Magia niszczyTekst

Z serii: Obca Krew
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zarezerwował Domek dla mnie. Poczułam ciepło w klatce piersiowej.

– Na jak długo? – spytałam.

– Dwa tygodnie. Możemy wyjechać, kiedy tylko wrócę, i zostać aż do świąt. Musimy wrócić na Gwiazdkę, bo inaczej Gromada będzie wyć za nami do księżyca, ale droga samochodem wzdłuż linii geomantycznej zajmuje dwa dni.

Dwa tygodnie. Ja cię kręcę.

– A co z petycjami?

– Załatwione – odpowiedział. – Pamiętasz nagłe posiedzenie, które pochłonęło cały zeszły czwartek? Wszystko wyjaśniłem.

– Pozew Gardnera?

– Też załatwiony. – Curran pochylił się i spojrzał mi w oczy. W jego szarych tęczówkach mieniły się maleńkie złote iskierki. Powoli zmarszczył blond brwi, a potem kilka razy podniósł je i opuścił.

– To twoje uwodzicielskie spojrzenie?

– Tak. Próbuję zakomunikować obietnicę nocy pełnych ekstazy.

Zaśmiałam się.

– Czytałeś tę książkę o piratach, którą zostawiła mi Andrea?

– Możliwe, że przekartkowałem. Więc co ty na to? Uczynisz mi zaszczyt i dotrzymasz towarzystwa w Domku Czarnego Niedźwiedzia, gdzie całe dnie przeleżymy w łóżku, upijając się i obżerając, i przez cały wyjazd ani razu nie pomyślimy o niczym związanym z Atlantą?

– Czy dostanę noce pełne ekstazy?

– Noce i dnie. Ekstaza dwadzieścia cztery godziny na dobę.

Dwa tygodnie sam na sam z Curranem. Brzmiało bosko. Zabiłabym dla takiego wyjazdu – dosłownie.

– Umowa stoi, Wasza Wysokość.

Rozdział 2

Stałam w małym betonowym pomieszczeniu i patrzyłam na łagodną kałużę nieumarłej krwi u stóp. Magia krwi wołała mnie, spragniona i zachęcająca, szeptem nucąc cichą, uwodzicielską melodię.

Czasami wszechświat się uśmiechał. Głównie kopał mnie w twarz, skakał po moich żebrach, gdy upadałam, i śmiał się z mojego bólu, ale czasami się uśmiechał. Była środa. Przekopałam się przez całą górę sprawozdań na Konklawe, szczegółowo opisujących wszystkie incydenty i konflikty między Gromadą a Rodem, które teoretycznie mogły narobić kłopotów. Żadnych morderstw, żadnych ataków, żadnych burzliwych wymian zdań. Nikt nie ukradł niczyjej własności. Nikt się nie upił i nie podrywał czyjegoś faceta. Alleluja.

Skończywszy robotę, zamknęłam się tutaj, w małym prostokątnym pomieszczeniu o betonowych ścianach. Curran kiedyś wykorzystywał pokój jako schowek na sprzęt do ćwiczeń, ale zabrał swoje rzeczy i podarował go mnie. Jasnobrązowy beton nie miał żadnej skazy prócz odpływu na podłodze. Przez większość czasu go nie potrzebowałam.

Magia buchnęła ze mnie jak para z wrzącej wody wylanej na mróz. Gdyby świeciła, wyglądałabym, jakbym stała w płomieniach. Prawie cały czas ukrywałam magię w sobie. Wystawianie jej na pokaz było bardzo niemądre dla kogoś mojego pochodzenia.

Przywołałam krew magią. Słaby dreszcz wstrząsnął kałużą, jak gdyby coś poruszyło się pod powierzchnią cieczy.

Voron, mój przybrany ojciec, zawsze uczył mnie, że ukrywanie mocy mojej krwi jest najlepszą strategią. Siedź cicho. Nie wychylaj się. Nie praktykuj magii, która może cię zdradzić. W tej chwili było to niemożliwe. Potrzebowałam tej magii. Musiałam opanować ją do perfekcji. Nikt nie mógł mnie tego nauczyć, więc uczyłam się sama. Ćwiczyłam, ćwiczyłam i ćwiczyłam. Trochę krwi dostałam od Jima – kupił ją na czarnym rynku. Trochę od Roweny, Pani Umarłych, która miała dług u lokalnych czarownic. One wiedziały, kim jestem, i stały po mojej stronie. Przeczuwały, co się wydarzy: kiedy Roland przybędzie, będę jedyną przeszkodą między nimi a moim ojcem, więc kazały Rowenie dostarczyć mi wampirzą krew. Nie miała pojęcia, do czego jej potrzebuję. Ćwiczyłam każdego dnia, gdy magia była w wyżu.

