Magia niszczyTekst

Z serii: Obca Krew
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zwróciłam się do Barabasza.

– Możemy zamienić słówko, zanim ruszymy?

– Oczywiście. – Ruszył ze mną.

Oddaliłam się sto metrów od zmiennokształtnych i stanęłam do nich plecami.

– Zanim wyjedziesz z miasta, musisz zrobić przystanek u kuriera i wysłać kilka wiadomości. Wykorzystaj każdą przysługę, jaką wisi nam miasto, i każdą życzliwość, na jaką możemy liczyć ze strony stróżów prawa. Wykorzystaj wszystko, co trzymaliśmy na czarną godzinę, bo właśnie nadeszła. Zadzwoń do Jewdokii albo do jej dzieci. Powiedz jej, co się wydarzyło.

Jewdokia była najpotężniejszą wiedźmą w Atlancie i jedną z niewielu osób, które znały moją historię. Sabat czarownic zamierzał walczyć z Rolandem aż do końca. Poinformowanie wiedźm, że Hugh wkroczył na wojenną ścieżkę, dałoby im czas na przygotowanie się.

– Tajest.

– Jak tylko dotrzesz do Twierdzy, zbierz drużynę bojową i wyślij do Karoliny Północnej, żeby odnaleźć Currana. Trzymaj to w tajemnicy. Nie potrzebujemy paniki.

Skinął głową.

– Jim będzie chciał to zrobić, ale chcę, żebyś to ty nadzorował tę akcję. Wybierz trzebicieli, wojowników, najlepszych ludzi, jakich zdołasz, jednocześnie zbytnio nas nie odsłaniając. Nie obchodzi mnie, czy po drodze będą musieli rozwalić góry. Mają znaleźć Władcę Bestii, i to szybko.

– Rozumiem. A co z Radą?

– To problem Jima. Próbuj wszystko przeciągać. Opóźniaj wszelkie decyzje do jutra. Do rana powinniśmy wrócić. Jeśli nie dam znać do południa, to znaczy, że zginęłam i jesteście zdani na siebie.

– Przyjąłem.

– Znajdź go, Barabasz.

– Znajdę go, Kate. Obiecuję.

– I każ Jezebel zabrać Julie z miasta. Będzie potrzebować wsparcia, bo Julie umie uciekać. Jeśli Hugh zajmie Atlantę, Julie nie może tu być. D’Ambray wykorzysta ją i zmieni w coś potwornego.

– Nie zajmie Atlanty – rzekł Barabasz.

– Wiem. Proszę, zrób to dla mnie.

– Oczywiście. Powodzenia.

– Dziękuję. Przyda nam się.

Wróciliśmy do reszty. Jim miał ponurą minę.

– Dla jasności, mam dosyć tego, że zawsze jestem pomijany – oświadczył.

– Dla jasności, mam dosyć tego, że Hugh żyje.

Mangustołak machał ręką na naszych ludzi.

– Zbieramy się.

Jim zawiesił głos.

– Nie daj się zabić i nie zmuszaj mnie, żebym ratował ci tyłek.

– Dzięki, mamo. Też cię kocham.

Warknął pod nosem i ruszył w kierunku dżipa.

– Jim! – zawołałam trochę za głośno.

Obrócił się.

Odczekałam sekundę, by upewnić się, że wszyscy nas słuchają.

– Jeśli nie wrócę do jutra wieczorem, a Władcy Bestii nadal nie będzie, masz moje błogosławieństwo.

Zamrugał. Otworzył usta.

– Przyjąłem, alfo.

Ktoś musiał rządzić Gromadą. Jim już to robił, a gdybym nie wróciła, podjąłby się tego po raz kolejny. Teraz miałam kilkunastu świadków, którzy potwierdzą, że ma do tego prawo.

Jennifer pokręciła głową i wsiadła do auta razem ze swoimi ochroniarzami. Ciemnowłosy mężczyzna, który wyciągnął Desandrze pocisk, stał niezdecydowany. Desandra podeszła do niego.

– Idź ze swoją alfą. Kiedy tylko wrócisz do Twierdzy, wyślij kogoś do Orhana i Fatimy. Jeśli Jennifer spróbuje zrobić coś głupiego, spowalniaj ją, jak tylko będziesz w stanie. Niech George ci pomoże.

A więc naprawdę widziała się z emerytowaną parą alfa.

Mężczyzna przytaknął i odszedł.

Odwróciliśmy się i pobiegliśmy mostem. Samochody zasłaniały nas przed wampirami. Pozostali zmiennokształtni zaczęli nucić, by uruchomić silniki na zaczarowaną wodę.

– Orhan i Fatima? – zapytał Robert.

– Mhm – potwierdziła Desandra. – Mam ich błogosławieństwo, żeby przejąć władzę nad klanem. Dacie wiarę, że ta suka wystawiła mnie na odstrzał?


