Magia niszczyTekst

Z serii: Obca Krew
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nie masz dowodów, że to członek Gromady – odpaliłam. – W swojej bandzie też zatrudniasz zmiennokształtnych.

Claire kołysała się i powtarzała:

– O Boże, o Boże, o Boże.

– Nie wyciągajmy pochopnych wniosków – prosił Ghastek.

Hugh wycelował w niego palec.

– Ty: zamknij się. Gromada rości sobie pretensje do zwierzchnictwa nad wszystkimi zmiennokształtnymi w stanie. Ponosi więc pełną odpowiedzialność.

– Nie mieszaj w to moich ludzi – powiedziałam. – Bo pożałujesz.

– Uwielbiam, jak mi grozisz – odparł Hugh.

– W takim razie spodoba ci się to, co mam w planach.

Ghastek wciąż patrzył to na mnie, to na d’Ambraya.

– Nie mogę się doczekać, kochanie – rzucił Hugh.

Tylko Curran mnie tak nazywał. D’Ambray mnie prowokował.

– Zabiliście go! – wrzasnęła Claire. – Zabiliście mojego męża!

Hugh podszedł do niej i odezwał się łagodnym tonem:

– Tak, zabili go. Popatrz. Popatrz na niego. Twój mąż cierpiał przed śmiercią. Nie chcesz czegoś z tym zrobić? Nie chcesz, żeby zwierzęta zapłaciły?

Claire zbladła. Dotknęła metalowej bransoletki na ręce.

– Stój! – Głos Ghasteka smagnął jak bicz.

Hugh odwrócił się do niego.

– To jego – zaakcentował – wola. Niech się stanie.

Ghastek zrobił krok w tył.

– To nasze miasto. Mogę decydować.

– Już nie. – Hugh puścił mi oko.

Ty sukinsynu, pomyślałam. Dokładnie tego d’Ambray chciał: wielkiej publicznej afery, z której nie będzie odwrotu. Zabijanie wampirów mogło nam ujść na sucho – były uważane za mienie. Ale oskarżono nas o morderstwo. Gdybyśmy zabili kogoś z Rodu w chwili, kiedy ciało Mulradina leżało na stole, a jego wdowa odchodziła od zmysłów, całe miasto zwróciłoby się przeciwko nam. Mieszkańcy nie darzyli żadnej z frakcji szczególną sympatią, ale gdyby Atlanta mogła pozbyć się chociaż jednej z nich, z radością by to zrobiła. Hugh miałby wymówkę, by wypowiedzieć wojnę Gromadzie i zdobyć za to uznanie.

Claire zerwała bransoletkę z nadgarstka. Metal zaczął pulsować na czerwono, a sufit się rozpadł.

Do sali wpadło sześć wampirów. Zamarły na ułamek sekundy – trzy na stole, trzy na podłodze. W ich oczach lśnił szkarłatny głód. Wychudzone, łyse szkielety, owinięte sznurami mięśni i obleczone gumową skórą, pozbawione człowieczeństwa, pozbawione rozumu, wiecznie głodne.

Ryan wyrwał do przodu z otwartymi ramionami. Oczy wampirów zaszły mgłą. Ryan drżał z wysiłku. Próbował trzymać je w ryzach, ale tracił kontrolę.

– Odwrót! – krzyknęłam.

Zmiennokształtni po obu moich stronach rzucili się do tylnych drzwi, wszyscy z wyjątkiem dwojga trzebicieli. Głuchy łomot oznajmił, że ktoś kopnięciem wyłamał drzwi z zawiasów.

Hugh obrócił się i przywalił Ryanowi pięścią w twarz. Oczy mężczyzny uciekły w tył, jego twarz się rozluźniła i Ryan padł na plecy.

Wampiry wystrzeliły do przodu jak wściekłe psy zerwane z łańcuchów. Jedna z nieumarłych, wysoka kobieta, niedawno przemieniona, rzuciła się na Hugh. Pięć pozostałych poszybowało w naszym kierunku. Ich oczy jarzyły się wygłodniałą czerwienią, wolne od woli nawigatora. Ich umysły otwarły się jak rany, z których sączyła się nienawiść. Pięć. Za dużo.

Ród uciekał przednimi drzwiami. Ghastek zatrzymał się z grymasem niezdecydowania na twarzy.

Siłą woli chwyciłam nieumarłe umysły. Przyszło mi to łatwo. Szokująco łatwo. Wampirze ciała sflaczały w połowie skoku i zamiast na nas, poleciały na ziemię.

Po drugiej stronie stołu jeden z ludzi Hugh zrobił krok w przód. Wysportowany, krótkowłosy mężczyzna z dwoma pistoletami w ręku oddał strzał prosto w twarz kobiety-wampira. Kule przeszyły zasuszoną nieumarłą skórę.

