Magia uderzaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 5

Nie odpowiedziałaś, to jak będzie? – drążył Curran.

– Nie – wyrzuciłam z siebie.

Curran uśmiechnął się, a mnie lekko podskoczyło serce. Nie tego się spodziewałam.

– To wszystko? To twoja cięta riposta?

– Tak. – Elokwencja to ja. W kłopotliwych sytuacjach posługuję się monosylabami, tak jest bezpieczniej.

Curran oparł brodę na skrzyżowanych przedramionach. Phi, żaden z niego cud. Miał na sobie spłowiałe dżinsy i stalową koszulkę polo. Ciężko wyglądać zabójczo w koszulce polo. Jemu się udało. Może dlatego, że w żaden sposób nie skrywała zarysu muskulatury torsu i zdecydowanych linii barków. Właściwie gdyby napiął mięśnie, materiał pękłby w szwach. Wiedziałam, że obleczone nim ciało jest twarde jak pancerz.

A może nie chodziło o ciało, a o aurę, jaką roztaczał? Curran potrafił być ucieleśnieniem grozy. Byłam świadkiem, jak ryczał wściekle, jak jego furia stawała się niemal materialna, zmieniając w lodowate sztylety gniewu, i sama nie wiedziałam, co przeraża mnie bardziej. Złoty płomień w oczach Currana budził we mnie pierwotny lęk, uczucie wyzwolone blaskiem pierwszego ognia, zrodzone przed erą rozsądku, zanim pojawiła się logika, gdy ludzką egzystencją rządził strach przed kłami, pazurami i pożarciem. Ten lęk mnie obezwładniał. Nie umiałam go zracjonalizować. Musiałam walczyć z nim samą siłą woli i jak na razie nie ustępowałam pola, ale nie miałam gwarancji, że potrafię mu się oprzeć, kiedy następnym razem spojrzy na mnie tym wzrokiem alfy.

Curran otaksował mnie niespiesznie. Zrobiłam to samo, kopiując jego uśmieszek. Jasne włosy, zbyt krótkie, by za nie chwycić. Nos, złamany i źle zrośnięty, dziwne jak na zmiennokształtnego, szczególnie tego kalibru. Szare oczy. Popatrzywszy w nie, ujrzałam tańczące w głębi iskierki. Serce znów zabiło mi mocniej.

No to mam problem.

– Podoba mi się ta fryzura – skomentował.

Dzień wolny od pracy, miałam rozpuszczone włosy. Zwykle zaplatałam je w warkocz lub spinałam w węzeł, żeby nie przeszkadzały, jednak dzisiaj spływały ciemnobrązową zasłoną, którą wiatr kołysał przy policzkach.

Poruszyłam lekko nadgarstkiem, wsuwając w dłoń szpilkę ukrytą w skórzanej opasce na przegubie. Zebrałam włosy, zwinęłam w kok, umocowałam szpilką i wyszczerzyłam zęby w uśmiechu. Ha!

– Istny cukiereczek. – Roześmiał się. – Nie nudzi ci się to udawanie twardzielki?

Cukiereczek. Wolałabym, żeby ktoś dźgnął mnie w oko niż nazwał cukiereczkiem.

– Czym zasłużyłam sobie na dostąpienie zaszczytu towarzystwa Waszej Wysokości? – I popsucia lunchu.

– Przyszła mi ochota na brzoskwinie – oświadczył pogodnie.

Od kiedy to zabójstwo członka Gromady jest przyczyną tak radosnego nastroju?

– Czy istnieje jakiś szczególny powód twojego zainteresowania Północnymi Rozgrywkami? – zapytał.

– Przelotne zamiłowanie do historii. – Stąpałam po grząskim gruncie. Nie miałam pojęcia, czy wie coś o Dereku. Lepiej jak najszybciej zakończyć tę rozmowę. – Czy Gromada potrzebuje moich usług jako pracownika Zakonu?

– Nie w tej chwili. – Rozparł się wygodnie, sięgnął do talerza Andrei i wyciągnął ku mnie rękę. – Brzoskwinkę?

Mój uśmiech stężał.

Podczas rozbłysku Curran dał mi zupę, którą zjadłam. Później alfa boud, Ciocia B., wyjaśniła mi, że zmiennokształtni przynoszą pożywienie swoim partnerom in spe. Tym samym określał się moim obrońcą, insynuował, że jestem od niego słabsza, oraz składał jednoznaczną propozycję. A ja je przyjęłam. Musiało go to strasznie ubawić. Tak czy owak, nawet wiedząc, co ten gest oznacza, i tak zjadłabym tę zupę, byłam wtedy półżywa.

