Magia łączyTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Ty pierwsza. – Roman skinął na mnie.

Świetnie. Idź do lasu czarownic i wleź do mrocznej jaskini. Co może pójść nie tak? Czy chociaż raz nie mogłam zostać zaproszona na ważne spotkanie na łące albo w sadzie?

Schyliłam głowę i wgramoliłam się do jaskini. Moje oczy potrzebowały chwili, żeby przyzwyczaić się do ciemności. Przede mną rozciągała się mała komnata, prawie idealnie okrągła. Niemal całą przestrzeń zajmowało bajoro otoczone wąską obręczą grafitowych kamieni, a niedaleko wejścia znajdowało się nieduże drewniane podwyższenie, na którym stało kilka ławek. Do bajora przez otwartą kopułę spływał wodospad podświetlony promieniami słońca.

Starsze wiedźmy umościły się na ławce. Podreptałam za nimi, a Roman za mną.

Sienna weszła do bajora. Woda sięgała jej do bioder. Biała tunika tańczyła wokół czarownicy.

Wzdrygnęła się i potarła ramiona dłońmi.

– Zimno.

– Chciałaś to zrobić – powiedziała Maria.

– To prawda. – Sienna sięgnęła po dryfujący na powierzchni ciemny przedmiot i przyciągnęła do siebie. Drewniane wiadro.

Zaczerpnęła wody i wylała sobie na głowę.

– O Bogini.

– Czy żółw jest chory? – zapytałam zaczepnie.

Maria posłała mi mordercze spojrzenie.

– Zamilcz, pomiocie szatana.

Nadal była starą jędzą. Świat jeszcze nie stanął na głowie.

– To nasze nowe święte miejsce – wyjaśniła Jewdokia. – Tutaj łatwiej nam wywoływać wizje.

– Ostatnio patrzę w twoją przyszłość. – Sienna zbliżyła się do wodospadu.

– Nie chcę tego wiedzieć. – Naprawdę. Gdy człowiek pozna wizje, te zakuwają go w kajdany i spychają na z góry ustaloną ścieżkę. Wolałam sama wybierać swoją ścieżkę.

– Chcesz. – Obróciła się twarzą do mnie.

Westchnęłam.

– Powiedz jej – zdenerwowała się Maria.

– Jeśli wyjdziesz za Currana Lennarta, on umrze.

Poczułam, jakby ktoś wbił mi szpilę w serce. Sienna prawie nigdy się nie myliła.

– Pokaż mi.

Młoda wiedźma zrobiła krok w tył, zanurzając się pod wodospadem. Magia wokół niej zadrżała jak uruchamiany silnik i po lewej stronie bajora zalśniła plama światła, pęczniejąca niczym szybko kwitnący kwiat. Ujrzałam pole bitwy. Na nim zderzające się ciała, niektóre w zbrojach, inne porośnięte futrem. Usłyszałam szczęk mieczy i świst przecinających powietrze strzał. Poczułam swąd płonących ofiar. Nad tym chaosem unosił się gwar walki – kakofonia niedająca pomylić się z niczym innym. Krzyki i jęki, stęknięcia, brzęk metalu uderzającego o metal, warknięcia zmiennokształtnych oraz nieludzkie piski zlewały się w jeden wszechogarniający jazgot będący głosem wojny. Uderzył mnie, przenikliwy i pierwotny, i nagle znalazłam się w sercu tego obłędu, dzierżąc miecz i szukając celu. Powietrze pachniało dymem i krwią, a wokół walczących wzbijał się pył.

Na drugim planie stał pałac. Nad nim wznosiła się wieża, znajoma nieukończona konstrukcja, którą widziałam dziś rano, teraz w całości. Wielki szary stwór, pół człowiek, pół bestia, nokautował wampiry, gnając w stronę fortecy. Futro miał poplamione krwią. Nie ryczał. Po prostu biegł, rozpędzając się do granic możliwości.

Curran.

Nastąpiło zbliżenie na wieżę. Mój ojciec odziany w szkarłatną szatę trzymał w dłoni włócznię z własnej krwi. Serce mi przyspieszyło.

Curran dał susa, wkładając w skok całą energię. Wzbił się wysoko, obnażając kły i wystawiając pazury.

Mój ojciec pchnął włócznię z mistrzowską precyzją. Grot przebił pierś Currana.

Polała się krew.

Curran nie chwycił za włócznię. Nie próbował się uwolnić. Dlaczego nie próbował się uwolnić? Nie raz przyjmował ciosy, które niemal przecinały go na pół. Czemu nie walczył?

Curran raptownie zmienił postać, lecz zamiast normalnego koloru jego skóra przybrała mętny popielatoszary odcień.

Dobry Boże. Komórki Lyc-V płynące w jego żyłach umarły. Wszystkie. W jednej chwili.

