Magia uderzaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Seria z Kate Daniels

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Epilog

Ilona Andrews

Karta redakcyjna

Okładka


Seria z Kate Daniels:

1 Magia kąsa

2 Magia parzy

3 Magia uderza

4 Magia krwawi

5 Magia zabija

Anastazji i Helen

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1

Bywają dni, kiedy moja praca jest jeszcze trudniejsza niż zazwyczaj.

Klepnęłam w drabinę.

– Widzi pani, pani McSweeney? Jest bardzo stabilna. Może pani już zejść.

Uczepiona słupa telefonicznego McSweeney spojrzała na mnie z góry, najwyraźniej nieprzekonana tak o solidności drabiny, jak i mojej. Chuda, drobnokoścista, musiała przekroczyć już siedemdziesiątkę. Wiatr rozwiał jej siwe włosy, tworząc białą aureolę wokół głowy, i rozchylił poły szlafroka, ukazując widoki, których wolałabym nie oglądać.

– No, dalej, pani McSweeney, proszę zejść.

Odchyliła się, biorąc głęboki wdech. O nie, znowu. Usiadłam na ziemi, zakrywając dłońmi uszy.

Nocną ciszę rozdarło ostre jak nóż zawodzenie. Dźwięk uderzył w okna bloków, rezonując przenikliwym brzękiem szyb. Ulice rozbrzmiały zaskakująco harmonijnym wyciem psów. Lament wzmagał się, potęgując lawinowo, aż w końcu słyszałam tylko jeden wielogłosowy chór, który tworzyły przeciągłe wycie wilka, żałosny krzyk ptaka i rozdzierający serce płacz dziecka. Staruszka wyła i wyła, jakby wydzierano jej serce z piersi, przyprawiając mnie o rozpacz.

Fala magii odeszła. W jednej chwili przesycała świat, przydając mocy zawodzeniu pani McSweeney, a w następnej zniknęła bez ostrzeżenia na podobieństwo linii na piasku, który omyła woda. Przewagę odzyskała technika. Błękitna magiczna latarnia na słupie zgasła, pozbawiona dopływu magicznej energii, a pobliski budynek mieszkalny rozbłysnął światłem lamp elektrycznych.

To tak zwany rezonans – magia zalewała świat wielką falą, dławiąc wszystko, u podstaw czego leżała technika, gasząc silniki samochodowe, unieruchamiając broń automatyczną, powodując erozję wysokościowców. W jednej chwili magowie mogli strzelać lodowymi pociskami, waliły się drapacze chmur, uaktywniały się osłony, trzymające z dala od mojego domu nieproszonych gości. A potem, ot tak, magia znikała, pozostawiając po sobie przebudzone potwory. Nikt nie był w stanie przewidzieć, kiedy znów się pojawi, nikt nie miał na to wpływu. Mogliśmy jedynie starać się przetrwać w tej szalonej taranteli magii i techniki. Dlatego posługiwałam się mieczem. Działał zawsze, niezależnie od fazy.

Ostatnie echa wycia odbiły się od murów, milknąc.

Pani McSweeney patrzyła na mnie smutno. Podniosłam się z ziemi i pomachałam do kobiety.

– Proszę poczekać, zaraz wracam!

Wbiegłam w mroczne wejście budynku, gdzie w ciemnościach czaiło się pięciu krewnych pani McSweeney.

– Dlaczego do niej nie wyjdziecie? Na pewno byłoby mi łatwiej.

Robert McSweeney, ciemnooki szatyn w średnim wieku, potrząsnął głową o przerzedzających się włosach.

– Matka sądzi, że nie wiemy, iż jest banshee. Pani Daniels, może ją pani stamtąd ściągnąć czy nie? Na litość boską, w końcu jest pani rycerzem Zakonu!