Trzebiciele działali w idealnej harmonii. Sage po mojej prawej chwyciła wampira w locie i urwała mu głowę swoją wielką potworną łapą uzbrojoną w lamparcie pazury. Wilkołak po lewej wypatroszył drugiego krwiopijcę. Podsunęłam im kolejną dwójkę.

Kobieta-wampir nadal parła do przodu mimo salwy ognia. Mężczyzna, obrócony do mnie bokiem, wciąż strzelał z chłodnym wyrazem twarzy. Jaskrawe kłęby czerwonej mgły wysączyły się z głowy wampirzycy, gdy kula przeszyła mózg i mięśnie. Góra czaszki się rozpadła. Nieumarła przystanęła i obróciła się niepewnie. Przez dziurę w jej czaszce zobaczyłam ścianę. Kobieta-wampir zrobiła jeszcze jeden nieśmiały krok i osunęła się, w drgawkach upadając na ziemię.

Hugh się zaśmiał.

Tak, tak, twój przydupas potrafi pociągnąć za spust. Brawo. Ktoś wybiegł zza mnie, zmierzając w kierunku stołu. Przeskoczył nad ciałami krwiopijców i wylądował obok Mulradina. Desandra. Cholera.

Trzebiciele rzucili się na pozostałego wampira.

Mężczyzna z pistoletami w ręku obrócił się przodem do mnie i zobaczyłam jego twarz. Smagnął mnie wzrokiem. Nick. Dobry Boże.

– Desandra! – warknęłam.

Nick wycelował w Desandrę i wystrzelił. Pistolety ryknęły, wypluwając kule jedną po drugiej. Desandrą szarpnęło, zrobiła fikołka i pobiegła prosto na mnie.

Trzebiciele upuścili ostatniego wampira na ziemię. Desandra przemknęła obok mnie i wypadła na korytarz. Trzebiciele zasłonili mnie przed ludźmi Hugh. Odwróciłam się i popędziłam za Desandrą. Ostatnie, co zobaczyłam, to twarz Ghasteka w drugich drzwiach. Wyglądał jak człowiek, który właśnie ujrzał początek wojny.

Korytarz był opuszczony. Dwadzieścia metrów dalej światło księżyca padało na rozbite okna oszklonej werandy. Jim stał z boku i warczał, gdy zmiennokształtni wyskakiwali przez nie jeden po drugim. Podbiegłam do niego, osłaniana przez trzebicieli.

– Uciekajcie! – gonił nas głos Hugh. – Uciekajcie do swojego żałosnego zamku! Macie czas do południa, żeby wydać mi mordercę, albo was zniszczę! Jeśli zobaczę was na naszym terytorium, wszystkich was pozabijam.

Chciałam zawrócić i złamać d’Ambrayowi każdą kość w ciele, a potem odciąć mu głowę. Zamordował mojego ojczyma, unicestwił Ciotkę B i połamał Curranowi nogi. Zapłaci za to. Ruszyłam z powrotem do sali. Jeśli po prostu go zabiję...

– Małżonko! – zawołał Jim.

Jeśli go zabiję, zmiennokształtni będą za to płacić latami, powiedziałam sobie. No i nie mam miecza. Grrr.

Przedarłam się przez mgłę oślepiającej furii i pobiegłam w stronę werandy. Hugh spodziewał się, że wejdę na terytorium Rodu. To nie było ostrzeżenie, tylko wyzwanie.

Zobaczyłam przed sobą rozbite szyby. Trzy piętra, duża wysokość.

Jim złapał mnie i wyskoczył przez okno. Żołądek podszedł mi do gardła. Wylądowaliśmy i Jim mnie puścił. Upadając, przygotowałam się do biegu. Popędziliśmy do naszych samochodów.

Jim wepchnął kluczyki do drzwi auta.

Na dachu dżipa wylądował wampir. Wlepił we mnie swoje szalone, czerwone ślepia. Złapałam jego umysł.

Zanim zdążyłam zrobić cokolwiek, w naszym kierunku wystrzelił mangustołak. Jego czerwone futro stało dęba, a różowe oczy z poziomymi źrenicami wyglądały jak u demona. Poszły w ruch pazury. Głowa wampira poleciała w jedną stronę, ciało w drugą. Szarpnięciem otworzyłam drzwi i zajęłam miejsce pasażera. Jim włożył kluczyk do stacyjki, a Barabasz klapnął na fotel za mną. Silnik zamruczał.

Nagle uderzyła nas fala magii. Magiczne bariery na ścianach Bernarda zapaliły się i zalśniły bladozielonym blaskiem. Silnik zakrztusił się i padł.

Cholera by to wszystko wzięła!

Jim zaklął.

Rozgrzanie auta i uruchomienie silnika na zaczarowaną wodę wymagałoby piętnastu minut nucenia. Z każdą sekundą posiłki Rodu byłyby coraz bliżej. Musieliśmy stąd spieprzać i dotrzeć na most Paran, zanim sytuacja nas przerośnie.


