Magia łączyTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Seria z Kate Daniels

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Epilog

Podziękowania

Seria z Mercedes Thompson

Angus Watson

Karta redakcyjna

Okładka


Wujowi Gene’owi. Tęsknimy za Tobą.

Seria z Kate Daniels:

1 Magia kąsa

2 Magia parzy

3 Magia uderza

4 Magia krwawi

5 Magia zabija

6 Magia wskrzesza

7 Magia niszczy

8 Magia zmienia

9 Magia łączy

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1

CCzaszka patrzyła na mnie pustymi oczodołami. Jej czoło zdobiły dziwne runy wyrzeźbione w pożółkłej kości, wypełnione czarnym atramentem. Z mocnej żuchwy wystawały stożkowate kły, długie i ostre jak zęby krokodyla. Czaszka była nabita na stary znak stopu. Ktoś pomalował ośmiokąt na biało i dodał koślawy napis „wstęp wzbroniony”. Na dolnej krawędzi widniała czerwono-brązowa plama podejrzanie przypominająca zaschniętą krew. Nachyliłam się. Mhm, krew. I włosy. Ludzkie włosy.

Curran zmarszczył brwi.

– Myślisz, że próbuje nam coś powiedzieć?

– Nie wiem. Jest bardzo subtelny.

Spojrzałam za znak. Sto metrów dalej stał duży dwupiętrowy dom. Było widać, że został zbudowany po Przesunięciu z litego drewna i czerwonobrunatnego piaskowca położonego ręcznie, by przetrwał fale magii. Lecz zamiast zwyczajnej kwadratowej lub prostokątnej bryły większości postprzesunięciowych budynków moim oczom ukazywał się domek rodem z prerii, bogaty we wszystkie bajery sprzed Przesunięcia: rzędy dużych okien, zamaszyste poziome linie i przestronny układ. Tyle że preriowe domki zazwyczaj miały długie płaskie dachy i nieliczne zdobienia, podczas gdy ten budynek wieńczył spadzisty dach o misternie rzeźbionych szczytach, pięknych gontach i ozdobnych drewnianych oknach.

– Wygląda, jakby ktoś wziął przedprzesunięciowy dom i rosyjską chatkę i zmieszał je w mikserze.

Curran zmarszczył brwi.

– To jego... Jak to się nazywa? Terem.

– Terem to miejsce, w którym mieszkały rosyjskie księżniczki.

– Dokładnie.

Między nami a budynkiem rozciągało się czarne pole. Gleba wyglądała na sypką i miękką, jak ziemia ogrodowa albo świeżo zaorana niwa. Pole przecinała kręta ścieżka na wpół zgniłych i popękanych desek, prowadząca do frontowych drzwi. Miałam złe przeczucie co do tej gleby.

Wcześniej, gdy próbowaliśmy okrążyć dom, natknęliśmy się na gęsty, ciernisty żywopłot będący plątaniną krzaków dzikich róż, krzewów jeżyn i drzew. Mierzył cztery metry, a kiedy Curran podskoczył, żeby wyjrzeć ponad krawędź, z żywopłotu wystrzeliły kolczaste pnącza i zaczęły dziarsko wciągać go do środka. Pomogłam Curranowi wyskubać kolce z rąk i wspólnie stwierdziliśmy, że atak frontalny będzie lepszym wyjściem.

– Ani śladu zwierzęcych odcisków na ziemi – zauważyłam.

– Ani śladu zwierzęcych zapachów w powietrzu – dodał Curran. – Wyczuwam zapachy w całym lesie, ale nie tutaj.

– Dlatego ma wielkie okna i żadnych krat. Nic nie może zbliżyć się do domu.

– Albo po prostu ma to gdzieś. Dlaczego, do cholery, nie odbiera telefonu?

Kto wie co kieruje kapłanem Wcielenia Wszelkiego Zła i Ciemności?

Podniosłam mały kamień, rzuciłam go na czarną glebę i przygotowałam się. Nic. Żadnych kłapiących szczęk, magicznych płomieni, wstrząsających eksplozji. Kamyk upadł na ziemię i leżał.

Możemy wrócić później, pomyślałam, podczas niżu magii. Tak byłoby rozsądniej. Ale przejechaliśmy piętnaście kilometrów po tragicznej drodze w okrutnym upale georgiańskiego lata i przemaszerowaliśmy półtora kilometra przez las, a nasz termin niemiłosiernie się zbliżał. Wejdę do tego domu, choćby nie wiem co.

Postawiłam stopę na ścieżce. Pierwsza deska lekko się zapadła, ale utrzymała mój ciężar. Krok. I następny. Jest dobrze.

