Magia łączyTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Uczyniłeś go śmiertelnym.

– Tak. Nawet z jego zdolnością regeneracji nie sądzę, żeby przeżył następne sto lat.

– Hugh wie o tym?

– Tak.

Hugh pełnił rolę buldożera Rolanda. Gdzie Roland wskazywał, tam Hugh rozwalał, aż zostawały tylko zgliszcza. Wtedy mój ojciec wkraczał na scenę, by powstrzymać okrutnego generała, a ofiary się radowały, bo wszystko było lepsze od Hugh. Hugh zawdzięczał Rolandowi życie, a teraz jego bóg go porzucił.

Lista powodów, dla których nienawidziłam d’Ambraya, ciągnęła się na kilometr. Jego ludzie zamordowali Ciotkę B. Z pomocą magii wtrącił mnie do więzienia mojego ojca i powoli głodził na śmierć, by mnie złamać. Zabił mojego przyjaciela na moich oczach. Ale go rozumiałam. Był narzędziem w rękach Rolanda, tak jak ja w rękach Vorona. Gdy Voron kazał, ja zabijałam, bez pytania i, co gorsza, bez zastanowienia. Dopiero po jego śmierci i wielu latach samodzielności uwolniłam się spod jego wpływu. Wiedziałam dokładnie, jak wielki ból czuje ktoś odtrącony przez mężczyznę, którego uważał za ojca. Myślałam, że Voronowi na mnie zależy. Gdy zrozumiałam, że trenował mnie tylko po to, by zobaczyć ból w oczach mojego ojca, gdy Roland zada mi śmiertelny cios, cały mój świat się zawalił, a w tym czasie Voron nie żył już od dziesięciu lat.

– Byłeś dla niego wszystkim. Dla ciebie dopuścił się wszystkich tych okrutnych czynów, a ty pozbawiłeś go swojej miłości, jedynej rzeczy, której tak bardzo pragnął.

– Przestał być użyteczny. Całe życie wykonywał serię nieskomplikowanych zadań, aż w końcu się w nich zatracił.

A czyja to wina?

– Wziąłeś go z ulicy. Został wychowany dokładnie tak, jak tego chciałeś.

– Miał potencjał – dumał melancholijnie Roland. – Potężną magię. Był jak spadająca gwiazda, jak skrzący meteor. Stopiłem go i przekułem na miecz. Masz rację, to nie do końca jego wina, lecz faktem pozostaje, że świat robi się coraz bardziej skomplikowany. Niektóre miecze da się wykuć tylko raz. Lepiej zacząć od nowa.

Julie. Ją również uważał za skrzący meteor, młody i podatny, łatwy do stopienia i przekucia. Ty pieprzony dupku. Nie oddam ci Julie. Prędzej piekło porośnie różami. Rozluźniłam szczęki i zmusiłam się, by zabrzmieć spokojnie.

– Łaskawiej byłoby go zabić.

Uśmiech Rolanda ani drgnął, ale w ciepłym spojrzeniu mojego ojca na sekundę zagościła lodowata stal.

– Nie jestem łaskawy, córko. Jestem sprawiedliwy.

Muszę się stąd wynosić, zanim zrobię coś, czego pożałuję. Ale muszę też uwolnić Saimana i uniknąć wojny z ojcem.

– Oddaj mi Saimana.

– Lodowy olbrzym opuścił granice miasta z własnej woli. Moi ludzie nie wtargnęli na twoje terytorium.

Nie, tylko czekali i zgarnęli podróżnika. Szlag by to trafił.

– To bez znaczenia. Saiman jest mieszkańcem Atlanty. Prowadzi interesy w Atlancie. Ma nieruchomości, pracowników i płaci podatki w Atlancie. Jest mój.

Roland się zastanowił.

– Nie. Potrzebuję go.

No tak. Przestrzega litery prawa, ale nie jego ducha.

– Zmuszasz mnie do działania.

– Nawet go nie lubisz. – Mój ojciec zmrużył oczy. – Co szkodzi, żebym go zatrzymał?

– Chodzi o zasady. Zachowałabym się tak samo, gdybym go nie znała. Oddaj mojego olbrzyma, ojcze.

– Albo?

– Albo sama go sobie wezmę. Nie zostawiam swoich.

– Nie znoszę się z tobą kłócić. – Przechylił głowę. – A jeśli zaoferuję ci w zamian inne życie? – Skinął na krzyż. – W ramach pocieszenia. To cię dręczy. Widzę to w twoich oczach. Weź zastępcę Hugh, córko. Zrób z nim, co chcesz.

– Dziękuję. Wezmę go, skoro mi go dajesz. Ale nadal chcę olbrzyma.

– Nie prowokuj mnie, Kate. Po prostu odejdź.