Wyskoczyłam z dżipa i wsunęłam Zabójcę do pochwy na plecach.

– Idziemy pieszo. – Odwróciłam się i pobiegłam, nie patrząc za siebie.

Po chwili trzebiciele zrównali się ze mną, a Jim z tyłu zawołał:

– Linia. Sarah otwiera. Rodriguez zamyka.

Uciekliśmy z parkingu.

– Mogę cię ponieść – zaoferował się Barabasz-demon.

– Dzięki, dam radę. – O ile nie biegli z pełną prędkością, mogłam nadążyć. Nie na dłuższą metę, ale na szczęście nie musiałam. Ulica Paran znajdowała się dwa i pół kilometra dalej. Tam czekały posiłki Jima. Tam się przegrupujemy, a ja sprawię, że Hugh pożałuje, iż kiedykolwiek znalazł Atlantę na mapie.

Rozdział 4

Zimne powietrze paliło płuca. Biegliśmy zarośniętą drogą. Rośliny uwielbiały magię – przyspieszała ich wzrost jak turbopreparat na sterydach. Drzewa wokół nas wyglądały na bardzo stare, a ich gałęzie splatały się w jeden wielki gąszcz.

Moje mięśnie się rozluźniały. Biegliśmy od dziewięciu minut, a zmiennokształtni wydawali się niewzruszeni. Dla nich to był wieczorny jogging. Dla mnie sprint.

W myślach właśnie zabijałam Hugh d’Ambraya po raz czwarty. Fantazjowanie nie dawało mi tyle satysfakcji, ale wyobrażanie sobie, jak zanurzam Zabójcę w jego piersi, sprawiało, że poruszałam się szybciej.

Nie można było wybrać gorszego momentu. Została nas mniej niż połowa, a Curran wyjechał na polowanie. Hugh to strateg. Nigdy nie pozostawia nic przypadkowi. Albo miał świetne źródło w Gromadzie, co zgadzałoby się z tym, co mówił o szpiegu, albo zaplanował to wszystko, co oznaczało, że Gene i jego iberyjskie wilki siedziały w kieszeni d’Ambraya i Curran wpadł w pułapkę. Skręciłam się ze strachu. Przyspieszyłam. Zmiennokształtni przyspieszyli razem ze mną.

Curran sobie poradzi, pomyślałam. Do nieśmiałych raczej nie należy. Jeśli są na tyle głupi, żeby zastawić na niego pułapkę, wróci do mnie skąpany w ich krwi.

 

Poczułam obecność nieumarłego umysłu. Ten nie był wolny. Ktoś nim nawigował. Po chwili do pierwszego wampira dołączył kolejny, a potem jeszcze jeden. Eskortowały nas do granicy. Jak miło ze strony Rodu.

Wampiry się zbliżały. Obejrzałam się przez ramię i je zobaczyłam – trzy koszmarne kształty, sadzące nerwowe, szybkie susy.

Przyspieszyłam jeszcze, dając z siebie wszystko. Droga zakręciła i zobaczyłam Lej Paran, przepaść wielkości boiska do futbolu, wielką jak na wpół otwarta paszcza olbrzyma. Wąwóz powstał podczas silnej fali magii, a bogacze z północy dopilnowali, by jednopasmowy most został zbudowany praktycznie następnego dnia. Światło księżyca padało na kamienną balustradę, po drugiej stronie czekało sześciu zmiennokształtnych przed trzema znajomo wyglądającymi dżipami.

Jeden zmiennokształtny wyszedł przed szereg. Nie miał na sobie kurtki. Pochylał się do przodu i wbijał wzrok w wampiry za nami. Miał chłodną, drapieżną minę i muskularne ciało napięte jak sprężyna. Kiedyś nazywałam Dereka „cudownym chłopcem”, ale określenie „chłopiec” już do niego nie pasowało. Składał się wyłącznie z mięśni. Może i miał dziewiętnaście lat, ale oczy pod ciemnymi brwiami wyglądały raczej na trzydzieści pięć. Cóż, prosiłam Jima, żeby wybrał dobrego dowódcę.

Drugi zmiennokształtny przysiadł na kamiennej balustradzie mostu po prawej stronie Dereka. Światło księżyca musnęło jego twarz. Zmora mojego istnienia. Tak podejrzewałam.

Derek i Ascanio. O ile znajdowali się na dwóch końcach boiska, dogadywali się świetnie. Ale postawienie ich blisko siebie było jak wrzucenie płonącej zapałki do domu pełnego oparów benzyny. Cud, że most jeszcze nie eksplodował.