Mój ojciec przekręcił włócznię. Perspektywa przeskoczyła i znalazłam się na wieży. Ze zwiotczałej twarzy Currana patrzyły puste oczy. Podłoga pod moimi stopami rozwarła się i runęłam w dół. Spadałam i spadałam bez końca. Martwy. Curran był martwy.

Roland stęknął i cisnął zwłoki Currana z powrotem na pole bitwy. Na horyzoncie majaczył krwawy zachód słońca. Atlanta stała w ogniu, uwięziona w rozżarzonej paszczy piekła. Czarny, smolisty dym wznosił się nad ruinami miasta, tworząc całun pogrzebowy.

Wizja zniknęła. Scena bitwy i śmierci Currana rozerwała się niczym cienki papierowy ekran, a ja wróciłam do swojego ciała w jaskini. Nogi miałam mokre. Stałam pośrodku bajora z Królową w dłoni. Wokół ostrza wiły się cienkie strużki bladej pary odzwierciedlające echo mojej żałoby.

Twarz mi płonęła. W ustach czułam gorzki posmak.

Schowałam miecz do pochwy na plecach, zanurzyłam ręce w zimnej wodzie i pozwoliłam, by ostudziła moją skórę.

Wszyscy milczeli.

Wreszcie zmusiłam usta, by się poruszyły.

– Czy to zawsze jest włócznia? – Włócznię można złamać.

– Czasami miecz – odparła Sienna. – Czasami strzała. Roland za każdym zadaje ostateczny cios, a Curran za każdym razem umiera.

Szlag.

– A co, jeśli nie wyjdę za Currana?

– Jest jeszcze gorzej.

– Skąd wiesz?

– Przez ostatni miesiąc patrzyłam w twoją przyszłość ponad pięćdziesiąt razy. Myślę, że czasami się wahasz, bo nie jesteś pewna, czy powinnaś za niego wyjść. Wtedy wizja się zmienia. Chcesz zobaczyć czy mam ci opowiedzieć?

Przygotowałam się.

– Pokaż mi.

Sienna wróciła pod wodospad. Po raz kolejny znalazłam się w sercu bitwy, otoczona przez krew i dym. Atlanta w tle płonęła.

Usłyszałam krzyk, który kazał mi się odwrócić.

Mój ojciec znów stał na wieży. Przed nim na murze klęczał stwór spowity w łachmany. W szponiastych łapach trzymał dziecko.

Musiałam tam dotrzeć.

Pobiegłam tak szybko, jak nigdy. W moich płucach szalał ogień. Taranowałam otaczające mnie ciała, a magia ciągnęła się za mną jak warkocz komety.

Roland wyciągnął rękę z wyrazem żałoby na twarzy. Starszy wojownik, który dziś rano witał mnie na dziedzińcu, podał mu krwawą włócznię.

Nie!

Byłam już prawie na miejscu.

Mój ojciec zacisnął zęby. Zobaczyłam oblicze Rolanda wyraźnie przed sobą. Łzy napłynęły mu do oczu. Pchnął włócznię w dół. Zgiełk walki przeciął dziecięcy płacz, który rozdarł moją duszę. Roland podniósł włócznię jak flagę.

Mój synek drżał, nabity na włócznię. Jego ból rozkrawał mi serce na części kawałek po kawałeczku. Chłopczyk płakał do mamy, wyciągając maleńkie rączki, a ja nie mogłam nic zrobić.

Jego serduszko zabiło jeden ostatni raz, a potem się zatrzymało.

Po moim ciele rozlał się ogień. Serce wybuchło.

Woda. Zimna, kojąca woda. Tym razem zanurzyłam się cała, pragnąc ostudzić żar bijący ze skóry. Siedziałam pod powierzchnią tak długo, aż skończyło mi się powietrze. Kiedy wypłynęłam, w komnacie panowała cisza.

Poczłapałam do brzegu i wgramoliłam się na jeden z dużych, ciemnych kamieni. Sienna wyszła spod wodospadu. Twarz miała bladą, a włosy przyklejone do czoła. Powlokła się na drugą stronę jaskini i opadła na plecy.

– Jak się czujesz, Kate? – zapytał Roman.

– Przed chwilą zobaczyła śmierć swojego dziecka – rzekła Jewdokia. – Daj jej odpocząć.

Na taki luksus nie mogłam sobie pozwolić.

– Czy któraś wersja nie kończy się spłonięciem Atlanty i śmiercią mojego syna albo Currana? – spytałam.

– Nie – odparła Sienna. – Bardzo mi przykro.

– Od jak dawna masz te wizje?

– Od miesiąca.

– Dlaczego mi nie powiedziałaś?

Wiedźma westchnęła.

– Miałam nadzieję, że się mylę.

– Może tak jest? – zastanowił się Roman. – To tylko możliwości, nie rzeczy pewne.

