Magia łączyTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Jego słabością jestem ja. Ukrył przede mną te trzydzieści krzyży, bo chciał być dobrym ojcem i nie chciał mnie zdenerwować. W tych wizjach nie zabija mnie, tylko mojego męża i syna!

Dwie kobiety wlepiły we mnie wzrok. Łypnęłam na nie i postanowiły popatrzeć gdzie indziej.

– Jedyną osobą, która mogła znać jego słabe punkty, była Erra, a ja ją zabiłam. Zapytałabym babki, ale prawie nic z niej nie zostało. Jest bytem natury, nie człowiekiem. Nie odpowiada na pytania, tylko... czuje.

– Szkoda, że nie zadałaś ciotce więcej pytań, zanim ją zabiłaś...

Andrea wzdrygnęła się i napięła mięśnie.

– Co się dzieje? – zaniepokoiłam się.

– Musimy jechać do Twierdzy.

– Czemu?

W jej oczach zalśniła panika.

– Rodzę.

– Teraz?

– Tak, teraz!

Szlag. Rzuciłam pieniądze na stół.

– Dasz radę zejść po schodach?

– Byłam cholerną rycerką Zakonu – warknęła. – Idź po auto.

Pobiegłam do samochodu. Magia była w niżu, więc silnik benzynowy zaskoczył, gdy tylko przekręciłam kluczyk. Wyjechałam z parkingu jak burza i z piskiem zapakowałam przed budynkiem. Andrea wytoczyła się z knajpy. Wyskoczyłam z dżipa, otworzyłam tylne drzwi i wepchnęłam ją na siedzenie.

– Dowiozę nas do szpitala w dwadzieścia minut. Trzymaj się.

– Nie! Musimy jechać do Twierdzy. To ciąża wysokiego ryzyka. Doolittle myśli, że mogę umrzeć przy porodzie.

Cholera! Okrążyłam samochód, rzuciłam się na fotel kierowcy, zapięłam pas i wcisnęłam gaz do dechy.

– Jakim cudem Doolittle cię wypuścił?

– Nie wypuścił. Uciekłam.

– Co? Mówiłaś, że o wszystkim go poinformowałaś.

– Bo poinformowałam. Zostawiłam... liścik... Szlag, boli jak skurwysyn.

– Kiedy już urodzisz, to cię zamorduję. Co ty sobie myślałaś?

– Myślałam, że od dwóch tygodni siedzę w pieprzonym szpitalu i jeśli nie wyjdę, to zacznę walić łbem o ścianę. Nie rozumiesz. Fizycznie nic mi nie dolega. Tylko poród może być problemem. Całymi dniami siedziałam i zamartwiałam się, że moje dziecko zamieni się w loupa. Musiałam się wyrwać.

– Nie wypuszczaj tego dziecka. – Pędziłam na złamanie karku, podskakując na każdym wyboju. – Nie wiem nic o przyjmowaniu porodów.

– Nie masz przyjmować porodu, tylko jechać! Jedź, Kate, jedź!

Dyszała jak maratończyk. Zerknęłam w lusterko. Twarz miała mokrą od potu.

Mknęłam przez ulice Atlanty jak strzała.


W dobry dzień dojazd do Twierdzy zajmował godzinę. Dotarłam na miejsce w czterdzieści minut.

– Już prawie jesteśmy.

– Dłużej nie wytrzymam. – Z Andrei lał się pot. Była cała blada.

Z wizgiem opon minęłam stróżówkę. Bramy Twierdzy stały otworem, ukazując plac pełen zmiennokształtnych. Wjechałam na dziedziniec. Ludzie zaczęli uciekać, rozstępując się jak fale... wszyscy oprócz jednego. Jim stał mi na drodze. W jego oczach widziałam, że się nie ruszy.

Nacisnęłam hamulec.

Nie zabij Władcy Bestii, nie zabij Władcy Bestii...

Samochód zatrzymał się pół metra od niego.

Jim szarpnął drzwi od strony kierowcy.

– Co, do...

– Andrea rodzi!

Zobaczył Andreę i ryknął:

– Zrobić przejście na oddział medyczny!

Z Twierdzy wystrzelił Rafael. Zgarnął żonę z tylnego siedzenia dżipa i pobiegł z powrotem do środka.

Oczy Jima płonęły.

– Szukamy jej od godziny. Doolittle tak się wściekł, że zamiast mówić, tylko warczał jak zwierzę. Co ty sobie myślałaś, porywając kobietę w dziewiątym miesiącu ciąży na przejażdżkę?

Typowe. Wszystko moja wina.

– To ona porwała mnie.

– Trzeba było odwieźć ją z powrotem do Twierdzy.

– A jakim cudem miałam tego dokonać? Z chęcią zobaczyłabym, jak próbujesz zabrać jej kluczyki.

Usłyszeliśmy krzyk Andrei.

Wyskoczyłam z auta i pognałam za Rafaelem.