Przekroczyliśmy most i truchtem przemierzyliśmy kolejne pół kilometra zalesionej drogi, a potem skręciliśmy w ledwie widoczny szlak po lewej stronie. Drzewa gęsto porastały ścieżkę, a ich korzenie wystawały z ziemi, niemal niewidzialne wśród nocnych cieni. Idealnie. Może się potknę, złamię kręgosłup i oszczędzę Hugh kłopotów.

– Nie chodzi o to, że Jennifer rzuciła mnie wampirom na pożarcie – stwierdziła Desandra. – To rozumiem. Chodzi o to, że załatwiła to po chamsku. Ta kobieta rządzi klanem na własną rękę od jakichś sześciu miesięcy. Należałoby oczekiwać od niej odrobiny subtelności.

– Kiedy odwiedziłaś Orhana i Fatimę? – spytał Robert.

– Kilka dni temu – odparła.

– Oni nie chcą być zamieszani w działania Gromady – poinformował ją szczurołak. – Dali to jasno do zrozumienia. Kiedy alfa ustępuje ze stanowiska, traci wszelkie prawa, by mieszać się w sprawy klanu. Postawiłaś ich w trudnej sytuacji.

– Sami mnie zaprosili. Nie prosiłam o to. Wiesz, dlaczego po mnie posłali? – Desandra wskazała palcem na mnie, a potem na Roberta. – Alfa, alfa... – I wskazała kciukiem na siebie: – Beta. Coś tu nie pasuje. Jennifer powinna być tutaj, a nie jechać autem z ochroniarzami. Oto powód.

– Ja nie jestem alfą – zauważył Derek.

– Jesteś jak młodszy brat Currana. – Desandra machnęła ręką. – Nie liczysz się. Więc nie, nie złamałam zasad i nie poszłam do Orhana i Fatimy sama z siebie. Trochę wiary, ludzie.

Robert z całych sił udawał niewzruszonego. Całkiem nieźle mu szło, ale to mnie nie powstrzymało.

– Robert, jak tam twój kaktus na dłoni, już wyrósł?

Spojrzał na mnie, niepewny, jak zareagować.

– A, i jeszcze jedno – dodała Desandra. – À propos tego, że Hugh to wszystko zaplanował. Masz rację.

Zrzuciła kurtkę i odwróciła się do nas plecami. Skórę pod łopatką zdobiła jaskrawoczerwona rana, z której wciąż sączyła się krew. Kula musiała przeszyć wilkołaczycę od przodu i przedrzeć się przez klatkę piersiową aż do łopatki. Ranę otaczała ciemnoszara obwódka. Desandra oberwała srebrnym pociskiem. Toksyczny nabój przeszedł przez ciało, a komórki Lyc-V w sąsiednich tkankach umarły. Kiedy ciemnowłosy mężczyzna rozciął Desandrze skórę na plecach, na pewno krwawiła na szaro.

Nikt nie nosił przy sobie srebrnych kul, jeśli nie chciał walczyć ze zmiennokształtnymi. Srebro było za drogie, a poza tym istniały lepsze i dokładniejsze pociski.

Ogłuszający ryk silników na zaczarowaną wodę oznajmił, że samochody Gromady wjechały na drogę, którą zostawiliśmy za sobą. Nie zatrzymywaliśmy się.

Echo ostatnich silników ucichło.

– Gdzie idziemy? – spytała Desandra.

– Do stajni Niebieski Kotylion – odpowiedziałam. – To najbliższe miejsce, gdzie można wynająć konia.

– Po co? – chciała wiedzieć.

– Bo nie nadążę za wami pieszo – oświeciłam ją.

– Poza tym Kate biega jak nosorożec – dodał Derek. – Słychać ją z odległości kilometra.

Zdrajca.

– Myślałam, że jesteś po mojej stronie.

– Bo jestem – zapewnił mnie. – Bieg nosorożca to miły akcent. Dzięki niemu łatwo za tobą nadążyć. Jeśli kiedykolwiek cię zgubię, wystarczy, że posłucham, i zaraz cię znajdę.

– Tak – zgodziła się Desandra. – To wygodne.

Zaśmiałam się.

– Zawsze jesteś taka luzacka? – zapytał Robert.

– Derek i ja pracujemy razem od dawna – wyjaśniłam mu. – Może sobie pozwalać na więcej.

– A Desandra?

– Przejmuje się protokołem, tylko kiedy czegoś chce. Przez resztę czasu rzuca sprośne dowcipy i opisuje śliwki.

Desandra zachichotała. Robert uniósł brwi.

– Śliwki?

Machnęłam ręką.

– Nie pytaj.

Dziesięć minut później zalesiona ścieżka wypluła nas na Przeprawę Trolla, a po piętnastu minutach zatrzymaliśmy się przy płocie niedaleko bramy stajni Niebieski Kotylion. Minęło pół godziny. Nie zostało nam dużo czasu.

– Lepiej wejdź sama – zasugerowała Desandra. – Mogą się przestraszyć, że Derek i ja zaczniemy chuchać i dmuchać...