Po pierwsze, nie byłam rycerzem, a jedynie pracowałam dla Zakonu Rycerzy Miłosiernej Pomocy. Po drugie, nie specjalizowałam się w negocjacjach, tylko w zabijaniu. Robiłam to szybko i brutalnie. Nie miałam doświadczenia w ściąganiu podstarzałych banshee ze słupów telefonicznych.

– Może wiecie coś, co mogłoby mi pomóc?

– Raczej nie... – westchnęła Melinda, żona Roberta. – Trzymała to w sekrecie. Słyszeliśmy już wcześniej jej zawodzenie, ale zawsze była przy tym dyskretna. Takie zachowanie nie leży w jej naturze.

Na schodach pojawiła się starsza Murzynka w hawajskiej szacie.

– Czy ta dziewczyna ściągnęła już Margie ze słupa?

– Staram się.

– Przypomnij jej, że jutro wieczorem gramy w bingo.

– Dzięki.

Skierowałam się ku słupowi. Trochę współczułam pani McSweeney. Podczas rezonansu sytuacji w kraju pilnowały trzy agencje – Wojskowe Oddziały Obrony przed Nadprzyrodzonymi, czyli WOON, Policyjny Wydział Kontroli Zjawisk Paranormalnych, czyli PWKZP, oraz mój obecny pracodawca – Zakon Rycerzy Miłosiernej Pomocy. Wszystkie one zaliczały banshee do stworzeń niegroźnych. Nikomu jak dotąd nie udało się wykazać związku pomiędzy ich wyciem a czyjąś śmiercią czy jakimś kataklizmem. Jednakże według folkloru banshee były odpowiedzialne za wiele nikczemności. Obwiniano je o doprowadzanie ludzi swoim krzykiem do szaleństwa i zabijanie dzieci samym tylko spojrzeniem. Ludziom nie spodobałoby się mieszkanie w sąsiedztwie banshee, rozumiałam więc, dlaczego pani McSweeney zadała sobie tyle trudu, aby ukryć swoją przypadłość. Nie chciała stać się ofiarą ostracyzmu ani narażać nań rodziny.

Niestety, bez względu na to, jak usilnie człowiek stara się coś ukryć, jego sekret w końcu wychodzi na jaw i nagle można ocknąć się na słupie telefonicznym, nie wiedząc, dlaczego i jak się tam znalazło, zaś sąsiedzi tymczasem udają, że nie słyszeli żadnych straszliwych wrzasków.

Tak. Dobrze wiedziałam, jak to jest. Byłam ekspertem zachowywania w tajemnicy swojej tożsamości. Paliłam zużyte opatrunki, aby nikt nie mógł zidentyfikować mnie po magii we krwi. Ukrywałam moc. Starałam się nie mieć przyjaciół i niemal mi się to udawało. Bo gdyby mój sekret ujrzał światło dzienne, nie obudziłabym się na słupie telefonicznym. Nie obudziłabym się wcale, a moi przyjaciele byliby równie martwi, co ja.

Zbliżywszy się do słupa, zadarłam głowę.

– W porządku, pani McSweeney. Policzę do trzech, a potem pani zejdzie.

Potrząsnęła głową.

– Pani McSweeney! Robi pani z siebie widowisko! Rodzina się o panią martwi, a jutro umówiła się pani na bingo. Chce to pani przegapić?

Przygryzła wargę.

– Zrobimy to razem. – Wdrapałam się trzy szczeble do góry. – Na trzy. Raz, dwa, trzy i krok!

Zeszłam niżej, obserwując, jak robi to samo. Dzięki ci, kimkolwiek jesteś tam na górze.

– No dalej. Raz, dwa, trzy i krok!

Zeszłyśmy jeszcze jeden szczebel razem, a potem kolejny ruch wykonała samodzielnie. Zeskoczyłam na ziemię.

 

– Świetnie!

Pani McSweeney zamarła. Tylko nie to!

Spojrzała na mnie ze smutkiem.

– Nie powie pani nikomu?