– Przewidywanie przyszłości jest jak patrzenie przez wąski koniec lejka – wyjaśniła Sienna. – Im odleglejsze są wydarzenia, tym więcej widać możliwości. Im bardziej się zbliżają, tym wyraźniejsza i konkretniejsza staje się najbardziej prawdopodobna przyszłość. Te wizje są zbyt szczegółowe. Jedna z nich niemal na pewno się spełni. Syn albo ojciec odda życie, Atlanta spłonie, a reszta z nas będzie cierpieć. Nie widzę żadnych innych możliwości. Wierz mi, próbowałam – zwróciła się do mnie. – Naprawdę, Kate. Jeśli w tej bitwie Atlanta stanie w ogniu, ja zginę.

– Wszyscy zginiemy – dodała Jewdokia. – Każdy, kto jest w tej jaskini, oprócz Kate.

– Nie widzę cię w tej bitwie – powiedziała Sienna. – Jesteś przede mną ukryta.

Taka liczba detali sygnalizowała, że jedna z wizji wkrótce stanie się prawdą.

– Ile mamy czasu?

– Najdłużej rok, jeśli nie wyjdziesz za Currana – poinformowała mnie Sienna.

To równało się skazaniu naszego syna na śmierć.

– A jeśli wyjdę?

– Cztery tygodnie.

Cztery tygodnie? Co mam robić? Jak to naprawić?

– Jesteś niewiadomą – oznajmiła Jewdokia. – W tym wszystkim Sienna nie widzi ciebie.

– To może oznaczać dwie rzeczy – zakomunikowała Sienna. – Albo nie masz związku z tym, co się wydarzy, albo jesteś osią, wokół której obraca się przyszłość. Jeśli jesteś osią, masz moc, żeby zmienić bieg wydarzeń.

Gdybym tylko wiedziała, jak to zrobić.

– Typowe. – Roman podniósł oczy do nieba. – Raz w życiu chcę zrobić coś dobrego i połączyć dwoje ludzi świętym węzłem małżeńskim. Raz w życiu! I wszystko bierze w łeb przez jedną wizję dnia ostatecznego. Służę wam od dziesięciu lat. Nie możecie choć raz czegoś dla mnie zrobić?

– Ależ oczywiście, zachowuj się, jakby wszystko kręciło się wokół ciebie. – Jewdokia westchnęła.

 

– Chwila. Udzielasz im ślubu? – zapytała Sienna.

Maria zarechotała.

– Namaści ich krwią. Trzeba było poprosić Wasilija.

– Mój syn doskonale sobie poradzi – wycedziła Jewdokia. – To będzie wspaniałe wesele, a on będzie wspaniałym kapłanem.

Maria otworzyła usta.

– Lepiej uważaj – ostrzegła Jewdokia.

– Nie pomagacie – przerwałam im.

– Musisz go pokonać – oświadczyła Sienna.

Zauważyłam, że nie użyła słowa „zabić”.

Ogarnęła mnie dziwna panika. Nie chciałam zabijać swojego ojca.

To nie miało sensu. Był potworem i tyranem. Gdyby musiał wybierać między moim życiem a swoim, wybrałby swoje. Dziś rano pragnęłam go zranić. Ale był moim ojcem. Co się ze mną dzieje, do cholery?

Odpowiedź na to pytanie wydała mi się zbyt skomplikowana, zepchnęłam więc myśl na bok. Stwierdziłam, że zastanowię się nad tym później.

– Poczyniłaś jakieś postępy ze szkatułką ifryta? – zwróciła się do mnie Jewdokia. – Rozmawiałaś z Bahirem i jego ludźmi. Dowiedziałaś się czegoś?

– Nie potrafię jej rozgryźć. Konsultowałam się z bardzo mądrymi, wykształconymi ludźmi. Nie pomogli. Nie mamy szkatułki, więc nie możemy jej zbadać. Jedyne, co mamy, to zaklęcie: odmiana formułki dla standardowej bariery z dodatkiem boskiej mocy. Nie wiem, gdzie szukać rozwiązania.

– Tylko ty możesz zmienić przyszłość – rzekła Sienna.

– Ma na myśli, że musisz działać – fuknęła Maria.

– W jaki sposób? – Zmierzyłam ją wzrokiem. Spędziła jako potężna wiedźma zbyt wiele lat, by się wzdrygnąć, ale w jej oczach mignął cień niepewności. – No? Czekam, aż mnie oświecisz.

– Jakikolwiek – odparła babka. – Dałyśmy ci miasto...

– Nie. Ja przejęłam miasto. Przejęłam je sama i ochroniłam przed swoim ojcem. Wy mi nie pomogłyście. Nie było was tam.

Oczy Marii zapłonęły.

– Pamiętaj, z kim rozmawiasz.

– PROPONUJĘ SKORZYSTAĆ Z WŁASNEJ RADY.