Szło mi wolno, tak wolno, że zaciskałam zęby, gdy tylko o tym myślałam. Powoli zaczynałam nienawidzić tego pokoju. Przypominał kryptę. Może powinnam machnąć jakieś graffiti, żeby ożywić wnętrze? „Chcesz się zabawić – zadzwoń do Małżonki”. „Władca Bestii zjada cudze jedzenie i zmienia się w lwa we śnie”. „Mahon ma hemoroidy”. „Boudy wiedzą lepiej”. „Uwaga: jaguar-paranoik na polowaniu”...

Nagle rozległo się ciche pukanie. Podskoczyłam.

– Tak?

– To ja – usłyszałam głos Barabasza.

Otworzyłam drzwi.

– Wejdź.

Powoli wszedł do środka. Poruszał się ze swobodną elegancją. Nieważne, co miał na sobie, Barabasz zawsze roztaczał wokół siebie aurę wytwornej ogłady, która towarzyszyła ciętemu językowi. Wysoki, szczupły i blady, miał płomiennorude włosy, nastroszone w agresywne szpice. Gdyby kiedyś pofarbował je na niebiesko, wyglądałby jak palnik gazowy. Jeśli ktoś krzywo na mnie spojrzał, Barabasz zdzierał swoją cywilizowaną fasadę i zmieniał się w szalone tornado ostrych jak brzytwa kłów i pazurów. Człowiek zadzierał z mangustołakiem na własną odpowiedzialność.

– Jeśli to coś złego, nie chcę o tym słyszeć.

Barabasz był prawnikiem Gromady i robił, co w jego mocy, by pilotować mnie po zdradzieckich wodach polityki i praw zmiennokształtnych.

– To nic złego. – Barabasz usiadł na podłodze, skrzyżował długie nogi i się skrzywił. – Dobra, odwołuję to. To może być coś złego.

– Nie wystraszę cię, jeśli to dokończę? Już rozlałam krew na podłogę.

– Nie, nie. Po co marnować dobrą nieumarłą juchę?

Nakłułam przedramię igłą i upuściłam jedną kroplę w kałużę. Magia wystrzeliła z wampirzej krwi jak błyskawica. Ciecz powoli uniosła się wdzięcznym szkarłatnym łukiem.

– Nieźle – wymamrotał Barabasz.

Krew dotknęła moich palców i oplotła się wokół nich. Sprężysta, elastyczna substancja sunęła po skórze. Krwawa rękawica przykryła dłoń. Niezbyt piękna, ale funkcjonalna. Wyciągnęłam nóż zza paska i cięłam rękawicę.

Barabasz empatycznie wciągnął powietrze.

Żadnej rany. Poczułam nacisk ostrza, ale nóż nie przebił osłony. Zgięłam palce, próbując zacisnąć je w pięść. Osiągnęłam dwie trzecie sukcesu. Rok temu moja ciotka Erra przybyła do Atlanty, by zniszczyć miasto. Zabiłam ją. To najtrudniejsza rzecz, jaką w życiu zrobiłam. Gdy umarła, miała na sobie krwawą zbroję, która przylegała do niej jak spandeks. Moja ciotka biegała i obracała się, bez problemu wymachując toporem na tyle szybko, by blokować moje ciosy. Znów spróbowałam zacisnąć rękę. Krew nie chciała się zgiąć. Ewidentnie robiłam coś nie tak. To nie chciało działać. Jeśli nie potrafiłam chwycić miecza, równie dobrze mogłam podpisać własny wyrok śmierci.

Skoncentrowałam się na rozrzedzeniu krwi i podzieleniu jej na części, które ustawiłyby się na sobie jak łuski na płaszczu pancernika.

– To co tam?

– Dwie sprawy. Po pierwsze, Christopher chce z tobą pogadać.

Rozmowa z Christopherem przypominała grę w rosyjską ruletkę: czasami rzucał uwagi tak błyskotliwe, że aż oślepiały, a czasami gadał całkiem od rzeczy. Uratowaliśmy go z niewoli Hugh d’Ambraya. Kiedyś musiał cechować się wyjątkową inteligencją i zdecydowanie znał zaawansowaną magię, ale Hugh – albo mój ojciec – zjarał mu mózg. Christopher często tracił kontakt z rzeczywistością i raz na jakiś czas musieliśmy rzucać wszystko i biec na mury, by przekonać go, że nie, nie potrafi latać. Zazwyczaj udawało mi się odwieść Christophera od tego pomysłu, ale kiedy było z nim bardzo źle, tylko Barabasz potrafił go powstrzymać.

– Od dwóch dni jest podenerwowany – poinformował mnie Barabasz. – Nie mam pojęcia, czy cokolwiek kojarzy.

– Gdzie jest teraz?

– Chowa się w bibliotece.

Zły znak. Biblioteka była dla Christophera schronieniem. Bardzo kochał książki – traktował je jak skarby i ukrywał się wśród nich, gdy świat zaczynał go przytłaczać. Coś naprawdę musiało mu dokuczać.