Wszystkie obietnice Rolanda trafiały do kosza, gdy tylko na horyzoncie pojawiało się coś, czego chciał. Ogarniała mnie chęć wykrzyczenia mu tego w twarz. Jednak krzykiem nie osiągnęłabym niczego oprócz zaostrzenia konfliktu, na który nie byliśmy gotowi.

– Nie ma szans.

Westchnął.

– Nie dajesz mi wyboru – powiedziałam. – Idąc za twoją logiką, każdy, kto opuści miasto, staje się zwierzyną, a skoro ty stacjonujesz na granicy, ja uznaję, że Atlanta jest oblężona. Oblężenie to akt wojny. Łamiesz warunki umowy, ojcze.

Zaśmiał się pod nosem.

– Możemy łatwo to rozwiązać. Oddaj mi to, co zabrałeś. Ty zacząłeś. Ja tylko reaguję.

– Nie jesteś gotowa stawić mi czoła. Nie otwieraj tych drzwi. Brakuje ci bezwzględności, by się ze mną zmierzyć.

Miałam dosyć.

– Ojcze, kiedy ostatni raz zabiłeś człowieka? Nie z pomocą magii, lecz własnymi rękoma, stojąc na tyle blisko, by spojrzeć mu w oczy? Ja w zeszłym tygodniu. Powstrzymałam kobietę przed złożeniem dzieci w ofierze jakiemuś zapomnianemu bogu. Zabiłam tylu ludzi, że nie pamiętam ich twarzy. Mieszają mi się. Te drzwi już od dawna są szeroko otwarte i to ty je otworzyłeś. Jesteś gotowy, żebym przestąpiła próg?

Po twarzy Rolanda przemknął cień. Czułam, jak magia wzbiera w nim niczym lśniąca gwiazda rodząca się w ciemnej próżni.

– Moja dumna córko, moje dobre dziecko, co współczuje wrogowi. Ocaliłaś jednego człowieka przed jego losem. Ale co zrobisz z nimi?

Uwolnił swoją magię. Puste pole po lewej zamigotało. Pojawiły się krzyże, jak miraże falujące na gorącym pustynnym powietrzu. Kobiety i mężczyźni, młodzież i starszyzna. Dobry Boże... Naliczyłam co najmniej ze trzydzieści krzyży. Ciała wisiały całkowicie bez ruchu. Ani drgnęły.

Dotarł do mnie odór, obrzydliwy, mdlący smród gnijących zwłok. Wszyscy byli martwi. Co do jednego.

Zmroziło mi krew w żyłach. To zbyt przerażające.

Roland spojrzał na ostatniego żywego wśród nich. Twarz Żelaznego Psa wykrzywił grymas. Jego krzyż stał naprzeciwko pozostałych.

– Kazałeś mu patrzeć.

Zginęli w męczarniach jeden po drugim na oczach zastępcy Hugh.

– Nie masz pojęcia, co potrafię. Nie wygrasz ze mną. Gdy wydałem rozkaz, by zabił tych ludzi, okazałem litość. Postawił się i nie podarował im szybkiej śmierci, więc zademonstrowałem mu, jaka jest cena oporu.

Lód w moich żyłach eksplodował piekielnym żarem. Roland obserwował mnie, by upewnić się, że zrozumiałam wiadomość. Nie martw się, ojcze. Zrozumiałam.

– Gdyby się nie postawił, to by się nie wydarzyło.

Magia krzyczała i kłębiła się we mnie, próbując uciec i sącząc się przez mój głos.

– NIE!

Roland zmrużył oczy.

– Przedstawiasz to tak, jakby to jakaś zewnętrzna siła torturowała i zamordowała tych ludzi. Dajesz do zrozumienia, że nadeszła jakaś nieunikniona katastrofa, a ty dobrodusznie próbowałeś ją powstrzymać, ale twoi podwładni cię zawiedli. Ale to wszystko twoja wina. To ty postanowiłeś ich zabić. Ty postanowiłeś ich ukrzyżować. Ty! To ty jesteś źródłem tego zła. To ty ponosisz winę, nie on. Jesteś chorym draniem, który uznał, że ma prawo do masowego mordowania ludzi.

Roland się cofnął. Jego oczy zapłonęły. Magia wylała się z niego wściekłym strumieniem i otoczyła niczym chmura burzowa.

Pieprzyć to. Opuściłam gardę. Moc wystrzeliła ze mnie, odpowiadając jego mocy. Mur zadrżał pod naszymi stopami.

Zmierzyłam ojca wzrokiem.

– Nie masz prawa. Zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego zawsze musisz palić i zabijać, żeby dojść do władzy? Dlaczego nikt nie przychodzi do ciebie i nie mówi: „Proszę, prowadź nas, potężny Nimrodzie”? Dlatego że twoje rządy przynoszą ból i cierpienie. Nikt nie pragnie takiego króla.

– NIE BĘDZIESZ ODZYWAĆ SIĘ DO MNIE W TAKI SPOSÓB.