Najtrudniejsze było czekanie. Andreę zabrali na oddział medyczny i umieścili za podwójnymi dźwiękoszczelnymi drzwiami, które zagłuszały jej wrzaski. Rafael wszedł do środka z żoną, a kiedy wnosił ją do sali, zauważyłam Doolittle’a i Nasrin, jego zastępczynię, w towarzystwie trzech pielęgniarzy oraz krzepkiego zmiennokształtnego, który wyglądał, jakby mógł gołymi rękami miażdżyć bloki betonu. Ja musiałam zostać w poczekalni, przestronnym pomieszczeniu wypełnionym kanapami i poduszkami.

Kiedy się usadowiłam, do poczekalni weszło dwoje zmiennokształtnych i zajęło miejsce naprzeciwko mnie. Pearce Bailey i Jezebel. Trzebiciele, oboje z klanu boud.

Pearce był zbitym, ciemnoskórym mężczyzną o bezwzględnym spojrzeniu i poważnym wyrazie twarzy. Nie wiedziałam o nim zbyt wiele prócz tego, że Ciotka B miała do niego całkowite zaufanie.

Jezebel natomiast znałam bardzo dobrze. Na kilka tygodni zanim zostałam Małżonką Currana, Jezebel wyzwała swoją siostrę Salome do walki o pozycję w klanie boud. Według prawa Gromady takie pojedynki zawsze muszą kończyć się śmiercią. Jezebel przegrała. Przez siedem minut była klinicznie martwa, ale jakimś cudem wróciła do życia, a Salome nie miała serca zabijać jej po raz drugi. Tym sposobem Jezebel wyleciała z hierarchii klanu, więc kiedy Curran zapadł w śpiączkę, a zmiennokształtni rzucali mi wyzwania na prawo i lewo, Ciotka B wyznaczyła Jezebel i Barabasza na moich opiekunów. Razem pomagali mi nawigować po mętnych wodach polityki Gromady. Przez prawie dwa lata Jezebel zawsze mnie wspierała i pilnowała, by nikt nie wbił mi noża w plecy.

Ona jedna potrafiła zmusić Julie do posłuszeństwa. Jezebel zajmowała się Julie, kiedy ja służyłam Gromadzie jako Małżonka. Nie wiedziałam o wszystkich tarapatach, w jakie pakowała się moja córka, ale gdy zachodziła potrzeba, Jezebel wyciągała ją z kłopotów. Julie zawsze wracała do domu, a Jezebel zawsze dochowywała jej tajemnic.

Gdy Curran i ja odłączyliśmy się od Gromady, sądziłam, że Jezebel pójdzie z nami, ale wolała pozostać w stadzie. Zanim została moją pomocnicą i opiekunką Julie, pracowała jako trzebicielka, wróciła więc do starej roboty. Z tego, co słyszałam, znalazła sympatycznego faceta i zaadoptowała jego córeczkę.

– Cześć, Jezebel.

– Cześć, alfo.

– Już nie jestem alfą.

– Dla mnie zawsze będziesz. Jak tam Julie?

– Dobrze sobie radzi w szkole. Ma przyjaciół. Ostatnio podczas wyżu technologii zaprosiła na noc dwie koleżanki. Oglądały jakąś komedię.

– Nadal nie radzi sobie z matematyką?

– Ma piątkę z geometrii i tróję z algebry. Twierdzi, że algebra jest nudna.

– Cieszę się, że nic się nie zmieniła. – Zęby boudy błysnęły w przelotnym uśmiechu.

– A jak u ciebie? – spytałam.

– Wszystko dobrze, nie narzekam. Miło cię widzieć.

– Ciebie też, Jezebel.

Jej twarz znów przybrała neutralny wyraz. Dziś przyszła tu pracować, a ja już nie stałam bezpośrednio nad nią.

Trzebiciele to elitarni żołnierze Gromady, których porównałabym do broni biologicznej masowego rażenia. Byli silni, szybcy i skrupulatni – gdyby dziecko zamieniło się w loupa i Andrea albo Rafael wpadli w szał, dwoje trzebicieli zrobiłoby wszystko, co konieczne, by ich spacyfikować.

Pearce i Jezebel przyglądali mi się uważnie. Oceniali mnie jako potencjalne źródło zagrożenia. Nie mylili się tak do końca. Gdyby Andrea wypadła z porodówki z noworodkiem na rękach i próbowała dać nogę, nie wiem, jak bym się zachowała. Pewnie bym jej pomogła. Prawdopodobnie utrudniłabym wszystkim życie, ale w tym momencie moja przyjaciółka usiłowałaby się ratować, więc stanęłabym w jej obronie. Dwoje trzebicieli stanowiłoby przeszkodę – z tego, co pamiętałam, Pearce był brutalem, a Jezebel walczyła jak zwierzę. Gdy dorwała przeciwnika, ten nie miał szans się podnieść.