Zerknęłam na okna bloku. Jej wycie obudziłoby nieboszczyków i nawet ich skłoniło do wezwania policji. Jednak w tych czasach ludzie trzymali się razem. Nie mogli polegać na technice czy magii, ufali więc rodzinie i sąsiadom. Bez względu na rozmiar absurdu zamierzali zachować jej sekret, zatem ja także.

– Nie powiem – obiecałam.

Dwie minuty później wracała do swojego mieszkania, ja zaś mocowałam się z drabiną, usiłując wepchnąć ją do schowka pod schodami, skąd na moją prośbę została wyciągnięta przez dozorcę.

Byłam na nogach od piątej rano. O tej właśnie godzinie przez korytarz oddziału Zakonu w Atlancie przebiegł rozszalały mężczyzna, wrzeszcząc, że do szkoły New Hope dostał się kociogłowy smok, który zamierza pożreć dzieci. Smok okazał się małym tatzelwyrmem, którego niestety nie udało mi się poskromić inaczej, jak przez odcięcie głowy. To właśnie wtedy po raz pierwszy dzisiaj unurzałam ręce we krwi.

Później musiałam pomóc Mauro pozbyć się dwugłowego słodkowodnego węża ze sztucznego stawu w ruinach wieży IBM w centrum. Potem wszystko potoczyło się lawinowo. W efekcie byłam brudna, zmęczona, głodna, usmarowana czterema rodzajami juchy i marzyłam tylko o powrocie do domu. Na dodatek śmierdziały moje buty, na które wąż zwymiotował częściowo strawionego kota.

Uporawszy się wreszcie z drabiną, wyszłam na parking, gdzie przywiązana do metalowej barierki, umieszczonej specjalnie w tym celu, stała moja mulica, Marigold. Podchodząc, dostrzegłam na zadzie zwierzęcia niedokończoną swastykę wymalowaną zieloną farbą. Złamany pędzel leżał nieopodal w towarzystwie kilku plamek krwi oraz czegoś, co wyglądało jak ząb. Przyjrzałam się z bliska. Tak, bez wątpienia ząb.

– Miałaś małą przygodę, co?

Marigold nie odpowiedziała, ale z doświadczenia wiedziałam, że zachodzenie jej od tyłu należy do wyjątkowo złych pomysłów. Kopała jak muł; pewnie dlatego, że nim była.

Gdyby nie znak Zakonu wypalony na zadzie, Marigold szybko padłaby ofiarą kradzieży. Na szczęście Zakon miał zwyczaj magicznie śledzić złodziei swego mienia, by spaść na nich znienacka niczym tona cegieł.

Odwiązałam zwierzę, wsiadłam i dzielnie pokłusowałyśmy w noc.

Zasadniczo panowanie magii i techniki zmieniało się raz na kilka dni, zwykle nawet częściej. Jednak dwa miesiące temu nawiedził nas nieprawdopodobnie silny rozbłysk magii. Uderzywszy w miasto niczym tsunami, pogrążył rzeczywistość w całkowitym chaosie. Przez trzy dni po ulicach szwendali się bogowie i demony, a ludzie oraz bestie mieli spore problemy z samokontrolą. Podczas rozbłysku pomagałam grupce zmiennokształtnych walczyć z hordą przebudzonych potworów.

Uderzenie wywróciło wszystko do góry nogami. Do tej pory widywałam to w snach. Nie były to koszmary, raczej oszałamiające, surrealistyczne wizje pełne krwi, błysku ostrzy i śmierci.

Rozbłysk wypalił się wreszcie, oddając niepodzielną władzę technice. Przez dwa miesiące nie było problemów z samochodami, mrok wycofał się przed elektrycznością, a działająca klimatyzacja uczyniła sierpień niebiańsko przyjemnym. Mieliśmy nawet telewizję. W poniedziałek puścili „Terminatora 2” bijącego po oczach rażąco jasnym przekazem – zawsze może być gorzej.