Jego magia rozprzestrzeniła się na boki i pomknęła do góry. Zerwał się wściekły wiatr. Kamienie pod nami trzeszczały. Kilka kamiennych bloków wysunęło się i runęło w dół. Ludzie na dziedzińcu zadygotali ze strachu.

– Jesteś uzurpatorem, ojcze. Wciąż dopuszczasz się okrutnych czynów w imię większego dobra, ale nie ma żadnego większego dobra. Jest tylko to. – Wskazałam na krzyże. – Oto, co reprezentuje nasza rodzina. Nie pokój, szczęście czy postęp. To nasza spuścizna. Jesteś tyranem. Potworem, którym ludzie straszą dzieci. Jedyną osobą na tej ziemi, która uważa, że nadajesz się na króla, jesteś ty sam.

– ZAMILCZ!

Podmuch magii niemal zwalił mnie z nóg. O nie. Nie dam się uciszyć. Miałam Rolandowi rzeczy do powiedzenia. Rzeczy, które piętrzyły się od miesięcy.

Moja magia szalała w najlepsze. Gdyby miała głos, pewnie by ryczała.

– Nie możesz znieść myśli, że ktoś inny mógłby być u władzy. Nawet teraz zżera cię, że przejęłam to miasto. Nie potrafisz odpuścić. Knujesz i manipulujesz, napierasz na mnie, a kiedy z konieczności biorę odwet, uspokajasz winne sumienie, wmawiając sobie, że dałeś mi wybór. Gdybym tylko przymykała oko na twoje rażące lekceważenie własnych obietnic, to wszystko nie miałoby miejsca. Będziesz udawał, że wina leży po mojej stronie. Wiesz, że to nieprawda, ojcze. Twoja własna siostra wolała umrzeć, niż żyć w świecie, który pragnąłeś stworzyć.

Zamachnął się, jednak od razu przewidziałam atak. Roland był czarodziejem, ale ja byłam zawodową zabójczynią. Nie trafił. Gapił się na moją rękę blokującą jego cios.

– TERAZ ODCHODZĘ, OJCZE. WRÓCĘ PO SAIMANA. ODEBRAŁEŚ MI GO, A JA GO ODZYSKAM. WTEDY BĘDZIEMY KWITA, A POTEM DOKONASZ WYBORU.

Obróciłam się na pięcie i zeszłam z muru. Nie miałam nic więcej do powiedzenia. Ludzie ustępowali mi z drogi. Nad pałacem szalała burza. Nie dbałam o to.

Derek i Julie czekali na mnie pośrodku chaosu. Ludzie Rolanda próbowali zabezpieczyć pałac przed wzbierającym wichrem. Z twarzy Julie odpłynęła krew. Dziewczyna trzymała lejce naszych panikujących wierzchowców. Mina Dereka nie wyrażała żadnych emocji. Jego oczy lśniły żółtozielonym blaskiem. Czułam, że zaraz wybuchnie. Minęłam ich i wymaszerowałam przez bramę w stronę krzyża. Podążyli za mną. Roland stał tam, gdzie go zostawiłam, i obserwował nasze poczynania.

 

Spojrzałam na Dereka i wskazałam krzyż. Wilk zajął pozycję.

W miejscu mężczyzny wyobraziłam sobie ojca. Zrobiłam krok w tył i wymierzyłam kopniaka w podstawę słupa. Włożyłam w to całą swoją siłę i furię. Drewno popękało. Kopałam raz za razem, aż krzyż runął prosto w ręce Dereka. Wyciągnęłam nóż z pochwy i przecięłam sznury na nadgarstkach i kostkach Żelaznego Psa. Derek podniósł mężczyznę i przerzucił go przez grzbiet Kruszynki. Wskoczyłam na siodło i odjechałam. Derek i Julie popędzili za mną.

Za nami czarne chmury kłębiły się, zasłaniając słońce.

Rozdział 3

KKiedy dojechaliśmy na miejsce spotkania, zauważyłam, że grupa Currana powiększyła się o dwoje nowych członków. Barabasza, naszego prawnika z wiecznie nastroszonymi włosami, i Evelyn, zwiadowczynię Jima. Grali w karty.

Ella spojrzała na Żelaznego Psa na grzbiecie Kruszynki.

– To nie jest ciasteczko.

Curran zobaczył moją minę. Twarz mu stężała.

– Jak tam most? – zawołał Barabasz.

– Nie ma mostu.

Z mlaśnięciem otworzył usta.

– Kiedy uderzy? – zapytał Curran.

– Nie wiem.

Derek ściągnął mężczyznę z oślicy. Człowiek Hugh wyglądał, jakby był martwy.

Wilkołak delikatnie poklepał go po twarzy.

– Hej.

Żelazny Pies zamrugał.

Derek podniósł wzrok.

– Dajcie wody.

Jeden z najemników podał mu manierkę. Derek przyłożył ją do ust mężczyzny.