Widziałam w tym wszystkim rękę Jima. Jezebel uratowała Julie z opresji niejeden raz i moja córka zawdzięczała jej życie. Władca Bestii specjalnie wybrał boudę na tę wartę, bo wiedział, że ani Andrea, ani ja nie będziemy chciały jej skrzywdzić.

Co nie oznaczało, że nie mogłabym się pogimnastykować.

Dlatego byłam beznadziejną Małżonką. Przestrzeganie praw, nawet tych sprawiedliwych, nigdy mi nie wychodziło.

Pearce wstał i wyszedł. Jezebel i ja patrzyłyśmy na siebie z uśmiechami na ustach. Trzebiciel wrócił i usiadł na kanapie. Nikt się nie odzywał. Podniosłam się, wzięłam książkę z koszyka pod drzwiami i zaczęłam czytać.

Siedzieliśmy w ciszy przez pół godziny. Andrei nic nie będzie. Jej dziecku też nie. Właśnie czytałam, jak diaboliczny seryjny morderca zabił psa bohaterki i spalił jej mieszkanie, kiedy dwoje trzebicieli lekko się wyprostowało. Zerknęłam na drzwi. Do poczekalni wszedł Curran. Poruszał się bezszelestnie. Opadł obok mnie, złapał moją dłoń i ścisnął.

– Wszystko w porządku?

Nie.

– Tak.

Nie puszczał. Mhm, nie dał się nabrać. Na tym polega problem dzielenia życia z drugą osobą. Ta osoba wie, kiedy wciskasz jej kit.

Trzebiciele się rozluźnili.

– Wezwaliście kawalerię? – zapytałam.

– Po prostu jesteśmy przezorni – odparł Pearce.

Jezebel rzuciła mi przepraszające spojrzenie.

– Andrea i Rafael należą do Gromady – rzekł Curran. – Podlegają jasnemu prawu, więc ta dwójka wie, jak z nimi postępować. Ty nie należysz do Gromady i jesteś byłą Małżonką. Komplikujesz sprawę, a trzebiciele nie lubią komplikacji.

 

– Zgadza się, panie. – Jezebel pokiwała głową. – Nie lubimy.

– Już nie jestem twoim panem. – Curran posłał jej uśmiech.

– Jak było w Gildii? – zapytałam go.

– Dobrze. Miałem kilka pierdoł do załatwienia. Ascanio mówił, że pojechałaś spotkać się z Wyrocznią.

Moje ciało zapragnęło się skurczyć.

– Opowiem ci później.

Curran zlustrował mnie wzrokiem.

– Dobrze.

– Andrea brała panaceum – zmieniłam temat.

– Tak.

– Nic jej nie będzie.

– Mhm.

– Jej dziecko nie zmieni się w loupa. – Teraz mówiłam sama do siebie.

– Będzie dobrze, skarbie.

Drzwi porodówki otworzyły się ze szczękiem. Podskoczyłam na równe nogi, trzebiciele również. Curran objął mnie i przyciągnął do siebie. W wejściu stanęła Nasrin. Twarz miała zmęczoną.

Zapomniałam, jak się oddycha.

– Chodźcie – zaprosiła nas do środka.

Podążyliśmy za nią. Serce waliło mi jak młot. Andrea na wpół siedziała, na wpół leżała, oparta na poduszkach. Jej blond włosy były mokre, jakby pobiegła na Florydę i z powrotem. Rafael stał obok Andrei tyłem do nas. Wykończony Doolittle osunął się na wózku. Reszta pewnie wyszła bocznymi drzwiami.

Gdzie dziecko?

Rafael się obrócił. Na rękach trzymał małe zawiniątko. Odsunął rąbek kocyka, odsłaniając pomarszczoną czerwoną twarzyczkę i czuprynę ciemnych włosów.

– Beatrice Kate Medrano – powiedział. – Nazwana po babci i po tobie.

– Po mnie?

– Tak. Dzięki tobie się poznaliśmy.

Andrea otworzyła oczy i się uśmiechnęła.

– Będziemy nazywać ją Mała B.

– Żadnych oznak loupizmu – oznajmiła Nasrin.

– Możesz ją potrzymać. – Rafael podał mi dziecko.

Aaa!

– Spokojnie. – Andrea zachichotała. – Nie jest ze szkła.

Ostrożnie wzięłam Małą B na ręce. Była taka tycia. Taka lekka. Ściskała dłonie w mikroskopijne piąstki. Z miłości moich przyjaciół powstało życie. Maleńkie, bezbronne życie. Stałam w całkowitym bezruchu i patrzyłam, jak oddycha. Biło od niej światło. Emanowało z jej okrągłych policzków i spod ciemnych rzęs, otulając całe ciałko. Paluszki miała maciupeńkie.

– Zabierzcie dziecko, zanim Kate zemdleje – rzuciła Andrea.

