Magia kąsaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 3

Obudziłam się osiem godzin później, zmęczona i niewyspana. Okropnie bolała mnie głowa. Zdawałam sobie sprawę, że muszę zadzwonić do Anny, ale moje ciało jakimś dziwnym sposobem przekonało mózg, że powinnam się jeszcze zagłębić w miękkiej pościeli, by wziąć sobie odwet za wczorajszy dzień i koszmarną noc.

Telefon milczał. Siedziałam na łóżku i gapiłam się na niego, a jednocześnie intensywnie rozmyślałam nad swoją sytuacją. Czym dysponowałam? Po pierwsze, danymi na temat znalezionych na miejscu zbrodni włosów, ale do samych włosów nie miałam dostępu. Po drugie, widziałam linie na wydruku z m-skanera, które mogły, choć wcale nie musiały, powstać w wyniku awarii urządzenia. Po trzecie, znałam nazwisko pewnego typka spod ciemnej gwiazdy, podane mi przez przypartego do muru przedstawiciela Rodu, czeladnika, który zrobiłby wszystko, żeby tylko się mnie pozbyć. Na domiar złego na zwłokach wampira zidentyfikowano prawdopodobnie kocią sierść, co oznaczało, że jestem na najlepszej drodze do poróżnienia ze sobą Rodu i Gromady. Wyobraziłam sobie dwa olbrzymy, które biegną przez miasto, by zmierzyć się ze sobą w walce, jak monstrualne potwory z dawnych horrorów, widziałam też oczyma wyobraźni moje miejsce w tym starciu – znajdowałam się dokładnie pośrodku, w centrum przyszłej walki, niczym komar pomiędzy dwiema dłońmi.

Gdyby naprawdę doszło do takiego starcia, z pewnością ucierpiałaby większa część miasta. Problem polegał zatem nie na tym, jak przeżyć taką wojnę, ale jak do niej nie dopuścić. W wyobraźni wyglądało to na dziecinnie łatwe. Komar po prostu kopnął jednego kolosa w pachwinę, a drugiego poskromił zamaszystym ciosem z góry.

Sprawdziłam jeszcze raz telefon. Nadal nie działał, więc zaklęłam tylko pod nosem i zaczęłam się ubierać.

Godzinę później wśliznęłam się do biura Grega. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Nikt mnie nie sprawdzał, nie pytał dlaczego, do cholery, nie znalazłam jeszcze zabójcy Grega ani dlaczego przyjechałam tak późno. Swoją drogą, poczułam się trochę rozczarowana, że nie zainteresowano się moją skromną osobą.

Przejrzałam bazę danych Grega. W żadnej z szafek nie znalazłam akt z nazwiskiem „Corwin”, ale w ostatniej znajdował się cały stos teczek oznaczonych znakiem zapytania. Zabrałam się zatem za ich przeglądanie z nieśmiałą nadzieją, że może tam coś znajdę. Nie znalazłam. Pomyślałam, że jedyny sposób, jaki mi pozostał, by dowiedzieć się czegoś o Corwinie, to zatrzymywanie na ulicy przypadkowych ludzi i zadawanie im tego samego pytania: Człowieku, znasz Corwina? Wiesz, gdzie on jest?

Greg oznaczył akta rodzajem specyficznego kodu złożonego ze skrótów. Przypatrywałam się uważnie niezrozumiałym kombinacjom liter i cyfr: „Glop. Ag. Kal. 7”. „Kal.” to mógł być skrót od kaliber. „Ag” prawdopodobnie było chemicznym symbolem srebra. Ale co, do cholery, oznacza „Glop”? Nie miałam pojęcia.

Nadzieje na odnalezienie nazwiska „Corwin” malały wraz z każdą przerzuconą przeze mnie stroną. Po pewnym czasie zorientowałam się nawet, że robię to zupełnie machinalnie, a mój mózg w ogóle nie kontroluje tej czynności. Nagle na jednej z kartek dostrzegłam nabazgrane niewyraźnie słowo „Corwin”, a obok niego znajdowały się dwa rysunki. Jeden z nich, bardzo niezdarny, przedstawiał rękawiczkę z metalowymi ostrzami wystającymi z miejsc, gdzie dłoń ma kłykcie. Drugi rysunek wydawał się czymś w rodzaju dziwacznych bazgrołów w ciemnym półkolu. Zaczęłam gapić się na te bazgroły, ale nic mi nie przypominały.

Zadzwonił telefon.

Spojrzałam na aparat. Telefon odezwał się ponownie. Zastanawiałam się, czy powinnam odebrać. Niemal w tej samej chwili odezwał się interkom i głos Maxine poradził mi:

– Powinnaś odebrać, kochana. To do ciebie.

Skąd wiedziała? – przeleciało mi przez myśl. Podniosłam słuchawkę.