– Mówił, o co chodzi?

– Tylko, że to ważne. Nie musisz z nim rozmawiać – rzekł Barabasz.

– Nie ma sprawy. Wpadnę do niego po Konklawe. – Wypróbowałam rękawicę. Czułam, jakby wokół mojej dłoni owinęła się puszka. Ugh. Co robię nie tak? – A ta druga sprawa?

– Jim zebrał pretorianów i czeka na inspekcję.

Jak cudownie. Jim zwołał zabójczą ekipę zmiennokształtnych, gotową chronić mnie podczas Konklawe.

– Jeśli mnie pamięć nie myli, pretorianie często zabijali rzymskich cesarzy, zamiast ich chronić. Powinnam się martwić?

– A planujesz podpalić Twierdzę i wygrywać żywe melodie na lirze?

– Nie.

Barabasz rzucił mi uśmiech, obnażając ostre zęby.

– Więc nie powinnaś.

– Coś jeszcze?

Spojrzał na mnie ostrożnie.

– Klan chyżych pyta, czy ustaliliście już datę ślubu.

– Znowu?

– Tak. Chcą się przygotować i wybrać odpowiedni prezent. Strasznie zbijasz ich z tropu, odmawiając ustalenia daty.

Nigdy nie wyobrażałam sobie, że wyjdę za mąż. Nie wybierałam sukienki w katalogu ślubnym. Nie tak wyglądała moja przyszłość. Miałam przeżyć na tyle długo, by urosnąć w siłę i zabić ojca. Ale Curran nieco pokrzyżował te plany i poprosił mnie o rękę, a ja się zgodziłam, bo kochałam Władcę Bestii i chciałam zostać jego żoną. Teraz musiałam myśleć o szczegółach. Pragnęłam skromnej ceremonii, jak najmniej uroczystej. Cichej i prywatnej, w obecności kilku przyjaciół.

Gdy tylko ogłosiliśmy zaręczyny, klany Gromady zjednoczyły siły i zdeptały pomysł skromnej ceremonii, aż ten całkowicie umarł. Chciały, żebyśmy zaprosili całą Gromadę. Chciały prezentów, obrzędów i wielkiej uczty. Chciały wesela przez wielkie W. Zarówno klan wielkich, jak i klan szczurów posiadały piekarnie. Piekarze niemal pozabijali się o to, kto upiecze nasz tort. Powinniśmy wziąć ślub zimą czy może na wiosnę? Kto zaprojektuje moją suknię i jak będzie ona wyglądać? Czy przystoi mi wystąpić w bieli, czy należy zdecydować się na szarość, oficjalny kolor Gromady? Grrr.

 

Każdy moment, który Curran i ja spędzaliśmy razem, należał do nas. Tylko do nas. Dlatego ciągle odkładaliśmy wesele. Nie robiliśmy tego w zmowie. Po prostu oboje byliśmy zbyt zajęci, by brać ślub, a kiedy tylko udawało nam się znaleźć kilka wolnych godzin, wykorzystywaliśmy je, by spędzić trochę czasu ze sobą albo z Julie.

– Mam już po dziurki w nosie tego wesela – powiedziałam. – Ostatnio Andrea próbowała mi wytłumaczyć, że podobno powinnam mieć coś nowego, coś starego, coś niebieskiego i coś ukradzionego.

– Pożyczonego, Kate – mruknął Barabasz.

– Kto w ogóle wymyśla te zasady?

– To tradycja – wyjaśnił mangustołak.

– Nawet Julie rozmawiała ze mną o ślubie.

– I co mówiła? – spytał Barabasz.

– Uważa, że powinnam wystąpić w czerni.

Westchnął.

– Klany padłyby na kolektywny zawał serca.

Rękawica nadal nie chciała się zgiąć. Walić to. Szarpnęłam moją magię. Krwawa zbroja zmieniła kolor na ciemnobrązowy i obróciła się w proch.

– Mam już dosyć ich ciągłego mędzenia. Niech mnie ktoś zastrzeli.

– Rozumiem. Ale jeśli chcesz, żeby z ciebie zeszli, musisz im dać cokolwiek.

Warknęłam mniej więcej w jego kierunku. Niestety, warknięcia robiły o wiele większe wrażenie, gdy wychodziły z ust lwołaka.

– Czy mogłabyś zawęzić datę chociaż do pory roku?

– Wiosna – rzuciłam. Czemu nie? Zawsze można to odłożyć.

Barabasz odetchnął z ulgą.

– Poinformuję klany.