Powoli pokonywałam kolejne deski. Curran szedł tuż za mną. Bądź czujna.

Czarna gleba zadrżała.

Jeszcze dwa kroki.

Po naszej prawej wyrósł pagórek. Ziemia zaczęła falować jak atramentowe morze.

O-o.

– Spójrz na prawo – wymamrotałam.

– Widzę.

Długie zygzakowate kręgi przeszyły pagórek i pomknęły w naszym kierunku niczym płetwy węża morskiego przecinające powierzchnię sypkiego, czarnego jak noc oceanu.

Popędziliśmy do drzwi.

Kątem oka zobaczyłam kłąb kurzu po lewej. Z ziemi wyskoczył czarny skorpion wielkości kucyka i ruszył za nami.

Jeśli zabijemy mu pupila, nigdy nie przestanie o tym ględzić.

Wpadłam na ganek i zaczęłam walić do drzwi.

– Roman!

Kręgi wystrzeliły z ziemi. To, co uznałam za płetwy, w rzeczywistości było zbitką macek, z których każda składała się z fragmentów kości sklejonych chrząstką i zeschniętą tkanką łączną. Macki oplątały Currana. Zacisnął na nich ręce i pociągnął w przeciwne strony. Kości popękały, tkanka się rozerwała, a lewa macka zwiotczała, gdy jej połowa upadła na ziemię.

– Roman! – Szlag by to trafił.

Kostna macka chwyciła mnie i pociągnęła do tyłu, a potem do góry. Zawisłam dwa metry nad ziemią. Skorpion pomknął w moim kierunku, szykując kolec.

Drzwi otworzyły się z impetem i stanął w nich Roman. Miał na sobie T-shirt i spodnie od piżamy w szkocką kratę, a ciemne włosy, wygolone po bokach na kształt długiej końskiej grzywy, przykleiły mu się do lewej strony twarzy. Wyglądał, jakby został wyrwany ze snu.

– Co tu się dzieje?

Wszystko zamarło.

Roman zmrużył oczy.

– Co wy tu robicie? – zapytał.

– Musieliśmy przyjść, bo nie odbierasz telefonu – odrzekł Curran lodowatym tonem, który świadczył, że kończyła mu się cierpliwość.

– Nie odbieram, bo odłączyłem go od prądu.

Roman machnął ręką. Skorpion się wycofał, a macki delikatnie mnie odstawiły i zniknęły w czarnej ziemi.

– Też byście tak zrobili, gdybyście należeli do mojej rodziny. Rodzice znowu się kłócą i chcą, żebym wybrał jedną ze stron. Powiedziałem, że porozmawiam z nimi, kiedy zaczną zachowywać się jak dorośli.

Marne szanse. Ojciec Romana, Grigorij, był najważniejszym czarnym wołchwem w mieście, a jego matka, Jewdokia, stanowiła jedną trzecią Wyroczni Wiedźm. Gdy tych dwoje się kłóciło, atmosfera nie wrzała, lecz wręcz eksplodowała. Dosłownie.

– Jak na razie ich unikam, więc rozkoszuję się ciszą i spokojem. Zapraszam.

Przytrzymał drzwi. Minęłam go i weszłam do dużego salonu. Powitały mnie złociste drewniane podłogi, wysokie na dziesięć metrów sufity, tapicerowane meble i ogromny kominek. Wzdłuż przeciwległej ściany stały regały po brzegi wypełnione książkami. Wnętrze wyglądało wręcz przytulnie.

Curran do mnie dołączył i też rozejrzał się po salonie. Uniósł gęste brwi.

– Co? – spytał Roman.

– Żadnego ołtarza? – rzucił Curran. – Zakrwawionych noży i przerażonych dziewic?

– Żadnego kręgu ofiarnego z czaszek? – dodałam.

– Ha. Ha. – Roman przewrócił oczami. – Tego jeszcze nie słyszałem. Dziewice są zakute w kajdany w piwnicy. Zrobić wam kawy?

Pokręciłam głową.

– Poproszę – rzekł Curran.

– Czarną?

– Nie, ze śmietanką.

 

– Porządny facet. Tylko policjanci i seryjni mordercy piją czarną. Siadajcie.

Klapnęłam na kanapę i prawie się zapadłam. Stwierdziłam, że nie wstanę bez pomocy. Curran rozwalił się obok mnie.

– Przyjemnie – ocenił.

– Mhm.

– Powinniśmy sobie taką sprawić.

– Ubrudzimy ją krwią.