– Cześć, słoneczko! – odezwał się Jim.

– Stary, jestem trochę zajęta.

Odwróciłam kartkę i jeszcze raz przyjrzałam się bazgrołom. Nie pomogło.

– To ważne – powiedział stanowczo.

– Słuchaj. Nie mogę teraz angażować się w żadną robotę...

– Nie o to chodzi – przerwał mi.

Zaciekawił mnie, ale spróbowałam jeszcze obrócić kartkę do góry nogami. W końcu powiedziałam:

– Zamieniam się w słuch.

– Ktoś chce się z tobą zobaczyć.

– Powiedz mu, że się odezwę – wymamrotałam. Bazgroły zaczęły mi coś przypominać.

– Ja nie żartuję! – zganił mnie Jim.

– No jasne, ty nigdy nie żartujesz, bo jesteś cholernie zajęty udowadnianiem wszystkim wokoło, jaki z ciebie gnojek. Daj spokój, żeby wkładać czarny skórzany płaszcz? W środku wiosny w Atlancie? Poza tym nie mam czasu na jakiekolwiek spotkania.

W odpowiedzi na moją tyradę Jim obniżył głos i zaczął wypowiadać każde słowo bardzo wyraźnie:

– Zastanów się jeszcze raz. Naprawdę chcesz, żebym odmówił temu człowiekowi.

Oniemiałam. Sprawił to sposób, w jaki Jim zaakcentował swoją wypowiedź. Siedziałam nieruchomo, zadając sobie pytanie, jakiż to rodzaj „człowieka” skłonił Jima do przekazania mi informacji takim tonem. Zaryzykowałam:

– Cóż takiego zrobiłam, że zasłużyłam sobie na zainteresowanie Władcy Bestii? – spytałam sucho.

– Siedzisz w biurze wróżbity, nieprawdaż?

No jasne.

Władca Bestii – król Gromady i przywódca zmiennokształtnych, zarządzający swymi braćmi żelazną ręką. Surowy, okrutny, konsekwentny i bezwzględny. Mało kto kiedykolwiek go widział, ale wystarczyło wymienić jego imię, by zamknąć usta nawet najbardziej niebezpiecznemu zmiennokształtnemu. Innymi słowy, Władca Bestii był dokładnie takim człowiekiem, przed jakimi przestrzegali mnie i ojciec, i Greg. Zacisnęłam zęby, rozmyślając, jak się z tego wykręcić. Zdawałam sobie sprawę, że prędzej czy później będę musiała iść do siedziby Rodu, by porozmawiać o wampirze, jednak jak dotąd nic nie zmuszało mnie do wejścia w paszczę lwa, czyli do kryjówki Gromady.

– Nie martw się o swoje bezpieczeństwo. – Jim wyczuł, że się waham i starał się mnie uspokoić. – Będę tam.

– Nie o to chodzi – mruknęłam, choć tak naprawdę chciałam zyskać na czasie, by wymyślić jakąś wymówkę. Nie mogłam przyjąć tego zaproszenia. Wpatrywałam się w bazgroły na kartce, modląc się w duchu, by znaleźć tam rozwiązanie.

– Posłuchaj. – Jim starał się nadać głosowi przekonujący ton. – Powinnaś to rozważyć...

– OK – przerwałam mu. – Powiedz Władcy Bestii, że spotkam się z nim dzisiaj wieczorem w jakimś odosobnionym miejscu. Powiedz też, że odpowiem na wszystkie jego pytania, jeśli on odpowie na moje.

– Super – odrzekł Jim. – O jedenastej. Na rogu Jednorożca i Trzynastej.

Rozłączył się. Zaczęłam stukać palcami w blat biurka. Nareszcie odkryłam sens bazgrołów. Rysunek przedstawiał zarys głowy wyjącego wilka na tle księżyca w nowiu. To nie pozostawiało żadnych wątpliwości. Corwin należał do Gromady.

Nacisnęłam klawisz interkomu. Jeśli się nie myliłam, poprzednio Maxine usłyszała moje myśli. Mówiłam wtedy do siebie, ale z moich ust nie wydobywały się żadne słowa. Wiedziałam, że prawdziwi komunikatorzy potrafili wystarczająco się skupić, by nadać swe myśli, nie wypowiadając ich głośno, ale ja nie miałam wprawy w robieniu takich rzeczy.

Maxine? – pomyślałam, a moje wargi złożyły się w bezgłośnym szepcie.

– Tak, kochanie – odparł głos w interkomie.

Znów sformułowałam w myślach pytanie:

– Czy były do mnie jakieś inne telefony?

– Nie – odpowiedziała Maxine.

– Dziękuję.

– Nie ma za co – usłyszałam.