Wbrew powszechnej opinii nie wszyscy zmiennokształtni są wściekłymi zabójcami głodnymi krwi. To normalni ludzie – nauczyciele, murarze, specjaliści do spraw kadrowych – którzy, tak się akurat składa, praktykują stalową dyscyplinę i raz na jakiś czas porastają futrem. Niektórzy z nich uczą się kontroli do tego stopnia, że potrafią utrzymać formę bojową, postać między człowiekiem a zwierzęciem, czyniącą ich przerażająco skutecznymi zabójcami. Jeszcze mniej z nich zostaje pełnoetatowymi żołnierzami Gromady. Najlepsi z najlepszych dostają miano trzebicieli. Każdy trzebiciel jest bronią masowego rażenia i uwielbia swoją pracę.

Widok więcej niż pięciu wyszkolonych żołnierzy w jednym miejscu należał do rzadkich. Jeśli nie zamierzaliśmy stawiać czoła armii, co do tej pory zdarzyło się tylko raz, spokojnie wystarczał nam jeden czy dwóch wojowników. W tej chwili stało przede mną dwunastu – dziesięciu żołnierzy i dwóch trzebicieli. Plus Barabasz i Jim. Jim – blisko sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu i dziewięćdziesiąt kilogramów stalowych mięśni – nosił czerń podkreślaną spojrzeniem, na którego widok ludzie zwiewali gdzie pieprz rośnie. Miał ciemną skórę i krótko ostrzyżone czarne włosy, a jego sylwetka zdradzała, że mógł gołymi rękami burzyć kamienne ściany. Człowiek po prostu wiedział, że jeśli Jim mu przyłoży, z pewnością coś mu połamie, a fakt, że zmieniał się w jaguara, był tylko wisienką na zabójczym torcie.

– A gdzie Rambo?

Jim skarcił mnie wzrokiem. Zazwyczaj kiedy karcił ludzi wzrokiem, ci popiskiwali i próbowali udawać, że ich nie ma. Na szczęście udało mi się wykrzesać z siebie wystarczająco dużo odwagi, żeby nie zemdleć.

– Jak nie przestaniesz się krzywić, to ci tak zostanie.

– Mogłabyś potraktować to poważnie? – warknął.

– Dobrze. – Przyjrzałam się ekipie bezwzględnych zabójców. – Niech zgadnę: elitarny oddział komandosów z jakiegoś niecnego imperium najechał Bernarda i ufortyfikował knajpę. Chcą odłączyć się od Atlanty i miasto prosi nas o pomoc?

Nikt się nie zaśmiał. Chyba muszę popracować nad dowcipami.

Jim skarcił mnie wzrokiem jeszcze mocniej. Aj, nie sądziłam, że to możliwe. Mój błąd.

– Nie uważasz, że to lekka przesada? – zapytałam.

– Nie.

Na głupie pytanie...

– Jim, mamy tu dosyć ludzi, żeby zniszczyć mały kraj.

Milczał.

– Nie sądzisz, że takim zachowanie pokażemy Rodowi, że się ich boimy?

– Pokażemy, że nawet jeśli mają zamiar coś odwalić, rozerwiemy ich na strzępy.

Spojrzałam na rudego trzebiciela na czele grupy. Nazywał się Myles Kingsbury i wyglądał, jakby urodził się, by łamać kości: miał szerokie ramiona, twardą klatkę piersiową, szczupłą talię i spokój w oczach. Kingsbury był w moim wieku i po kilku rozmowach, które odbyliśmy, odniosłam wrażenie, że jest rozsądny i kompetentny.

– Myles, co o tym myślisz?

Trzebiciel otworzył usta i niskim głosem odpowiedział:

– Myślę, że pokażemy, iż nie zawahamy się przejąć inicjatywy i zaatakować.

Zamknęłam oczy i wypuściłam powietrze.

– Jim, czy gdybym była Curranem, objuczyłbyś mnie tyloma ochroniarzami?

– Nie.

Cóż, przynajmniej nadal mogłam liczyć na to, że nie wciśnie mi kitu.

– Więc zgadzasz się, że tak pilnie strzeżona będę wyglądała na słabszą?

– Tak, ale Gromada będzie wyglądała na silniejszą. Nie zamierzam ryzykować twojego bezpieczeństwa. A poza tym – uniósł rękę – Curranowi też wciskałbym strażnika, gdyby ten uparty drań nie miał nade mną władzy.

Popatrzyłam na Barabasza.

– Czy ja też mam nad nim władzę?

– Tak – odparł mangustołak.

Jim spojrzał na Barabasza wilkiem. Barabasz wzruszył ramionami.

– Mam kłamać?

Jim zwrócił się do mnie:

– Czy mogę cię prosić na słówko, Małżonko?

Oho, teraz „Małżonko”.

– Oczywiście, szefie ochrony. Z wielką chęcią.

Zazwyczaj wystarczyło odejść kilka metrów, by znaleźć się poza zasięgiem uszu, ale wszyscy w Twierdzy cieszyli się nadnaturalnym słuchem. Jim i ja przespacerowaliśmy się na drugi koniec korytarza.