Wzruszył ramionami.

– I co z tego?

Roman wrócił z dwoma kubkami – w jednym znajdował się płyn czarny jak smoła, w drugim pływała prawie sama śmietanka. Podał ten drugi Curranowi.

– Widzę, że pijesz czarną.

Zbył mnie ręką i zajął miejsce na kanapie.

– Ech... taka praca. W czym mogę wam pomóc?

– Pobieramy się – oznajmiłam.

– Wiem. Gratuluję. W Noc Kupały. Nie wiem, czy to posunięcie mądre, czy głupie, ale na pewno odważne.

W słowiańskim folklorze Noc Kupały wróżyła czas dzikiej magii. Pradawni Rosjanie wierzyli, że tego dnia zacierają się granice między światami. W naszym przypadku oznaczało to naprawdę potężną falę magii. W Noc Kupały działy się przedziwne rzeczy. Gdybym mogła, wybrałabym inną datę, ale Curran zdecydował. Dla niego była to ostatnia noc Lata Wilkołaka, święta zmiennokształtnych, i idealny dzień na wesele. Zgodziłam się za niego wyjść i skoro chciał wziąć ślub w Noc Kupały, weźmiemy ślub w Noc Kupały. Kilkanaście razy przesuwałam termin, więc chociaż tyle mogłam dla niego zrobić.

– Więc przyszliście mnie zaprosić? – domyślił się Roman.

– Tak – odparł Curran. – Chcielibyśmy, żebyś poprowadził ceremonię.

– Słucham?

– Chcemy, żebyś udzielił nam ślubu – wyjaśniłam.

Roman wybałuszył oczy. Dziabnął się palcem w tors.

– Ja?

– Tak – potwierdził Curran.

– Mam udzielić wam ślubu?

– Tak.

– Wiecie, czym się zajmuję, prawda? – upewnił się.

Przytaknęłam.

– Jesteś kapłanem Czernoboha.

Czernoboh, dosłownie Czarny Bóg, był znany również pod innymi przyjemnymi pseudonimami: Czarny Wąż, Pan Mroku, Władca Mrozu, Mistrz Zniszczenia, Wcielenie Zła i Bóg Śmierci. Niektórzy starożytni Słowianie dzielili swój panteon na przeciwstawne siły światła i mroku. Siły istniały w harmonii i zgodnie z tym światopoglądem Czernoboh był złem koniecznym. Ktoś musiał zostać jego kapłanem i robota przypadła Romanowi. Nazywał to „rodzinnym interesem”.

Roman nachylił się i spojrzał na nas przenikliwym wzrokiem ciemnych oczu.

– Jesteście pewni?

Curran skinął głową.

– Tak.

– Nie zmienicie zdania?

Czemu grał z nami w dwadzieścia pytań?

– Zgadzasz się czy nie?

– Oczywiście, że się zgadzam. – Roman poderwał się z kanapy. – Ha! Żadna para nigdy nie prosiła mnie, żebym udzielił jej ślubu. Wszyscy idą do mojego kuzyna Nikolaja, najstarszego syna Wasilija.

Roman miał rozległe drzewo genealogiczne, ale pamiętałam jego stryja Wasilija. Był kapłanem Bieloboha, brata i całkowitego przeciwieństwa Czernoboha. Był również dumnym ojcem swoich dzieci, szczególnie Nikolaja, i chwalił się nimi przy każdej możliwej okazji.

Roman przykucnął za kanapą i wyłonił się z telefonem w ręku.

– Kiedy jakieś nadnaturalne paskudztwo porywa dzieci, dzwonimy do Romana, żeby przedarł się przez zakrwawione ścieki i ratował dzieciaki, ale kiedy dzieje się coś przyjemnego jak wesele albo mianowanie, o nie, nie możemy angażować wołchwa Czernoboha. To przynosi pecha. Poprośmy Nikolaja. Jak się dowie, komu udzielam ślubu, dostanie tętniaka. Mózg mu eksploduje. Dobrze, że jest lekarzem, może sam się zoperuje.

Podłączył telefon do gniazdka.

Usłyszeliśmy dzwonek.

Roman łypnął na aparat jak na żmiję.

Kolejny dzwonek.

Odłączył telefon.

– Widzicie?

– Nie może być tak źle – stwierdziłam.

– Jest źle. Ojciec powiedział, że nie pomoże mojej siostrze z kupnem domu, bo nie lubi jej chłopaka. Matka do niego zadzwoniła i się pokłócili. Rzuciła na niego klątwę. Za każdym razem, kiedy ojciec oddaje mocz, strumień zakręca do góry i na bok.