– Jeśli coś się stanie – zaczął Robert – pamiętaj, że jesteśmy kilka metrów dalej.

Usłyszałam niski gardłowy dźwięk i zdałam sobie sprawę, że Derek się śmieje. Przynajmniej jego poczucie humoru wracało. Dziękuję ci, wszechświecie, za małe uprzejmości.

Podbiegłam do wejścia i zapukałam. Drzwi się otworzyły i stojący w nich starszy pan wycelował we mnie kuszę. Uniosłam ręce.

– Panie Walton? Potrzebuję konia. Dzwoniłam wczoraj i prosiłam, żeby pan jednego dla mnie zarezerwował.

Pan Walton zmrużył oczy.

– Jeśli o to chodzi...

– Tak?

– Wynająłem wszystkie konie.

To chyba jakiś żart.

– Mówił pan, że ma jednego i zachowa go dla mnie. Wysłałam tu mojego człowieka, który powiedział, że przyjął pan pieniądze.

– Tak, mówiłem, i tak, przyjąłem. Ale wie pani. Śmieszna sprawa z tymi pieniędzmi. Im więcej ich jest, tym ładniej wyglądają. A pani powiedziała, że może potrzebować konia. Sprawa nie była pewna.

Grrr.

– Chce pani zwrotu pieniędzy?

– Chcę konia.

– Konie mi się skończyły, ale mam mamuta.

– Co?

– Pokażę pani.

Poprowadził mnie do stajni. W trzecim boksie poruszyło się coś dużego. Wyglądało jak koń i mierzyło ponad półtora metra. Pan Walton uniósł feylatarnię. Zobaczyłam wydłużony pysk, duże, niebieskie oczy i długie, ponadpółmetrowe uszy. To był osioł, tyle że wysoki na ponad dwa metry razem z uszami. Jego czarną kudłatą sierść pokrywały duże białe plamy.

– Co to jest?

– To jest mamut, czyli osioł rasy mammoth. A konkretnie oślica.

– Jest magiczna?

– Nie. Ten gatunek powstał na początku dwudziestego wieku, głównie po to, żeby hodować muły. To świetny wierzchowiec. Dobrze radzi sobie na szlaku. W razie potrzeby może rozwinąć prędkość trzydziestu kilometrów na godzinę, ale nie na długo. Jedna rzecz. Wszystkie mamuty są przeurocze. Ta jest, jak to mówimy w branży, wybrykiem natury. Uparta, drażliwa i inteligentna.

 

– Jak się nazywa?

– Kruszynka.

Idealnie.

– Biorę ją.

Kiedy tylko wyprowadziłam Kruszynkę z boksu, obróciła łeb w moją stronę, stanęła wyprostowana i wysunęła uszy do przodu. Aha. Kiedy konie chcą zaatakować, zazwyczaj chowają uszy. Tego numeru nie znałam. Osły to dla mnie nowość.

– Co znaczą te uszy?

Pan Walton wzruszył ramionami.

– Że nie jest pani pewna. Osły to stoickie zwierzęta. To nie konie z długimi uszami.

Dobra. Gdyby Kruszynka była koniem, pomachałabym uprzężą, żeby zmusić ją, by zrobiła krok w tył. W końskich grach o dominację ten, kto pierwszy się poruszył, przegrywał. Coś mi mówiło, że tutaj to się nie sprawdzi.

– Ma pan marchewkę?

Pan Walton poszedł na przód stajni i przyniósł mi dużą marchewkę.

– Dziękuję. – Odgryzłam kawałek i zaczęłam głośno mlaskać. – Mmm, pyszna marchewka.

Kruszynka otworzyła oczy szerzej.

– Mmm, przepyszna.

Kruszynka zrobiła krok w przód. Obróciłam się bokiem i próbowałam przeżuwać jeszcze głośniej. Kruszynka ze stukotem podeszła bliżej i szturchnęła mnie nosem. Podałam jej marchewkę i pogłaskałam po chrapach. Zjadła i popatrzyła na mnie.

– Bardzo ładnie – ucieszył się pan Walton. – Jest pani zaklinaczką osłów.

– Ma pan więcej marchewek?

Dwie minuty później pakowałam dwa kilogramy marchewek do toreb przy siodle Kruszynki. Dał mi je za darmo „ze względu na to, że Kruszynka nie jest koniem i rzeczywiście pozwoliłem sprzątnąć pani klacz sprzed nosa”. Gdybyśmy po drodze musieli poskromić stado dzikich osłów, bez problemu opanowałabym sytuację.

Wyjechałam ze stajni na dwumetrowej oślicy, która wyglądała, jakby okradła krowę i założyła jej ubranie.

Robert wybałuszył oczy. Desandra zrobiła dziwną minę – jej prawa brew poszybowała do góry, lewa powędrowała w dół, a usta zatrzymały się gdzieś między zdziwionym rozchyleniem a początkiem słowa „co”. Derek rozdziawił usta i nie zamknął ich, dopóki nie zatrzymałam się obok niego.