A potem, w środę około południa, magia uderzyła ponownie, rozpętując w Atlancie istne piekło. Nie wiem, czy ludzie łudzili się, że magia już nie wróci, czy też, straciwszy czujność, dali się zaskoczyć, ale nie mieliśmy tylu wezwań, odkąd zaczęłam pracować dla Zakonu. W przeciwieństwie do Gildii Najemników, z którą także współpracowałam, Zakon Rycerzy Miłosiernej Pomocy przyjmował wszystkie zlecenia, bez względu na perspektywy uzyskania zapłaty czy wręcz ich brak. Liczyli sobie tyle, na ile zleceniodawcę było stać, czyli bardzo często nic. Zalały nas błagania o pomoc. W środę udało mi się przespać cztery godziny. Od tamtej pory nie zmrużyłam oka. Praktycznie rzecz biorąc, zaczął się już piątek, a wizje gorącego prysznica, posiłku oraz miękkiej pościeli nie opuszczały mnie ani na moment. Parę dni temu zrobiłam szarlotkę, z której ostał się jeszcze jeden kawałek.

– Kate? – poważny głos Maxine rozbrzmiał w mojej głowie odległy, a jednak wyraźny.

Nie podskoczyłam. Po czterdziestoośmiogodzinnym maratonie telepatyczne wezwanie zakonnej sekretarki wydawało się czymś absolutnie normalnym. Smutne to, lecz prawdziwe.

– Przykro mi, moja droga, ale szarlotka musi poczekać.

Żadna nowina. Maxine nie czytała myśli celowo, ale odbierała je mimochodem, jeśli ktoś, tak jak ja teraz, koncentrował się na czymś intensywnie.

– Mamy zieloną siódemkę, wezwanie od cywila.

Martwy zmiennokształtny. Wszystkie sprawy dotyczące zmiennokształtnych to moja działka. Zmiennokształtni nie ufali obcym, a ja byłam jedynym współpracownikiem oddziału Zakonu w Atlancie, który cieszył się statusem Przyjaciela Gromady. Choć termin „cieszenie się” w tym wypadku nie przystawał do klasycznej definicji. Mój status oznaczał, że przy dobrych wiatrach zmiennokształtni pozwoliliby mi wyrzec parę słów przed zaszlachtowaniem. Jeśli chodzi o manię prześladowczą, ewolucyjnie wyprzedzali inne gatunki o całe lata świetlne.

– Gdzie?

– Róg Ponce de Leon i Martwego Kota.

Jakieś dwadzieścia minut na mule. Gromada już pewnie wiedziała, co się stało. Będą niuchać na miejscu i wywarkiwać żądania przekazania im sprawy. Ech. Zawróciłam Marigold, kierując się na północ.

– Zajmę się tym.


Marigold telepała się ospale, lecz niezmordowanie parła do przodu. Po obu stronach ulicy niegdyś strzeliste budynki wcinały się w niebo poszarpaną linią gruzowisk. Wyglądało to tak, jakby magia podłożyła ogień pod Atlantę, gasząc płomienie, nim miasto obróciło się w perzynę.

Tu i ówdzie mrok rozpraszały punkciki światła ustawionych przypadkowo latarń. Od apartamentowca Alexander on Ponce niósł się zapach węgla drzewnego doprawiony aromatem smażonego mięsa. Ktoś pichcił późną kolację. Ulice były wymarłe. Nikt, kto posiadał choć odrobinę oleju w głowie, nie włóczył się po nocy.

Ponad miastem przetoczył się wysoki skowyt wilczycy jeżący mi włoski na karku. Przed moimi oczami stanął obraz betonowego szkieletu wieżowca i stojącej na nim bestii o jasnym futrze wysrebrzonym księżycową poświatą, która z zadartym łbem, odsłaniając miękkie podgardle, wyśpiewuje swój tęskny zew niosący obietnicę krwawego polowania.