Och.

Curran się wzdrygnął.

– Jesteście głodni? – Roman przekręcił głowę. – Mam stek.

Mój narzeczony nagle się zainteresował.

– Średni czy wysmażony?

– Średni. Masz mnie za poganina?

Ściśle rzecz biorąc, był poganinem.

– Musimy iść – upomniałam Currana. – Dziś Konklawe.

– Nie wiedziałem, że jeszcze na to chodzisz – rzucił Roman.

– Ghastek wypaplał wszystkim, kim naprawdę jest Kate – wyjaśnił mój narzeczony.

Konklawe zaczęło się jako comiesięczne spotkanie Rodu i Gromady. Dwie największe nadnaturalne frakcje w mieście często wchodziły w konflikty, więc w pewnym momencie postanowiły, że lepiej się spotkać i rozwiązać pomniejsze kwestie, niż ciągle ryzykować krwawe jatki. Na przestrzeni lat Konklawe ewoluowało w zgromadzenie, podczas którego potężni gracze Atlanty rozmawiali o interesach. Odbębniliśmy dziesiątki Konklawe, kiedy Curran pełnił funkcję Władcy Bestii, i myślałam, że gdy przejdzie na emeryturę, tortury się skończą. Niestety.

– W marcu ludzie Rolanda zaczęli znęcać się nad kierowcami – oznajmiłam.

– W mieście? – Roman uniósł brwi.

– Nie. – Przejęłam Atlantę, by uratować miasto przed moim ojcem, i jednocześnie wzięłam za nie odpowiedzialność. Roland i ja żyliśmy w stanie niespokojnego pokoju i jak na razie otwarcie nie naruszył postanowień naszej umowy. – Jakieś dziesięć kilometrów od granicy mojego terytorium. Kierowcy prowadzili wozy albo ciężarówki i nagle na drodze stawały im uzbrojone dwudziestoosobowe brygady pytające o powód i cel podróży. Związek zawodowy się zestresował, więc przedstawiciel kierowców przyszedł na Konklawe i spytał, co z tym zrobimy.

– Dlaczego nie poszedł do Zakonu? – zdziwił się Roman. – To ich broszka.

– Związek i Zakon nie mogli dojść do porozumienia – wyjaśnił Curran.

Zakon Rycerzy Miłosiernej Pomocy oferował ową pomoc na pewnych warunkach, co w praktyce oznaczało, że kiedy przyjmował zlecenie, robił wszystko po swojemu i klientom nie zawsze odpowiadał efekt końcowy.

– Więc przedstawiciel kierowców kategorycznie zażądał, żeby Ród przestał nękać ich konwoje – dodał Curran – na co Ghastek odpowiedział, że tylko Kate może mu pomóc.

– I pomogłaś?

– Pomogłam. A teraz znów muszę chodzić na Konklawe.

– Tymczasem ja wspieram Kate jako jej przyszły małżonek. – Curran uśmiechnął się i obnażył zęby.

– A dlaczego twój ojciec nękał konwoje? – zapytał Roman.

– Bez powodu. Po prostu chce mi dopiec. To nieśmiertelny czarodziej megaloman. Nie rozumie słów pokroju „nie” i „granica”. Przeszkadza mu, że przejęłam miasto. Nie może odpuścić, więc siedzi na progu i szturcha mnie patykiem. Próbował zbudować wieżę na obrzeżach Atlanty. Kazałam mu ją przesunąć, więc teraz stawia „małą rezydencję” pięć kilometrów dalej.

– Jak małą? – zainteresował się Roman.

– Trzy tysiące metrów kwadratowych – poinformował go Curran.

Roman aż gwizdnął, po czym popukał w drewniany stolik i trzy razy splunął przez ramię.

Curran rzucił mi spojrzenie.

– Gwizdanie w domu przynosi pecha – wytłumaczyłam.

– Przegwizdasz wszystkie pieniądze – rzekł Roman. – Trzy tysiące metrów kwadratowych?

– Mniej więcej. Roland ciągle z nią pogrywa – powiedział Curran. – Jego budowa blokuje teren łowiecki Gromady za Atlantą. Jego żołnierze dręczą małe osady za terytorium Kate i namawiają ludzi, żeby sprzedali mu swoje ziemie.