– Co to jest, do cholery? – zapytała Desandra.

– Kruszynka. Oślica rasy mammoth.

Derek wyszczerzył zęby i oparł się o płot.

– Masz jeszcze jakiekolwiek poczucie własnej godności?

– Nie.

– Moim zdaniem jest urocza. – Desandra wyciągnęła rękę.

Kruszynka natychmiast spróbowała ją ugryźć. Desandra cofnęła dłoń i obnażyła zęby.

– Ośle, nie wiesz, z kim zadzierasz. Zjadam takie jak ty na śniadanie.

– Dokąd teraz? – spytałam.

– Chwileczkę – poprosił Robert. – Jeszcze... oswajam się z twoim środkiem transportu.

– Nie spiesz się. – Obróciłam Kruszynkę, żeby zapewnić mu lepszy widok. Oślica zastrzygła uszami, podniosła przednie kopyta i wierzgnęła. Dobry Boże.

Derek oparł czoło o płot i jęknął. Desandra zarechotała.

– Dobrze – stwierdził Robert. – Chyba już to przetrawiłem. Jestem gotowy na planowanie strategii. Możesz już nie wierzgać?

– Jeszcze nie skończyła.

Potrzeba było trzydziestu sekund i kolejnej marchewki, żeby uspokoić Kruszynkę.

– Jak dostaniemy się na ich terytorium, jednocześnie nie dając się zabić? – zapytałam.

– Możemy spróbować z północnego zachodu – odparł Robert. – Ta droga jest słabiej patrolowana. Ale w obecnej sytuacji na pewno podwoili ochronę. Będą nas szukać.

Niedopowiedzenie stulecia.

– Mogę iść sam – zaproponował Robert.

– Jeśli cię dopadną, nigdy nie znajdziemy zwiadowcy ani miejsca zbrodni – zaprotestowała Desandra.

Spojrzał na nią z politowaniem.

– Nie dopadną mnie.

Jasne, że nie. Ale zwracanie szczurołakowi uwagi, że ta duma może go zgubić, byłoby nieroztropne. Musiałam powiedzieć coś neutralnego.

– Wypadki chodzą po ludziach. – Kate Daniels, mistrzyni dyplomacji.

– Możemy iść jedną z ich zwyczajowych tras patrolowych – rzucił Derek.

Obróciliśmy się do niego.

– Ród zna nasze trasy patrolowe – ciągnął cudowny chłopiec. – Więc zmieniamy je, kiedy coś się dzieje. Oni prawdopodobnie robią tak samo, tym samym zostawiając oryginalną trasę bez nadzoru.

– Prawdopodobnie? – Desandra pokręciła głową.

– Na więcej nie możemy liczyć – powiedział Robert.

– Nie podoba mi się to – oznajmiła Desandra. – Nie wiem jak ty, ale ja mam w domu dwoje dzieci, do których chcę wrócić. Istnieje ryzyko, że wpadniemy prosto na ich patrol.

– Nie wpadniemy – zaprzeczyłam.

– Skąd ta pewność? – zapytał Robert.

– Jest z nami żywy wykrywacz wampirów – wyjaśnił Derek.

Teraz wszyscy spojrzeli na mnie.

– Jeśli nie przestaniecie się gapić, będę musiała zatańczyć.

– Wyczuwasz wampiry? – spytał alfa klanu szczurów.

– Tak.

– Z jakiej odległości? – dociekał.

– Z wystarczającej, żeby dać nam czas, by się ukryć.

– Dobrze – zgodził się. – W takim razie głosuję na trasę patrolową.

Desandra przyjrzała mi się badawczo, jakby widziała mnie pierwszy raz w życiu.

– Jakie jeszcze sztuczki chowasz w zanadrzu?

Puściłam do niej oko.

– Trzymaj się mnie, to może się dowiesz.

– Możemy iść przez strefę kwarantanny – zaproponował Derek. – Nawet krwiopijcy się tam nie zapuszczają.

– Na pewno istnieje jakiś powód – mruknęła Desandra.

– Szczęście sprzyja odważnym – pocieszyłam ją. I zabija głupich, pomyślałam, ale to zostawiłam dla siebie. – Chodźcie. Musimy się spieszyć.

Rozdział 5

Noc oblepiała ulice Atlanty niczym czarnoniebieski atrament. Wślizgiwała się w ruiny budynków, zbierała w pustych dziurach okien i wylewała na zapchane gruzem aleje. Kruszynka stąpała po nawierzchni ulic, a dźwięk jej kopyt tonął w mroku. Robert i Desandra truchtali po mojej lewej, Derek po prawej. Robert nie biegł – on sunął w całkowitej ciszy, oszczędnymi, szybkimi ruchami. Desandra i Derek stawiali długie wilcze kroki, dzięki którym mogli biec bez przerwy przez całe godziny. Twarz Dereka przybrała neutralny wyraz, ani surowy, ani zamyślony – po prostu gotowy.