Zdałam sobie sprawę, że wstrzymuję oddech.

Curran delikatnie przejął noworodka, potrzymał przez chwilę, a potem oddał Rafaelowi. Ten usiadł na łóżku obok Andrei i szepnął coś, czego nie wyłapałam. Oczy mojej przyjaciółki zalśniły. Zobaczyłam w nich szczęście. Przepełniał ją całkowity spokój.

Za cztery tygodnie Atlanta spłonie.

Curran położył mi rękę na ramieniu.

Atlanta spłonie i świat Małej B się zmieni. Ona nawet tego nie zauważy, bo dopiero się urodziła, ale mój ojciec wyciągnie dłoń i zgniecie jej przyszłość.

Nie chciałam, żeby umarła, zanim zdąży pożyć. Nie chciałam, żeby trafiła w niewolę. Żeby zasnęła w naszym świecie i obudziła się w świecie mojego ojca, a potem dorastała z myślą, że tak to powinno wyglądać.

– Kate? – zmartwił się Curran. – Skarbie?

Magia kipiała pod moją skórą.

– Muszę się przewietrzyć.

Wyszłam na korytarz. Nogi powiodły mnie na zewnątrz, na szczyt niskiej kamiennej wieży. Poczułam promienie słońca na twarzy. Wzięłam głęboki wdech.

Musiałam powstrzymać mojego ojca. Koniecznie.

– Hej. – Curran zasłonił mi światło.

– Hej.

– Kiepsko wyglądasz, twardzielko. Zły dzień?

– Miewałam gorsze.

– Zdradzisz mi, co powiedziały wiedźmy, czy muszę zapytać naszego kapłana?

Dodał dwa do dwóch.

– Za miesiąc odbędzie się bitwa – powiedziałam. – Atlanta spłonie. Jeśli weźmiemy ślub, Roland cię zabije. Umrzesz. Widziałam to w wizji.

Nie chciałam mówić mu o naszym synu. Jeszcze nie. Gdy rozmawialiśmy o przyszłości, Curran zawsze wspominał o dzieciach. Jego ojciec zginął, chroniąc syna, i mój ukochany zrobiłby to samo. Musiałam oszczędzić mu tej wiedzy. Wystarczyło, że ja wiem. Informując Currana o alternatywnej wizji, nic bym nie zmieniła, tylko dołożyła mu problemów.

Wzruszył ramionami.

– Mam to gdzieś. Nie będę żył pod dyktando czyjejś wizji. Ani twojego ojca, ani Wyroczni. Jedyne, co się liczy, to czy chcesz za mnie wyjść?

– Tak.

– Więc wyjdź za mnie. Pieprzyć ich. – Objął mnie i przycisnął do siebie. – Jeśli zginę, wolę zginąć jako twój mąż. A poza tym dlaczego myślisz, że poddam się bez walki?

– Tego nie powiedziałam. Ja nie zamierzam poddać się bez walki. Chcę wygrać, ale nie wiem jak.

Popatrzyłam za dziedziniec Twierdzy i przystrzyżoną połać trawy między murami, na linię, w której las spotykał horyzont. Gdzieś tam mój ojciec kończył budowę. Nie miałam co do tego wątpliwości. Wizja ukazywała gotową wieżę. Musiałam ją zburzyć.

– Wygramy starym sposobem – stwierdził Curran. – Przechytrzymy Rolanda i staniemy do walki. Czyli to, co zawsze.

To nie wystarczy, ale jeśli to powiem, Curran zapewni mnie, że nie dowiemy się, póki nie spróbujemy. Ja zapewniłabym go o tym samym.

– Mogłoby być gorzej – zauważył.

– Jak?

– Moglibyśmy mieć do czynienia i z nim, i z twoją ciotką.

Przed oczami stanął mi obraz umierającej na śniegu Erry.

– Przed śmiercią coś mi powiedziała.

– Co?

– „Żyj długo, dziecko. Żyj długo i patrz, jak umierają ci, których kochasz. Cierp. Jak ja”. – Wtedy, na śniegu, wykończona i zakrwawiona, dbałam tylko o to, by ją zabić i zapewnić bezpieczeństwo Curranowi i sobie. Teraz wreszcie zrozumiałam. – Nie chciała znów przez to przechodzić. – Zerknęłam na las rozciągający się przed nami. – Przejmowanie ziem, granie w gierki mojego ojca, zabijanie... Stwierdziła, że ma dość, i jedyny sposób na przerwanie tego błędnego koła to śmierć jej albo Rolanda. Pozwoliła mi się zabić.

Przypominałam ciotkę. Bardziej, niż chciałam to przyznać. Żadna z nas nie nadawała się na dyplomatkę. Wytrzymałam tak długo tylko dlatego, że Curran i Barabasz ciągnęli mnie za fraki, gdy biegłam jak taran. Mój ojciec zdawał sobie sprawę, że pozostawiona sama sobie wybuchłabym i go zaatakowała.