Dystans między wampirami a nami się zmniejszał. Nieumarli nieubłaganie się zbliżali. Powietrze w moim gardle zamieniało się w ogień. Minęła chwila i wbiegliśmy na most. Naszym oczom ukazała się biała linia narysowana kredą – granica. Przekroczyliśmy ją z impetem.

Gdybyśmy zatrzymali się choć na sekundę, krwiopijca na czele pogoni by nas dopadł.

Derek śmignął koło nas jak pocisk z pistoletu.

Obejrzałam się za siebie. Wampir nadepnął na kredową linię. Derek podskoczył i kopnął nieumarłego. Stopą sięgnął jego głowy. Siła kopnięcia rzuciła krwiopijcę pięć metrów do tyłu. Upadł, poderwał się błyskawicznie, zamarł na chwilę, po czym podbiegł do reszty żywych trupów, które czekały na niego na chodniku.

Wciąż zmierzałam w stronę naszych zmiennokształtnych, stopniowo zwalniając kroku. Strasznie chciałam pochylić się do przodu, żeby złapać oddech, ale byłam na widoku, więc zmusiłam się, by trzymać plecy prosto. Oddychanie jest jak jazda na rowerze. Człowiek nigdy nie zapomina, jak to się robi. W końcu moje ciało też przypomniało sobie, że potrafi oddychać, a nie tylko przełykać powietrze wielkimi haustami. Szłam dalej, mijając samochody, dopóki ich bryły nie zasłoniły nas przed wampirami. Reszta Gromady podążała za mną.

Wreszcie zaczęłam przetwarzać to, co wydarzyło się na Konklawe. Przyszedł po mnie Hugh d’Ambray. Każda powiązana ze mną osoba właśnie stała się celem. D’Ambray zabije ich wszystkich, jednego po drugim albo kilkunastu naraz, choćby nie wiem co. Odtworzyłam w myślach głos Hugh. „To jego wola. Niech się stanie”. Ojciec już wcześniej atakował zmiennokształtnych, ale nigdy tak otwarcie. Roland wiedział, że jestem w Atlancie, i wysłał Hugh, by ten złamał Gromadę i przy okazji mnie od nich oddzielił. Mój największy koszmar właśnie miał się ziścić. Przyjaciele zginą z mojej winy.

Przyjęcie tego do wiadomości było jak zanurzenie głowy w wiadrze lodowatej wody.

To nie tak miało wyglądać. W moich planach zawsze miałam Currana u boku. W moich planach walczyliśmy razem i robiliśmy to na naszych warunkach. A tymczasem Curran siedział w jakiejś dziczy w Appalachach, a ja utknęłam tutaj, z morderstwem na głowie, odpowiedzialna za ponad półtora tysiąca zmiennokształtnych. Byłam Małżonką. Miałam zadanie do wykonania. Musiałam zakończyć tę wojnę, zanim się zaczęła.

Należało zabrać się za to krok po kroku. Krok pierwszy: znaleźć zabójcę.

Jim zrównał się ze mną.

– Co tam się wydarzyło, do cholery? O mało nie dałaś się sprowokować, żeby zawrócić prosto w ramiona d’Ambraya.

– Musisz znaleźć Currana. Hugh go nienawidzi i najprawdopodobniej wie, gdzie jest. W najlepszym przypadku Gene po prostu trzyma go z daleka. W najgorszym: to pułapka.

Jim pochylił się i spojrzał mi prosto w oczy.

– Hej, popatrz na mnie.

Popatrzyłam.

– Curranowi nic nie będzie. Poradzi sobie. Musieliby przysłać armię z Karoliny Północnej, żeby go powalić. Moi ludzie obserwują terytorium Gene’a. Nikt nie wjeżdżał ani nie wyjeżdżał.

Racja. Jim wysłał kogoś, żeby ich pilnował.

– Hugh będzie próbował mącić ci w głowie. Nie pozwól mu na to. Rób swoje. Ludzie na ciebie liczą.

– Świetny doping.

– Jak chcesz doping, to znajdź sobie czirliderkę. Rozpoznałaś krzyżowca, który przyszedł z Hugh?

– Tak. – O tak, rozpoznałam Nicka. Widziałam, jak strzela do Desandry.

– Dlaczego uciekliśmy? – zażądał odpowiedzi mężczyzna za mną.

Zatrzymałam się i obróciłam, by stanąć z nim twarzą w twarz.

To był jeden z ochroniarzy Jennifer. Duży mężczyzna około dwudziestki, burza dzikich blond włosów i wysportowana sylwetka. Jego oczy zaświeciły na żółto w blasku księżyca. Usta mu zadrżały, gdy obnażył zęby. Z każdym wydechem wypuszczał z siebie agresję. Uzależniony od adrenaliny. Słaby kandydat na ochroniarza.

– Mieliśmy przewagę liczebną. Pokonalibyśmy ich.

– Każ mu się uspokoić – odezwałam się do Jennifer. – Albo ja to zrobię, a to mu się nie spodoba.