Odłożyłam akta na miejsce i wyszłam z gabinetu. Teraz miałam pewność. Maxine to telepatka. A więc dlatego pracowała dla Zakonu. Oznaczało to jednak, że myślenie w biurze mogło okazać się ryzykowne, jeśli miało się coś do ukrycia.

Musiałam szybko wyjść na zewnątrz, niemal zbiegłam po schodach. Jakoś nie mogłam pogodzić się z myślą, że ktoś może grzebać w mojej głowie.

Wróciłam do apartamentu Grega. Usiadłam na podłodze, oparłam się o drzwi i wzięłam głęboki oddech. Przez całe swoje życie starałam się trzymać z daleka od wpływowych, posiadających władzę ludzi. Nie zwracać na siebie uwagi. Nie popisywać się. Stosowałam kilka prostych zasad: strzeż swojej krwi, bo może cię zdradzić; jeżeli będziesz krwawić, wytrzyj plamy do czysta i spal szmatę, którą wycierałaś ślady, spal również bandaże; jeżeli ktoś zdobędzie próbkę twojej krwi, zabij go i zniszcz tę próbkę. Po pierwsze, jest to sprawa przetrwania. Po drugie – zemsty.

Spotkanie z Władcą Bestii oznaczało mieszanie się w sprawy Atlanty związane z nadprzyrodzonymi. Mój przyszły rozmówca należał do samej śmietanki politycznej. Biłam się z myślami. Jeżeli chodziło o Nataraję, to w zasadzie nie miałam wyboru. Musiałam z nim porozmawiać. Logiczna kalkulacja wskazywała, że nie mam innego wyjścia – Ghastek pracował dla Natarai, a wampir Ghasteka brał udział w zabójstwie Grega. Ale z Władcą Bestii było trochę inaczej. W tym przypadku miałam wybór. Wystarczyło tylko nie przyjść na wyznaczone spotkanie. Wydawało się to bardzo proste. Ponadto ciągle stała mi przed oczami wizja Anny, w której kucam nad zwłokami i wkładam do ust kawałki ludzkiego mięsa.

W apartamencie Grega panowała cisza. Niemal wyczuwałam tu jego obecność, jakby w pomieszczeniach unosiły się wciąż te same fluidy, wszystko to, co uczyniło Grega właśnie takim, jakim był. Przypominał mi ojca. Tak samo niezależny, nieugięty i wykonujący swą robotę niezależnie od tego, co mówili o tym inni.

Nie mogłam tego tak zostawić. Musiałam znaleźć zabójcę Grega i ukarać go. Nawet nie po to, by pomścić mojego opiekuna. Musiałam to zrobić dla siebie, inaczej nie mogłabym spojrzeć sobie w oczy.

 

Kiedy życie zapędza cię do narożnika i nie oferuje żadnego wyjścia, kiedy opuścili cię przyjaciele, żona, kochanka i pies, kiedy nie widzisz przed sobą celu, jesteś przestraszony, samotny i niemal odchodzisz od zmysłów, dałbyś wszystko, byle tylko pozbyć się kłopotów – wtedy, zdesperowany, wpadasz do Zaułka Jednorożca i szukasz ukojenia w jego magii i sekretach. Zgadzasz się na wszystko, zapłacisz każdą cenę. Zaułek Jednorożca wciągnie cię, roztoczy nad tobą swoją magiczną moc, rozwiąże twoje problemy, a potem zażąda zapłaty. Wtedy dopiero dowiesz się, co oznacza „zgadzać się na wszystko”.

Każde miasto ma taką dzielnicę – niebezpieczną, groźną i tak perfidną, że unikają jej nawet przestępcy polujący na innych przestępców. Zaułek Jednorożca był właśnie taką dzielnicą. Trzydzieści bloków ciągnących się w ośmiu rzędach przecinało Śródmieście jak ślad po sztylecie. Stały tu na wpół rozpadające się drapacze chmur – niemi świadkowie dawnej cywilizacji: ruiny GLG Grand, Promenada II i Pasaż Atlantycki, wszystko zrównane z ziemią przez magię. Na ulicach zalegały zwały gruzu, a ścieki kanalizacyjne wylewały się cuchnącymi strumieniami przez uszkodzone rury. Magia osiadła w tym miejscu, a jej fale cały czas były niezwykle silne, dzięki czemu mogły znaleźć tu bezpieczne schronienie wszystkie ohydztwa kryjące się przed światłem słonecznym. W ciemnych, wypatroszonych szczątkach zabudowań mieszkali obłąkani magowie, okrutni i zdeprawowani zmiennokształtni, na których Gromada wydała wyrok śmierci, sataniści i perwersyjni nekromanci. Wszyscy szukali tu schronienia, bo jeśli tylko udało im się dotrzeć do Zaułka Jednorożca i przeżyć, to nie było takiej siły ani prawa, które mogłyby ich stąd usunąć. Stawali się częścią tego miejsca, a ono pilnie ich strzegło.