– Twoja ciotka walczyła zaciekle – rzekł Curran. – Poza tym tych bzdur naopowiadał ci Roland. Nie wierzę w ani jedno jego słowo.

– Cóż, ta historyjka ugryzła go w tyłek. Powiedziałam mu, że jego własna siostra nie chciała żyć w świecie, który stworzył.

Curran się zaśmiał.

– Co cię tak bawi? – Najeżyłam się.

– Potrafisz zaleźć człowiekowi za skórę.

– A co to ma znaczyć?

– To twoja supermoc. Wierz mi.

Zobaczył moją minę i zaśmiał się jeszcze głośniej.

– O co ci chodzi?

– Uwielbiam, jak obnażasz zęby. Udzieliły ci się nawyki zmiennokształtnych. Wyglądałabyś uroczo porośnięta futrem.

– Zrzucę cię z tej pieprzonej wieży.

– A jak tego dokonasz? – Rozłożył ręce. – Spróbuj, skarbie.

Zastanowiłam się i pokręciłam głową.

Uśmiech spełzł z twarzy Currana.

– OK, teraz się martwię.

„Patrz, jak umierają ci, których kochasz”.

Erra na pewno kogoś kochała. Na pewno kogoś opłakała. Mówiła o swoich synach i o tym, jak musiała ich zabić, gdy zmienili się w psychopatycznych morderców...

Olśnienie uderzyło mnie jak czołg. O rany!

To był idiotyczny pomysł. Idiotyczny, samobójczy pomysł.

Znajdź sposób, żeby przekroczyć Rubikon. Już ja wam dam sposób. Podpalę Rubikon i wysadzę go w powietrze.

– Pamiętasz, jak popłynęliśmy do Gagry, a ty udawałeś, że zakochałeś się w Lorelei?

– Tylko nie to. – Curranowi zrzedła mina.

– Zamierzam zrobić coś bardzo głupiego i bardzo niebezpiecznego. Robiłam już durne rzeczy w życiu, ale to zdecydowanie wygrywa.

– Mów, o co chodzi.

– Nie.

Jego oczy zajęły się złotem.

– Jak to nie?

– Jeśli ci powiem, będziesz próbował mnie powstrzymać.

– Teraz musisz mi powiedzieć.

Pokręciłam głową.

– Nazywam to „furtką Lorelei”. Musisz mi na to pozwolić.

– Kate!

– Nie. – Wiedziałam, że Curran dostałby białej gorączki. Gdyby ktoś przedstawił mi mój genialny pomysł godzinę temu, wyśmiałabym go i zdzieliła tym pomysłem w łeb.

– Powiedz mi.

Był kotem i maniakiem kontroli. Nienawidził niewiedzy.

– Nie. Ale chciałam być szczera i powiedzieć ci, że mam plan i że na kilka dni wyjadę z miasta. – Gdybym tak po prostu zniknęła, wpadłby w szał i przewrócił całą Atlantę do góry nogami, żeby mnie znaleźć.

W jego gardle zagrzmiała obietnica warknięcia.

– Powiesz mi.

– Curran, proszę, nie kłóć się ze mną. Jestem na skraju załamania i właśnie zobaczyłam światełko na końcu tunelu.

Warknął, dając ujście frustracji.

– Niech będzie. Mogę chociaż jakoś pomóc w twojej szalonej intrydze?

– Możesz uratować Saimana?

– Jeśli uratuję Saimana, powiesz mi, co kombinujesz?

– Jeśli uratujesz Saimana i mój plan się powiedzie, do czasu kiedy wrócę, wszystko stanie się jasne.

Zaczął przysuwać się w moją stronę.

– Albo powiesz mi teraz.

– Mój ojciec myśli, że ma wszystko pod kontrolą. Zapędził nas w kozi róg. Sądzi, że jesteśmy w pułapce. Ale nie wygra, Curran. Nie pozwolę mu na to. Nie pozwolę mu zniszczyć świata Małej B, zrujnować naszego małżeństwa i... – zabrać naszego syna – zwyciężyć. Nie pozwolę.

– No – powiedział z niecnym uśmiechem. – To moja Kate.

Jednym susem pokonał odstęp między nami i mnie pocałował.

– Kocham cię – szepnęłam.

– Sprowadzę ci Saimana – odparł. – Żywego. Przysięgam. A wtedy wszystko mi powiesz.

– Tak – obiecałam. – Wszystko ci powiem.

Rozdział 5

WWeszliśmy na dół i się rozdzieliliśmy. Curran poszedł pogadać ze starymi znajomymi, a ja udałam się na posterunek straży, żeby zapytać, czy mogę skorzystać z telefonu. Wpuścili mnie do pustej sali konferencyjnej i zamknęli drzwi.

Wybrałam numer Sienny. Odebrała po pierwszym sygnale.

– Halo?

– Popatrz w moją przyszłość.