Skrzyżowałam ręce.

– Nie, dziękuję. Nie wezmę od ciebie niczego jadalnego.

– Ach, dowiedziałaś się. – Rozpołowił kawałek, wrzucając go sobie do ust. – Kto ci powiedział? Rafael?

– A czy to ważne?

W jego oczach zapłonęły złote ogniki.

– Nie.

Kłamca. Nie zamierzałam narażać Rafaela na kłopoty, a Curran na pewno nie będzie zachwycony, że ktoś popsuł mu zabawę.

– Przeczytałam w notatkach Grega. – Wyjęłam z kieszeni kilka banknotów, zwinęłam je i wcisnęłam pomiędzy solniczkę a pieprzniczkę.

– Idziesz już?

Twoje zdolności dedukcyjne powalają mnie na kolana, drogi Holmesie.

– Skoro nie potrzebujesz mojej profesjonalnej pomocy, wracam do obowiązków.

– Masz dzisiaj wolne.

A ty skąd to wiesz?

Zjadł kolejną brzoskwinię.

– Podczas odpływu magii dyżur w Zakonie może trwać góra szesnaście godzin. Jeden ze szczurów widział, jak zdejmowałaś wczoraj staruszkę ze słupa telefonicznego. Niezła heca.

– Żyję, by dostarczać rozrywki. – Wstałam.

Ręka Currana wystrzeliła ku mojemu przegubowi. Wykonał ruch z kocią zwinnością, ale przez całe życie doskonaliłam refleks, więc chybił.

– Patrzcie państwo – mruknęłam, machając do niego przekornie dłonią, której nie zdołał pochwycić. – Pudło. Żegnam, Wasza Wysokość. Przekaż, proszę, moje kondolencje rodzinie.

Skierowałam się ku drzwiom.

– Kate?

Nagła zmiana w tonie głosu kazała mi się odwrócić. Na twarzy Currana nie było śladu poprzedniej wesołości.

– Jakiej rodzinie?

Rozdział 6

Przed Przesunięciem ulica Ponce de Leon była jedną z większych arterii miasta. Sunące nią samochody jechały ze Stone Mountain przez Decatur i Druid Hills, mijały City Hall East w kierunku biurowców w centrum. Południowa Dzwonnica, Bank Ameryki i hotel Renesans były teraz nieledwie stertami gruzów, ale City Hall East stał nadal. Ostał się przypuszczalnie dlatego, że nie był zbyt wysoki, miał tylko dziewięć pięter. Możliwe, że w grę wchodził także jego wiek. Historyczny budynek ewoluował od 1926 roku, mieszcząc początkowo dom handlowy Searsa, później siedzibę rządu, a następnie przekształcając się w apartamentowiec otoczony terenami zielonymi, z pełną infrastrukturą obejmującą sklepy i restauracje. Istniał też trzeci, najistotniejszy powód, dlaczego budowla oparła się niszczącej sile magii. Dwie dekady temu owe blisko dwieście tysięcy metrów powierzchni wykupił Atlancki Uniwersytet Sztuk Tajemnych. Teraz w laboratoriach, bibliotekach, salach wykładowych przebywała kadra naukowa oraz studenci. Jeśli ktokolwiek mógł ochronić budowlę, to właśnie cztery setki magów.

Sąsiedztwo takiej masy ludzi, a tym bardziej studentów, którzy jak wszyscy młodzi dość impulsywnie wydawali pieniądze, przyczyniła się do rewitalizacji Ponce de Leon. Ulica tętniła życiem, obfitując w masę sklepów, kramów i barów.

W porównaniu do niej ulica Martwego Kota była wąskim zaułkiem. Wciśnięty pomiędzy dwu-, trzypiętrowe kamienice rozszerzał się w niewielki placyk, przy którym znajdował się sklepik ogólnogospodarczy oraz drugi, spożywczy. Staliśmy z Curranem na chodniku u wylotu przecznicy, odwróceni bokiem do ruchliwej ulicy pełnej przechodniów oraz turkocących wozów konnych. Ciało znaleziono kilkadziesiąt metrów w głąb zaułka. Po wydarzeniu nie został żaden ślad. Żadnych plam krwi na chodniku. Żadnych oznak walki. Nic. Gdybym nie widziała na własne oczy trupa, nie domyśliłabym się, że miała tu miejsce zbrodnia.