Cholernie paskudne miejsce na spotkanie, pomyślałam.

Podjechałam w górę Czternastą ulicą i zaparkowałam Karmeliona w zacisznej alei. Przeszłam obok dwóch ocalałych bloków. Przed sobą miałam popękaną i rozpadającą się kamienną ścianę – żałosną pamiątkę po staraniach jakiegoś głupca z Rady Miejskiej, który chciał odgrodzić Zaułek od reszty miasta. Starałam się wspiąć po gruzach, ale przejście zagrodził mi wielki betonowy blok, połyskujący srebrem w świetle księżyca. Wyglądał na śliski, jakby pokryty jakąś mazią, więc przeskoczyłam nad nim.

W tej dzielnicy nawet światło księżyca wydawało się pienić i warczeć jak wściekły pies, a magia uderzała bez ostrzeżenia.

Kiedy od Zaułka Jednorożca dzieliło mnie jakieś pięć minut, zniszczony napis na ścianie opuszczonego domu powiedział mi, że dotarłam do celu – rogu Jednorożca i Trzynastej. Naprzeciwko mnie stał zdewastowany budynek zwrócony w stronę ulicy szeregiem wybitych okien. Po prawej stronie szczątki stalowej konstrukcji i betonu świadczyły, że kiedyś stał tu biurowiec. Gruzu było tak dużo, że chodnik i ulica zupełnie zginęły pod jego masą. Jedynie po lewej ocalał mały fragment wolnej przestrzeni, ale i on tonął w mroku. Stałam, starając się nie wydawać najmniejszego odgłosu, czekałam i słuchałam.

Blask księżyca oświetlał szczyty ruin miasta, sprawiając, że nabierały srebrzystoołowianego połysku. Niżej zalegała gruba, atramentowa ciemność. Wypełzała z czarnych zagłębień i nor, i sunąc dalej, mieszała się ze światłem, spowijając wszystko rodzajem półcienia, który zdawał się zacierać granice pomiędzy tym, co realne, a iluzją. Niesamowity krajobraz okazywał się złudny, jak gdyby ruiny budynków zniknęły, pozostawiając po sobie fałszywe cienie swych pierwotnych kształtów. Z otchłani ciemności panującej w Zaułku nagle doszło mnie przeraźliwe wycie, które zabrzmiało jak krzyk udręczonej duszy. Poczułam mrowienie, ciało pokryła gęsia skórka, a włosy na karku zjeżyły się ze strachu.

Ktoś albo coś obserwowało mnie z ciemności. Niemal fizycznie czułam na sobie spojrzenie. Trwało to dość długo, jakby minuty zwolniły i przedłużały się w nieskończoność. Postanowiłam spojrzeć na zegarek. Zatrzymał się.

Gdzieś tam w ciemnościach czaił się Władca Bestii. Nie wiedziałam, jak wygląda. Nie wiedziałam, w postaci jakiego zwierzęcia występuje. Co prawda kilku ludzi spoza Gromady twierdziło, że kiedyś spotkało Władcę Bestii, ale nikt z nich nie chciał opowiadać o tym doświadczeniu. Jedyną pewną rzeczą, jaką o nim wiedziałam, to że posiadał ogromną moc i władzę. Wedle ostatnich danych, jako jednowładca dowodził siłami trzystu trzydziestu siedmiu zmiennokształtnych w Atlancie. Nie został wybrany z powodu wybitnej inteligencji czy dlatego, że cieszył się największą popularnością; rządził, ponieważ ze wszystkich tych trzystu trzydziestu siedmiu zmiennokształtnych był bez wątpienia najsilniejszy. Stał się odpowiedzialny za całą Gromadę z tej prostej przyczyny, że nie znalazł się jeszcze nikt, kto potrafiłby go pokonać.

Wśród zmiennokształtnych najliczniejszą grupę stanowiły wilki, potem kolejno lisy, szakale, szczury, hieny oraz mniejsze kotowate: rysie, rysie amerykańskie i gepardy. Zmiennokształtni mogli przybierać też bardziej egzotyczne formy: bawołów i węży, ale bawoły tworzyły swoje własne Stado na Środkowym Zachodzie, a węże uchodziły za samotników. Wszystkie ze zwierzęco-ludzkich form były większe niż ich prawdziwe odpowiedniki. Na przykład zmiennokształtny przybierający kształt wilka ważył około stu dziesięciu kilogramów, podczas gdy zwykły szary wilk ważył o jakieś pięćdziesiąt kilogramów mniej. Z biologicznego punktu widzenia, transformacja osiemdziesięciopięciokilogramowego człowieka w studziesięciokilogramowe zwierzę nie miała sensu, ale jeżeli wziąć pod uwagę, że chodziło o zmianę kształtu, to problem z masą stanowił w tym przypadku chyba najmniej istotną z anomalii. Nie można zmierzyć ani wyjaśniać magii w kategoriach naukowych, fakt, że pojawiła się na świecie i wciąż rosła jej moc, podważał i obalał najbardziej podstawowe prawa naukowe, które ludzie uznawali do tej pory za niepodważalne.