Nie odpowiedziała.

Nagle słuchawkę wypełniły odległe ochrypłe szepty. Nic nie rozumiałam.

Głośno zaczerpnęła powietrza.

– On nadchodzi... Leć wyżej, koniu. Wyżej! Most... Nie puszczaj, Kate...

Zapadła cisza. Latający koń. Dosiadałam latającego konia? Miałam nadzieję, że nie. Nie przepadałam za wysokościami. W Miszmarze był most...

– Co zrobiłaś? – zapytała cienkim głosem.

– Nie chodzi o to, co zrobiłam, tylko co postanowiłam. Czy w tej wizji miasto płonie?

– Kate, to ścieżka poświęcenia...

– Sienno, czy miasto płonie?

– Może spłonąć. Ale nie musi. Sprawiłaś, że przyszłość jest niejasna.

Niejasna jest w porządku. Jest świetna.

– Dobrze.

– Kate, zaczekaj. Roland też patrzy w twoją przyszłość. Nie istnieje powód, dla którego miałby tego nie robić. Nie wiem, czy robi to sam, czy ma od tego ludzi, ale wkrótce dowie się, że coś się zmieniło.

I prawdopodobnie zrobi wszystko, żeby zepchnąć mnie na kurs, który odpowiada mu najbardziej.

– Więc mam robić swoje i uważać na ojca. Rozumiem.

– W jednym z przebłysków zobaczyłam, że umierasz jutro. Problemem może być głowa. Bądź ostrożna.

Głowa? Jaka głowa? Już otwierałam usta, żeby zapytać, ale ugryzłam się w język. Kilka razy pobłądziłam tą ścieżką. Zbyt duża wiedza o przyszłości tylko utrudnia życie.

– Dziękuję.

– Nie ma za co. Powodzenia, In-Szinear.

Rozłączyła się. Odłożyłam słuchawkę i zagapiłam się na telefon. Szinear to dawne królestwo mojego ojca, to, od którego wszystko się zaczęło. Nie miałam zielonego pojęcia, co to oznaczało, ale dociekanie tylko przysporzyłoby mi kłopotów. Wyrocznia nigdy nic nie wyjaśnia. Człowiek zadaje jej pytanie, a ona daje mu dziwny kawałek układanki, który do niczego nie pasuje i staje się zrozumiały dopiero po fakcie.

Nie miałam czasu na układanki. Musiałam porozmawiać z Jimem i przekonać go do mojego planu. Och, to mu się spodoba.


Podczas swojej kadencji Curran nigdy miał biura. Istniało pomieszczenie, które oficjalnie nazywało się biurem Władcy Bestii, ale Curran nigdy nie spędzał w nim czasu i unikał jak zarazy. Kiedy dokumenty do podpisania się piętrzyły, rozkładał je na jakimkolwiek stole, najlepiej w pobliżu jedzenia. Jim urzędował w prawdziwym biurze na końcu korytarza na ósmym piętrze. Gdy zbliżyłam się do otwartych drzwi, zobaczyłam, że siedzi przy biurku i przegląda jakąś teczkę.

 

Przed biurem stało dwoje strażników. Stanęłam i przywitałam ich skinieniem. Kiedyś strzegli mnie i Currana.

– Wpuście ją – zawołał Jim, nie podnosząc wzroku.

Weszłam do środka i usiadłam na fotelu naprzeciwko Jima. Gabinet był elegancki i przestronny, z drewnianymi podłogami i własnym prywatnym balkonem. Promienie słońca wpadające przez duże okna sprawiały, że ciężkie kamienne mury wyglądały na niemal przewiewne. Pod ścianami stały regały, a na nich książki i segregatory, wszystkie starannie poukładane. Na ogromnym biurku panował wojskowy porządek. W przeciwieństwie do większości ludzi Jim nie czuł potrzeby, by zapełnić każdą poziomą przestrzeń szpargałami, których pewnego dnia może potrzebować, albo papierami, które tak naprawdę powinien wyrzucić.

– Słucham cię – powiedział.

– Musimy porozmawiać na osobności.

Zerknął znad dokumentów.

– John, Ramona, skoczcie coś zjeść.

Strażnicy odeszli bez słowa.

– Roland pojmał Saimana.

Jim uśmiechnął się, obnażając ostre białe zęby. Saiman figurował na jego liście ludzi do zabicia po wykonaniu swojego zadania. Lodowy olbrzym może i uzyskał status Przyjaciela Gromady, ale Jim planował rozszarpać mu gardło, kiedy tylko Saimanowi powinie się noga.

– Saiman jest mieszkańcem Atlanty, więc Curran i ja zamierzamy go odzyskać.

– Ty i Curran możecie robić, co chcecie. Gromada nie będzie się w to mieszać. Nie ma tu dla nas korzyści. Jeśli o tym chciałaś rozmawiać, pogawędka będzie krótka.

Dupek.