– Połowa Gromady wyjechała – powiedział Jim. – Currana nie ma. Czy słusznie, czy nie, jesteś uważana za mniejsze zagrożenie niż on. Gdybym coś planował, uderzyłbym teraz, i to tak, żeby zabolało.

Zniżyłam głos.

– Ten szpieg w Radzie naprawdę daje ci się we znaki.

Wziął długi wdech i spojrzał mi w oczy.

– Chcesz powiedzieć, że straciłem dystans?

– Może trochę.

Nachylił się nade mną. Jego głos zadrżał lekko, nie ze strachu, ale z kontrolowanej, skoncentrowanej złości.

– Trzy miesiące. Szesnaścioro moich najlepszych ludzi. Ponad tysiąc godzin obserwacji. Wszystko na nic. Na nic. Mamy kreta, a ja nie mam pojęcia, kto to.

Curran był sto razy lepszy w te klocki niż ja.

– Pamiętasz hydrę?

Jim się skrzywił.

To wydarzyło się lata temu, w pierwszym roku mojej pracy w Gildii. Borykaliśmy się z cholernie mroźną zimą, a kiedy ja próbowałam wymyślić, jak nie zamarznąć w moim starym domu, sabat czarownic amatorek niedaleko Franklin wrzucał dziwne rzeczy do wielkiego kotła. Nie wiedziałam, co chciały ugotować, ale to, co z niego wyszło, zyskało miano hydry z Franklin. Nie był to klasyczny smok z kilkoma głowami, lecz stworzenie z mackami, kolcami i ustami o rekinich kłach w miejscach, w których nie powinny znajdować się usta. Hydra zjadła czarownice i wśliznęła się w zamarznięte głębiny jeziora Emory. Zamieniła jezioro pod lodem w jeden wielki szlam i pożarła wszystko, co znalazła na swojej drodze. Miasto poprosiło o pomoc i przyznało fundusze. Dwa tygodnie później dwudziestka najemników i oddział Gwardii Narodowej wyszły na lód. Popękał pod naszymi stopami. Przeżyło tylko czworo.

Nie powinnam była znaleźć się między nimi. Wpadłam w muł po klatkę piersiową i tonęłam, gdy kolczaste macki wiły się wokół mojego tułowia. Wiedziałam, że już po mnie, kiedy nagle jakiś najemnik, którego nie znałam, prześliznął się po lodzie i rzucił mi pasek. Niestety, nie złapałam go.

Gdybym rzuciła się za paskiem, macki zacieśniłyby się i pociągnęły mnie w dół. Więc powolutku brnęłam do przodu, jeden bolesny centymetr co kilka sekund.

– Pamiętasz, co mi powiedziałeś? – zapytałam.

Jim wzruszył ramionami.

– Powiedziałeś: „Nie spinaj się. Żadnych gwałtownych ruchów. Spokojnie i powoli”.

Popatrzył na mnie pustym wzrokiem. Strzał w dziesiątkę! Punkt dla Kate.

– Restauracja Bernarda to neutralne terytorium, na które nie można wnosić broni, łącznie z wampirami. – I moim mieczem, co nie napawało mnie radością. – Ród przybędzie na spotkanie nieuzbrojony. Nasi ludzie zawsze są uzbrojeni, bo mogą przemienić się w każdej chwili. Jeśli pojawimy się z tyloma wyszkolonymi zmiennokształtnymi wojownikami, Ród może odebrać to jako groźbę. Razem z alfami pozostałych klanów będziemy mieć dwukrotną przewagę liczebną.

Wskazałam głową na grupę biologicznej broni poddaną mojej inspekcji.

– To nagły ruch. Tylko nasili nasz konflikt. Ród poczuje się w obowiązku wziąć odwet. Takie działanie utrudni nasze stosunki dyplomatyczne.

Jim się zastanowił.

– Niech będzie. Ale...

Zaczynałam naprawdę nienawidzić tego słowa.

– Zdobyłem poufne informacje, z których wynika, że Ród kupił jeden z budynków obok Bernarda i urządził w środku centrum dowodzenia. Dziś wieczorem zjawi się tam kilku czeladników i co najmniej sześć wampirów. Wiesz, co może zrobić sześć wampirów.

Sześć wampirów może zdziesiątkować Atlantę w siedem dni. Sześć wampirów kontrolowanych przez nawigatorów zrobi to w trzy. Wampir telepatycznie sterowany przez nawigatora to precyzyjny instrument z destrukcyjnym potencjałem małej bomby jądrowej.

– To zabezpieczenie – stwierdziłam. – Ghastek nie zrobi nic, co może przeszkodzić mu w drodze na szczyt.