Zapadła całkowita cisza. Wiedźmy wybałuszyły oczy. Sienna złapała się za gardło, jakby coś ją dusiło.

Burza, którą opanowałam dzisiejszego ranka, szalała pod moją skórą. Roland zabije Currana albo naszego syna. Nie mogę go powstrzymać.

Magia we mnie wrzała. Czułam, że muszę dać jej ujście, inaczej eksploduję. Spojrzałam na skrawek nieba nad nami i ją wyzwoliłam.

Moc wystrzeliła do góry. Woda w bajorze poszybowała w powietrze, rozciągając się w tysiące skrzących nitek, ukazując kamieniste dno. Magia i furia wylewały się ze mnie jak rwąca rzeka.

Presja zelżała. Zerwałam strumień. Woda z chlustem wróciła na miejsce.

– Och, Katieńko – wyszeptała Jewdokia.

Maria się zakrztusiła. Sienna podbiegła do starej wiedźmy.

– Roman, pomóż mi. Maria musi zaczerpnąć świeżego powietrza.

We dwoje podnieśli czarownicę i wyprowadzili na zewnątrz.

– Dziś rano widziałam się z ojcem – powiedziałam Jewdokii. Popatrzyłam w górę, na błękitne niebo. Gdybym tylko mogła wyhodować skrzydła i odlecieć daleko od swoich problemów. – Porwał Saimana i odmawia uwolnienia go. Nie mogę tego zignorować. Wybuchnie wojna. Podpisałam wyrok na męża i syna.

Jewdokia posłała mi spojrzenie pełne smutku i ciepła.

– Nie podpisałaś. Przewidziałyśmy to już dawno. Tak czy inaczej, to by się wydarzyło.

Usiadłam obok wiedźmy. Wyciągnęła rękę i pogładziła mnie po włosach. Gest wydał mi się znajomy. Widocznie głaskała mnie tak, gdy byłam mała, zanim Voron mnie zabrał.

– Pomóż mi – poprosiłam cicho.

– Zrobię wszystko, co w mojej mocy – obiecała. – Służę ci całą moją magią. Żałuję, że nie wiem, co robić.

Sienna wróciła do jaskini i przycupnęła obok nas.

– Dlaczego nie wyjechałyście z Atlanty? – zapytałam.

– To nasze miasto – odparła Jewdokia. – Nasz dom. Nie możemy wyjechać, Katieńko. Przyszłość nas znajdzie.

– Roman ma rację – odezwała się Sienna. – Przyszłość jest zmienna. Ale gdy jest tak bliska i tak pewna, trzeba zrobić coś naprawdę spektakularnego, żeby wpłynąć na jej bieg. Coś, czego nikt się nie spodziewa, co przewróci sytuację do góry nogami.

– Nie wiem, jak przekroczyć Rubikon – przyznałam.

– Znajdź sposób – rzekła Sienna. – Jeśli ktokolwiek może to zrobić, to tylko ty.

Rozdział 4

KKiedy wracaliśmy do miasta, fala magii się skończyła i światem znów zawładnęła technologia. Dotarliśmy do Atlanty wczesnym popołudniem. Podrzuciłam Romana i pojechałam do Ostrego Cięcia. W agencji nie zastałam nikogo – widocznie Ascanio wyszedł wcześniej. Moja wielka oślica też zniknęła. Pewnie została odprowadzona do stajni. Usiadłam przy biurku i przysunęłam sobie notatnik. Zawsze lepiej myślało mi się z długopisem w ręce.

Wypisałam moje opcje i zagapiłam się na kartkę.

1. Zaatakować Rolanda teraz, kiedy się tego nie spodziewa.

2. Zaczekać, aż Roland sam zaatakuje.

3. Zagrać według jego zasad.

Opcja numer jeden od razu odpadała. Nadal nie miałam pojęcia, jak pokonać ojca. Dziś rano poczułam jego moc i zdawałam sobie sprawę, że choć jestem silna, gdyby się nie hamował, na pewno by mnie zmiażdżył. Poza tym nie dysponowałam armią. Mogłam poprosić o pomoc Gromadę i sabaty, ale sojusznicy pewnie oczekiwaliby jakiejś strategii, czegoś lepszego niż „najedźmy na pałac Rolanda i dajmy się zabić”.

Opcja numer dwa nie wyglądała lepiej. W teorii po przejęciu powinnam chronić miasto. W praktyce nie wiedziałam jak. Gdy sięgałam po magię Atlanty, miasto przypominało spokojny ocean. W jego głębinach lśniło życie. W wodach krył się potencjał sztormu, lecz nie potrafiłam ich wzburzyć.

Opcja numer trzy oznaczała wygraną Rolanda. Już samo to powinno ją dyskwalifikować. Tyle że kiedy zamykałam oczy, widziałam dwa martwe ciała. Gdybym dołączyła do ojca teraz i zostawiła Currana, mój ukochany by przeżył. Mój ojciec nie mógłby zabić dziecka, które nigdy nie przyszło na świat.