– Nie, tylko robię wprowadzenie, Jak wiesz, odwiedziłam mojego ojca.

– Zdenerwowałaś go. – Przyjrzał mi się uważnie.

Mhm, zwiadowczyni już zdała mu raport.

– Tak. Nie chce oddać lodowego olbrzyma, czym zmusza mnie do działania. Nie może znieść mojej autonomii. Nie potrafi zaakceptować tego, że ktoś inny ma władzę, a tym bardziej jego córka.

– Nadal czekam na wyjaśnienie, co to ma wspólnego ze mną.

– Przez ostatni miesiąc Wyrocznia Wiedźm wielokrotnie patrzyła w moją przyszłość. Przewiduje wojnę. Istnieją dwie wersje. Pierwsza: mój ojciec zabija Currana, Gromada zostaje wyrżnięta, miasto płonie, wiedźmy umierają.

Twarz Jima nie zdradzała żadnych emocji.

– Druga: mój ojciec zabija mojego syna. Nabija go na włócznię. Gromada zostaje wyrżnięta, miasto płonie, wiedźmy umierają. Widziałam wizje. Nadchodzi piekło na ziemi. – Odchyliłam się na krześle. – Mamy cztery tygodnie, zanim pierwsza wersja stanie się rzeczywistością.

Ciszę dało się kroić nożem.

– Masz plan? – zapytał.

– Tak. Potrzebuję kości i krwi mojej ciotki.

– Po co?

– Muszę zabrać je do Miszmaru.

Jim wbił we mnie wzrok. Skroń zaczęła mu pulsować. O nie. Przeze mnie Władca Bestii dostał apopleksji. Który to już raz?

– Wszystko w porządku?

– Próbuję ustalić, czy naprawdę to powiedziałaś, czy mózg mnie zawodzi i podsuwa mi halucynacje.

– Nie spiesz się.

– Do Miszmaru. Więzienia z piekła rodem, które twój ojciec zlepił ze szczątków zniszczonych przez siebie biurowców z Omaha. Do Miszmaru, wypchanego po brzegi zmutowanymi wampirami. Tego Miszmaru.

– Tak.

– Ledwie wydostałaś się stamtąd żywa ostatnim razem, i to z pomocą Currana, moją, dwóch alf, jednej z najlepszych wojowniczek Gromady, najlepszego Pana Umarłych w Atlancie i magomedyczki-cudotwórczyni. Miałaś nawet przewodnika. A mimo to o mało nie zginęliśmy.

– Nie zamierzam jechać tam na długo. Muszę tylko odwiedzić moją babkę.

– OK, niech stracę. Po co?

– Żeby zanieść jej szczątki ciotki i błagać o pomoc. – Każde przekonujące kłamstwo ma w sobie odrobinę prawdy.

– Powiedziałaś nam, że twoja babka jest bytem nie z tego świata. Jest przepełniona żalem i gniewem, a ty chcesz zanieść jej szczątki swojej ciotki. Zapomniałaś, że to ty zabiłaś Errę? Dźgnęłaś ją w oko. Co na to powie twoja babka? Oczekujesz zjazdu rodzinnego?

– Jim, moja ciotka była Pożeraczką Miast. Była większa, silniejsza i potężniejsza ode mnie. Chciała umrzeć z honorem, więc pozwoliła mi odebrać sobie życie. To był jej wybór. Ja byłam tylko wygodnym narzędziem i znajdowałam się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie.

– I myślisz, że ta szalona siła, jaką jest twoja babka, to wszystko zrozumie?

– Tak. – Nie, ale to nie miało znaczenia. Gdybym zdradziła Jimowi mój prawdziwy plan, pomyślałby, że to to ja jestem szalona.

– Uzgodniłaś to z Curranem?

– Powiedziałam mu, że zamierzam zrobić coś głupiego i niebezpiecznego, a on zapytał, czy może mi jakoś pomóc.

– Nie rozumiem waszego związku.

– Nie musisz. Jim, jestem zdesperowana. Nie potrafię ochronić miasta. Nie potrafię nawet ochronić mojego ukochanego ani naszego syna, jeśli te wizje rzeczywiście pokazują przyszłość. Dzisiaj, teraz, to jest nasza szansa, żeby dopilnować, by Atlanta nie podzieliła losu Omaha. Chyba że wolisz się przeprowadzić. Za każdym razem, gdy Roland się zbliży, będziemy przesuwać się trochę bardziej na zachód, aż wylądujemy w San Francisco.

Skrzywił się. Kiedy trafiasz w sedno, przyj do przodu. Więc parłam.