Ojciec powoli doprowadzał mnie do szału. Gdy magia była w wyżu, wkraczał na moje terytorium, tak bym poczuła jego obecność, po czym uciekał, zanim zdążyłam go złapać. Pierwsze kilka razy wychodziłam mu naprzeciw, przerażona wizją wojny, ale nie napotykałam nikogo, kto stanąłby do walki. Czasami budziłam się w środku nocy, czując, jak wparadowuje do miasta, i leżałam z zaciśniętymi zębami, walcząc ze świerzbieniem ręki do miecza i pragnieniem wybiegnięcia z domu, by go dopaść.

– Nie zapomnij o potworach – przypomniałam narzeczonemu. – Ciągle pojawiają się na granicy i atakują Atlantę.

– W większości przypadków nie możemy powiązać ich z Rolandem. Kiedy nam się udaje, Kate mu to wytyka, a on przeprasza i płaci pokaźne odszkodowanie.

– A potem jakimś cudem lądujemy w sieciówce z owocami morza, gdzie Roland zamawia wszystko z karty i zaczarowuje kelnerów, żeby obsługiwali nas ze szklanym wzrokiem – skwitowałam.

Curran wypił kawę jednym haustem.

– W zeszłym tygodniu Wzgórza Druidów zaatakowało stado harpii. Gildia walczyła z bestiami sześć godzin. Jeden najemnik trafił do szpitala z ostrą magiczną wścieklizną.

– Przynajmniej tylko z wścieklizną – zauważył Roman. – Harpie roznoszą też trąd.

– Zadzwoniłam do Rolanda w tej sprawie. Zapytał: „Kto wie co kieruje harpiami, kwiatuszku?”, po czym oznajmił, że ma dwa bilety na koncert Aivishy, jeden na moje nazwisko.

– Rodzice – Roman westchnął ciężko. – Nie da się z nimi żyć. Nie da się przed nimi uciec. Kiedy się przeprowadzasz, oni kupują dom na twoim nowym osiedlu.

– To jedna z niewielu zalet bycia dzieckiem zamordowanych rodziców – odezwał się Curran. – Nie mam tego problemu.

Roman i ja wbiliśmy w Currana wzrok.

– Naprawdę musimy iść – powiedziałam.

– Dzięki za kawę. – Curran odstawił pusty kubek na stół.

– Nie ma za co. Zacznę planować ceremonię.

– Jesteśmy naprawdę wdzięczni – zapewniłam Romana.

– Och, cała przyjemność po mojej stronie.

Wstaliśmy i ruszyliśmy do drzwi. Gdy je otworzyłam, do środka wleciał czarny kruk. Ptak przycupnął na oparciu kanapy.

Roman zasłonił twarz ręką.

– Tu jesteś – przemówił kruk głosem Jewdokii – niewdzięczny synu.

– Zaczyna się... – wymamrotał Roman.

– Tyle dostaję za osiemnastogodzinny poród. Dziecko, które nie raczy odebrać telefonu od własnej matki.

– Nie widzisz, że mam gości?

– Oni pewnie odbierają telefony od swoich matek.

To byłaby niezła sztuczka, ale niestety, martwe matki nie wracały do życia, nawet w postprzesunięciowej Atlancie.

– Miło było cię widzieć – rzuciłam do Romana i złapałam Currana za rękę.

Ptak obrócił się w moją stronę.

– Katia!

O nie.

– Nie odchodź. Muszę z tobą porozmawiać.

– Muszę lecieć, na razie!

Wyskoczyłam z domu. Sekundę później dołączył do mnie Curran i zamknął drzwi. Pospieszyłam drewnianą ścieżką, zanim Jewdokia postanowiła za mną podążyć.

– Czy ty naprawdę uciekasz przed Jewdokią?

– Tak. – Wiedźmy nie były ze mnie zadowolone. Zaufały, że ochronię Atlantę i sabaty, a zamiast tego przejęłam miasto.

– Może olejemy Konklawe – zaproponował Curran.

– Nie możemy.

– Dlaczego?

– Dlatego że dziś przypada kolej Mahona.

Kodiak z Atlanty był odważnym i potężnym zmiennokształtnym, a także kimś na kształt ojca dla Currana. Do tego jak nikt potrafił zrazić do siebie wszystkich w pomieszczeniu, co skutkowało koniecznością samoobrony, gdy wybuchała bójka. Mahon traktował samoobronę śmiertelnie poważnie. Czasami kiedy kończył, wokół pozostawały tylko gruzy.

– Jim też tam będzie – powiedział Curran.

– Nie. – Alfy uczestniczyły w Konklawe na zmianę, aby w razie wypadku nie ucierpiało całe przywództwo Gromady. – Jim był ostatnio. Wiedziałbyś o tym, gdybyś nie olał poprzedniego Konklawe, żeby walczyć z potworem w kanałach. Dziś na spotkaniu będą Rafael, Andrea, Desandra i twój ojciec. Bez nadzoru.