Z bocznej alejki smyrgnął przecinkowaty cień, za nim drugi. Wychudzone, bezwłose istoty w nieskoordynowanych podrygach wybiegły na ulicę, zagradzając mi drogę. Obie były niegdyś ludźmi, obie też musiały być martwe już od ponad dekady. Na ich kanciastych ciałach nie pozostał ani gram tłuszczu. Żadnych obłości, jedynie stalowe mięśnie opięte twardą skórą. Dwa wampiry na łowach. W dodatku poza swoim terytorium.

– Tożsamość – rzuciłam. Większość nekromantów rozpoznawała mnie, znali wszystkich członków Zakonu w mieście.

Stojący bliżej wampir rozwarł szczęki, umożliwiając wydobycie się zniekształconego nieco głosu nekromanty.

– Czeladnik Rodriguez, czeladnik Salvo.

– Kto jest waszym panem?

– Rowena.

Ze wszystkich Panów Umarłych Roweny nienawidziłam najmniej.

– Zapędziliście się dość daleko od Kasyna.

– No bo...

Drugi wampir otworzył paszczę, ukazując jaśniejące na tle czarnych dziąseł kły.

– Nawalił, przez niego zgubiliśmy się w Labiryncie.

– Szedłem według mapy.

Drugi uniósł szponiasty palec ku niebu.

– Możesz ją sobie wsadzić, skoro nie umiesz rozróżnić kierunków. Księżyc nie wschodzi na północy, młotku.

Dwóch kretynów. Cała sytuacja wydawałaby się komiczna, gdybym nie wyczuwała bijącej od wampirów żądzy krwi. Wystarczy, że te patałachy choć na moment stracą kontrolę, a krwiopijcy rozedrą mnie na strzępy.

– Naprzód. – Szturchnęłam Marigold.

Wampiry ruszyły dalej, sterowane przez nawigatorów częściowo pochłoniętych sprzeczką rozgrywającą się gdzieś w czeluściach Kasyna. Wirus Immortuus zabijał w swych ofiarach osobowość. Bezduszne stwory, kierowane nienasyconą żądzą krwi, mordowały każdą istotę o pulsującym sercu. Pustka umysłowa czyniła z nich idealne narzędzia nekromantów, Panów Umarłych. Większość Panów służyła Rodowi. Po części sekta, po części ośrodek naukowy, po części korporacja, ogólnie odrażająca instytucja, zajmowała się badaniami oraz opieką nad nieumarłymi. Ród, podobnie jak Zakon, posiadał oddziały w każdym większym mieście. Tu, w Atlancie, obrali sobie na siedlisko Kasyno.

W rankingu rekinów Atlanty Ród plasował się bardzo wysoko. Jeśli chodzi o potencjał destrukcyjny, równać się z nim mogła jedynie Gromada. Rodem władała tajemnicza, legendarna istota, która w tej konkretnej erze obrała sobie imię Roland. Roland dysponował ogromną mocą. Stanowił też główny cel mojego życia. To właśnie z myślą o jego zgładzeniu od dziecka szkolono mnie na zabójcę.

Okrążyłam wielką dziurę w chodniku i skręciłam w ulicę Martwego Kota, gdzie moim oczom ukazała się mroczna scena zbrodni. Nigdzie śladu glin czy świadków. Nikły blask księżyca uwidaczniał sylwetki siedmiu zmiennokształtnych. Wszyscy żyli.