Najbardziej utalentowani nawigatorzy nazywali się Panami Umarłych. W Atlancie było ich siedmioro, a dwaj z nich, Ghastek i Mulradin Grant, aktualnie knuli i spiskowali, żeby przejąć kontrolę nad filią Rodu w naszym mieście. Stawiałam na Ghasteka. Wcześniej współpracowaliśmy ze sobą z konieczności. Był inteligentny, wyrachowany i bezlitosny, ale również rozsądny. Dziś wypadała jego kolej, by uczestniczyć w Konklawe.

– Może wojna z Gromadą to dokładnie to, czego chce? – rzekł Jim. – Nie chcę ryzykować. Zaczekaj. – Zerknął na drugi koniec korytarza.

Mężczyzna z białymi włosami skręcił za róg i pospieszył w naszą stronę. Chudy jak patyk, niemal biegł ze stertą książek przyciśniętą do piersi. Dżinsy mu spadały, a golf, który na większości osób byłby opięty, całkiem na nim wisiał. Christopher czasami zapominał o jedzeniu. Barabasz to wyłapał i kazał mu spożywać trzy posiłki dziennie, ale Christopher nie mógł przytyć.

Jim odwrócił się i patrzył na zbliżającego się Christophera. Nie pałał do niego sympatią. Uważał Christophera za pudełko-niespodziankę, które po otwarciu mogło odsłonić albo skarb, albo bombę, i nie podobała mu się ta niewiedza.

– Pamiętasz nasze roboty ochroniarskie? – spytał Jim.

– Pamiętam. Chcesz mi powiedzieć, że jestem trudnym obiektem do chronienia?

– Coś w ten deseń.

Christopher dotarł do nas. Jego niebieskie oczy były szeroko otwarte. Czasami miały kolor przejrzystego letniego nieba, bez chmurki myśli, ale dziś zobaczyłam w nich skupienie i determinację zakrawającą na obsesję. Jakaś idea opętała Christophera i doprowadzała go do szaleństwa. Pewnie nawet nie wiedział, że niesie książki.

– Pani!

Dawno przestałam prosić go, żeby nazywał mnie Kate. Zawsze mnie ignorował.

– Tak?

– Nie możesz iść!

Jim zmarszczył brwi.

– Gdzie? – spytałam.

– Tam. – Plątał mu się język. – Próbowałem pozostać przy zdrowych zmysłach.

– Aha. – Gdy masz wątpliwości, ogranicz się do prostych słów.

– Wiem, czym byłem, ale już nie mogę tym być. Staram się. Bardzo się staram. Ale mój umysł jest zagadką, a jej nici są zbyt splątane. Kawałki mnie unoszą się w powietrzu. Jestem rozbity. On mnie rozbił.

– Kto cię rozbił? – zapytał Jim.

Christopher spojrzał na niego i ledwie słyszalnym szeptem powiedział:

– Wznosiciel.

Mój ojciec. Wznosiciel Wież. Zagotowałam się ze złości. Pragnęłam sięgnąć przez czasoprzestrzeń i dać Rolandowi w pysk.

Christopher zwrócił się do mnie.

– Gdybym wiedział, jak to jest być rozbitym, wolałbym umrzeć.

Oj.

– Nie mów tak – poprosiłam.

– To prawda.

– Christopher, zależy mi na tobie. Rozbitym czy nie. Jesteś moim przyjacielem.

Christopher rozłożył ramiona. Książki upadły na podłogę. Chwycił mnie kurczowo i wbił swoje długie palce w moje ramiona.

– Nie idź. Nie idź w to okropne miejsce, bo on cię rozbije i będziesz sama. Będziesz jak ja. Nie idź, pani.

 

Jim się poruszył. Nieznacznym gestem nakazałam mu spokój.

– W jakie okropne miejsce? – zapytałam kojąco.

Christopher potrząsnął głową i wyszeptał:

– Nie idź... Nie odchodź.

– Nie pójdę – obiecałam. – Nie pójdę, ale musisz mi powiedzieć, jak się nazywa to miejsce.

– Nie rozumiesz. – Spojrzał na mnie, a w jego niebieskich oczach zobaczyłam czystą panikę. – Nie rozumiesz. Pójdę za tobą na koniec świata, ale nie tam. Nie mogę tam wrócić.

Nie szłabym „tam”, gdybym wiedziała, gdzie „tam” jest.

– Spokojnie. Tylko powiedz mi...

Znowu potrząsnął głową.

– Nie. Nie. Nie jest.

– Będzie dobrze.

Wyciągnął rękę, dotknął kosmyka, który wypadł z mojego warkocza, pociągnął i wyrwał mi kilka włosów.

Auć.

Jim rzucił się na Christophera i popchnął go. Chudy mężczyzna upadł na podłogę. Odtrąciłam Jima ramieniem.

– Nie!

Christopher gramolił się z ziemi z dzikim spojrzeniem i kosmykiem moich włosów w dłoni.

– Nie ufaj wilkowi!

Odwrócił się i uciekł.