Ja też się nie zamyślałam. Miałam misję i zamierzałam ją wykonać. Sztuczka polegała na tym, żeby nie zastanawiać się nad wszystkim, co stracę, jeśli polegnę.

Powinnam była spędzać więcej czasu z Curranem. Powinnam była...

Z trzaskiem zamknęłam te mentalne drzwi. Najpierw napraw ten bałagan. Obwiniaj się, żałuj i jęcz później.

Nasi ludzie znajdą Currana, przekonywałam się, a jeśli nie, to ja go znajdę. Na pewno jest cały i zdrowy. Wkrótce znów będziemy razem. Zakopię głowę Hugh w grobie Hibli. Już wybrałam dla niej miejsce. Obok Ciotki B. Może wtedy moje koszmary ustaną.

Derek zatrzymał się, obrócił na pięcie i spojrzał w kierunku, z którego przyszliśmy. Zmrużył oczy. Zrobił drapieżną minę i wbił wzrok w stały punkt w oddali, gdzie spustoszone domy rzucały długie cienie na chodniki. Napiął mięśnie i lekko rozchylił usta, odsłaniając zęby. Zastygł jak wilk gotowy do skoku.

Chwyciłam za miecz. Robert sięgnął pod kurtkę. Desandra się uśmiechnęła.

– Wyjdź – powiedział Derek. – To koniec.

Jeden z cieni odłączył się od reszty i wyszedł na ulicę. Spojrzała na nas anielska twarz o diabelskich oczach.

Szlag by to trafił.

– Ascanio!

Bouda ruszył spacerkiem w naszą stronę, udając okaz niewinności.

– Co ty robisz, do cholery? – warknęłam.

Pokazał rozbrajający uśmiech niczym tarczę.

– Śledzę was.

– Dlaczego?

– Bo tak.

Jak Boga kocham, dajcie mi coś ciężkiego.

– Bo jak?

– Chciałem iść. To zbyt niebezpieczna misja i martwię się o ciebie.

Derek warknął cicho pod nosem.

– Nie możesz mnie winić – powiedział Ascanio. – Każdy na moim miejscu by się martwił. Nawet nie masz prawdziwego konia, tylko jakiegoś mutanta nieznanego pochodzenia.

– Nie obrażaj mojego osła. Jeśli chciałeś iść, to czemu od razu nie mówiłeś?

Popatrzył mi w oczy i z całkowitą szczerością wyznał:

– Bobyś się nie zgodziła. A ja nigdy bym ci się nie sprzeciwił, alfo.

Grrr.

– Mówiłeś Jimowi, że idziesz?

Był w szoku.

– Oczywiście, że nie!

– Dlaczego?

Rozłożył ręce.

– Boby się nie zgodził.

Schowałam twarz w dłoniach.

– Z technicznego punktu widzenia nikomu się nie sprzeciwiłem – zaznaczył Ascanio.

Wycelowałam palec w hienołaka.

– OK. – Zrobił krok w tył. – Rozumiem, że musisz to przetrawić.

– Chcesz, żebym spuścił mu lanie? – spytał Derek.

– Osobiście uważam, że to nie jest odpowiedni moment, żeby walczyć między sobą – oznajmił Ascanio. – Ale jeśli pan Ponury Zadek chce zobaczyć, ile się nauczyłem przez ten rok, z radością mu pokażę. Będzie głośno, a cała ta krew na pewno przyciągnie uwagę.

Pan Ponury Zadek zrobił krok w przód.

– Nie – przykazałam.

Derek fuknął.

Ascanio rzucił mi olśniewający uśmiech.

– Przepraszam za kłopot. Naprawdę chciałem tylko pomóc. Ale skoro już tu jestem, nie mogę wracać do domu, samotny i bezbronny. Chyba że chcecie zostawić mnie na pewną śmierć. W samotności. W nocy. W lodowatym deszczu.

Desandra się zaśmiała.

– Nie pada – poinformowałam go.

– Ile masz lat? – zapytał Robert.

– Szesnaście – odparł Ascanio nagle płaczliwym tonem. – Za mało, żeby się napić albo podpisać umowę, ale wystarczająco dużo, żeby być sądzonym jak dorosły, gdybym zabił człowieka. I wystarczająco, żeby walczyć za Gromadę.

Robert uniósł brwi.

– Wystarczająco dużo, żeby ponieść konsekwencje swoich decyzji?

– Tak – odrzekł Ascanio.

Szczurołak zerknął w moją stronę.

Właśnie tego potrzebowałam. Sześćdziesięciu pięciu kilogramów nastoletniego szaleństwa w szybkowarze.

– Zgoda.

Derek był w szoku.

– Serio?

– Tak.

Patrzył na mnie z niedowierzaniem.

– Więc dzieciak dostanie, czego chce?