Dwa wilkołaki w zwierzęcych formach przeczesywały miejsce w poszukiwaniu śladów zapachu. Zaczynając od wlotu uliczki, z nosami przy ziemi, obwąchiwały teren, zataczając coraz większe kręgi. Zwierzęce postaci zmiennokształtnych charakteryzowały się większymi gabarytami niż ich naturalne pierwowzory. Ci tutaj nie stanowili wyjątku – potężne, kudłate bestie przewyższały rozmiarami i wagą dogi niemieckie. Dalej inna dwójka, tym razem o ludzkich kształtach, pakowała ostrożnie do worka coś, co podejrzanie przypominało zwłoki. Kolejnych troje patrolowało okolicę zapewne z zamiarem odstraszenia ciekawskich. Niepotrzebnie, nikt bowiem nie byłby na tyle głupi, żeby nawet zerknąć w tę stronę.

Na mój widok grupka zastygła w bezruchu. Poczułam na sobie siedem par gorejących ślepi, cztery zielone, trzy żółte. Sądząc po intensywności rozjarzenia, zmiennokształtni balansowali na granicy szału. Stracili jednego ze swoich i teraz przepełniała ich żądza zemsty.

– Myśleliście kiedyś, żeby robić w święta za światełka choinkowe? – rzuciłam lekko. – Zbilibyście fortunę.

Jeden ze zmiennokształtnych ruszył ku mnie. Mocno umięśniony, choć zwinny, na oko czterdziestolatek. Jego twarz zastygła w firmowej masce Gromady prezentowanej obcym – uprzejmej i twardej niczym skały Gibraltaru.

– Dobry wieczór pani. To prywatne śledztwo prowadzone przez Gromadę. Jestem zmuszony prosić, aby opuściła pani to miejsce.

Pani... Aj.

Sięgnęłam pod koszulę, gdzie na tasiemce nosiłam zalaminowany identyfikator. Spojrzał na dokument sygnowany małym kwadracikiem zaczarowanego srebra.

– Zakon! – zawołał do pozostałych.

Z ciemności wyłonił się jeszcze jeden mężczyzna. Zjawił się znikąd tam, gdzie przed chwilą pod murem widniała jedynie plama atramentowej czerni. Blisko metr dziewięćdziesiąt mięśni ukształtowanych jak u olimpijskiego atlety, obleczonych skórą koloru gorzkiej czekolady. Zwykle nosił szeroki, skórzany płaszcz, tym razem jednak ograniczył się do czarnych dżinsów i koszulki. Kiedy podchodził, mięśnie jego torsu i ramion napinały się płynnie. Wyraz jego oblicza skłaniał zapewne największych awanturników do przemyślenia pochopnych zapędów. Wyglądał jak zawodowy obijacz mord, który uwielbia swoją pracę.

– Cześć, Jim – powitałam go przyjaźnie. – Dobrze, że tu jesteś.

Zmiennokształtny, który ze mną rozmawiał, wrócił do grupki. Jim poklepał Marigold po szyi.

– Pracowita noc? – zagaił. Miał melodyjny, aksamitny głos. Nie śpiewał, ale od razu wiedziało się, że potrafi, i gdyby to robił, kobiety ścieliłyby mu się u stóp.

– Można tak powiedzieć.

Jim był moim partnerem jeszcze z czasów, kiedy podejmowałam się usług wyłącznie dla Gildii Najemników. Niektóre scenariusze wymagały dwóch aktorów, więc Jim i ja występowaliśmy w duecie, głównie dlatego, że żadne z nas nie strawiłoby innych najemników. Jim był ponadto kotem alfa swojego klanu oraz szefem bezpieczeństwa Gromady. Widziałam, co potrafi i prędzej z własnej woli wdepnęłabym w gniazdo wściekłych żmij niż z nim zadarła.

 

– Wracaj do domu, Kate. – W jego oczach mignął zielonkawy poblask, kiedy zwierzęca natura wychynęła na moment na powierzchnię.

– Co tu się stało?

– Sprawy Gromady.

Jeden z wilków szczeknął cicho. Zmiennokształtna towarzyszka podbiegła do niego, podnosząc coś błyskawicznie z ziemi. Zanim wepchnęła przedmiot do worka, zdołałam rozpoznać znalezisko po kształcie. Oddzielone w łokciu ludzkie przedramię nadal okrywał strzęp rękawa. Kod zielony siedem właśnie awansował na zielony dziesięć. Zabójstwo zmiennokształtnego. W sprawach przypadkowej śmierci rzadko pojawiały się odcięte członki porozwlekane na miejscu zdarzenia.