Kolejny odgłos wycia przerwał ciszę, był jednak nadal zbyt odległy, by należało się go obawiać. Przyszło mi na myśl, że Władca Zwierząt, lider, samiec alfa musiał narzucić innym swoje przywództwo poprzez przybranie formy, która w fizyczny sposób dominowała nad innymi. Z pewnością musiał nieraz tłumić bunty poddanych, mało prawdopodobne zatem, by zmieniał się w wilka. Wilk nie miałby szans w starciu z dużym kotowatym, takim jak tygrys czy lew. Ponadto wilki polowały w sforze, raniąc ofiarę i ścigając ją aż do momentu, gdy się wykrwawiła, podczas kiedy koty – samotnicy i perfekcyjne maszyny do zabijania – planowały morderstwo z największą precyzją i wykonywały na ofierze błyskawiczny wyrok śmierci. Tak jest, Władca Bestii musi być kotowatym, jaguarem albo lampartem. Może tygrysem, choć z tego, co wiedziałam, przypadki występowania zmiennokształtnych w postaci tygrysów miały miejsce wyłącznie w Azji i można je było z powodzeniem policzyć na palcach jednej ręki.

Przypomniałam sobie pogłoski o dziwnych zdarzeniach w Atlancie, legendy o Kodiaku, ogromnym, pokrytym bliznami niedźwiedziu, który wędrował ulicami miasta w poszukiwaniu przestępców skazanych przez Gromadę. Gromada, jak każda inna społeczna organizacja, musiała walczyć z osobnikami, które łamały jej prawo. Instytucją wykonującą jej wyroki był Kodiak. A może Jego Wysokość występuje właśnie w formie niedźwiedzia. Do licha, mogłam przynieść miód.

Lewa stopa, na której opierałam ciężar ciała, zdążyła mi zdrętwieć. Zaczęłam więc przestępować z nogi na nogę.

Nagle usłyszałam coś, co sprawiło, że uniesiona noga zawisła przez moment w powietrzu. Ciche ostrzegawcze warczenie. Dochodziło z ciemności, z ziejących czarnymi wnętrznościami budynków wzdłuż ulicy i przetaczało się przez ruiny, budząc stare wspomnienie o czasach, gdy ludzie byli bezwłosymi stworzeniami skulonymi wokół słabego ognia pierwszego ogniska, które miało ustrzec ich przed dzikimi zwierzętami i monstrualnymi, głodnymi zabójcami. Gdzieś wewnątrz odczułam paniczny strach. Postanowiłam jednak go opanować i dyskretnie rozejrzałam się wokoło.

Kątem oka zauważyłam jakiś ruch w bezbrzeżnej głębi otaczającej mnie ciemności. Na lewo, na kawałku betonowego bloku stał niesamowicie piękny jaguar, wyglądający jak posąg odlany ze światła księżyca.

Homo Panthera Onca. Zabójca, który potrafi powalić ofiarę jednym skokiem.

Cześć Jim, powiedziałam w myślach. Jaguar popatrzył na mnie bursztynowymi oczami, a jego kocie usta wykrzywiły się w zadziwiająco ludzkim uśmiechu.

Śmiej się, pomyślałam, śmiej się, masz szczęście, że nie wiesz, jak wysoka jest stawka.

Jim odwrócił łeb i zaczął lizać łapę.

Zacisnęłam mocno dłoń na mieczu i ruszyłam wzdłuż ulicy, zagłębiając się w mrok. W końcu pochłonęła mnie kompletna ciemność.

W pewnej chwili w nozdrza uderzył koci piżmowy zapach. Unosił się w powietrzu. A zatem Władca Bestii nie jest niedźwiedziem.

Gdzie on był, do cholery? Wpatrywałam się w ruiny budynków, usiłując dojrzeć coś przez spowijającą je zasłonę ciemności. Światło księżyca przenikało przez szpary w ścianach, stwarzając złudzenie brzasku i rozświetlając ciemne zakamarki. Zdawałam sobie sprawę, że Władca Bestii wciąż mnie obserwował. Bawił się tym.

Chwyciłam miecz. Zauważyłam, jak na tle jednolicie szarej, zacienionej ściany przesuwa się ciemniejszy kształt. Czarny cień sięgał do poziomu mojej talii i nie zareagował w żaden sposób na to, że sięgnęłam po broń.