– Tak. Jesteśmy zbyt blisko terytorium Rodu. Jeśli go pogonimy, i tak pójdzie za nami i wpakuje się w jakieś bagno, z którego nie wyjdzie. A jeśli Ród go dopadnie, wykorzysta jako kartę przetargową przeciwko nam.

Ascanio promieniał.

– Spójrz na mnie – wycedziłam przez zęby. – Będziesz mnie słuchał. Kiedy powiem „stań”, staniesz. Kiedy powiem „skacz”, skoczysz. Kiedy powiem „wstrzymaj oddech”, prędzej zemdlejesz, niż zaczniesz oddychać, jasne?

– Tak, alfo.

– To nie koniec. Jeśli przeżyjemy i wrócimy do Twierdzy, porozmawiam sobie z twoimi alfami. Jeżeli myślisz, że Władca Bestii jest straszny, zaczekaj, aż wrócimy do domu. Gwarantuję ci, że kiedy z tobą skończę, pożałujesz.

– Już żałuję – zapewnił mnie.

Obróciłam Kruszynkę. Ascanio potruchtał do Dereka. Derek kłapnął zębami. Ascanio puścił mu oko.

– Wiesz, że za mną tęskniłeś.

Ruszyliśmy dalej.

Teraz miałam przy sobie dwóch osobistych ochroniarzy. Szkoda, że średnia ich wieku wynosiła siedemnaście i pół roku. Co mi przypomniało...

– Desandra?

– Hmm?

– Ten blondyn z kręconymi włosami, ochroniarz Jennifer. Co o nim wiesz?

Westchnęła.

– To Brandon. Miesiąc temu skończył dwadzieścia lat. Typowy przypadek syndromu drugiego dziecka. Ma starszego brata, który jest lepszy we wszystkim, i wnerwia się na rodziców, bo przez większość czasu go ignorują. Jennifer tak go poprowadziła, że uwierzył, że jest wyjątkowy. To jej ukryty talent. Wykorzystała wszystkie jego kompleksy i sprawiła, że poczuł się jak bohater. Z tego, co wiem, tak samo usidliła Daniela. Musiał mieć jakieś wewnętrzne demony, które potrzebowały ukojenia. Jennifer jest w tym świetna, muszę jej to przyznać.

– Jak oceniasz lojalność Brandona?

Wzruszyła ramionami.

– Jennifer jest starsza, atrakcyjna, bardziej doświadczona w łóżku i stoi wyżej w hierarchii. Brandon zrobi wszystko, żeby go doceniła i pochwaliła. Plus jestem prawie pewna, że Jennifer pogrywa z nim zakazanym seksem. „Pragnę cię, ale nie możemy. To by było złe”. Wiem, że jeszcze ze sobą nie spali, ale musiała dawać mu jakieś znaki, bo trzyma jego kutasa na smyczy i kiedy tylko pociągnie, Brandon przybiega jej do stóp. Rzuciłby się dla niej z klifu. Nie odwaliłam tej akcji na moście dla niego, tylko dla reszty, w razie gdyby przyszło im do głowy coś głupiego. Uwierz mi, Kate, jeśli Jennifer każe mu dźgnąć cię w plecy, Brandon dźgnie cię w plecy.

 

Dobrze wiedzieć. Kolejny wilk, którego muszę się wystrzegać.

– Derek? – zagadnęła Desandra.

– Tak? – spytał.

– Załóżmy, że naprawdę chciałabym ubiegać się o pozycję alfy. Co musiałabym zrobić, żeby uzyskać twoje poparcie?

Wzruszył ramionami.

– Jestem tylko jednym z wilków.

– Oboje wiemy, że to pieprzenie – zaprotestowała Desandra. – Jesteś członkiem wewnętrznego kręgu Currana. W zasadzie rodziną. Masz duży wpływ na resztę klanu. Czego chcesz? Pozycji bety?

Uśmiechnął się.

– Nie.

– Celujesz wyżej? – Desandra uniosła brwi.

– Nie. Obserwuję ich. – Derek wskazał mnie głową. – I widzę, jacy są szczęśliwi jako alfy.

– Ten sarkazm aż boli – rzuciłam.

– Czemu chcesz być alfą? – zainteresował się Derek.

– Mogę poprawić sytuację klanu – wyjaśniła Desandra. – Sprawić, żeby wszystko przebiegało sprawniej. By ludzie czuli się bezpieczniejsi i szczęśliwsi. No i jedno z moich dzieci jest potworem.

Jeśli młodszy z bliźniaków Desandry kiedykolwiek zje ludzkie mięso, zamieni się w lamassu, jak jego ojciec. Wyrosną mu skrzydła i wielkie kły. Nie wiedzieliśmy do końca, co jeszcze potrafi.

– A co to ma do rzeczy? – zapytał Ascanio.

Desandra się uśmiechnęła.

– Jennifer nigdy nie pozwoli mu dorosnąć w Gromadzie. Praktycznie mi to powiedziała.