– Jak wspominałem, sprawy Gromady. – Jim spojrzał na mnie znacząco. – Znasz prawo.

Prawo głosiło, że zmiennokształtni stanowią odrębną grupę społeczną, jak na przykład plemię Indian, i posiadają swoje władze. Ustalali niezależne prawa i dopóki prawa te nie naruszały swobód innych obywateli, mogli je egzekwować we własnym zakresie. Jeśli Gromada nie życzyła sobie mojej obecności w śledztwie, niewiele mogłam na to poradzić.

– Jako agentka Zakonu oferuję Gromadzie oficjalną pomoc.

– Gromada docenia propozycję Zakonu. Jednak jej nie przyjmuje. Wracaj do domu, Kate – powtórzył Jim. – Ledwie się trzymasz na nogach.

W wolnym przekładzie: „Zmiataj, słaby człowieczku. Duzi, silni zmiennokształtni nie potrzebują twoich bezwartościowych umiejętności śledczych”.

– Załatwiliście to z glinami?

Jim przytaknął.

Z westchnieniem wsiadłam na Marigold i potruchtałam do domu. Ktoś zginął. Nie ja rozwiążę tę sprawę. Trochę podrażniło to moją zawodową ambicję. Gdyby nie pojawił się tam Jim, naciskałabym na oględziny zwłok. Ale skoro Jim mówił „nie”, było to „nie” ostateczne. Upór nie przyniósłby nic poza popsuciem stosunków pomiędzy Zakonem i Gromadą. Jim nie był partaczem, więc bez wątpienia dobrał sobie kompetentny i skuteczny zespół.

Mimo to sprawa nie dawała mi spokoju.

Zaraz z rana zamierzałam zadzwonić do Wydziału Kontroli Zjawisk Paranormalnych i zapytać, czy mają jakieś nowe raporty. Paragliny nie wyjawią treści raportu, ale przynajmniej będę wiedziała, że Jim wypełnił papiery. Nie żebym mu nie ufała, ale sprawdzić nie zawadzi.


Godzinę później zostawiłam Marigold w małej stajni na parkingu, sama zaś wspięłam się po schodach do mieszkania. Odziedziczyłam lokum po Gregu, moim opiekunie, który pełnił w Zakonie funkcję rycerza-wróżbity. Zginął pół roku temu. Tęskniłam za nim tak bardzo, że aż bolało.

Dawno nic nie ucieszyło mnie tak bardzo, jak widok własnych drzwi. Zamknęłam je za sobą, zrzuciłam wstrętne buty i postawiłam w kącie, z zamiarem zajęcia się nimi później. Odpięłam sprzączki uprzęży Zabójcy, mojego miecza, wyjęłam ostrze i położyłam na łóżku.

Szarlotka słała kuszące sygnały. Powlokłam się do kuchni, otworzyłam lodówkę i zagapiłam w pusty talerz.

Czyżbym ją zjadła? Nie pamiętałam pochłaniania tego ostatniego kawałka. A nawet jeśli, nigdy nie zostawiłabym w lodówce talerza.

Na drzwiach wejściowych nie znalazłam widocznych śladów włamania. Rozejrzałam się szybko po mieszkaniu. Nic nie zginęło. Wszystko na swoim miejscu. Biblioteczka, w której Greg trzymał książki i artefakty, wyglądała na nietkniętą.