Curran stał bez ruchu, wciągając głęboko powietrze. Mijały minuty. Naraz podniósł górną wargę, odsłaniając zęby. W gardle zadrgały pierwsze nuty warkotu. Oczy zabłysły złotem.

– Curran?

Przez ułamek sekundy patrzył na mnie lew, który jednak zniknął szybko, kiedy Władca Bestii przybrał swą powszednią maskę dystansu.

– Czysta, porządna robota.

Uniosłam brwi.

– Posypali okolicę tojadem. Wysuszone, sproszkowane łodygi zmieszane z jakąś bazą, na przykład suchym detergentem. Może być soda oczyszczona albo boraks. Jeszcze lepiej działa pasta tojadowa, ale i proszek skutecznie zabija zapachy. Jim musiał go zużyć chyba całe wiadro.

Postanowiłam zachować tę wiedzę na przyszłość.

– To co, nie ma szans nic wywąchać?

– Nie da się posypać powietrza – uśmiechnął się Curran. – Nawet tu, mimo wiatru i ruchu na ulicy obok, woń utrzymuje się nad ziemią. Powiedz, co widziałaś, a potem skonfrontujemy nasze informacje.

Zawahałam się. Rozmowa z Curranem przypominała spacer po polu minowym. Nigdy nie wiadomo było, co go rozdrażni, a Jim może to i skończony dupek, ale też mój eks-partner.

– Czemu nie zapytasz Jima? Na pewno chciałby ci przekazać wszystkie szczegóły osobiście.

Curran pokręcił głową, pochmurniejąc.

– Zawsze, gdy ginie ktoś z naszych, dowiaduję się o tym natychmiast. Bez względu na porę. Zeszłej nocy byłem w Twierdzy, a nikt mnie nie wezwał. Rano widziałem się z Jimem, o niczym nie wspomniał.

– Musiał mieć jakiś ważki powód, żeby to przed tobą ukryć.

– Kate, czy zaproponowałaś swoją pomoc w tej sprawie? Jako pracownik Zakonu?

A niech to.

– Owszem. Odrzucono ją.

– Jako Władca Bestii oficjalnie przyjmuję propozycję Zakonu.

Szlag. Porozumienie o wzajemnej współpracy zobowiązywało mnie do przekazania wszelkich informacji o tej sprawie. Spojrzałam na Currana bezradnie.

– Jak ty to robisz? Jakim cudem za każdym razem udaje ci się wmanewrować mnie w coś, czego staram się uniknąć?

Rysy Currana zmiękły odrobinę.

– Trening czyni mistrza. Gromada składa się z trzydziestu dwóch gatunków skupionych w siedmiu plemionach. Każde z nich ma jakieś swoje słabości. Szakale i kojoty walczą z wilkami, bo mają kompleks niższości i uważają, że muszą coś udowodnić. Wilki żyją w przekonaniu, że są istotami nadrzędnymi, łączą się z nieodpowiednimi partnerami, a potem uparcie odmawiają rozwodu, trzymając się tych idiotyzmów o tworzeniu par na całe życie. Hieny nie chcą nikogo słuchać, ciągle coś zawalają i wpadają w szał, gdy tylko uważają, że ktoś zagraża którejś z nich. Koty odmawiają wykonywania rozkazów jedynie po to, żeby dowieść, że mogą to zrobić. Tak wygląda moje życie. Przewodzę Gromadzie od piętnastu lat. W porównaniu z nimi, ty to bagatelka.

 

Jasne, a ja myślałam, że stanowię dla Currana wyzwanie.

– Daj mi chwilkę, muszę pozbierać do kupy moje ego.

– Twoje przywiązanie do zasad też sporo ułatwia – uśmiechnął się. – Przyparta do muru zawsze będziesz się starała zrobić to, co uznasz za słuszne, szczególnie jeśli ci się to nie podoba. Dokładnie tak, jak teraz.

– Widzę, że mnie rozgryzłeś.

– Rozumiem powody, dla których coś robisz, Kate. Czasami wkurza mnie sposób, w jaki dążysz do celu.

Czasami?

– Zapewniam cię, Wasza Wysokość, że całymi nocami nie śpię, przejmując się twoimi uczuciami.

– I tak być powinno. – W gardle Currana zawibrował warkotliwy śmiech. – Prowokowanie mnie nic ci nie da. Powiedz, co widziałaś. Chyba że mam się zwrócić do Zakonu drogą oficjalną?

Najwyraźniej dzień upływał pod hasłem: „Dajmy Kate lekcję pokory”. Trzymał mnie w garści. Wróciłam myślami do poprzedniego wieczoru, przypominając sobie szczegóły.