Jennifer, ty kretynko.

– Spędziłam całe życie pod rządami agresywnego alfy – ciągnęła Desandra. – Wiem, jak to jest być na czyjejś łasce. Moje dzieci nie będą dorastać prześladowane. Jeśli muszę zostać alfą, żeby zapewnić im szczęśliwe dzieciństwo, zrobię to.

Opuszczony budynek po naszej lewej osuwał się na ulicę. Cienkie smugi graffiti zdobiły jego ściany niczym łzy. Robert zmrużył oczy.

– Chwileczkę.

Wziął rozbieg, podskoczył i wbiegł na niemal pionową ścianę. Złapał za parapet na trzecim piętrze, a potem wskoczył do środka przez okno. Desandra zagwizdała cicho.

– Wiesz, że on ma męża? – spytałam.

– To mi nie przeszkadza w podziwianiu jego tyłka.

Jej oczy rozbłysły.

O nie.

– Jest jak dwie...

– Nie.

Desandra zachichotała.

Mało brakowało.

– Wiesz, jeśli musisz się wyładować – zaczął Ascanio – chętnie ci pomogę.

Derek spojrzał na mnie, wskazał Ascania i uderzył prawą pięścią we wnętrze lewej dłoni. Pokręciłam głową. Nie, nie możesz mu przyłożyć.

Desandra się zaśmiała.

– Może za dwadzieścia lat. Kiedy będę miała... Jak to się nazywa? Konflikt wieku średniego?

– Kryzys wieku średniego – podsunęłam.

– Właśnie, to. O ile dożyjesz.

– Nie liczyłbym na to – rzucił Derek.

Robert pojawił się w oknie z małym, brudnym workiem, skoczył w dół i podbiegł z powrotem do nas.

– Co to? – spytałam.

– Szczurzy schowek – wyjaśnił Derek. – Mają je w całym mieście.

Robert sięgnął do woreczka i wyciągnął wielką rolkę taśmy izolacyjnej i kłębek płóciennych szmat. Uśmiechnął się.

– Po co ci to? – zainteresowała się Desandra.

– Zobaczysz – odpowiedziałam jej.

Ruszyliśmy dalej.

– Hej, Kate? – zagadnęła mnie Desandra. – Myślałaś kiedyś, żeby podejść do Hugh i powiedzieć mu, że ma największego kutasa na świecie? – Rozstawiła ręce na długość kija bejsbolowego.

– Nie. Myślisz, że to by zadziałało?

– Warto spróbować. Może będzie tak szczęśliwy, że zauważyłaś jego dzidę, że zapomni nas zabić.

Dzidę. Zastrzelcie mnie.

– Przemyślę to.

Ascanio zaczął klepać się po kieszeniach.

– Co? – warknął Derek.

– Szukam długopisu, żeby robić notatki.

Robert nie dawał po sobie poznać, że nas słyszy, ale wiedziałam, że nasłuchuje. Nawet idiota domyśliłby się, że Hugh i ja mieliśmy wspólną przeszłość, a Robert zdecydowanie nie był idiotą. Wkrótce pojawią się pytania. Czułam to.

Ascanio przestał się oklepywać i zaczął gapić na Desandrę z czymś na kształt podziwu. Znalazł sobie wzór do naśladowania, co? Bo wcześniej sprawiał za mało kłopotów.

– O co chodzi, dziecko? – zapytała Desandra.

– Naprawdę ktoś wyrwał ci język? – spytał Ascanio.

Zmrużyła oczy.

– Kiedy miałam dwanaście lat, mojemu ojcu nie spodobało się to, co powiedziałam, więc wziął nóż i uciął mi język. Odrósł po sześciu miesiącach, a kiedy tylko odzyskałam mowę, kazałam ojcu spierdalać. Wtedy postanowiłam, że nikt nigdy więcej mnie nie uciszy. Nie będę trzymać języka za zębami. Nie zamknę się.

– Ja też nie – zawtórował jej Ascanio.

– Wy dwoje, przestańcie w tej chwili albo skończę tę imprezę i wyślę was do domu – zagroziłam.

Zamknęli się.

Ulice się zwęziły. Zobaczyliśmy przed sobą gruby drewniany słup wbity w środek chodnika. Wisiał na nim znak kwarantanny. Wyraźne czarne litery na białym tle głosiły:

MZ-1: OBSZAR MAGII ZAKAŹNEJ

ZAKAZ WSTĘPU

TYLKO DLA UPOWAŻNIONEGO PERSONELU

Pod znakiem namalowano czaszkę z rogami, żeby spotęgować efekt.

Zatrzymaliśmy się. Ulica płynęła dalej. Tu i ówdzie marszczył się chodnik. Z kruszejącego asfaltu wystawały odłamki szkła, niektóre niebieskie, niektóre zielone, a jeszcze inne przezroczystobiałe, niczym wierzchołki podziemnych gór. W oddali iglice i tafle szkła wzbijały się w górę, otaczając dawną Inman Yard, stację Norfolskiej Kolei Południowej, ogromnym szklanym lodowcem. Kiedy przekroczymy ten szklany labirynt, oficjalnie znajdziemy się na terytorium Rodu.