Czyli musiałam zjeść szarlotkę i zapomnieć o tym w szaleństwie ostatnich dni. Cóż, cholerny świat. Przeklinając pod nosem, umyłam talerz i włożyłam go na miejsce pod kuchenką. Dobra, z ciasta nici, ale nikt nie odbierze mi gorącego prysznica. Rozbierałam się, siejąc elementami garderoby po drodze do łazienki, weszłam pod tusz i z pomocą gorącej wody rozmydliłam rzeczywistość mydłem rozmarynowym.

Telefon zadzwonił, kiedy wycierałam włosy.

Otworzyłam kopniakiem drzwi i spiorunowałam wzrokiem stojący przy łóżku rozbrzęczany aparat. Telefony nie wróżyły nic dobrego. Zawsze oznaczały, że ktoś na drugim końcu linii umarł, umiera lub komuś umrzeć pomaga.

Dryyyń.

Dryń, dryń.

Dryyyń?

Westchnąwszy, podniosłam słuchawkę.

– Kate Daniels.

– Cześć, Kate – odezwał się znajomy głos. – Mam nadzieję, że cię nie obudziłem?

Saiman. Ostatnia osoba, którą pragnęłam usłyszeć.

Saiman posiadał encyklopedyczną wiedzę na temat magii. Był także zmiennokształtnym, w każdym razie po części. Pracując dla Gildii Najemników, wykonywałam dla niego pewne zlecenie, podczas którego wydałam mu się zabawna. A ponieważ go bawiłam, zaproponował mi swoje usługi jako eksperta z dziedziny magii, dając na nie bandycki rabat. Niestety, nasze ostatnie spotkanie, podczas rozbłysku, odbyło się na dachu jego wieżowca, gdzie Saiman tańczył nago. Z największą erekcją, jaką widziałam u człowieka. Nie był skory mnie stamtąd wypuścić. Musiałam skoczyć, żeby mu się wymknąć.

Zapanowałam nad głosem. Kate Daniels, mistrzyni dyplomacji.

– Nie mam ochoty z tobą rozmawiać, nie mam też zamiaru kontynuować tej znajomości.

– Och, to pech. Aczkolwiek jestem w posiadaniu czegoś, co może należeć do ciebie i co chciałbym oddać pod twoją pieczę.

Co, do licha?

– Wyślij pocztą.

– Obawiam się, że mógłby stawić opór podczas wpychania do koperty.

Stawić opór? On? Nie brzmiało to dobrze.

– Nie chce się przedstawić, ale może ci go opiszę. Około osiemnastki, krótkie, ciemne włosy, zacięta mina, wielkie brązowe oczy. Atrakcyjny jak na szczeniaka. Sądząc po odbiciu światła w jego tapetum lucidum, jest zmiennokształtnym. Zgaduję, że wilkiem. Był z tobą podczas naszego ostatniego, niefortunnego spotkania. Za które, przy okazji, szczerze przepraszam.

Derek. Mój nastoletni, wilkołaczy eks-ochroniarz. Co on, u diabła, robił w mieszkaniu Saimana?

– Daj mu słuchawkę z łaski swojej – poprosiłam spokojnie. – Derek? Powiedz coś, na dowód, że to nie blef. Jesteś ranny?

– Nie. – Głos Dereka wibrował warkotem. – Dam sobie radę. Nie przychodź tu. To niebezpieczne.

– Zaskakujące, jak toto troszczy się o twoje dobro, szczególnie że sam siedzi w klatce – mruknął Saiman. – Ciekawych sobie dobierasz przyjaciół, Kate.

– Saiman?

– Tak?

– Jeśli choć włos mu z głowy spadnie, wyślę do ciebie dwudziestu toczących pianę z pysków zmiennokształtnych.

– Nie bój się, nie zamierzam ściągać sobie na kark gniewu Gromady. Twój przyjaciel jest cały i zdrowy. Jeśli jednak nie zjawisz się po niego przed wschodem słońca, oddam go w ręce odpowiednich władz.

– Przyjdę.

W tonie Saimana pobrzmiewały ledwie słyszalne nuty kpiny.

– Czekam z niecierpliwością.