Więzień Rolanda się ożywił i chwycił naczynie w obie ręce.

– Nie za szybko – rzuciłam, zeskakując z Kruszynki. – Bo zwymiotuje.

– Kto to? – spytał Curran.

– Zastępca Hugh.

Mój narzeczony przyjrzał mi się uważnie.

– Co dokładnie zostało powiedziane? – chciał wiedzieć Barabasz.

– Poprosiłam ojca, żeby oddał Saimana. W ramach pocieszenia podarował mi tego człowieka. Roland rozkazał mu zabić jakichś ludzi, Żelazny Pies odmówił, więc Roland skazał go na tortury i powolną śmierć. Później z wyższością wytłumaczył mi, że tak kończą ci, którzy nie grają według jego zasad. Zakomunikowałam mu, co o tym myślę.

Barabasz na moment zamknął oczy.

– Jak to przyjął?

– Spójrz, co się dzieje za mną.

Popatrzył na wschód, gdzie szalała burza.

– Wiedziałem, że powinienem iść z tobą. Żałuję, że tego nie zrobiłem. Wypowiedział wojnę albo coś w tym stylu?

– Nie. Próbował mnie uderzyć.

– Co? – warknął Curran. Jego oczy zajęły się złotem.

– Próbował mnie uderzyć. Zablokowałam cios i oznajmiłam, że wrócę po Saimana i wyrównam rachunki, a wtedy on będzie musiał dokonać wyboru.

– Jakoś to skomentował? – spytał Barabasz.

– Nie.

Żelazny Pies zwymiotował na ziemię.

– Czyli nie padły żadne deklaracje. – Barabasz odetchnął z ulgą. – OK, mamy pole do manewru.

Jasne.

– Nie chcę manewrować.

– Doskonale rozumiem. – Mangustołak pokiwał czerwoną czupryną. – Dlatego zalecam, żebyś unikała rozmów z ojcem, dopóki nie rozplączę tego supła i, miejmy nadzieję, nie uratuję miasta przed straszliwą wojną, która pochłonie tysiące ofiar.

– Sugerujesz, że to ja zawiniłam.

– Bo zawiniłaś. Musisz tam wrócić i zwyczajnie porozmawiać ze swoim ojcem.

Zwyczajnie?

– WIESZ, CZEGO NIE MUSZĘ ROBIĆ? NIE MUSZĘ SŁUCHAĆ, JAK KRYTYKUJESZ TO, W JAKI SPOSÓB ROZMAWIAM Z MOIM OJCEM.

Najemnicy cofnęli się jak jeden mąż.

Curran objął mnie.

– Uważaj, Kate – powiedział Barabasz z zagadkową miną. – Twoja magia daje o sobie znać.

– Wiesz, gdzie go znalazłam? – Wskazałam na Żelaznego Psa. – Na krzyżu. Obok pozostałych trzydziestu.

– Trzydziestu dwóch – wychrypiał słaby głos.

Obróciłam się. Żelazny Pies usiadł. Miał jasnoszare oczy, teraz otwarte.

– Trzydziestu dwóch ludzi – powtórzył cicho. – Umierali przez trzy dni.

– Ten człowiek nie chciał ich zabić, więc mój ojciec kazał mu patrzeć. A ty chcesz, żebym z nim negocjowała.

– Właśnie dlatego musisz negocjować.

– Mam dosyć tego, że rozstawiasz mnie po kątach na moim własnym terytorium.

– Wystarczy – przerwał nam Curran.

Barabasz zrobił krok w tył.

– Porozmawiamy o tym innym razem.

Curran ukucnął przy Żelaznym Psie.

– Co się wydarzyło?

– Dziesięć kilometrów na południe stąd znajdowała się baza – wyjaśnił ochryple człowiek d’Ambraya. – Zajmowała ją jakaś wspólnota religijna. Roland chciał tej ziemi. Nie mówił dlaczego. Proponował im pieniądze, ale nie zgodzili się sprzedać. Widocznie powiedzieli coś, co go zdenerwowało, bo rozkazał mi zebrać wojsko i ich unicestwić. Oznajmiłem, że jestem żołnierzem i nie zamierzam zmuszać swoich ludzi, żeby mordowali nieuzbrojonych cywili.

– A gdyby to Hugh wydał rozkaz? – zapytał Curran.

Żelazny Pies spojrzał na niego pewnym wzrokiem.

– Nie zrobiłby tego.

Jasne.

– Jakoś trudno mi w to uwierzyć – rzuciłam.

– Jestem żołnierzem – powtórzył Żelazny Pies. – Nie rzeźnikiem. Żołnierze walczą z żołnierzami.

– Mówi prawdę – zza moich pleców odezwała się Julie. – Kiedy Hugh pragnął rzezi, wysyłał specjalnych ludzi, Rzeźników. Większość z nich już nie żyje.

Nie wybuchaj, Kate. Z wybuchania nigdy nie wychodzi nic dobrego.