– Co, do cholery? – warknął Jim. – Typ potrzebuje prochów na uspokojenie.

– On coś wie. Nie wiem, czy miał wizję, czy ktoś mu coś powiedział, ale coś go wystraszyło i nie potrafi tego wyjaśnić. Zobaczmy, co zrobi z włosami. Na tej podstawie powinnam móc coś ustalić.

Włosy, tak jak płyny ustrojowe, zachowywały magię właściciela nawet po oddzieleniu od jego ciała. Rok temu zabiłabym Christophera, by odzyskać kosmyk, bo przy badaniu pukiel zdradziłby wszystkie moje sekrety. Ale moje sekrety i tak zaraz miały wyjść na światło dzienne. Hugh znał prawdę, Roland pewnie też, a prędzej czy później pozna ją cała reszta świata. Musiałam się z tym pogodzić.

– Jeśli ktoś mu coś powiedział, to musiał być ktoś z Gromady albo jakaś magiczna zjawa – myślałam na głos.

Nawet teraz w Twierdzy przebywało przynajmniej dwustu zmiennokształtnych, a obcy nie byli mile widziani. Christopher nigdy nie opuszczał terenu Twierdzy.

Jim warknął.

– Przydzielę mu strażnika. Kogoś dyskretnego. Jeśli pozyskuje informacje od jakiejś zjawy, która ukazuje mu się w nocy, nie chcę, żeby dzielił się z nią twoimi włosami.

Spojrzałam na Jima.

– Jak myślisz, o jakim wilku mówił?

– A bo ja wiem?

Znałam ponad sześćset wilków i żaden z nich nie był moim fanem.

– I mówisz, że to ja mam paranoję. – Jim wskazał na miejsce, w którym zniknął Christopher. – A on to niby co?

– On jest rozbity. A ty jaką masz wymówkę?

– Muszę pilnować twojego tyłka. Doprowadzasz mnie do szału.

Westchnęłam. Mogłam zignorować Jima, postawić na swoim i pójść na Konklawe na moich warunkach. Ale Jim i ja musieliśmy ze sobą współpracować. Widziałam po jego szczęce, że nie odstąpi od swojego pomysłu. Przystanie na jego prośbę nic mnie nie kosztowało – oprócz odrobiny dumy, a duma była jedną z tych rzeczy, które mogłam poświęcić.

– A jeśli pójdziemy na kompromis? – zapytałam.

Jim przyglądał mi się przez dłuższą chwilę.

– W piekle będą potrzebować swetrów.

Bo piekło zamarzło, gdy postanowiłam zostać głosem rozsądku.

– Ha, ha. Mówiłeś, że mają wampiry w zanadrzu. Podzielmy naszych ludzi na dwie grupy. Jedna pójdzie z nami, druga zaczeka. Wybierz dobrego dowódcę i każ im zająć stanowisko. W pobliżu.

Zastanowił się.

– Ja wybieram obie grupy.

Rozłożyłam ręce.

– Zgoda.

– Mogę z tym żyć. Opracuję dla ciebie kilka strategii ucieczki, w razie gdyby rozpętało się piekło. Jeśli się mylę, nic nie stracimy. Jeśli mam rację...

– Mam nadzieję, że się mylisz.

– Ja też.

– Dobrze. W takim razie skończyliśmy. – Odeszłam, przemierzyłam korytarz i ruszyłam w górę schodów. Dosyć wrażeń na dziś. Gdyby nikt nie zrobił nic szalonego, mogłabym zaszyć się w naszej kwaterze i poczytać...

Hannah, jedna ze straży mojej i Currana, zbiegła po stopniach.

Proszę, niech to nie będzie do mnie, niech to nie będzie do mnie...

– Małżonko!

Cholera.

– Tak?

– Rycerz Zakonu jest w Twierdzy i prosi o spotkanie.

Że co? Zakon Rycerzy Miłosiernej Pomocy był półoficjalnym organem ścigania. Kompetentni i skuteczni, acz konserwatywni w sposobie myślenia, rycerze pomagali prywatnym obywatelom radzić sobie z niebezpieczną magiczną galanterią. Niestety, kiedy człowiek prosił ich o pomoc, robili wszystko po swojemu, co nie każdemu się podobało. Kiedyś pracowałam dla Zakonu. Oni postanowili, że zmiennokształtni nie są ludźmi, a ja, że są, i nasze drogi się rozeszły. Ted Moynohan, szef Zakonu, do dziś miał mi to za złe.

– Przyprowadził Ascania i Julie. Mówi, że nie wniesie oskarżenia.

Dlaczego ja?