– Atlanta jest porąbana – stwierdziła Desandra. – Jak to się stało?

Zsiadłam z Kruszynki.

– Kiedyś stała tu wielka stacja kolejowa na ponad sześćdziesiąt torów. Miasto wybudowało ją tuż przed Przesunięciem ze stali i szkła. Była bardzo nowoczesna. Kiedy magia uderzyła, pociągi się wykoleiły, a stacja runęła. Wszędzie rozsypało się szkło, a potem ludzie zauważyli, że stapia się i rozrasta, aż w końcu po latach powstało to.

– Nazywa się Szklana Menażeria – wyjaśnił Robert, podając mi taśmę i szmaty. Owinęłam lewe kopyto Kruszynki materiałem i zabezpieczyłam taśmą.

– Jest niebezpieczna? – spytała Desandra.

– O tak – odparł Ascanio. – Kiedyś Andrea i ja zabiliśmy tam potwora. Był większy niż dom.

Derek przewrócił oczami.

– Są tam rzeczy, których nikt nie potrafi sklasyfikować – dodałam. – Kolegium Magów bada Menażerię od lat i nadal nie wie, jak szkło się rozprzestrzenia. Dlatego potrzebujemy taśmy i szmat. Kiedy przejdziemy, zostawimy je, żeby nie rozsiać zanieczyszczenia po całym mieście.

Skończyłam owijać kopyta Kruszynki, przykleiłam materiał do butów taśmą i podałam rolkę Robertowi. Zakleił sobie stopy, a potem taśma trafiła kolejno do Desandry, Dereka i Ascania.

Robert przestępował z nogi na nogę.

– Wszystko w porządku? – spytałam.

Wzruszył ramionami.

– Nie lubię mieć czegoś na stopach.

– Przecież nosisz buty – zwróciła mu uwagę Desandra.

– Tak, ale jestem przyzwyczajony do tego, jak wyglądają. – Spojrzał na owinięte taśmą stopy i westchnął.

Nadal możesz zawrócić – wyszeptał głos Vorona w mojej głowie.

Nie ma mowy. Myślałam, że odpędziłam tego ducha.

To niebezpieczne. Nie rób tego. Odejdź.

Po to mnie trenowałeś. Pozwól mi być tym, czym mnie stworzyłeś.

Czekałam na odpowiedź, ale wspomnienia umilkły.

– Kate? – odezwał się cicho Derek.

Pociągnęłam za uprząż Kruszynki i ruszyliśmy do Szklanej Menażerii.


Światło księżyca sączyło się przez ściany szklanego lodowca, rozproszone i złamane. Nagle błysnęło ze wszystkich stron i skąpało wnętrze lodowej góry miękkim, upiornym blaskiem. Ziemię pokrywały lite tafle szkła. Prowadziłam Kruszynkę tak szybko, jak tylko mogłam bez ryzyka pośliźnięcia się. Nie miałam zegarka, ale stawiałam, że minęła północ.

– Jakieś wampiry? – spytał Robert.

– Nie.

– Od jak dawna potrafisz je wyczuwać? – chciał wiedzieć.

Zaczyna się.

– Skąd to nagłe zainteresowanie? – odpowiedziałam pytaniem.

– Słyszymy różne rzeczy – wyjaśnił. – Plotki.

– Jakie plotki?

– Niepokojące. Jesteśmy niezadowoleni z obecnego poziomu ujawniania informacji. Mamy wątpliwości.

My, czyli klan szczurów. Alfy nie cierpiały, kiedy ich nie wtajemniczano, a Jim zawsze balansował na granicy między narażaniem bezpieczeństwa Gromady poprzez zdradzanie zbyt wiele a denerwowaniem Rady poprzez zdradzanie zbyt mało. Na szczęście dla mnie, nie ja byłam szefem ochrony.

– Wszelkie wątpliwości powinieneś kierować do Jima. – Wzruszyłam ramionami.

Pokiwał głową.

– Bo będzie cię krył i grał na zwłokę, nie odpowiadając na żadne pytania?

Spiorunowałam go wzrokiem.

– Krył?

Szczurołak nie odwracał oczu.

– Tak.

– Nie wygląda na przestraszonego. Musisz popracować nad swoim groźnym alfa-spojrzeniem – zauważył Derek. Patrzył na Roberta ze spokojnym, zrelaksowanym wyrazem twarzy, który znałam aż za dobrze. Jeśli alfa szczurów choćby kichnie w moim kierunku, Derek rozszarpie mu gardło, a Ascanio w tym pomoże. – Może powinnaś wybrać łatwiejszy cel, żeby na nim poćwiczyć, na przykład małego, puchatego króliczka.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?