– Przyjechałam tu na mule. Na miejscu zastałam siedmiu zmiennokształtnych. Dwóch w wilczej formie węszyło po okolicy. Jeden kręcił się tu. – Podeszłam, wskazując punkt. – Samiec. Wyglądał jak wilk europejski, Canis lupus lupus, zmierzwione szare futro z płowymi znaczeniami, jaśniejszy pysk. Drugi był tu. – Przeszłam na drugą stronę ulicy. – Możliwe, że samica, ale nie jestem pewna. Brązowa sierść w odcieniu cynamonu, czekoladowy lub czarny pysk i ciemne uszy. Jasnożółte ślepia. Przypominał wilka z gór Cascade.

– George i Brenna – orzekł Curran, wpatrując się we mnie z uwagą. – Najlepsi tropiciele Jima. Mów dalej.

Wróciłam na drugą stronę Martwego Kota.

– Dwie zmiennokształtne zbierały do worka zwłoki. Jedna średniego wzrostu, drobnej budowy, jasnopopielate włosy, klasyczny bob. Nie kojarzę jej twarzy. – Przesunęłam się w lewo. – Indianka, krągła, ciemna skóra, koło czterdziestki, długi warkocz. Ładna.

Curran milczał.

– Tu stała czujka. Tu także. – Machnęłam dłonią. – I jeszcze jeden tu. – Wskazałam punkt, gdzie zostałam zatrzymana. – Dwaj ubrani na czarno, podobni, ciemne włosy, Latynosi z domieszką indiańskiej krwi lub Meksykanie, młodzi, niewysocy, krępi, zwinni, na oko trudni przeciwnicy. Ten, z którym rozmawiałam, po trzydziestce, może bliżej czterdziestki. Krótkie włosy, na wojskowego, jasnobrązowe, piwne oczy, potężne mięśnie pakera. Nie tak szybki jak tamci, ale miałam wrażenie, że mógłby mnie podnieść razem z mułem. Lekki akcent, australijski lub nowozelandzki. Osłaniał lewe ramię, może niedawno był ranny. Mam opisać ich ubrania?

Curran pokręcił głową.

– Jak długo tu byłaś?

– Półtorej minuty, może dwie. – Zrobiłam kilka kroków, zatrzymując się tam, gdzie Brenna krzyknęła. – Tu Brenna znalazła rękę. Prawdopodobnie kobiecą, bo rękaw był jasny i połyskliwy. Jakaś brokatowa tkanina, wieczorowa sukienka lub bluzka, mężczyźni takich nie noszą, chyba że wyjątkowi ekstrawaganci.

– A Jim?

– Pojawił się nagle, jakby znikąd. Bardzo teatralne wejście. – Zadarłam głowę. – Ach, pewnie zeskoczył z tego balkonu. – Streściłam pokrótce rozmowę. – To wszystko. Ciała nie widziałam. Nie znam żadnych szczegółów.

Curran spoglądał na mnie z osobliwą miną. Czyżby cieniem podziwu?

– Nieźle. Dar wrodzony czy szkolenie Zakonu?

Wzruszyłam ramionami.

– Nie Zakonu. Ojciec mnie nauczył. I w sumie kiepsko u mnie z pamięcią. Zwykle zapominam, co miałam kupić. Ale szkolił mnie w ocenie sytuacji zagrożenia, a siedmioro zmiennokształtnych nocą w zaułku, plus trup, zalicza się zdecydowanie do takich właśnie sytuacji. Twoja kolej.

– Umowa to umowa. – Curran wyszedł na ulicę. – Nie została zabita tutaj. Zapach krwi jest słaby, a na chodniku nie ma plam, choć wyraźnie nikt go nie czyścił. Ciało rozczłonkowano na co najmniej sześć części. Tu tylko podrzucono zwłoki. Wybrano to miejsce, bo kilka przecznic stąd znajduje się jedna z naszych siedzib. Bliżej już nie mogli dotrzeć, nie natykając się na nasze patrole. Była ich najmniej trójka, nie ludzi. Nie wiem czym są, ale nie podoba mi się ich smród.

Coraz lepiej.

– To wszystko, poza tym, że Jim zabrał ze sobą swoich najlepszych ludzi. Znam każdego, kogo opisałaś. Są bezkonkurencyjni.

I żadne z nich nawet nie zająknęło się o sprawie. Pytanie za milion dolarów: Dlaczego?