Curran zaklął.

– Co Jim sobie myślał, kiedy wybierał taki skład?

– Masz za swoje po tekście o zamordowanych rodzicach.

Curran warknął coś pod nosem.

Mahon i ja nie zawsze się zgadzaliśmy. Kodiak uważał, że nie jestem odpowiednią towarzyszką dla jego syna, i winił mnie za decyzję Currana, by opuścić Gromadę. Powiedział mi to, ale już się z tym pogodził. Oboje kochaliśmy Currana, musieliśmy więc ze sobą żyć i robiliśmy, co w naszej mocy. Choć musiałam przyznać, że ostatnio był dla mnie wyjątkowo miły. Podejrzewałam, że to pułapka.

– Przetrwamy Konklawe, a potem wrócimy do domu, napijemy się kawy i zjemy moją wczorajszą szarlotkę – pocieszyłam Currana. – Będzie wspaniale.

 

Objął mnie ramieniem.

– Konklawe to tylko kolacja.

– Nie mów tego.

– Co...

Łypnęłam na niego.

– Mówię poważnie! Chcę, żeby to był spokojny wieczór.

– ...złego może się wydarzyć?

– Wszystko zepsułeś. Jeśli do restauracji wpadnie wielki płonący olbrzym zgniatający ludzi, zdzielę cię w ramię.

Curran się zaśmiał, a potem pomknęliśmy krętą leśną ścieżką do naszego auta.


Restauracja U Bernarda była zawsze pełna, lecz nigdy zatłoczona. Mieściła się w ogromnej angielskiej willi w zamożnej północnej dzielnicy i należała do miejsc, w których stolik rezerwowało się co najmniej dwa tygodnie wcześniej. Kuchnia serwowała piękne, drogie jedzenie w maleńkich porcjach, a prawdziwą atrakcję stanowili stali klienci. Mężczyźni w garniturach wartych tysiące dolarów oraz kobiety w lśniących sukniach obwieszone migoczącymi kamieniami kręcili się po sali i rozmawiali przyciszonymi głosami, popijając wino i inne kosztowne trunki.

Curran i ja weszliśmy do Bernarda w ubraniach roboczych: wytartych dżinsach, T-shirtach i sztybletach. Gdybym mogła, wzięłabym miecz, ale do restauracji nie wolno było wnosić broni, więc Królowa musiała zaczekać w samochodzie.

Ludzie gapili się, gdy zmierzaliśmy do sali konferencyjnej. Ludzie zawsze się gapili. Zabrzmiały szepty.

– To ona?

– Nie wygląda jak...

Ugh.

Curran obrócił się i zmierzył gości lodowatym wzrokiem. Szepty ucichły.

Weszliśmy do sali konferencyjnej, gdzie nakryto długi stół. Gromada już zajęła miejsca. Mahon siedział na środku twarzą do drzwi, po prawej mając Rafaela. Desandra ulokowała się trzy krzesła dalej po lewej. Gdy Mahon nas zauważył, wyszczerzył zęby w uśmiechu i pogładził się po brodzie, niegdyś czarnej, teraz przyprószonej siwizną. Na widok kodiaka z Atlanty do głowy przychodziło jedno słowo: „duży”. Wysoki, barczysty i masywny, ale nie gruby, Mahon emanował czystą siłą fizyczną. Podczas gdy Curran dusił w sobie kłębiącą się obietnicę wybuchu agresji, Mahon wyglądał, jakby mógł złapać zapadający się sufit, stęknąć i podtrzymywać go dalej.

Siedzący obok Rafael stanowił jego całkowite przeciwieństwo. Szczupły, wysoki i ciemnowłosy alfa o przeszywających błękitnych oczach nie zaliczał się do klasycznych przystojniaków, lecz coś w twarzy boudy doprowadzało kobiety do szaleństwa. Spoglądały na niego i od razu pragnęły iść z nim do łóżka. Jednak potem spoglądały na jego lepszą połówkę i stwierdzały, że nie warto dla niego umierać. Szczególnie ostatnio, ponieważ Andrea była w dziewiątym miesiącu ciąży i komunikowała się ze światem głównie za pomocą warknięć. Brakowało jej przy stole.

Desandra, piękna blondynka o budowie pięściarki, szturchała spoczywającą na talerzu misterną aranżację z kwiatów i mięsa, która zapewne przedstawiała jakieś wyszukane danie. Zasalutowała widelcem i wróciła do szturchania.