Stanęłam przodem do niej.

– Zakon Żelaznych Psów składa się z sześciu kohort – kontynuowała. – Pierwszych pięć liczy po czterystu osiemdziesięciu żołnierzy i jest podzielone na sześć centurii po osiemdziesięciu żołnierzy. Szósta miała dwustu czterdziestu żołnierzy. Tworzyli oddział szturmowy i zwali się Rzeźnikami. Każdą kohortą dowodził kapitan. Kapitanem Rzeźników była Hibla. Ten mężczyzna to Stojan Iljew, kapitan pierwszej kohorty. Pierwszy kapitan osobiście zrekrutowany przez Hugh.

Świetnie. Uratowałam najlepszego kumpla Hugh.

Stojan zwrócił się do mnie.

– Byłem w Łabędzim Pałacu. Widziałem, jak zabijasz Hiblę. Jeśli chcesz mnie zabić, najpierw daj mi miecz.

– Uspokój się – powiedział Derek. – Nie utrzymasz miecza. Nie utrzymujesz nawet wody. Kate nie zdjęła cię z krzyża po to, żeby cię zabić.

– To już bez znaczenia – odparł Stojan. – Prędzej czy później zginę. Wszyscy Rzeźnicy nie żyją, a pozostałe kohorty są zredukowane o ponad połowę. Roland przeprowadza czystkę. Każdy żołnierz wierny Hugh został zabity albo wygnany, a legat Złotego Legionu jawnie poluje na wszystkich ekspatriantów Rolanda. Jeśli nie zamierzasz mnie zabić, to co ze mną zrobisz?

Curran spojrzał na mnie.

– Jest twój. Ty decydujesz.

Westchnęłam.

– Zabierzemy cię do Gildii. Trwa wyż magii, a nasz magomedyk jest niezły. Damy ci dwadzieścia cztery godziny, żebyś stanął na nogi. Jutro o świcie wyjedziesz z miasta.

– Wyjadę – obiecał.

– Dobrze. Załadujcie go – rozkazał Curran i podszedł do mnie. – Chodźmy porozmawiać.

Ruszyłam za nim ścieżką.

Schylił głowę i popatrzył mi w oczy.

– Co się wydarzyło?

– Roland ukrzyżował całe rodziny, Curran. Czułam smród ich gnijących ciał. A potem miał czelność powiedzieć mi, że taka jest cena oporu. Jakbym była jednym z jego pachołków, którzy gapią się na niego z uwielbieniem i rzucają w przepaść, kiedy tylko krzywo na nich spojrzy. Nie zniosę tego ani sekundy dłużej. Siedzi na granicy i mnie nęka. Muszę chronić swoje terytorium.

– Kiedy Atlanta stała się „twoim terytorium”? – zapytał cicho. – Jeszcze parę miesięcy temu była „miastem”.

– Stała się moim terytorium, kiedy ją przejęłam. Nikt inny nie stanął na wysokości zadania, żeby chronić ją przed Rolandem.

– A oni? – Wskazał podbródkiem najemników pakujących Stojana do samochodu. – Nie stanęli na wysokości zadania? Ja nie stanąłem na wysokości zadania?

Zapragnęłam go uderzyć.

Moment.

Wzięłam głęboki wdech i wypuściłam powietrze.

Skąd ten impuls? Kochałam Currana.

– Barabasz jest twoim przyjacielem – rzekł.

– I co w związku z tym?

– Chyba o tym zapomniałaś, więc ci przypominam.

Nie podobał mi się sposób, w jaki na mnie patrzył. Jakby próbował wyczytać, czy coś ze mną nie tak.

– Roland szkoli Julie na swojego nowego generała. Ona wciąż utrzymuje z nim kontakt, a ja nie mogę nic na to poradzić.

– Porozmawiam z nią – obiecał.

– To nic nie da. Wałkowałyśmy to milion razy. Położył na Julie swoje szpony i nie wiem, jak wyrwać ją z jego uścisku.

– Będziemy o nią walczyć do końca – zapewnił mnie Curran. – Ale Julie jest niezależna, Kate.

– To jeszcze dziecko! On przeżył milenia.

– Julie ma szesnaście lat, ale jest bardzo dojrzała na swój wiek. Kocha nas. Nie martwię się. Próbował swoich gównianych sztuczek na tobie i na mnie, a nadal tu jesteśmy. Nie dołączyliśmy do jego cyrku. Julie to nasza córka. Buntuje się przeciw autorytetom. Sytuacja nie wygląda tak źle, jak myślisz. Ale nadejdzie moment, kiedy Julie podejmie decyzję, która ci się nie spodoba, a ty będziesz bezradna.

Nie byłam bezradna. Mogłam wydać rozkaz, który Julie musiałaby wypełnić. A wtedy stałabym się moim ojcem.