– Zaakceptowałeś pomoc Zakonu i teraz nie możesz się już wycofać – przypomniałam Curranowi. – Od tej pory biorę udział w śledztwie, a to oznacza, że będę musiała wejść na twoje terytorium i zadawać niewygodne pytania.

– Sam mam ich kilka. – Oczy Currana nabiegły płynnym złotem. Włoski zjeżyły mi się na karku. Za nic w świecie nie chciałabym być teraz w skórze Jima.

– Skontaktuję się z tobą, żeby ustalić grafik przesłuchań – rzucił i odszedł, zostawiając mnie samą pośrodku pustej uliczki. Władca Bestii, mężczyzna ponad ludzkie konwenanse. Żadnego „dziękuję” czy „do widzenia”.

Wracając do cywilizacji, zdałam sobie sprawę, że po raz pierwszy od pół roku rozmawialiśmy z Curranem normalnie, przynajmniej przez większość czasu, nie usiłując się pozabijać.

Fakt ten obudził we mnie niepokój.

Rozdział 7

Przed drzwiami mieszkania leżała niewielka paczka owinięta w papier pakowy. Zatrzymałam się, dumając, dlaczego nikt jej nie ukradł. Lokum, które odziedziczyłam po Gregu, nie znajdowało się co prawda w slumsach, ale też nie w najlepszej dzielnicy. Mój opiekun nie zawracał sobie głowy kwestią bezpieczeństwa, wybrał tę lokalizację ze względu na bliskość siedziby Zakonu.

Zmarszczyłam brwi, wpatrując się w pakunek. Spoczywał na burej wycieraczce przed lśniącymi nowością drzwiami – stare musiałam wymienić po burzliwej wizycie demona. Sąsiedzi określali mnie mianem „tej szalonej zołzy, co nosi miecz i mieszka pod 32”. Dbałam o podtrzymanie tego wizerunku, lecz mimo wszystko paczka powinna zniknąć stąd w ciągu sekundy od pozostawienia. Może to pułapka?

Dobyłam Zabójcy. Światło sączące się przez brudne okna za moimi plecami padło na matowy, prawie biały metal, kładąc się na głowni perłowym blaskiem. Trąciłam paczkę czubkiem miecza, na wszelki wypadek natychmiast odskakując.

Nic.

Pakunek ani drgnął. Tak, tak, a jak tylko go tknę, wystrzelą ostrza, które posiekają mi dłonie na plasterki.

Kucnęłam, przecięłam sznurek i ostrożnie rozchyliłam papier, odkrywając zielony jedwab z wizytówką na wierzchu. Wyjęłam bilecik. Zadzwoń do mnie, proszę. Saiman.

Przeklinając pod nosem, wniosłam paczkę do mieszkania. Na sekretarce nie było żadnych wiadomości. Derek się nie odezwał.

Rozdarłam papier, wyrzucając zawartość przesyłki na łóżko. Szerokie, jedwabne spodnie w odcieniu fuksji, zielone pantofle i ao dai, długa szata wietnamska, coś pomiędzy tuniką a sukienką. Ubrania były przepiękne, szczególnie ao dai, haftowane jaśniejszą, zieloną nicią i zdobione maleńkimi cekinami koloru fuksji.

Wybrałam numer do Saimana.

– Cześć, Kate.

– Której części „nie randki” nie zrozumiałeś?

W słuchawce rozbrzmiało cichutkie westchnienie.

– Nie byłaś nigdy na Rozgrywkach, więc nie jestem w stanie opisać ci zaocznie ich specyfiki. To brutalne zawody, pełne przemocy. Nie obowiązują tam normy zdrowego rozsądku, nie zwycięża zimna krew. Każdy pali się, by udowodnić swoją siłę fizyczną. Jesteś atrakcyjną kobietą. Jeśli ubrałabyś się tak jak wczoraj, zasypano by nas wyzwaniami. Chyba oboje się zgodzimy, że nie zależy nam na zwracaniu uwagi.

Miał rację.

– Wybrałem ten strój ze szczególną dbałością. Pozwoli ci na pełną swobodę ruchów. Jeśli to na siebie założysz, będziesz wyglądała mniej jak ochroniarz, a bardziej jak...

– Zabójczy cukiereczek?

– Towarzyszka. Bądź rozsądna, Kate. Tej nocy zagraj Emmę Peel u mego Johnosteedowego boku.

Nie miałam zielonego pojęcia, kim są Emma Peel i John Steed.

Głos Saimana złagodniał, nabierając ciepłych tonów.