Weszłam do sali konferencyjnej gotowa do walki. Ascanio wyglądał na odpowiednio zawstydzonego i skruszonego, i gdybym nie pracowała z nim przez ostatnie kilka miesięcy, nawet bym w to uwierzyła. Julie siedziała naprzeciwko niego, szczupła, jasnowłosa, zbuntowana. Już prawie przeszła jej faza gotki, ale czerń nadal była jej ulubionym kolorem. Powitał mnie radosny widok czarnych dżinsów, czarnego golfu i świdrującego spojrzenia.

Ostatnie zajęte krzesło zajmował wielki mężczyzna. Masywny, umięśniony i wytatuowany, miał wyraźne, przystojne rysy, ciemną skórę i ciemne oczy Samoańczyka.

– Mauro! – Ze wszystkich rycerzy Zakonu to Maura lubiłam najbardziej.

– Małżonko – zagrzmiał, po czym wstał, rozłożył ramiona i ukłonił się.

Ascanio zasłonił usta dłonią.

– Widzę, że nadal wydaje ci się, że jesteś zabawny.

– Ażebyś wiedziała. – Bouda wyszczerzył białe zęby w uśmiechu.

Zwróciłam się do Hannah:

– Czy mogę prosić, żebyś przyniosła nam herbatę?

– Oczywiście.

Mauro skinął głową na moją podopieczną i Ascania.

– Przyprowadziłem ci tę dwójkę gagatków.

– Co się stało?

– Byłem na zupełnie innej misji w Shiver Oaks, kiedy nagle z domu po drugiej stronie ulicy wybiegła kobieta i poprosiła mnie o pomoc z włamywaczami osaczonymi przez jej psa.

Popatrzyłam na Ascania i Julie. Musiałam mieć straszny wyraz twarzy, bo oboje wzdrygnęli się w harmonii. Ha! Nadal mam to coś.

– Włamanie? – zapytałam cicho. Gromada pogardzała jakąkolwiek działalnością kryminalną. Już i tak mieliśmy wystarczająco dużo kłopotów.

Ascanio westchnął, pogodzony ze swoim losem.

– Julie chciała zobaczyć małe królikotki. To był dom hodowczyni. Znaleźliśmy reklamę w gazecie. Kobieta nie chciała nas wpuścić, jeśli nie zapłacimy, więc kiedy wyszła, przeleźliśmy przez płot. Dałbym sobie radę z rottweilerem, tylko nie chciałem robić mu krzywdy.

Oczywiście, że Julie chciała zobaczyć królikotki. Cholera, ja chciałam zobaczyć królikotki. Oczywiście, że Ascanio ją zabrał. Problem w tym, że zostali przyłapani.

– Nie chcieliśmy ich ukraść – wyjaśniła Julie. – Tylko się z nimi pobawić.

– Chce wnieść oskarżenie? – spytałam Maura.

– Przekonałem ją, że to zły pomysł.

– Dziękuję ci.

– Nie ma sprawy – odparł.

Spojrzałam na dzieciaki.

– Zmykajcie stąd! Pogadamy potem.

Wybiegły z pokoju, o mało nie potrącając Hannah, która wróciła z herbatą. Kobieta obnażyła zęby.

– Dziękuję. – Przejęłam tacę od Hannah. Strażniczka wyszła z sali konferencyjnej i zamknęła drzwi. Nalałam herbatę do filiżanek. – Jak leci?

Mauro podmuchał napar.

– Dziękuję. – Upił łyk. – Boże, ale dobre. Zamarzłem na kość. Cholerna pogoda. Leci... jakoś. Selena wciąż uważa, że za dużo pracuję.

– Co tam u twojej żony?

– Dobrze, dziękuję. – Zawahał się. – Zastanawiam się, czy się nie przenieść.

To mnie zaskoczyło. Filia w Atlancie była uważana za jedną z najważniejszych na Południu. Ponadto rycerze nie lubili zmieniać miejsca służby. Gdy przydzielano ich do placówki, nawiązywali kontakty uliczne i relacje zawodowe. Większość z nich zrobiłaby wszystko, by nie musieć zaczynać od nowa.

– Gdzie?

– Gdzieś. Do Charleston. Do Orlando.

Dziwne. Dolałam mu herbaty. Nauczyłam się, że jeśli siedzi się w milczeniu, ludzie mówią więcej.

– Dziękuję. – Mauro westchnął. – Kiedyś przyjmowało się tę posadę, by pomóc sobie w karierze. Wiesz, to była praca z możliwością awansu. W której coś się działo.

– Nadal coś się dzieje.

– Ale nie to, co powinno. – Odstawił filiżankę. – Wiesz, że Ted Moynohan jest jednym z oryginalnej dziewięćdziesiątki ósemki?

Dwadzieścia trzy lata temu dziewięćdziesięciu ośmiu ludzi z różnych organów ścigania stworzyło rdzeń Zakonu Miłosiernej Pomocy. Dramatyczne pasowanie na rycerzy odbyło się w czasie ceremonii pod pomnikiem Waszyngtona. Zakon chciał coś udowodnić.