Kochałam ich obu. Mojego nienarodzonego syna. Mojego przyszłego męża. Jego oczy, jego uśmiech. Budziłam się obok niego, jadłam z nim śniadanie, chodziłam do pracy i wracałam domu. To Curran, a także Julie, Derek, a nawet Grendel, czynili mnie tym, kim jestem. Byli moją rodziną. Życiem, o które walczyłam, które zbudowałam i którego pragnęłam. Nic nie mogło nas rozdzielić.

Gdybym stanęła u boku ojca, zapewniłabym im bezpieczeństwo, przynajmniej na chwilę. Ale w tym życiu dobrze wychodziło mi tylko jedno: zabijanie. Prędzej czy później Roland zacząłby to wykorzystywać i wkrótce odebrałabym komuś jego Currana albo Kate. Ponieważ znaleźliby się tacy, którzy nie zgadzają się na krzyże i śmierć, a ja musiałabym ich zabijać.

Nie potrafiłabym się do tego zmusić. Przez pierwsze piętnaście lat życia byłam mieczem Vorona. Nie zamierzałam do tego wracać.

Skreśliłam listę i zaczęłam od nowa.

Nowy plan:

1. Nabyć boskich zdolności.

2. Unicestwić ojca.

3. Przejść na emeryturę.

Ten plan wyglądał świetnie. Gdybym tylko wiedziała, jak wcielić go w życie.

Nie pogniewałabym się, gdyby ktoś wręczył mi magiczny zwój z zaklęciem, które uwięziłoby mojego ojca w jakiejś jaskini. Dla takiego zwoju mogłabym pomagać staruszkom nosić drewno, prząść złoto ze słomy albo wyruszyć na niebezpieczną wyprawę.

Popatrzyłam na drzwi. No dalej, magiczny zwoju.

Zmaterializuj się.

Nic.

Czas wracać do domu. Tam poczuję się lepiej.

Wrócę, poćwiczę, ugotuję wielką kolację, bo mam na to ochotę, i wykombinuję, co zrobić w sprawie Saimana i mojego ojca.


Kiedy wjechałam na podjazd, zobaczyłam siedzącego na trawie Christophera. Medytacja. Zapomniałam.

Opieka Barabasza miała na niego dobry wpływ. Pozostawiony sam sobie w Twierdzy Christopher często zapominał o posiłkach – po kilku tygodniach nieumyślnej głodówki wyglądał jak trzcina. Gdy tylko zauważaliśmy, co się dzieje, Barabasz albo ja zmuszaliśmy Christophera do jedzenia. Teraz mieszkał w domu obok i Barabasz wziął odpowiedzialność za jego zdrowie, a mangustołak potrafił być bardzo zdeterminowany.

Robiłam, co w mojej mocy, żeby pomóc. Razem pilnowaliśmy, żeby Christopher jadał o określonych porach, codziennie się kąpał, chodził z Barabaszem do Gildii, gdzie regularnie ćwiczył, i nosił czyste ubrania. Nadal wystawały mu kości, ale jego skóra nabrała koloru i mimo białych, niemal przezroczystych włosów już nie wyglądał jak duch.

Pomimo tego wciąż nie mogliśmy uleczyć jego umysłu. Wszystkie zewnętrzne czynniki stresujące zniknęły. Mieszkając wśród przyjaciół, Christopher był bezpieczny, otoczony opieką i najedzony, jednak jego zdrowie psychiczne nie uległo poprawie. Zabraliśmy go na Uniwersytet Medyczny Emory’ego, Uniwersytet Duke’a, a nawet Uniwersytet Johna Hopkinsa, o czym wolałabym zapomnieć. Omal nie zginęliśmy, a kiedy przebywaliśmy za miastem, nasi sąsiedzi zostali zamordowani. Julie i Derek opanowali sytuację, ale na samą myśl ściskało mnie w żołądku.

Lekarze się zgadzali: pod względem fizycznym Christopherowi nic nie dolegało. Pod względem psychicznym nie wykazywał żadnych konkretnych zaburzeń. On sam zawsze twierdził, że mój ojciec rozbił jego umysł. Specjaliści z Duke’a i Emory’ego przyznali, że ktoś magicznie zniszczył psychikę Christophera. Psychiatra z Johna Hopkinsa był empatą i wyczuwał emocje innych. Po rozmowie z Christopherem oznajmił, że doszło do samookaleczenia. Pacjent przeżył traumę. Nie chciał jej pamiętać, odmawiał stawienia jej czoła, więc celowo pozostawał w takim stanie. Christopher nie skomentował diagnozy. Siedział w milczeniu ze smutnym uśmiechem na ustach. To on trzymał w dłoni klucz do wyzdrowienia – nie mogliśmy zrobić nic, by go przekręcił.