Dyplomacja nigdy nie byłą moją mocną stroną, a zatem cierpliwość szybko mi się skończyła. Przykucnęłam i patrząc na cień, zaczęłam wołać:

– Tutaj, koteczku, chodź do mnie, kici, kici, kici.

W mroku rozbłysła para złotych oczu. Ciemny kształt i para oczu zaczęły podnosić się i podnosić, by w końcu spojrzeć na mnie z góry. Nienaturalnie wielka łapa przesunęła się w świetle księżyca, podnosząc kurz z brudnej ulicy. Z łapy wysunęły się na moment wielkie, brudne pazury, by zaraz schować się w miękkich fałdach futra. Przez chwilę widziałam masywną kończynę wyciągającą się w moją stronę, pokrytą szarym futrem z ledwie widocznymi ciemniejszymi paskami. Obserwując cień, spostrzegłam, jak ogromna sylwetka posuwa się w moim kierunku. Zachwiałam się, stąpając ostrożnie do tyłu i straciwszy równowagę, usiadłam na tyłek. Na Boga, to nie mógł być zwykły lew! To coś miało barki szerokie co najmniej na półtora metra. A może to jednak ogromny lew, tylko dlaczego, do diabła, w paski?!

Potężny kot krążył wokół mnie, raz po raz znikając w cieniu i ukazując się w przyćmionym świetle, a ciemna grzywa falowała z każdym jego ruchem. Wspięłam się na palcach i niemal zderzyłam z jego szarym pyskiem. Mierzyliśmy się wzrokiem, lew i ja, nasze oczy były teraz dokładnie naprzeciw siebie. Trwało to dobrą chwilę, a potem odwróciłam się i zaczęłam otrzepywać dżinsy z kurzu w sposób daleko odbiegający od dobrych manier. Po prostu klepałam się po tyłku.

Tymczasem lew zniknął gdzieś w ciemnym kącie. W powietrzu pulsowała delikatna aura mocy, drażniąca moje zmysły. Nie wiedziałam tego na pewno, ale przypuszczałam, że właśnie zmienił kształt.

– Kici, kici? – spytał niski, męski głos.

Wzdrygnęłam się ze zdziwienia. Według mojej wiedzy, żaden zmiennokształtny nie mógł przejść z formy zwierzęcej w ludzką, nie zapadając w sen. Bez drzemki możliwa była tylko zmiana na formę przejściową, człeko-zwierzę, ale osobnik w tym stadium raczej nie potrafił mówić lub miał z tym spore problemy.

– Rzeczywiście – odparłam. – Zaskoczyłeś mnie trochę i przyszłam nieprzygotowana. Następnym razem przyniosę trochę śmietanki i jakieś kocie zabawki.

– Jeżeli będzie jakiś następny raz – powiedział.

Obróciłam się i spojrzałam za siebie. Stał tam, ubrany w luźną bluzę i podniszczone spodnie. Cóż za skromny zmiennokształtny, jak miło. Gdyby nie to, że na jego skórze błyszczały kropelki wilgoci, nikt nawet nie domyśliłby się, że właśnie zmienił formę.

Zbliżył się do mnie z kocią gracją i zatrzymał tylko o pół metra od miejsca, w którym stałam. Znowu walczyłam ze sobą, by nie zrobić kroku w tył. Był kilka centymetrów wyższy ode mnie. Miał blond włosy, przycięte tak krótko, że nie sposób byłoby za nie chwycić. Sposób, w jaki się zachowywał i poruszał, wskazywał, jak wielka czai się w nim moc. Jego oczy, ukryte pod rudawymi brwiami, miały szarozieloną barwę i złote plamki. W ich wyrazie nie wyczytałam groźby, ale wiedziałam, czułam to podświadomie, że mógłby mnie zabić bez jednego mrugnięcia.

Powoli lustrował mnie wzrokiem, oceniał, sprawdzał, na ile mnie stać. Mogłam się wstydliwie zarumienić albo zrobić dokładnie to samo, co on. Postanowiłam się nie rumienić.

 

Władca Bestii miał silną, kwadratową szczękę. Jego nos był wąski i nieco zniekształcony, co świadczyło, że musiał być co najmniej kilka razy złamany i źle się zrastał. Biorąc pod uwagę regeneracyjne zdolności zmiennokształtnych, ktoś musiał chyba przyłożyć Jego Wysokości młotem kowalskim.

– Jaka kobieta pozdrawia Władcę Bestii słowami: Tutaj, koteczku, chodź do mnie, kici, kici, kici?

– Jedna z wielu kobiet – mruknęłam oczywistą odpowiedź.