– Zrozumiem, jeśli czujesz się zażenowana. Zawsze możemy renegocjować warunki naszej umowy.

Głębia aluzji brzmiącej w słowie „renegocjować” przyprawiłaby o rumieniec nawet doświadczoną call girl.

– Umowa to umowa – podsumowałam. Lepiej zapłacić tu i teraz. Nie uśmiechały mi się jakiekolwiek długi wobec Saimana, a on dobrze o tym wiedział. Zostałam wrobiona po raz kolejny.

– Zielony pasuje do twojej karnacji – ciągnął Saiman pojednawczo. – Ao dai kazałem obstalować, powinno leżeć idealnie.

Nie miałam co do tego wątpliwości. Pewnie przyjął moją formę i zmierzył osobiście.

– Spróbuję.

– Będę po ciebie o dziesiątej. I jeszcze jedno, Kate, może jakiś makijaż...

– Bieliznę też mi wybierzesz?

Sarkazm ominął go ze świstem.

– Z wielką chęcią. Powinnaś nosić balkonetki, ale nie tym razem ze względu na opięty gors, lepiej sprawi się bezszwowy biustonosz usztywniony pianką... Może po prostu wpadnę i zobaczę, co tam masz.

Rozłączyłam się. Majtkowe party z Saimanem. Nigdy w życiu.


Osiem godzin później, wysiadając z samochodu Saimana na parkingu przed Areną, pomyślałam, że wybór stroju rzeczywiście był sensowny. Opięty na biuście zielony jedwab nie pozostawiał wątpliwości co do mojej płci, jednak tunika rozszerzała się dołem. Dodatkowo posiadała dwa pęknięcia kończące się kilka centymetrów ponad pasem spodni. Luźne rękawy doskonale ukrywały skórzane opaski nadgarstkowe, w które wsunęłam arsenał srebrnych szpilek.

Niestety, nie miałam gdzie ukryć miecza. Ale to nic. Wzięłam go do ręki.

Saiman otworzył mi drzwi. Na tę okazję przyjął postać wysokiego mężczyzny w średnim wieku, już nie pierwszej młodości, lecz nadal w formie. Ubrał się w elegancki ciemny garnitur i czarny golf. Twarz o wyrazistych rysach, szlachetny nos, mocna szczęka, szerokie czoło i jasne, piwne oczy pod gęstymi, siwymi brwiami. Srebrne włosy, idealnie przycięte, do tego czarna laska o gałce w kształcie smoczej głowy. Emanował aurą zdrowia, która nadawała wizerunkowi ostateczny, perfekcyjny szlif. Pachniał pieniędzmi i autorytetem. Jego głos był jak smak kosztownej kawy – głęboki, aksamitny, przełamany nutą goryczki.

– Obawiam się, Kate, że musisz zostawić miecz.

– Nie ma mowy.

– Na Arenę, z wyjątkiem dolnej kondygnacji, gdzie znajduje się Kocioł, nie wolno wnosić żadnej broni. Nie wpuszczą cię z nim.

Cholera.

Westchnąwszy, położyłam Zabójcę między przednimi siedzeniami.

– Zostań tu. Pilnuj wozu.

Saiman trzasnął drzwiczkami.

– Posiada świadomość?

– Nie, ale lubię udawać, że tak jest.

Na naciśnięcie guzika w pilocie auto zareagowało dziwnym dzwonieniem.

– Co to?

– Zabezpieczenia. Lepiej go teraz nie dotykać. Idziemy? – Podał mi ramię. Oparłam palce na jego zgiętym łokciu. Umowa to umowa. Dzisiaj byłam jego zabójczym cukiereczkiem.

Przynajmniej wpasowałam się w rolę. Zwinęłam włosy w węzeł, w który wsunęłam kilka drewnianych patyczków o metalowym rdzeniu. Musnęłam nawet twarz różem w odcieniu pasującym do stroju. Już sama sukienka przydawała mi egzotycznego wyglądu, który pogłębiłam jeszcze za pomocą tuszu i ciemnego cienia. Nie byłam nigdy pięknością, ale potrafiłam wypracować efekt intrygującej urody.

Pośrodku parkingu wznosił się masywny budynek. Eliptyczny, ceglany, trzypiętrowy, ciągnął się w obie strony, ginąc w mroku. Budowle tych rozmiarów były rzadkością w Atlancie.

Tknęło mnie na widok tej konstrukcji.

– Czy tu kiedyś nie stało coś innego?

– Cooler. Miejskie lodowisko. Oczywiście przebudowaliśmy je.