Wysiadłam z auta. Christopher spojrzał na mnie spośród żółtych mleczy i różowych stokrotek. Odkąd większość naszych irytujących sąsiadów się przeprowadziła i pączkująca wspólnota mieszkaniowa zniknęła, Curran kosił trawę tylko wtedy, kiedy miał ochotę, a nie miał ochoty zabijać mleczy.

– Medytacja? – spytał Christopher.

– Nie dziś – odpowiedziałam. Wsłuchiwanie się we własne myśli to ostatnie, czego chciałam. – Przepraszam.

– Nie szkodzi.

Poruszać temat książki czy nie? Jeśli to zrobię, a Christopher się zdenerwuje, będę pluła sobie w brodę. Lepiej najpierw skonsultować to z Barabaszem.

– Gdzie Maggie?

Christopher sięgnął za siebie i przesunął po ziemi płócienną torbę. Ze środka wychyliła się czarna kudłata głowa, z której patrzyły najsmutniejsze brązowe oczy, jakie kiedykolwiek widziałam u psa. Ważąca cztery kilogramy Maggie prawdopodobnie była mieszanką długowłosej chihuahua z jakąś inną istotą. Mała, dziwna kulka miała czarną sierść, z której miejscami odstawały długie, wątłe kosmyki. Poruszała się ostrożnie, zawsze trochę niezręcznie, a kiedy podejrzewała, że ma kłopoty, podnosiła jedną łapkę i utykała, udając, że jest ranna. Do jej największych ambicji życiowych zaliczało się leżenie komuś na kolanach, najlepiej pod kocem.

Po wizycie na Uniwersytecie Johna Hopkinsa Barabasz powiedział mi, że się nie podda. Obiecałam mu to samo. Wpadłam na pomysł codziennej medytacji. On wpadł na pomysł przygarnięcia Maggie.

Suczka spojrzała na mnie, po czym schowała się z powrotem do torby. OK.

– Widziałeś Currana albo Julie?

Christopher pokręcił głową.

Na ulicę wjechał dżip Gromady i zaparkował pod naszym domem. Szyba się opuściła, ukazując blond czuprynę Andrei.

– Jestem wolna! Wolna!

O mamo.

– Nie powinnaś być w Twierdzy? – Mogłabym przysiąc, że na Konklawe Rafael opowiadał mi, jak to Doolittle kazał Andrei siedzieć w szpitalu.

– Pieprzyć to. Idziemy na obiad.

– Już prawie kolacja.

– To na obiadokolację, kolacjobiad albo cokolwiek innego, co sobie wymyślimy.

– To nie jest dobry...

Oczy Andrei zapłonęły.

– Kate, jestem w dziewiątym miesiącu ciąży i jestem głodna. Wsiadaj do auta.

Wskoczyłam do dżipa, a ona ruszyła z kopyta.

– Jedziemy do Partenonu na gyrosa – oznajmiła.

Miała tak wielki brzuch, że musiała odsunąć siedzenie, więc prowadziła z wyprostowanymi rękami.

– Determinacja malująca się na twojej twarzy mnie przeraża – stwierdziłam.

– Leżałam w szpitalu przez ostatnie dwa tygodnie.

 

– Dlaczego?

Machnęła ręką.

– Bo Doolittle to straszny trzęsiportek.

Szlag.

– Andrea, czy Doolittle wie, gdzie jesteś?

– Tak.

– Na pewno?

– Na sto procent. O wszystkim go poinformowałam. W każdym razie jedziemy na obiad!

– Andrea...

– Na obiad! – Obnażyła zęby.

Zamknęłam się i pozwoliłam jej robić swoje.

Dwadzieścia minut później zatrzymała dżipa pod Partenonem i rozpoczęło się wysiadanie z auta. Andrea wcisnęła plecy w fotel, powoli wysunęła jedną nogę, potem pośladek, a potem pół brzucha. Moja przyjaciółka była niska, a dżip miał wysokie zawieszenie. Jej stopa zadyndała w powietrzu. Zaproponowałabym pomoc, ale Andrea zawsze nosiła broń i potrafiła zestrzelić oczka w dominie, a ja nie chciałam zostać zamordowana.

– Pomożesz mi czy nie? – warknęła.

Złapałam ją za rękę i pomogłam złapać równowagę, gdy się wyprostowała.

– Myślałam, że mnie zastrzelisz.

– Ha, ha. Zabawne. – Otworzyła szeroko oczy. Jej tęczówki zalśniły rubinowym blaskiem. – Czuję jedzenie.