Na pierwszy rzut oka wyglądał na dwadzieścia kilka lat, ale jego sylwetka mówiła co innego. Miał szerokie ramiona, a umięśnione plecy i klatka piersiowa, świadczące o niebywałej sile, były rozwinięte jak u faceta po trzydziestce. Z oczu biła mu wielka pewność siebie granicząca niemal z arogancją. Nie miałam wątpliwości, że Władca Bestii oczekuje od wszystkich wokół posłuszeństwa, a uległość wobec siebie traktuje jako rzecz naturalną i po prostu mu należną.

Przełknęłam ślinę. Ten sposób, w jaki na mnie patrzył... Nie podobało mi się to. Spoglądał tak, jakbym była myszką, którą za chwilę się pobawi.

– Jestem władcą wolnych zwierząt – powiedział.

– Domyśliłam się.

Mam nadzieję, że nie spodziewał się po mnie dygnięcia, przebiegło mi przez myśl.

Pochylił się nade mną i patrzył jak na zagadkowego, dziwnie wyglądającego robaka, a potem spytał:

– Dlaczego Mistrz Zakonu wynajął człowieka znikąd, pospolitego najemnika do prowadzenia śledztwa w sprawie śmierci swojego wróżbity?

W odpowiedzi posłałam mu tylko tajemniczy uśmiech.

Zmarszczył brwi. Nie spodobała mu się moja odpowiedź.

– Czego się dowiedziałaś?

– Nie wolno mi o tym z tobą rozmawiać – odparłam.

Nie rozmawia się o wynikach śledztwa z jednym z podejrzanych, dodałam w myślach.

Władca Bestii zrobił krok w moją stronę. Blask księżyca oświetlił jego twarz. Patrzył mi prosto w oczy. Trudno było wytrzymać to spojrzenie. Mimo to nie poddawałam się, nasze spojrzenia zapowiadały walkę. Zacisnęłam zęby. Pięć sekund rozmowy, a on śmiał gapić się na mnie jak samiec alfa. Jeżeli zacznie na mnie cmokać, będę musiała stąd uciekać. Względnie zapoznać go z moim mieczem.

– Powiesz mi wszystko, co wiesz – zaczął.

– Albo? – rzuciłam.

Nic nie odpowiedział, więc wyjaśniłam:

– Posłuchaj, tego typu groźba zwykle ma na końcu jakieś „albo”, względnie „a”. Na przykład: „Powiesz mi, co wiesz, a ja zostawię cię przy życiu”, czy coś w tym rodzaju.

Oczy Władcy Bestii zapłonęły złotym blaskiem, a jego wzrok stał się trudny do zniesienia.

– Mogę spowodować, że będziesz mnie błagała, byś mogła powiedzieć mi wszystko, co wiesz. – Jego głos zaczął przypominać ciche warczenie. Po plecach przebiegł mi lodowaty dreszcz.

Mocno, aż do bólu, zacisnęłam dłoń na rękojeści Zabójcy. Miałam wrażenie, że spojrzenie tych złotych oczu przewierca mnie, sięgając gdzieś w głąb duszy. Usłyszałam własny głos:

– No nie wiem. Nie wygląda, żebyś był w formie. Ile czasu minęło, odkąd się ostatnio spociłeś?

Przez jego prawą rękę przeszedł skurcz. Pod napiętą skórą dostrzegłam naprężające się mięśnie, a ramię zaczęło porastać sierścią. Z pogrubiających się palców wysunęły się pazury. Na wpół zwierzęca łapa wystrzeliła w moim kierunku z nieludzką szybkością. Uskoczyłam w tył i tylko to uratowało mnie przed głębokim zadrapaniem, jakie z pewnością pozostawiłby mi na twarzy pazur Władcy Bestii. Kosmyki futra musnęły mój policzek i zahaczyły o warkocz. Nie zdołał mnie zranić. Łapa z pazurami cofnęła się.

– Nadal pamiętam, jak to się robi – powiedział.

Z moich palców wydobyły się iskierki magii, spłynęły do rękojeści Zabójcy i rozświetliły ostrze, pokrywając gładki metal mlecznobiałą poświatą.

– Chcesz walczyć? Nie ma sprawy – To już nie było rozdrażnienie, ogarnęła mnie prawdziwa złość.

Uśmiechnął się pobłażliwie.

– Dość już tych żartów, mała dziewczynko.

Był imponujący. Musiałam mu to przyznać. Machnęłam mieczem, próbując rozgrzać dłoń przed walką. Narysował w powietrzu świetlistą elipsę, rozrzucając na ziemi drobne, błyszczące iskierki. Niektóre z nich upadły w pobliżu stóp Władcy Bestii – cofnął się.

– Zastanawiam się, czy te nieustanne zmiany kształtu trochę cię nie wyczerpały? – Starałam się nadać głosowi ironiczny ton.

– Podejdź trochę bliżej i spróbuj mnie zaatakować, a się przekonasz – rzucił prowokująco.