Jennifer spojrzała na mnie obojętnie.

– Wyszliśmy na pieprzonych tchórzy – warknął blondyn. – Powinniśmy byli...

Desandra wystrzeliła do przodu i złapała chłopaka za gardło. Walnęła nim o kamienną nawierzchnię mostu.

– Nie kwestionuj decyzji Małżonki! – chrapnęła wściekle. – Nie kompromituj swojego klanu przy swojej alfie!

Blondyn dyszał, próbując złapać powietrze.

Jedna nie zrobiła nic, druga przesadziła. Nie wiedziałam, co gorsze.

Desandra podniosła ochroniarza i spojrzała mu w oczy. Ich twarze znajdowały się centymetr od siebie.

– Spójrz na mnie.

Chłopak posłuchał, zszokowany.

– Jennifer jest pobłażliwa. Popatrz na mnie. Myślisz, że jestem pobłażliwa?

Przełknął ślinę.

– Nie, beto.

– Chcesz, żebym pokazała, że nie jestem pobłażliwa?

– Nie, beto.

– Kiedy zasłużysz na prawo kwestionowania decyzji Małżonki, będziesz mógł się odezwać. Do tego czasu, gdy Małżonka wyda ci rozkaz, wykonasz go bez słowa albo wyrwę ci język. Kiedyś wyrwano mi język. Odrósł dopiero po pół roku. Rozumiemy się?

Blondyn pokiwał głową.

– Wystarczy – oznajmiła Jennifer.

Desandra odstąpiła od ochroniarza i nachyliła się do mnie.

– Wybacz nam, Małżonko.

– Nie przepraszaj za mnie – powiedziała Jennifer. – Pilnuj się.

Desandra zesztywniała na pół sekundy, a potem się rozluźniła, tak szybko, że gdybym jej nie obserwowała, na pewno bym to przegapiła. Wzruszyła ramionami, wbiła wzrok w ziemię i mruknęła:

– Przepraszam, alfo.

Nie miałam czasu na ich gierki.

– Mamy niecałe osiemnaście godzin, zanim Hugh d’Ambray i Ród zaatakują Twierdzę. Kiedy zacznie się wojna, trudno będzie nam ją zatrzymać.

Ród i Gromada nigdy się nie zgadzały, a w obu frakcjach było wystarczająco dużo idiotów, którzy uważali, że muszą coś udowodnić.

Desandra zrzuciła kurtkę i odwróciła się plecami do jednego z wilków. Mężczyzna nożem rozciął jej skórę na plecach. Na sekundę obnażyła kły. Pocisk pewnie wciąż znajdował się w jej ciele.

– Musimy zapobiec wojnie – stwierdziłam. – Ciało Mulradina. Co myślicie?

– Zabił zmiennokształtny – odparł Jim. – Nie niedźwiedź. One zazwyczaj miażdżą. Rozdarcie skóry pasuje do psich albo kocich kłów.

– Zgadzam się. – Popatrzyłam na Jennifer. Potrzebowałam zgodnej opinii, bo wiedziałam, że to, co zamierzam powiedzieć, nie spodoba się żadnemu z nich. – Jennifer?

– Możliwe, że to zmiennokształtny – odrzekła. – Ktoś spoza Gromady. Nie wyobrażam sobie, żeby nasz człowiek mógł to zrobić.

– Porządnie obwąchałam ciało. To wilk – oświadczyła Desandra. – Jeden z naszych.

– Kłamiesz! – krzyknęła Jennifer.

Desandra wzruszyła ramionami.

– Po co miałabym kłamać? Rozpoznałam zapach. Wyczułam go kilka razy, w Twierdzy i w domu klanu. Ten ktoś nie przebywa w Twierdzy zbyt często, ale znam jego zapach i wiem, że to jeden z nas.

Złość i nienawiść toczyły bitwę na twarzy Jennifer.

– Dlaczego to robisz? Co zamierzasz osiągnąć?

– Mówię prawdę.

– To jedna z twoich intryg, co? Nie tym razem.

Wilkołaki chroniące Jennifer i wilk-trzebiciel stojący obok mnie postanowili patrzeć wszędzie, tylko nie na dwie kobiety. Za nimi Derek też udawał, że nic się nie dzieje. Ascanio przewrócił oczami.

– Nie tym cholernym razem, rozumiesz? – zawołała Jennifer głosem bliskim płaczu. – Koniec spiskowania. Koniec przedstawienia Desandry.

No i Jennifer właśnie straciła kontrolę przy wszystkich. Świetnie. Bo właśnie tego w tej chwili potrzebowaliśmy – afery przy świadkach.

– Zostawcie to na później – ucięłam. – Wróćmy do Mulradina.

– Desandra ma rację – oznajmił Robert chłodno i rzeczowo.