Wpadłyśmy przez drzwi Partenonu jak Grecy przez bramy Troi. Pięć minut później zajęłyśmy miejsce przy naszym ulubionym stoliku w ogrodzie, mimo żaru późnego popołudnia i dzielących nas od celu dwóch kondygnacji schodów, które Andrea uparła się pokonać. Właściciele wreszcie zrezygnowali z krzeseł przytwierdzonych do podłogi, więc ulokowałam się tak, by widzieć wejście i dwie kobiety po prawej – jedyne pozostałe chojraczki, które odważyły się usiąść na zewnątrz w tym upale. Zamówiłyśmy wielki półmisek mięcha, kubeł sosu tzatziki i wiadro smażonej okry, ponieważ Andrea miała na nią ochotę, i czekałyśmy na nasze jedzenie.

Andrea wzięła łyk mrożonej herbaty i westchnęła.

– Jak tam sprawy? – zagaiłam.

Spiorunowała mnie wzrokiem.

– Pytasz poważnie? Czy z grzeczności?

– Czy ja kiedykolwiek zrobiłam coś z grzeczności?

– Słusznie. – Upiła kolejny łyk. – Więc tak: jestem złośliwa, zbyt surowa i rządzę klanem jak zimna sucz.

– Aha. – Nie miałam pojęcia, jak ktokolwiek może rządzić klanem boud. To banda świrów.

– W zeszły wtorek Lora, Karen, Thomas i nowy dzieciak, Kyle, wracali do domu z baru, gdzie próbowali się upić.

Takie próby były z góry skazane na porażkę. Metabolizm zmiennokształtnych traktował alkohol jak truciznę, zresztą słusznie, i eliminował go, gdy tylko przenikał do krwiobiegu. Curran musiał wyżłopać całą butelkę wódki, żeby poczuć fazę na piętnaście minut, ale nienawidził tego smaku, więc wybierał piwo.

– Po drodze do domu nasi geniusze zahaczyli o Kolegium Magów.

Ja cię kręcę.

– Tak się składa, że w Kolegium Magów trzymają niedźwiedzia polarnego.

Coraz lepiej.

– Skąd wytrzasnęli niedźwiedzia polarnego?

– Podobno wyszedł z lasu w okolicach Macon i świecił. Magowie akurat byli na wycieczce, złapali więc niedźwiedzia i sprowadzili go do kolegium, żeby przyjrzeć się sprawie. Zbudowali mu bardzo wygodną zagrodę.

– OK. – Typowa postprzesunięciowa sytuacja.

– Dziewczyny chciały zobaczyć, a faceci nie mieli jaj, żeby odmówić, więc całą czwórką włamali się do klimatyzowanej zagrody, a Lora postanowiła pogłaskać niedźwiedzia, bo „ją polubił”.

Podali jedzenie. Andrea wzięła mały kęs gyrosa i zaczęła przeżuwać z jawną rozkoszą.

– Na czym skończyłam?

– Lora pogłaskała niedźwiedzia.

– A niedźwiedź pogłaskał ją.

Zaśmiałam się, choć nie powinnam.

– Nie winię go. – Andrea otworzyła oczy szeroko. – Gdyby jakaś śmierdząca whisky hienołaczka zaczepiła mnie w moim przytulnym domu i przeszkodziła w drzemce, też bym ją pogłaskała. Pazurami.

– Niedźwiedź przeżył?

– Przeżył, ale jest sponiewierany. Dzieciaki zakrwawiły całą zagrodę, próbując odciągnąć go od Lory, jednocześnie nie robiąc mu krzywdy. Oczywiście zostały przyłapane. Dałam im karę: trzy tygodnie pomagania w Twierdzy, a ludzie stwierdzili, że jestem złośliwa i zbyt surowa. Nieważne, że Kolegium Magów sapie mi nad uchem, jak to zepsuliśmy im niedźwiedzia, a WKZP chce pozwać nas za wtargnięcie, ale nie, ja jestem zbyt surowa. – Na moment przerwała żucie. – Wiesz, co usłyszałam od jednego z dzieciaków? „Ciotka B nigdy by nas tak surowo nie potraktowała”. Ciotka B! Uwierzysz w to?

– Powyrywałaby im nogi z dupy. – Ciotka B nie marnowała czasu.

– Kim jest ta dobra, łagodna Ciotka B, którą pamiętają? Byłam jej betą. Wiem dokładnie, jakie kary wymierzała. Poza tym mam brzuch jak dom, nie mogę porządnie ugryźć jedzenia, bo cierpię, dziecko kopie w nerki jak karateka i wszyscy traktują mnie, jakbym była ze szkła. – Spoważniała. – Jestem przerażona, że po narodzinach dziecko zamieni się w loupa. Za dnia ciągle o tym myślę, a nocami nawiedzają mnie koszmary.

Obaj bracia Rafaela zmienili się w loupy.

– Przecież bierzesz panaceum.

– Wiem.

– Poza tym jesteś zwierzydłakiem. Twoja forma jest bardzo stabilna. Raczej nie grozi ci przemiana w loupa, nawet gdy jesteś ciężko ranna.