Uderzyła mnie koniugacja w tym zdaniu.

– My? Jesteś członkiem Izby?

– Nie. Ale Thomas Durand owszem. – Wskazał na swoją elegancką postać.

A więc nie tylko szłam na nielegalny turniej ubrana jak lalunia, szłam jeszcze tam w towarzystwie współwłaściciela tego interesu. Świetnie. Skoro więc wmieszałam się w hazard i nielegalne walki, to może na bis dodam do listy narkotyki i luksusowe dziwki? Westchnęłam i postarałam się nie wyglądać jak ktoś, kto zarabia na życie zabijaniem.

 

– To we włosach to sztyleciki? – zapytał Saiman.

– Nie. Wsadzanie sobie we włosy ostrych noży nie jest najlepszym pomysłem.

– Czemu nie?

– Po pierwsze, przy uderzeniu w głowę mogą się wbić w czaszkę. Po drugie, żeby ich użyć, trzeba je stamtąd wyciągnąć. Melodramatyczne wyjmowanie broni z włosów może skończyć się ich utratą. Nie mam zamiaru ganiać potem łysa.

Nad budynkiem górowała drewniana wieża stojąca kilkadziesiąt metrów dalej, na tyle jednak blisko, by umieszczone na platformie karabiny maszynowe oraz balista objęły zasięgiem obrys Areny. Strażnicy na wieży mieli na sobie charakterystyczne czarno-czerwone mundury.

– Czerwona Gwardia?

– Tak.

– Widać krwawy sport popłaca. – Inaczej gospodarze imprezki nie mogliby sobie pozwolić na zatrudnienie najdroższej jednostki militarnej w mieście. Znałam kilku czerwonogwardzistów, byli warci swojej ceny. W pewnym momencie zastanawiałam się nawet, czy do nich nie dołączyć ze względu na stałe dochody, ale robota była nudna jak diabli.

– Koloseum, duma Rzymu, mogło pomieścić pięćdziesiąt tysięcy ludzi. – Saiman pozwolił sobie na uśmieszek. – Pięćdziesiąt tysięcy widzów w czasach, kiedy najefektywniejszym środkiem transportu był koń. Zaiste, krwawy sport popłaca. Przyciąga także szumowiny, dlatego właśnie gwardia pilnuje terenu wokół Areny i obstawia wnętrze, szczególnie na najniższym poziomie, przy Kotle, gdzie odbywają się walki. Na dole znajdują się pomieszczenia dla zawodników, a Izba nie toleruje potyczek poza Kotłem.

Ta noc z każdą chwilą komplikowała się coraz bardziej. Bujać się z Saimanem, wymknąć mu się niepostrzeżenie jak ninja, którym nie byłam, ominąć najlepszych ochroniarzy w Atlancie, spenetrować dolny poziom pełen gladiatorów, odnaleźć dziewczynę o ciemnych włosach, przekazać jej liścik i wrócić, zanim Saiman zorientuje się, że coś jest nie tak. Pestka. Mogłabym to zrobić z zamkniętymi oczami. Po raz kolejny naszła mnie ochota, żeby dać Derekowi w zęby.

Przekroczyliśmy białą, szeroką linię namalowaną fluorescencyjną farbą.

– Co to?

– Od tej chwili znajdujemy się pod pieczą gwardii. Na terenie zakreślonym linią liczy się dla nich nasze dobro, poza nim jesteśmy zdani na siebie.

– Zabito kiedyś kogoś na parkingu?

– Gdybyś nie pracowała dla Zakonu, powiedziałbym ci, że dwa razy w zeszłym miesiącu, ale ponieważ dla niego pracujesz, muszę udawać niewiedzę. – Saiman obdarzył mnie wstydliwym uśmieszkiem. Daruj sobie.

Skierowaliśmy się ku jasno oświetlonemu wejściu, obstawionemu czterema czerwonogwardzistami. Dwaj byli uzbrojeni w karabiny, pozostali mieli chińskie włócznie przyozdobione szkarłatnymi proporczykami. Dziwna broń, ale efektowna.

Minęliśmy strażników, wkraczając przez wąski, łukowaty pasaż do westybulu. Na naszej drodze stało dwóch gwardzistów w towarzystwie kobiety. Mężczyźni robili wrażenie, jakby tylko czekali na okazję, żeby złapać plecaki z ekwipunkiem, popędzić do lasu i wysadzić jakieś gniazdo loupów. Wciśnięta pomiędzy nich kobieta była ode mnie nieco wyższa i szczuplejsza, ubrana w brązową, skórzaną kamizelkę, uzbrojona w rapier. Lewą rękę osłaniała gruba rękawica. Ostrze broni połyskiwało zielenią, jakby zrobiono je z kolorowego szkła. Dziesięć do jednego, że broń była magiczna.