– Oboje wiemy, że imperia buduje się na szlakach handlowych i dobrej logistyce. W tej chwili mój ojciec siedzi na Środkowym Zachodzie bez dostępu do morza. Chce dojścia do portu. Nie może iść dalej na zachód, bo na drodze stoją góry i pustynia. Nie może iść w dół do Missisipi. Nie porywa się na Luizjanę, bo tamtejsza rdzenna magia jest zbyt silna, a poza tym jego statki musiałyby przepływać przez zatokę, w której roi się od żarłocznych potworów. Zostaje Wschodnie Wybrzeże. Gdyby skręcił na północ, musiałby walczyć z rządem federalnym, a na to nie jest gotowy. Jedynym logicznym wyborem pozostaje Atlanta. To klucz do opanowania całego Południa. Nie może zdobyć tego miasta. Osuszy je do cna, nie z zasobów, ale z magii. Jeśli przejmie Atlantę, będzie wysysał z niej moc jak pijawka, żeby stać się silniejszy. Pamiętasz Latarników. Wiesz, co się dzieje, kiedy czyjaś magia zostaje wyssana. Pomóż mi temu zapobiec.

Westchnął.

– Czego potrzebujesz?

– Gromada ma ciało i krew mojej ciotki. Muszę je zgarnąć i przetransportować do Miszmaru.

– I tak nie mógłbym ci tego zabronić – stwierdził. – Jesteś jej najbliższą krewną.

– Wiem. – Prawo Georgii stanowiło, że ciała wszystkich zmiennokształtnych muszą wracać do ich rodzin. Gromada lobbowała za tym zapisem. Curran walczył o to, by zapobiec sprzedawaniu organów zmiennokształtnych na czarnym rynku. Ponieważ to Curran za nią odpowiadał, zasada była honorowana przez Gromadę i obejmowała wszystkich członków, nie tylko zmiennokształtnych. Kiedy dźgnęłam ciotkę w oko, byłam członkinią Gromady. – Chciałam, żebyś znał przyczynę.

Na czole Jima pojawiła się bruzda.

– Wyrocznia uważa, że bitwa jest nieunikniona?

– Tak.

Bruzda się pogłębiła. Wiedziałam, co pochłonęło myśli Jima. Przeprowadzić ewakuację czy nie? Musiałby odesłać dzieci z Twierdzy w bezpieczne miejsce. Zdecydować, czy zebrać zmiennokształtnych do walki, czy rozproszyć swoich ludzi, żeby zminimalizować straty. Dobrze znałam te rozterki. Waga każdej decyzji potrafiła przygnieść człowieka.

– Jeśli pójdę do Wyroczni, wiedźmy pokażą mi tę wizję? – zapytał.

– Możesz poprosić, co ci szkodzi. Najwyżej odmówią. Przygotujesz szczątki do transportu?

– Zajmę się tym. Kate, nie myśl, że jesteś z tym sama. Tak to przedstawiasz, ale to nieprawda. Roland jest jeden, a ty masz nas wszystkich. Jesteśmy z tobą i będziemy walczyć z tobą. Masz wielu sojuszników w tym mieście.

– Dziękuję, Jim. – Tego się nie spodziewałam.

– Ale jeśli kiedykolwiek zamienisz się w swojego ojca i zaczniesz wysysać magię Atlanty jak pijawka, zabiję cię.

Serio? Możesz pomarzyć.

– Jeśli kiedykolwiek zamienię się w mojego ojca, pokłonisz mi się i przyrzekniesz mi wierność. I to z radością.

Mina mu zrzedła.

Puściłam Władcy Bestii oko, wstałam i wyszłam. Może mogłam tego nie mówić, ale miałam dosyć ludzi, którzy mi grozili, a Jim nie dorastał mi do pięt. Zejście na ziemię dobrze mu zrobi.


Zastaliśmy ciemny dom. Żadnych świateł oprócz feylatarni. Zmrużyłam oczy.

– Julie mnie unika.

– Dziwisz jej się? – rzucił Curran. – Wie, że ma kłopoty. Ma nadzieję, że ochłoniesz.

– Unikaniem denerwuje mnie jeszcze bardziej. W końcu ją znajdę i dam jej do wiwatu.

– Nie sądzę. Będziesz zbyt zajęta... Co ty tam planowałaś?

– Ha, ha. Próbuj dalej.

– Powiedz mi.

– Nie.

– Powiedz.

– Nie.

Otworzyły się drzwi domu naprzeciwko. Kiedyś mieszkała tam moja ludzka nemezis, lecz ona i jej mąż uznali, że zatruliśmy całą dzielnicę, i postanowili się przeprowadzić. Ich gniazdko zajęli George i Eduardo. Curran zaproponował parze jeden z zakupionych przez siebie domów i na początku nasi przyjaciele zamieszkali obok Barabasza. Jednak kiedy Savellowie wystawili nieruchomość na sprzedaż, George i Eduardo poszli ją obejrzeć i się zakochali. Nigdy nie zapytałam, skąd wzięli pieniądze, ale Mahon i Martha często ich odwiedzali, a Eduardowi wymsknęło się, że nie musieli brać kredytu, dodałam więc dwa do dwóch.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?