Curran usiadł obok Mahona. Zajęłam miejsce między Curranem a Desandrą i nachyliłam się, żeby widzieć Rafaela.

– Gdzie Andrea? – spytałam.

– W Twierdzy – odpowiedział. – Doolittle chce mieć na nią oko.

– Wszystko w porządku? – Za chwilę miała rodzić.

– W porządku – zapewnił mnie. – Doolittle jest nadopiekuńczy.

Chyba tylko magomedyk Gromady mógł zmusić Andreę do posłuszeństwa.

– Chłopcze. – Mahon położył rękę na ramieniu Currana. Twarz mu promieniała. Curran odwzajemnił uśmiech. Ten widok sprawił, że prawie ucieszyłam się z przyjścia na Konklawe. Prawie.

– Staruszku.

– Zeszczuplałeś. Odchudzasz się przed weselem? Czy Kate cię nie karmi?

– Curran je to, co zabije – wyjaśniłam. – Nie moja wina, że beznadziejnie poluje.

Mahon zachichotał.

– Mam dużo roboty – wyjaśnił Curran. – Gildia wymaga sporo pracy. Życie poza Twierdzą to coś więcej niż ucztowanie i jedzenie babeczek miodowych. Powinieneś spróbować. Zaokrągliłeś się, a zima dopiero za pół roku.

– Och. – Mahon obrócił się, przeszukał torbę zawieszoną na krześle i wyciągnął duży prostokątny pojemnik. – Nigdy nas nie odwiedzacie, więc Martha przekazała to.

Curran zdjął wieko. Naszym oczom ukazało się sześć idealnych złotych babeczek. Powietrze wypełnił aromat miodu i wanilii. Desandra ożywiła się jak zimowa wilczyca, która usłyszała królika.

Curran podał mi jedną babeczkę i zaczął pałaszować drugą.

– Byliśmy u was w zeszłym tygodniu.

– Wyszedłem w interesach. To się nie liczy.

Wzięłam kęs babeczki i na pięć sekund znalazłam się w niebie.

Do pokoju weszli przedstawiciele Rodu. Pochód otwierał Ghastek: wysoki i przerażająco chudy, co jeszcze bardziej podkreślał ciemnym garniturem. Tuż za nim stąpała Rowena, jak zawsze szokująco piękna. Dziś miała na sobie koktajlową sukienkę w kolorze bursztynu, która opinała jej obfite piersi i krągłe biodra, jednocześnie akcentując wąską talię. Kaskadę rudych włosów zaplotła w szeroki warkocz i upięła w luźny kok na boku. W życiu nie umiałabym zrobić takiej fryzury.

Tęskniłam za długimi puklami. Teraz moje włosy sięgały ramion i nie dawały mi wielkiego pola do popisu – mogłam nosić rozpuszczone albo wiązać kucyk.

Curran nachylił się i ledwie słyszalnym szeptem zapytał:

– Czemu Ghastek i Rowena nigdy się nie spiknęli?

– Nie mam pojęcia. Czemu mieliby się spiknąć?

– Bo wszyscy Panowie Umarłych są w związkach, a ci dwoje nie mają partnerów i spędzają razem każdą chwilę?

Zmiennokształtni plotkują gorzej niż starsze panie.

– Może się spiknęli, tylko my o tym nie wiemy?

Lekko pokręcił głową.

– Nie, moi ludzie obserwują ich od lat. Nigdy nie widzieli, żeby Ghastek wychodził z domu Roweny albo Rowena z domu Ghasteka.

Przedstawiciele Rodu zajęli miejsca naprzeciwko nas.

– Jakieś naglące sprawy? – spytał Ghastek.

Mahon wyciągnął kartkę.

Pół godziny później skończyły się tematy do rozmowy. Nie wydarzyło się nic specjalnego, a spór o biuro nieruchomości na granicy terytoriów Rodu i Gromady został szybko rozwiązany.

Podano wino, a potem wymyślne desery, które nawet nie umywały się do miodowych babeczek Marthy. Właściwie było całkiem miło, tak sobie siedzieć i sączyć słodki trunek. Nigdy nie sądziłam, że zatęsknię za Gromadą, a jednak. Brakowało mi grupowych posiłków i bliskości.

– Gratuluję zbliżającego się wesela – odezwał się Ghastek.

– Dziękuję – rzuciłam.