Zmierzyłam kobietę wzrokiem. Krótkie, rude włosy. Szare oczy o twardym wyrazie.

– Rene – powitał ją Saiman. – Zawsze miło cię widzieć. – Znów zrobił tę swoją sztuczkę prestidigitatorską i podał jej dwa kartoniki.

Rene rzuciła na nie okiem, oddała Durandowi i otaksowała mnie spojrzeniem, które nie pozostawiało wątpliwości, że ani na moment nie zwiodło jej moje haftowane ao dai.

– Nie waż się zabić kogoś na moim terenie.

– Przyłóż się do pracy, a nie będę musiała.

Pozwoliłam Saimanowi poprowadzić się przez westybul.

– Rene jest... – zaczął konfidencjonalnie, nachylając się ku mnie.

– Szefem ochrony.

– Jej rapier...

– Jest zaczarowany, prawdopodobnie zatruty, a ona potrafi posługiwać się nim z nieprawdopodobną szybkością.

– Znasz ją?

Skrzywiłam się.

– Rapier to broń pojedynkowa, najlepsza w walce jeden na jeden. Wymaga precyzji, tak wąską klingą niełatwo jest trafić w któryś z ważnych organów, a tym bardziej w naczynie krwionośne. Zwykły rapier nie powstrzymałby rozjuszonego zmiennokształtnego. Zadaje niewystarczająco rozległe obrażenia, a to znaczy, że jeśli Rene chce być skuteczna, musiała wzmocnić go magią lub trucizną i zapewne potrafi zadawać błyskawiczne ciosy, żeby te dodatki mogły zadziałać. Stawiam na truciznę, bo Rene nosi na lewej dłoni rękawicę, czyli nie chce dotykać palcami klingi, nawet podczas panowania techniki. Mam rację?

– Owszem. – Saiman wydawał się odrobinę zbity z tropu.

Rapier Rene działał prawdopodobnie na takiej zasadzie jak Zabójca. Moja broń dymiła w obecności nieumarłych, rozpuszczała też ich tkanki. Pozostawiona w ciele nieumarłego absorbowała rozpuszczone ciało. Niestety, rzadko miałam okazję, żeby dać mu na to czas, więc Zabójca cieniał i słabł po intensywnych walkach. W rezultacie musiałam go dokarmiać. Postawiłabym sporą część zarobków na to, że rapier Rene też wymagał odnawiania energii.

Skręciliśmy w wąską klatkę schodową i, wdrapawszy się po stopniach, wkroczyliśmy w zupełnie inny świat. Włoskie płytki na posadzce, na przemian rude i piaskowe, tworzyły skomplikowane wzory złożone z drobniejszych oraz większych szachownic. W niszach jasnobrzoskwiniowych ścian po prawej stronie stały masywne, ceramiczne donice z formowanymi bambusami. Po lewej, wysokie łuki osłaniały ciężkie, rude zasłony. Pomiędzy archiwoltami zawieszono zdobne magiczne latarnie, teraz niezapalone. Lampy tuzina wolno obracających się pod sufitem wiatraków zalewały hol miękkim światłem. Zza stor sączył się jednostajny gwar zbierających się widzów. Znajdowaliśmy się na trzeciej kondygnacji.

Uderzenie magii zdławiło elektryczność. Lampy zgasły. Wiatraki zwolniły, zatrzymując się, a ściany rozbłysły światłem magicznych latarni, wypełniając pomieszczenie błękitnawą poświatą.

Ponad gwar wybił się niski, gardłowy wrzask, chrapliwy, nieludzki, w którym lęk, furia i ból zlewały się w jedno. Włoski na karku stanęły mi dęba. Saiman obserwował moją reakcję z zadowoleniem.

– Dokąd idziemy? – zapytałam, ignorując dźwięk.

– Do foyer dla VIP-ów. Wspominałem przecież, że potrzebuję twojej fachowej opinii. Członkowie zespołu, który masz ocenić, zwykli szwendać się tam przed walką.

– Co to za drużyna? – zapytałam, myśląc o schowanej pod opaską karteczce od Dereka. Przekazać wiadomość Liwii z drużyny Rozpruwaczy.

– Rozpruwacze.

No oczywiście.