Wszyscy odwróciliśmy się do alfy klanu szczurów. Zachowywał się tak cicho, że zupełnie o nim zapomniałam.

– To wilk – kontynuował. – Nie wyłapałem zapachu, bo smród krwi był zbyt gęsty, ale stałem na tyle blisko, by dokładnie przyjrzeć się ranom. Mulradin walczył. Musiał złapać napastnika, bo na jego zakrwawionych rękach zobaczyłem futro. Wilcze futro.

Jennifer spiorunowała go wzrokiem. Jakby chciała podpalić zapałką lodowiec. Robert pozostawał niewzruszony.

– Musimy znaleźć zabójcę, zanim upłynie termin – powiedziałam szybko, żeby Jennifer znowu nie ześwirowała. Znajdując winnego, mielibyśmy szansę zażegnać kryzys.

– Jeśli on albo ona jeszcze żyje – zauważył Jim.

Słuszna uwaga. Na miejscu Hugh od razu pozbyłabym się mordercy, żeby uniemożliwić nam wydanie zdrajcy Rodowi.

– A co zrobimy, jeśli go znajdziemy? – zapytał Robert.

Zadał pytanie łagodnym tonem, ale miałam przeczucie, że od mojej odpowiedzi wiele zależy.

– Jeśli go pojmiemy, Gromada przeprowadzi dochodzenie – odrzekłam.

– A jeśli uzna go za winnego? – nie ustępował.

– Robercie, o co ci tak naprawdę chodzi?

Przez chwilę milczał.

– O to, w czyje ręce trafi.

– Nie zamierzam oddawać Rodowi członka Gromady, żeby urządzili imprezę i spalili go na stosie – zapewniłam szczurołaka. – Gromada nie podskakuje na zawołanie Rodu. Ale musimy znaleźć winnego. Nie możemy działać, dopóki nie dowiemy się, co się wydarzyło.

– Musimy zbadać miejsce zbrodni – powiedział Jim. – Nie wyczułem tojadu.

Tojadu używano, by zamaskować ślady zapachów. Nawet najlepsi zmiennokształtni tropiciele dostawali od niego napadów kichania. Nieobecność tojadu oznaczała, że była szansa, iż gdzieś czekało na nas nietknięte miejsce zbrodni, z którego zmiennokształtni wyczytają zapachy jak z książki.

– Nawet nie wiemy, czy miejsce zbrodni istnieje – stwierdził Robert. – Mogli je spalić.

– Istnieje – odezwał się Barabasz.

– D’Ambray lubi gierki – dodał Derek. – Chce, żebyśmy z nim zagrali.

Gdzie to się mogło wydarzyć? Krew na ciele Mulradina wyglądała na świeżą.

– Desandra? Jak myślisz, od jak dawna nie żyje?

– Mniej więcej od dwóch godzin – poinformowała mnie.

Jim pokiwał głową.

– To by się zgadzało. A to oznacza, że zginął w Kasynie.

W moim nosie znajdowało się sześć milionów receptorów węchowych. W nosie wilka – dwieście osiemdziesiąt milionów. Jeśli Desandra uważała, że Mulradin nie żył od dwóch godzin, byłam skłonna jej uwierzyć, ale zmiennokształtny nie mógł zwyczajnie wejść do Kasyna, zabić Mulradina i wyjść. Zwróciłam się do Jima:

– Jesteś pewien?

– Tak. Ghastek i Mulradin zamieniają się na dyżury, tak żeby jeden z nich zawsze był w Kasynie. Dziś Ghastek wychodził na Konklawe, więc Mulradin miał wieczorną zmianę. Nie opuściłby posterunku.

– Niekoniecznie – mruknął cicho Robert.

 

Jim spojrzał na szczurołaka.

– Dwa tygodnie temu jeden z moich ludzi zdał raport, że widział, jak Mulradin kręci się na zewnątrz w czasie swojego dyżuru – oznajmił Robert.

– Gdzie? – spytałam.

– W Norze. Mój zwiadowca widział, jak Mulradin wchodzi do budynku, ale nie mógł go śledzić, bo tego wieczoru miał inny cel.

– I zamierzałeś podzielić się tym z resztą klasy? – zainteresował się Jim

– Jest wiele rzeczy, którymi reszta klasy nie dzieli się z nami.

Między alfami ewidentnie narastało napięcie.

– Którego budynku w Norze? – zapytałam.

– Zwiadowca nie sprecyzował.

W takim razie szukaliśmy zaledwie igły w stogu siana. Kiedy magia zniszczyła Atlantę, przygniotła Norę i zmiażdżyła całe kwartały ulic. Kto mógł, ten się wyprowadził. Teraz slumsy zamieszkiwali nędzarze, kryminaliści i ulicznicy. Dzielnica była ogromna.

– Możemy poprosić zwiadowcę, żeby zawęził listę?

Robert wyglądał, jakby poczuł się nieswojo.