Praktycznie rzecz biorąc, Ghastek i cała atlancka filia Rodu należeli do mojego ojca, który po cichu wzmacniał swoją organizację. Przydzielił Ghastekowi dwóch nowych Panów Umarłych, przez co ich liczba wzrosła do ośmiu. Do Kasyna dołączyło również kilku nowych czeladników. Raz na jakiś czas przejeżdżałam obok pałacu i za każdym razem czułam w jego białych murach coraz więcej wampirów. Ghastek przypominał nóż wycelowany w moje plecy. Jak na razie pozostawał nieobnażony i wyjątkowo uprzejmy, ale nigdy nie zapominałam, komu przysiągł lojalność.

– Ghastek, czemu nigdy nie wziąłeś ślubu? – zagaiłam.

Posłał mi wątły uśmiech.

– Gdybym wziął ślub, chciałbym mieć rodzinę. Dla mnie małżeństwo oznacza dzieci.

– Więc w czym problem? Strzelasz ślepakami? – wtrąciła się Desandra.

Zabijcie mnie.

– Nie – odparł Ghastek. – Gdybyś nie zauważyła, miasto jest oblężone. To nierozsądne sprowadzać dziecko na świat, w którym nie można go ochronić.

– Więc się przeprowadź – podsunęła.

– Żadne miejsce na tej ziemi nie uchroni się przed jej ojcem – zaczęła Rowena. – Dopóki żyje...

Ghastek zacisnął długie palce na jej dłoni. Rowena ugryzła się w język.

– Dopóki żyje, jesteśmy mu posłuszni. Nasze życia nie należą do nas.

Nagle do sali wparował Nick Feldman. Zakon Rycerzy Miłosiernej Pomocy zazwyczaj nie uczestniczył w Konklawe. Niedobrze, oj, niedobrze.

– Idzie rycerz obrońca – ostrzegł szeptem Rafael.

Wszyscy spojrzeli na Nicka. Rycerz zatrzymał się przy stole. Kiedy go poznałam, był ohydnym menelem, który potrafił się ogarnąć, gdy wymagała tego okazja. Gdy spotkałam go po raz kolejny, pracował pod przykrywką dla Hugh d’Ambraya, generała mojego ojca, i wyglądał jak członek wewnętrznego kręgu Hugh: silny, szybki, bez żadnych słabości, niczym miecz wyostrzony do niezniszczalnej perfekcji. Teraz plasował się gdzieś pośrodku. Wciąż silny, krótko ostrzyżony i ciemnowłosy, miał mroczne spojrzenie i roztaczał wokół siebie złowrogą aurę, przez którą czułam się nieswojo.

Nick mnie nienawidził. Moja matka ponosiła winę za jego nieszczęśliwe dzieciństwo. Podejrzewałam, że to nie spowodowało jego nienawiści, ale na pewno ją podsycało. Nick nie mógł mnie ścierpieć, ponieważ dobrze poznał mojego ojca. Widział poczynania Rolanda na własne oczy i uważał, że skończę tak samo jak on. Z radością udowadniałam mu, że się myli.

– Jecie kolację jak jedna wielka rodzina? – rzucił.

– Rycerz obrońca uraczył nas swoją obecnością – powiedziała Rowena.

– Cześć, przystojniaku. – Desandra puściła mu oko. – Pamiętasz mnie?

Kiedyś w walce niemal się pozabijali. Nie spojrzał na wilkołaczycę, ale lewa powieka lekko mu zadrżała. O tak, pamiętał Desandrę.

– W czym możemy ci pomóc? – zapytał Curran.

– Mnie w niczym. – Wbił wzrok we mnie.

– Wyduś to z siebie – zażądałam.

Rzucił na stół stos papierów, które rozsypały się na blacie. Zdjęcia. Kamienna „rezydencja” mojego ojca. Żołnierze w czarnych mundurach ciągnący przez bramę potężne śnieżnobiałe ciało, nagie od pasa w górę i pokryte fioletowo-czerwonymi siniakami. Czarny kaptur na głowie więźnia. Kolejna fotografia: nogi, stopy poszarpane jak mięso na hamburgera. Ktokolwiek widniał na zdjęciach, był za wielki na normalnego człowieka.

Rafael podniósł ze stołu jedną z fotografii, wstał i ostrożnie położył ją przede mną.

Zdjęty kaptur. Rzadka czupryna niebieskawych włosów opadająca na ramiona więźnia. Twarz miał poranioną, ale i tak go rozpoznałam. Saiman w swojej naturalnej postaci.

Mój ojciec porwał Saimana.

Zawrzał we mnie gniew, nagły i gorący.

Tolerowałam wszystkie gówna, które odwalał mój ojciec, ale porywanie moich ludzi to już przesada.

– Kiedy to się stało? – zapytał spokojnym głosem Curran.