– Jadę do agencji – rzuciłam. Miałam dosyć gadania. Potrzebowałam czasu i przestrzeni, żeby dojść do siebie.

– Dobrze. Wpadnę później, gdy skończę w Gildii.

– Jak chcesz. – OK, zachowywałam się jak jędza. – Chętnie się z tobą zobaczę.

– Jak sobie życzysz – odparł.


W drodze do agencji marzyłam, żeby przywalić komuś w twarz i dać ujście frustracji. Barabasz miał rację. Puściły mi nerwy. Curran też miał rację. Barabasz był moim przyjacielem i zasługiwał na lepsze traktowanie. Fakt, że obaj mieli rację, denerwował mnie jeszcze bardziej.

Coś się wydarzyło, kiedy rozmawiałam z Curranem. Coś, co sprawiło, że omal nie przeciągnęłam struny. Podważył mój autorytet, tak jak Roland podważył moje prawo do tej ziemi, i poczułam, że balansuję na granicy. Impuls, by wyegzekwować swoją wolę, był zbyt potężny. Na samą myśl robiło mi się niedobrze.

To nie w moim stylu. Tak bardzo nie w moim stylu.

Miałam mnóstwo energii, którą desperacko musiałam wyładować. Całe moje ciało buzowało. Nosiłam w sobie olbrzymie pokłady mocy i nigdy nie dawałam im ujścia – niewykorzystana magia doprowadzała mnie do szału.

Zaparkowałam pod Ostrym Cięciem, podeszłam do drzwi i włożyłam klucz do zamka. Ani rusz. Jako wyszkolony detektyw wydedukowałam, że biuro jest otwarte.

Nie chciałam nikogo widzieć ani z nikim gadać. Chciałam mieć godzinę dla siebie, by udać się na randkę z workiem treningowym.

Stanie z kluczem w dłoni wydało mi się głupie, popchnęłam więc drzwi i weszłam do środka. Ascanio, nasz boudzi stażysta, siedział przy swoim biurku, trzymając karty. Miejsce naprzeciwko niego zajmował Roman.

Oj.

Czarny wołchw był ubrany w swoją charakterystyczną czarną szatę ze srebrnym haftem u rąbka. Skręcony, wysoki na metr osiemdziesiąt kostur oparł o ścianę. Czubek kostura w kształcie monstrualnej ptasiej głowy na razie pozostawał drewniany. Łypnęłam na niego. Miał denerwujący nawyk ożywania i skubania mnie.

– Więc trójka bije dwie pary? – zapytał Ascanio.

– Tak.

– Ale to nie ma sensu. Do dwóch par potrzebne są cztery karty, a do trójki tylko trzy. Skompletowanie dwóch par jest trudniejsze.

– Statystycznie prawdopodobieństwo dwóch par jest wyższe niż prawdopodobieństwo trójki.

– Marnujesz czas – rzuciłam. – Ascanio ma najgorszą pokerową twarz wszech czasów.

– Mam strategię – oznajmił Ascanio.

– Aha.

– Zamierzam grać z kobietami i rozpraszać je moim uwodzicielskim spojrzeniem. – Posłał mi oszałamiający uśmiech. Ascanio był bez wątpienia najprzystojniejszym siedemnastolatkiem, jakiego w życiu widziałam. Bił na głowę nawet Dereka sprzed wypadku. Jednak Derek zawsze miał w sobie rozbrajającą chłopięcą szczerość, podczas gdy Ascanio doskonale wiedział, co robi. Dlatego należało go stopować.

– Zobaczmy.

– Ale co? – Zamrugał.

– Uwodzicielskie spojrzenie.

 

OK, musiałam przyznać, że nieźle mu wychodziło.

– Do poprawy. Staraj się wyglądać bardziej uwodzicielsko, a mniej, jakbyś miał zaparcie.

– Nie wyglądam, jakbym miał zaparcie.

Zerknęłam na Romana.

– Nie – powiedział wołchw. – To nie zaparcie jest problemem. Za bardzo się wczuwasz. Kobiety wiedzą, gdy ktoś udaje.

– To co mam zrobić?

– Przestań się tak starać. – Czarny wołchw obrócił się na krześle. – Mam kilka pytań.

– Czy to może poczekać?

– Nie. Wesele jest za dwa tygodnie. Przygotowałaś listę gości?

– Po co mi lista? Myślałam, że każdy, kto chce się pojawić, po prostu się pojawi.

– Potrzebujesz listy, żeby wiedzieć, ilu ludzi musisz nakarmić. Masz catering?

– Nie.

– Ale zamówiłaś tort?

– Eee...

– Zatrudniłaś florystę?

– Florystę?

– Człowieka, który dostarcza drogie kwiaty i układa je w piękne aranżacje, które wszyscy ignorują.

– Nie.

Roman zamrugał.

– Boję się pytać. Masz chociaż suknię?

– Tak.

– Białą?

– Tak.

Zmrużył oczy.