– Wiem. – Westchnęła. – Wiem. Tylko chcę, żeby wszystko się dobrze ułożyło. Chcę urodzić zdrowe dziecko i być szczęśliwa.

Tego jej życzyłam.

– Twoja kolej. – Andrea wycelowała we mnie drugiego gyrosa. – Jak tam sprawy? Nie z grzeczności.

Otworzyłam usta. Nie dobył się z nich żaden dźwięk.

Andrea przerwała jedzenie.

– Co się dzieje?

Nie potrafiłam znaleźć słów.

– Kate, chodzi o wesele? Jeśli nie chcesz wychodzić za tego dupka, nie musisz. Powiedz słowo, a przyjdziemy po ciebie i Julie. Curran może i jest lwem, ale ja mam cały klan hien.

– To skomplikowane.

Odłożyła gyrosa.

– Słucham.

Ton Andrei wskazywał, że się nie wymigam.

Opowiedziałam więc o moim ojcu i krzyżach, o zablokowanym ciosie, o instynktownej chęci zmiażdżenia Rolanda, o kłótni z Barabaszem, o wiedźmach i o wizji śmierci Currana i mojego syna.

Andrea długo milczała.

– Przejebane – skomentowała w końcu.

– No.

– Mogłabyś zabić Rolanda?

– Nie jestem pewna, czy chcę to zrobić – odparłam bez sekundy zastanowienia.

– Oczywiście, że nie chcesz. To twój ojciec.

Wbiłam w nią wzrok. Potarła brzuch i skrzywiła się.

– Dziecko szaleje.

– Jak mogę nie chcieć go zabić? Andrea, on jest wcieleniem zła. Nie spocznie, póki nie przejmie całkowitej kontroli. Miasto, stan, kraj, to mu nie wystarczy. Będzie parł do przodu, aż jego imperium ogarnie całą planetę. Mój ojciec torturuje ludzi. Za moimi plecami rozmawia z Julie i próbuje ją przekabacić. Dlaczego mam wątpliwości? Co jest ze mną nie tak?

– To twój ojciec, Kate. Stworzył cię. Jest jedynym ogniwem, które łączy cię z twoją rodziną. I kocha cię na swój własny, porąbany sposób. Widziałam, jak na ciebie patrzył, kiedy przejmowałaś miasto. Praktycznie pękał z dumy. Gdybyś dźgnęła go w serce, skonałby z podziwem w oczach. To naturalne, że masz wątpliwości. Jesteś człowiekiem.

– Nie pomagasz.

– Myślałaś, że będę owijać w bawełnę? Jestem twoją najlepszą przyjaciółką. Walenie prosto z mostu to moja praca. Roland jest potworem, ale kocha cię i próbuje być dobrym ojcem. Tyle że jego definicja różni się od naszej o lata świetlne. Ale czy w ogóle mogłabyś go zabić? Mam na myśli, czy wiesz, jak to zrobić, i czy jesteś fizycznie do tego zdolna?

– Nie i raczej nie. – Sądząc po dzisiejszej burzy, czekała mnie długa droga. – Nawet nie wiem, czy w walce z nim mogę używać słów mocy. To moja najlepsza broń, a ostatnim razem, gdy użyłam jej przeciw wrogowi władającemu magią podobną do magii Rolanda, mój mózg prawie eksplodował.

– Szlag. – Znów potarła brzuch. – Nie denerwuj się. Zawsze jest jakiś sposób. Co ze szkatułką ifryta? Możesz uwięzić Rolanda z pomocą czegoś podobnego?

– Nie wiem. Próbowałam zrozumieć, jak to działa, ale mechanizm jest zbyt skomplikowany i opiera się na boskiej mocy. Użycie szkatułki wymagało lat wiary. Nawet Luther nie może jej rozgryźć. Nie wiemy, jak powstała, a poza tym już jej nie mamy.

– Kogo oprócz Luthera możesz jeszcze zapytać?

– Pytałam już wszystkich. – Rzuciłam serwetkę na stół. – Nie ma odpowiedzi. Przeczytałam wszystkie książki, sprawdziłam wszystkie źródła i nie znalazłam żadnego sposobu, żeby uwięzić ojca.

– Pozwalasz, żeby zaszedł ci za skórę. Jesteś chodzącą encyklopedią, Kate. Wyciągasz z głowy losowe mity i dedukujesz, że jakiś wielki potwór, którego nikt nie widział na oczy od trzech tysięcy lat, jest uczulony na jeże, po czym znajdujesz słodkiego jeża i dźgasz nim potwora w oko.

– Skąd ty bierzesz te pomysły?

– To był przykład teoretyczny. Na pewno istnieje coś, jakiś talizman, czar, stwór, cokolwiek, co jest jego słabością.