– Tak. Ale jest w punkcie obserwacyjnym.

– Gdzie? – Proszę, powiedz, że nie na terytorium Rodu.

– Na terytorium Rodu.

To nie był mój wieczór.

– Linia telefoniczna? – spytałam.

Robert pokręcił głową.

Oczywiście. Telefony pewnie i tak nie działały podczas wyżu magii.

– Potrzebuję małego zespołu ogniowego, który pójdzie ze mną szukać tego punktu.

– Nie – zaprotestował Jim. – Nie możesz iść.

– Sprzeciw oddalony – rzuciłam.

– Kate!

– Ostatnim razem, kiedy sprawdzałam, to ja tu rządziłam. Chyba że chcesz rzucić mi wyzwanie?

Zmroził mnie wzrokiem.

– Straszne, ale nadal rządzę. Robercie, gdzie jest ten punkt?

– Przy alei Stulecia.

To chyba jakieś jaja.

– Przy alei Stulecia? Naprzeciwko Kasyna?

Robert skinął głową.

Świetnie, pomyślałam. A więc musimy zakraść się na terytorium Rodu, kiedy wszystkie wampiry w Atlancie szukają każdego, kto ma ogon albo miecz, znaleźć szczurołaka, który chce się ukrywać, co jest praktycznie niemożliwe, a potem zwiać do Nory. Bułka z masłem. Tylko wezmę pelerynę niewidkę i teleporter...

– Z całym szacunkiem, Małżonko, ale nigdy nie znajdziesz punktu obserwacyjnego – rzekł Robert. – A nawet jeśli znajdziesz, mój zwiadowca nie będzie chciał z tobą rozmawiać.

– Pójdziesz ze mną?

– Tak.

– Wystarczy nam ludzi, żeby cię tam doprowadzić – powiedział Barabasz. – Możemy iść wszyscy.

– Nie. Chodzi o to, żeby wejść i wyjść. Jeśli pójdziemy dużą grupą, polegniemy. Po pierwsze, będziemy bardziej rzucać się w oczy. Równie dobrze możemy załatwić sobie wielki neon z napisem: „Celuj tutaj”. Po drugie, jeśli będzie nas tak dużo, Ród potraktuje to jako inwazję na ich terytorium. Po trzecie, jeśli natkniemy się na wampiry, będziemy musieli uciekać, żeby zminimalizować straty, zamiast walczyć. Nie, pójdziemy małą grupą, a ktokolwiek się z nami zabierze, pozostanie w ludzkiej skórze.

– Ten drań to wszystko zaplanował – zdenerwował się Jim. – Napawał się tym. Na miejscu zbrodni na pewno czeka pułapka.

– Najprawdopodobniej. Dlatego musimy iść. – Z nas wszystkich to ja miałam największe szanse przetrwać spotkanie z Hugh i wyprowadzić moich ludzi żywych.

– Wydajesz się pewna – zauważyła Jennifer. – Może to był przypadek. Ten d’Ambray przyjechał przeprowadzić kontrolę, szukał Mulradina, nie mógł go znaleźć i odkrył morderstwo.

Och, zamknij się.

– Nieważne, jakie ma motywacje, musimy dostać się na miejsce zbrodni. To nie podlega dyskusji. – Tupnęłam nogą o ziemię. – Stawiam na swoim. Dosłownie. Pogódźcie się z tym.

Spojrzeli na mnie.

– Żadnych więcej sprzeciwów. Po prostu pomóżcie mi się tam dostać i wyjść z tego żywą.

– Ja pójdę – zadeklarował Jim.

– Chcę, żebyś ogłosił stan oblężenia. – Podczas stanu oblężenia każdy zmiennokształtny z Atlanty musiał udać się do Twierdzy. Tym, którzy mieszkali w pobliskich miastach, radziliśmy ewakuować się do Boru, dużego lasu na północy.

– Barabasz może to zrobić.

Najpierw Curran, potem ja, a teraz Jim. Gromada nie mogła stracić nas wszystkich. Nie, nie zgadzam się. Dlaczego zmiennokształtni raz w życiu nie mogli zrobić tego, co kazałam?

– Rada Gromady może potrzebować kogoś, kto zna sytuację z pierwszej ręki i ma doświadczenie w przeprowadzaniu takich akcji. – No i nie chciałam, żeby jedyną osobą relacjonującą wydarzenia była Jennifer.

Jim przyjrzał mi się badawczo. Dobrze wiedziałam, o czym myśli. Nie marzył o niczym innym jak tylko o zaciągnięciu mnie z powrotem do Twierdzy i otoczeniu wianuszkiem wojowników. Jednak obecność Hugh wszystko zmieniała. Byłam jedyną nadzieją Gromady w walce z d’Ambrayem. Miałam wyjątkowe umiejętności, które pozwalały mi z nim konkurować. Curran narażał życie dla Gromady sto razy. Teraz moja kolej. Gdybym nie wróciła, ktoś inny musiałby zająć się naszym stadem. Tym kimś byłby Jim, bo najlepiej nadawał się na to stanowisko, i to go cholernie denerwowało.