– Czy to suknia ślubna?

– To biała suknia.

– Nosiłaś ją wcześniej?

– Może.

Ascanio parsknął.

– Kate, obrączki?

Szlag.

Roman westchnął ciężko.

– Co ty sobie myślisz? Że wpadniesz, powiesz „tak” i pójdziesz do domu?

– Tak? – Dokładnie tak to sobie wyobrażałam.

– Zdajesz sobie sprawę, że cała śmietanka towarzyska z Atlanty będzie chciała dostać zaproszenie na tę imprezę?

– Mogą mi naskoczyć. Wesele jest dla nas, nie dla nich.

Roman oparł łokieć na stole i złożył policzek na dłoni, patrząc na mnie z wyrazem rozbawionej bezsilności.

– Co?

– Mam powiedzieć matce, żeby się nie fatygowała?

Nie planowałam obrazić Jewdokii i sabatów Atlanty. Już i tak stąpałam po cienkim lodzie.

– Twoja matka jest zaproszona.

– A Gromada? Władca Bestii jest najlepszym przyjacielem Currana.

Grrr.

– Gromada też.

– A Luther?

– Luther? – Co wspólnego z moim weselem ma samozwańczy czarodziej na wolności Sanitarnych?

– Po drodze na niego wpadłem i napomknąłem o weselu.

Aha.

– Chwaliłeś się, że poprowadzisz ceremonię.

– Tak. Niczego nie żałuję. Zjawią się wszyscy Sanitarni.

Zamknęłam oczy i zaczęłam liczyć do dziesięciu. Czasami to pomagało. Jeden... dwa...

– No i twój ojciec.

Otworzyłam oczy.

– Co mój ojciec?

Roman się zdziwił.

– To było prawdziwe warknięcie.

Ascanio pokiwał głową.

– Tak, Kate bywa straszna. Trudno dla niej pracować.

– Wyobrażam sobie. Roland przyjdzie na wesele i prawdopodobnie zaprosi swoich gości.

– Do tego czasu możemy być w stanie wojny. Nie przyjdzie, uwierz mi.

– Kate, jesteś dobrą osobą, ale straciłaś rozum. Nie szkodzi. Bierzesz ślub. Masz prawo zachowywać się irracjonalnie.

– Powtarzam, wesele jest dla nas. Nie pozwolę, żebyś zrobił z niego przedstawienie.

– Nie. – Roman wstał z krzesła. – Noc poślubna jest dla was. Wesele jest dla całej reszty i jest ceną, którą płaci się za noc poślubną. Spokojnie. Wszystkim się zajmę. W każdym razie mamy większe problemy. Wyrocznia chce cię widzieć.

– Nie ma mowy. – Wyrocznia nigdy nie zwiastowała nic dobrego, na przykład: „Będziesz żyć długo, grubo i szczęśliwie”. Zawsze serwowała teksty w stylu: „Nadchodzi koniec świata. Napraw to!”.

– Moja matka nalega. – Łagodne rozbawienie zniknęło z twarzy Romana, a w jego oczach zagościła powaga. – Sienna miała wizję.

No jasne.

– Nie idę, Roman. Mam ręce pełne roboty. Jeśli zobaczyła coś złego, nie chcę tego wiedzieć.

– Chodzi o twojego syna.


– Daleko jeszcze? – Patrzyłam na zarośniętą drogę przed sobą. Dżip grzmiał i huczał, spalając zaczarowaną wodę. Gdy Wyrocznia mnie wzywała, zazwyczaj udawałam się do Parku Stulecia, niegdyś miejsca obchodów igrzysk olimpijskich, teraz gęstej, acz zadbanej puszczy w centrum miasta należącej do sabatów. Spotkania w tamtej lokalizacji wiązały się z wchodzeniem do paszczy wielkiego magicznego żółwia, co nie należało do moich ulubionych rozrywek.

Podobno tym razem wiedźmy czekały na mnie w Szkarłatnym Parku. Według Romana park był raczej lasem, a żeby do niego dotrzeć, najwyraźniej należało przez dwie godziny przedzierać się przez koszmarne korki i tragiczne drogi. Piętnaście minut staliśmy za wielbłądem, bo to cholerne zwierzę zatrzymało się przed lejem krasowym i nie chciało przejść po drewnianej kładce. Wreszcie dosiadający go facet zeskoczył, pociągnął za lejce i zaczął z krzykiem wymachiwać rękami, a biedny wielbłąd zwymiotował mu na głowę. Jeździec dostał za swoje.

Teraz przemierzaliśmy południową część Fulton. Tutejsza obwodnica już dawno temu porzuciła pozory walki z magicznie rozprzestrzeniającym się lasem. Klony, orzeszniki i topole wyrastały z popękanego asfaltu, splatając gałęzie nad naszymi głowami. Jazda pod nimi przypominała jazdę zielonym tunelem, przez który przebłyskiwały promienie słońca.

