów, kiedy dopiero uczyli się walczyć. Ale on nie. Jak dawno go poznałeś?

– Jakieś dwa miesiące temu.

– Zatem był w Georgii późnym latem. Zauważyłeś, żeby miał oparzenia słoneczne?

– Nie.

– Człowiekowi z taką karnacją po półgodzinie na słońcu Atlanty zaczyna obłazić skóra. Czemu jest bielszy od kwitnącego derenia? I czy widziałeś go z inną fryzurą?

Niemal słyszałam trybiki obracające się w mózgu Saimana.

– Nie – przyznał wreszcie.

– Zawsze ta sama długość włosów?

– Tak.

Kiwnęłam głową.

– Dobrze, teraz Cesare. Wytatuowany od stóp do głów?

– Tak.

– Zauważyłeś, że tusz wygląda na bardzo świeży? Po pierwsze, tatuaż wykonuje się etapami. Skomplikowane wzory wymagają dłuższej pracy. Sam proces dla wielu jest swoistym rytuałem, tak samo ważnym jak efekt. Tusz z czasem płowieje, na słońcu szybciej. Jego tatuaże, przynajmniej te, które widziałam, są dokładnie w tym samym odcieniu czerni. Tak, jakby nigdy nie wychodził na zewnątrz.

– Może zaplanował całość wcześniej i używa filtra słonecznego?

– Wątpię, by dało się, ot tak, wejść do salonu tatuażu z projektem plemiennych wzorów rozrysowanych na całe ciało. Zresztą sam mówiłeś, że krwawił. Rany zdeformowałyby rysunek, szczególnie przy tak misternych liniach jak u niego. Byłyby gdzieniegdzie przerwane, nadszarpnięte, rozlane. Nic takiego nie dostrzegłam.

Harmonijne rysy Saimana ściągnęły się w wyrazie zatroskania.

Kiedy krew, wydzielina lub tkanka traciła łączność z ciałem, jej właściciel nie mógł ukryć już swojej magii. M-skaner wychwytywał każdy jej ślad i przetwarzał na kolorowe wykresy, fioletowe dla wampirów, zielone dla zmiennokształtnych, niebieskie lub szarawe dla ludzi. Żaden problem wziąć próbkę krwi i przebadać ją m-skanerem. Kolor inny niż niebieski czy srebrny oznaczał nieczłowieka. M-skanera nie dało się oszukać.

– Skanowałeś ich?

– Kilkakrotnie. Obaj niebiescy. Stuprocentowi ludzie.

Dziwne.

– Piekielnie trudno obalić wyniki m-skanowania. Ale fakt pozostaje faktem, masz tu dwie chińskie laleczki, jedną niemal białą, drugą pomalowaną w czarne zawijaski. W dodatku nie darzą cię sympatią. Na twoim miejscu zatrudniłabym osobistą ochronę. I uprzedziła, że może mieć do czynienia z wyjątkowymi napastnikami.

Do Kotła weszło dwoje ludzi. Rodriguez, mężczyzna po czterdziestce, niski, żylasty, uzbrojony był w krótkie, zakrzywione kukri. Dociążone na końcu zatapiały się w ciele niemal same. Callisto przerastała Rodrigueza prawie o głowę i górowała nad nim masą o jakieś piętnaście kilogramów. Miała oliwkową karnację i nieproporcjonalnie długie kończyny. Walczyła toporem. Nosiła także srebrny łańcuch okręcony wokół prawego przedramienia.

Zabrzmiał gong. Callisto zamachnęła się toporem. Gdyby trafiła, ostrze rozpłatałoby przeciwnika, ale Rodriguez uchylił się zwinnie niczym kot. Callisto zaatakowała ponownie. Wyprowadzając cios, odsłoniła lewą stronę. Rodriguez nie wykorzystał szansy, robiąc znowu unik. Tłum zawył.

Oparłam się o barierkę, śledząc poczynania Rodrigueza. Posiadał umiejętności i doświadczenie w walce, ale twarz Callisto wykrzywiał niebezpieczny grymas okrucieństwa.

– Kto zwycięży, Rodriguez czy Callisto? – zapytał Saiman.

– Callisto.

– Dlaczego?

– Przeczucie. Jest bardziej zdeterminowana.

Rodriguez wykonał pchnięcie, raniąc przeciwniczkę w udo. Na jej nodze wykwitła szkarłatna strużka. Poczułam zapach krwi.

Callisto szarpnęła ręką. Łańcuch zatoczył łuk, z niesamowitą precyzją owijając się wokół szyi Rodrigueza. Końcówka zawisła ponad ramieniem gladiatora i dostrzegłam przytwierdzoną do niej trójkątną główkę. Metalowe szczęki rozwarły się, kłapiąc groźnie. Callisto szarpnęła za łańcuch. Ogniwa zlały się w podłużne ciało stalowego węża, który zacisnął zwoje.

Rodriguez ciął go w rozpaczliwym wysiłku, ale ostrze ześlizgnęło się po metalu. Walka dobiegła końca. Tłum ryknął z ukontentowaniem.

Rodriguez posiniał i padł na kolana. Broń wysunęła się z bezwładnej dłoni, upadając w piasek. Rozpaczliwie targał miażdżące mu gardło sploty.

Callisto patrzyła na przeciwnika. Mogła dobić go toporem, ale po prostu stała, obserwując, jak się dusi.

Trwało to ponad cztery minuty. W końcu, kiedy nogi Rodrigueza przestały drgać, Callisto odwinęła łańcuch, który znów przekształcił się w zwykły sznur ogniw. Uniosła go do góry, potrząsając. Widzowie szaleli.

Rozluźniłam zaciśnięte pięści. Jedynie siłą woli powstrzymywałam się przed skokiem do Kotła, aby ściągnąć Rodriguezowi tę rzecz z szyi.

Nie sądziłam, że Saiman może mnie jeszcze czymś nieprzyjemnie zaskoczyć. Myliłam się.

Z Północnych Wrót wyłoniło się czterech mężczyzn w szarych uniformach. Załadowali ciało na nosze i wynieśli tą samą drogą.

Saiman rozparł się wygodnie.

– Jak mówiłem, nudne.

– Raczej przerażające.

– Dlaczego? Sama zabijasz, Kate, widziałem. Przyznam, że robisz to oczywiście bardziej umiejętnie.

– Zabijam, kiedy muszę. W obronie własnej lub innych. Nie odebrałabym życia, żeby zaspokoić mordercze instynkty tłuszczy. A tym bardziej nie torturowałabym nikogo dla czyjejś rozrywki.

Saiman wzruszył ramionami.

– Zabijasz, żeby przeżyć i żeby uspokoić błędnie pojęte sumienie. Ci tutaj zabijają dla pieniędzy oraz satysfakcji, że są lepsi od leżących u ich stóp zwłok. Istota naszych motywów pozostaje ta sama, Kate, to wyrachowanie. Altruizm jest mrzonką utkaną przez słabe umysły, chcące wykorzystać cudzą siłę i umiejętności. Niczym więcej.

– Jesteś jak bóg z greckiej mitologii, Saiman. Nie ma w tobie krzty empatii. Przerośnięte ego przesłania ci cały świat. Uważasz, że samo pragnienie czegoś daje ci prawo do sięgnięcia po to, bez względu na szkody, jakie możesz przy okazji wyrządzić. Na twoim miejscu miałabym się na baczności. Przyjaciele i obiekty boskiego pożądania padają jak muchy. Bóg kończy zwykle żałosny i samotny.

Saiman obrzucił mnie zdumionym spojrzeniem i zamilkł.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?