Podnosząc tumany kurzu z chodnika, zaczęliśmy krążyć jak dwoje zwierząta, które przed starciem mierzą swoje siły i czekają na dogodną chwilę. Zdałam sobie sprawę, że chcę z nim walczyć, choćby tylko po to, by przekonać się, czy potrafię go pokonać.

Wargi mojego przeciwnika rozchyliły się, a spomiędzy nich wydobyło się ciche warczenie. Spróbowałam ocenić dystans pomiędzy nami, chciałam upewnić się, że ostrze mojego miecza go dosięgnie.

Wtedy uzmysłowiłam sobie, że gdyby naprawdę doszło do walki i gdybym nawet przeżyła, to nigdy nie dowiedziałabym się, kto zabił Grega. Poza tym Gromada najprawdopodobniej rozerwałaby mnie na strzępy. Nie, to bezsprzecznie prowadziło donikąd. W sumie nie miałam do stracenia nic poza twarzą. Przestałam krążyć i opuściłam broń. Słowa, które zamierzałam wypowiedzieć, nie chciały mi przejść przez gardło, ale postanowiłam się zmusić:

– Przepraszam – powiedziałam, starając się, by zabrzmiało to przekonująco. – Z największą przyjemnością stanęłabym do walki, ale w tej chwili nie jestem sobą.

Władca Bestii uśmiechnął się.

Patrząc na niego, z całych sił starałam się zignorować wyniosłość i pobłażliwość, które dostrzegłam w wyrazie jego twarzy.

– Nazywam się Kate Daniels. Greg Feldman był moim prawnym opiekunem i najbliższym przyjacielem rodziny, jakiego kiedykolwiek miałam. Muszę znaleźć gnojka, który go zabił. Nie mogę pozwolić sobie teraz na walkę z tobą, nie mogę też wystawiać na pokaz mojej mocy. Chcę tylko wiedzieć, czy Gromada ma coś wspólnego ze śmiercią Grega. Kiedy tylko znajdę zabójcę, będę naprawdę zaszczycona, jeżeli zechcesz ze mną walczyć.

Wyciągnęłam do niego rękę. Zawahał się, przyglądając mi się uważnie, a potem jego sierść zaczęła zanikać, jakby wchłaniały ją z powrotem torebki włosowe, z których się wyłoniła. W końcu Władca Bestii ujął moją dłoń ludzką ręką i uścisnął ją w geście powitania.

– Koniec walki. Obecnie też nie jestem sobą – powiedział z czymś w rodzaju ulgi, chociaż te słowa zabrzmiały w jego ustach jak kiepski żart. Będąc władcą wolnych zwierząt, prawdopodobnie nigdy nie mógł być sobą.

Złoto w tęczówkach jego oczu skurczyło się do normalnych rozmiarów i przybrało postać niewielkich plamek. Przypomniałam sobie, że większość bardziej zaawansowanych w sztuce zmiennokształtnych mogła dokonywać zmian w zakresie trzech form: człowieka, zwierzęcia i człeko-zwierzęcia. Zmiana tylko jednej części ciała w jakąś inną formę, podczas gdy reszta pozostawała w już osiągniętej, była po prostu nieprawdopodobna. Przynajmniej tak sądziłam do tego wieczora.

Władca Bestii usiadł na chodniku. Nie miałam innego wyjścia, musiałam zrobić to samo. Przebiegło mi przez myśl, że w tej sytuacji moje wcześniejsze otrzepywanie dżinsów z kurzu okazało się czynnością równie bezsensowną, jak idiotyczną.

– Jeżeli ci udowodnię, że Gromada nie miała żadnego interesu w zabójstwie wróżbity, uwierzysz mi? – spytał.

– Tak – odpowiedziałam krótko.

Sięgnął pod bluzę i wyjął czarną, skórzaną, zapiętą na zamek teczkę. Wyciągnęłam rękę, ale cofnął dłoń i moje palce tylko musnęły skórę aktówki. Zaczęłam się zastanawiać, czy potrafi być szybszy niż ja. W zasadzie fajnie byłoby to sprawdzić...

– Wszystko zostaje między nami – zastrzegł stanowczo, kładąc kres moim namysłom.

– Oczywiście – zgodziłam się, biorąc teczkę z jego rąk.

Wewnątrz znajdowały się zdjęcia zwłok. Niektóre z ciał były ludzkie, inne częściowo zwierzęce, ale wszystkie jednakowo zmasakrowane i zakrwawione. Jaskrawa, przerażająca czerwień krwi, której domyśliłam się mimo otaczającego mnie półmroku, dominowała na fotografiach i utrudniała rozróżnienie szczegółów. Mimo to spróbowałam coś na nich dojrzeć. Poszarpane i wypatroszone ciała leżały obok siebie w kałużach krwi. Zrobiło mi się niedobrze.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?