– Dlaczego tam jedziemy? – spytałam. – Co jest nie tak z żółwiem?

– Park Stulecia jest pod obserwacją – odpowiedział Roman.

– Czyją?

Spojrzał na mnie z politowaniem.

Jasne.

– Dlaczego mój ojciec miałby się interesować sabatami?

– Nie chodzi mu o sabaty, tylko o Wyrocznię. A szczególnie o jej spotkanie z tobą. Zjedź tutaj.

Skręciłam w prawo w polną drogę i dżip potoczył się na mały parking. Wyłączyłam silnik i wysiadłam z auta.

– Stąd idziemy pieszo – oznajmił Roman i ruszył wąskim szlakiem.

Las tętnił życiem. Ptaki ćwierkały, śpiewały i szczebiotały, wiewiórki popiskiwały, a lisy skomlały. Wycie wilka wzbijało się ku niebu, zbyt odległe, by zwiastować zagrożenie. Gruby borsuk chwiejnym krokiem zastąpił nam przejście, zmierzył mnie wzrokiem jakby urażony, że śmiałam wtargnąć na jego teren, po czym niespiesznie się oddalił. To był las czarownic. Należał do zwierząt i do tych, których magia współgrała z naturą. Zwykli ludzie rzadko tu przychodzili i nikt za nimi nie tęsknił.

– Rozchmurz się – rzucił Roman. – Słońce świeci, powietrze jest rześkie. To idealny dzień na wędrówkę.

Gdybym tylko mogła zapomnieć o moim ojcu i krzyżach. Miałam wielką nadzieję, że dziś nie zacznie się wojna.

Las rozstąpił się, ukazując kamienny zbiornik wypełniony czystą wodą, obramowany wielkimi głazami i szmaragdowozielonymi drzewami. Za nim wznosiła się dwudziestometrowa skalna ściana. W Atlancie nie ma wzniesień, może z wyjątkiem Kamiennej Góry – dużej skały, która zawieruszyła się i odłączyła od przyjaciół, Appalachów. Ten obrazek pasował raczej do północno-zachodniej Georgii.

Zerknęłam na Romana.

– Kiedyś widok robił mniejsze wrażenie – wyjaśnił. – W czasie przedostatniego wybuchu doszło tu do magicznej eksplozji. Góra wystrzeliła z ziemi i pęknięcia dotarły aż do Strumienia Małego Niedźwiedzia, zmieniając go w Rzekę Małego Niedźwiedzia. – Wskazał kosturem kamienie. – Czekamy tutaj.

Przycupnęłam na głazie. Obserwowałam krystalicznie czystą wodę i maleńkie wodospady na drugim końcu zbiornika. Jak pięknie, jak spokojnie. Roman miał rację. To naprawdę idealny dzień na wędrówkę.

Wiedźmy wyłoniły się z lasu po prawej. Pochód otwierała Jewdokia, krągła kobieta w średnim wieku o brązowych włosach sięgających połowy pleców. Zmierzała w naszą stronę, zamiatając liście rąbkiem prostej białej tuniki. Roman rzeczywiście przypominał matkę. Może nie na pierwszy rzut oka – w końcu miał wąsy, brodę i długą końską grzywę, ale widziałam w nim sporo cech Jewdokii. Kryły się w kącikach jego ust, gdy się uśmiechał, i biły z jego oczu, kiedy uważał, że powiedział coś zabawnego. Poznałam jego ojca, chudego jak patyk i ponurego. Gdyby Grigorij kiedykolwiek się uśmiechnął, twarz by mu popękała i posypała się na ziemię.

Za Jewdokią szła Maria prowadzona przez Siennę. Odkąd poznałam Wyrocznię, Maria – babka – zmieniła się z potężnej nestorki w zwykłą staruszkę. Kiedyś przywodziła na myśl drapieżne ptaszysko, ponure i przerażające, gotowe puścić w ruch piekielne szpony. Teraz przypominała raczej wiekowe drzewo. Biała tunika wisiała na jej drobnym ciele, a szerokie rękawy podkreślały kościste ręce, które wyglądały na tak kruche, jakby miały popękać pod naciskiem młodych palców. Jeśli zaś chodzi o Siennę, czas zadziałał na jej korzyść. Odzyskała siły i poruszała się z gracją. Jej szczupłe ciało nabrało krągłości tam, gdzie trzeba, a blond włosy opadały na ramiona bujnymi falami.

Gdy trzy wiedźmy dotarły nad wodę, zdałam sobie sprawę, że stąpają boso. Obróciły się i ruszyły ledwie widoczną ścieżką w kierunku skalnej ściany.

– Chodź – rzekł Roman.

Podążyliśmy za Wyrocznią dookoła zbiornika do małej szczeliny w kamieniu, w której ledwie zmieściłyby się dwie osoby. Wiedźmy weszły do środka jedna za drugą.