– Zabierzesz Roberta – odparł spokojnym głosem. – Weźmiesz też Dereka.

Otworzyłam usta, żeby zaprotestować, ale się powstrzymałam. Nie miałam pojęcia, wobec kogo lojalny był Robert, ale wiedziałam, że Derek oddałby za mnie życie. Miał prawie dwadzieścia lat, trenował walkę od szesnastego roku życia, a to, co przeszedł, załamałoby niejednego człowieka. Gdybym się sprzeciwiła, bo wciąż uważałam go za dzieciaka i nie chciałam, żeby stała mu się krzywda, upokorzyłabym nas oboje.

– Piszesz się? – spytałam.

Wyglądał na lekko urażonego.

Racja. Jak ja w ogóle śmiałam pytać? Nastoletnie wilkołaki i ta ich wrażliwość...

– Potrzebujemy jeszcze jednej osoby – zwróciłam się do reszty.

Istniał powód, dla którego wszyscy, od SWAT przez piechotę morską po siły specjalne, działali w czteroosobowych zespołach. Mniejsza grupa była szybka, zwrotna, pozwalała zabezpieczać wszystkie cztery strony, a w naszym przypadku znacznie ułatwiała zakradnięcie się na teren Rodu. Mogliśmy dobrać się w pary. Dwie osoby spacerujące wieczorem po Atlancie nie zwracały na siebie uwagi. Trzy lub cztery przyciągałyby spojrzenia.

Do przodu wystąpił Myles, wilk-trzebiciel. Idealnie.

– Nie. – Jennifer zmrużyła oczy. – Weź Desandrę.

Serio? Teraz już nawet się nie starała. Nie znałam się na polityce, ale to było rażąco oczywiste. Gdybym upierała się przy Mylesie, uraziłabym Desandrę. Gdyby Desandra się nie zgodziła, straciłaby twarz.

Jim i Robert wymienili spojrzenia.

– To niebezpieczna misja i klan wilków chce towarzyszyć Małżonce – powiedziała Jennifer. – Jesteśmy najliczniejszym klanem w Gromadzie, a jako alfa obecna na Konklawe czuję, że musimy zrobić, co w naszej mocy, żeby pomóc. Desandra zna zapach mordercy i świetnie walczy.

– Więc wysyłasz ją z Kate w nadziei, że umrze, po to, żeby kurczowo potrzymać się władzy kilka dni dłużej? – spytał Jim.

Jennifer uniosła podbródek.

– Jeśli masz coś do powiedzenia, kocie, to to zrób.

– Właśnie to zrobiłem.

Gdybym nie ucięła dyskusji w tej chwili, kłóciliby się całą noc.

– Dosyć. Desandro, zgadasz się?

Wyglądała, jakby wolała zjeść wiadro zgniłych cytryn.

– Będę zaszczycona, Małżonko.

– Świetnie. – W mojej ekipie znalazły się dwa wilkołaki. Jak na razie strategia unikania wilków okazała się totalną porażką. – Pójdziemy północną trasą ewakuacyjną.

Gromada zaplanowała dwie drogi ewakuacyjne, północną i południową, ale to ta pierwsza biegła obok stajni. Potrzebowałam konia, żeby nadążyć za zmiennokształtnymi. Dobrze, że już jednego wynajęłam.

– Pamiętacie, jak d’Ambray się wydzierał, że zabije każdego, kogo złapie na terytorium Rodu? – zapytał Jim. – Musi mieć jakieś konszachty z policją. Przekupił ich, zaszantażował, nie wiem. Trzymajcie się z dala od Wydziału Kontroli Zjawisk Paranormalnych.

– Tajest.

– Kto ma skrzynię skarbów? – spytała Desandra.

Sage, druga trzebicielka, podeszła do lewego dżipa i otworzyła bagażnik. Naszym oczom ukazał się asortyment broni: miecze, noże i buzdygany. Nic wyszukanego – ot, zwykłe, funkcjonalne narzędzia, przyspieszające podróż na tamten świat. Derek przez dłuższą chwilę przyglądał się szwedzkiemu stołowi, aż w końcu wyłowił z niego taktyczny tomahawk. Czarny, długi na pół metra topór miał piętnastocentymetrowe ostrze na jednym końcu i ostry szpikulec na drugim. Desandra wybrała metalową maczugę. Jej ciężką głowicę zdobiło osiem ostrych kolców. Zerknęłam na Roberta.

Uśmiechnął się.

– Mam wszystko, czego mi trzeba. Wcześniej wziąłem zabawki z mojego dżipa.