Magia kąsaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Tym razem siedlisko zaliczało się do dużych, Kate. – Jego głos, delikatny i melodyjny, sprawiał wrażenie, jakby należał do zupełnie innego człowieka, milszego i nie tak niebezpiecznego. A już na pewno pozostawał w zupełnej sprzeczności z wyrazem twarzy Jima, przywodzącym na myśl brzydkiego buldoga. – Jesteś moją dłużniczką i zostawiłaś mnie samego? – stwierdził z wyrzutem. – Byłem zmuszony dać samodzielny występ.

Wąż skręcał się w mej dłoni, próbując zatopić zęby w ramieniu. Nie mogłam do tego dopuścić. Wiedziałam, co prawda, że trójkątne kły nie zawierają jadu, ale i bez tego ugryzienie boli jak diabli.

– Greg nie żyje – rzuciłam krótko, nawet nie starając się, by zabrzmiało to jak usprawiedliwienie.

Prawdę powiedziawszy, nie spodziewałam się, że Jim przejmie się tą wiadomością, tymczasem nastąpiła dłuższa chwila milczenia. Potem padło krótkie pytanie:

– Kiedy?

– Dwa dni temu – odparłam spokojnie. – Został zamordowany.

– Chcesz odnaleźć zabójcę.

To brzmiało jak stwierdzenie, więc tylko skinęłam głową. Zapanowała bolesna cisza. Potem Jim ruszył w moim kierunku z wdziękiem, zwinnością i taką płynnością ruchów, jaką mógł osiągnąć tylko zmiennokształtny.

– Jeśli będziesz czegoś potrzebować, wiesz, gdzie mnie znaleźć – powiedział po prostu i odwrócił się.

Machinalnie przytaknęłam. Patrzyłam, jak idzie w stronę kostnicy i wchodzi po stopniach do góry.

– Jim? – zawołałam.

Rzucił mi groźne spojrzenie przez ramię.

– No, co tam?

– Co masz do roboty w kostnicy?

– Sprawę do załatwienia – zbył mnie krótko i wszedł do środka.

W zasadzie nie dał mi powodu, bym poczuła się urażona. W naszych niespokojnych czasach każdy mógł mieć w kostnicy sprawę do załatwienia. Nawet Jim. Zeszłej zimy zaciągnęłam u niego dług wdzięczności. Wydobył mnie wtedy z błotnistego dołu pełnego roztopionego śniegu i hydr. Był najbardziej zamkniętym i tajemniczym partnerem, jakiego miałam w życiu – to znaczy od czasu, kiedy zostaliśmy partnerami jako najemnicy Gildii. Następnym razem to ja powinnam stanąć w jego obronie. Byłam mu to winna. Ale najpierw musiałam dowiedzieć się, kto zabił Grega. By to zrobić, należało przede wszystkim zbadać, jaką rolę odegrał w tej sprawie nieżywy wampir Ghasteka.

Delikatnie rozluźniłam uścisk na szyi węża i łagodnie podrzuciłam go w górę. Gad opadł na moment, by natychmiast wzbić się w powietrze. Wznosił się wyżej i wyżej ponad dachami domów, leciał wprost w światło słonecznej tarczy, aż zupełnie straciłam go z oczu.


Kiedy masz wątpliwości i potrzebujesz informacji, znajdź kapusia i przyciśnij go. Była to jedna z wielu technik dochodzeniowych, którą znałam dość dobrze. Inna zasada brzmiała: drażnij lwa dotąd, dopóki nie zechce cię zjeść, i akurat ta dużo lepiej do mnie pasowała. No dobra, bierz się za robotę, Sherlocku.

Należało zacząć od tego, że w sprawie „uśmierconego” wampira Ghasteka istniały poważne nieścisłości domagające się wyjaśnienia. Na szczęście znałam osobę, która odpowiednio potraktowana mogła mnie nieco oświecić. Ów facet – który kazał nazywać się Bono, ponoć po jakimś dawno zapomnianym piosenkarzu – nosił czarną skórę i z pewnością czesał się u najgorszego z fryzjerów. Aha, i co najważniejsze, był czeladnikiem Ghasteka.

W naszych czasach, jeżeli ktoś miał talent do nekromancji i nekronawigacji, czyli potrafił kontrolować zmarłych i kierować nimi, mógł dostąpić zaszczytu pobierania nauk u mistrza. Jeżeli okazał się pojętnym uczniem i po pewnym czasie dysponował odpowiednią wiedzą, zostawał czeladnikiem. By wspiąć się wyżej po szczeblach kariery, musiał mieć wrodzoną moc magiczną i dużo samozaparcia. W konsekwencji ludzie pochodzący z Rodu zwykle kończyli karierę na stopniu czeladniczym. Bono pełnił tę funkcję już od dwóch lat. Jego wiedza o nieumarłych była niemal encyklopedyczna. Kiedy spotkaliśmy się ostatnio, dał mi wycięty z gazety artykuł o jakimś słowiańskim pożeraczu zwłok – stworzeniu zwany strzygoniem. Oczywiście włożyłam ten wycinek do mojego almanachu potworów. Jeśli jednak chodzi o Bono, intuicja podpowiadała mi, że jego wiedza na temat różnego rodzaju nadprzyrodzonych istot ogranicza się do teorii. Miałam zatem nadzieję, że nie zamierza zbyt szybko awansować na Pana Umarłych.

Znalezienie Bono nie stanowiło problemu. Często gościł w barze Andriano, jednym ze spokojniejszych lokali w mieście. W przeciwieństwie do większości nowo powstałych undergroundowych barów i klubów w Atlancie, które w rzeczywistości przypominały zwykłe mordownie i nawet w nazwie miały słowo „mord” – Bawimorda czy Mordor – bar Andriano mieścił się w ładnym małym zakątku Alei Euklidesa, w dzielnicy o nazwie Pięć Małych Punktów, i najczęściej odwiedzali go klienci z tak zwanej „prawie” średniej klasy.

Bono był dość przystojnym facetem, miał ładną twarz, a jego włosy i ciuchy sprawiały, że wydawał się interesujący. Kobiety lubiły jego towarzystwo, a on lubił kobiety. Pojawiał się tutaj jednak pewien problem, bowiem Bono szedł w ilość. Innymi słowy, nigdy nie widziałam go dwa razy z tą samą kobietą. Właśnie z tego powodu Bono zwykle obrywał lub prawie obrywał, zdarzały się bowiem osoby, które w takich sytuacjach reagowały gwałtownie i koniecznie chciały obić mu twarzyczkę oraz zostawić trochę jego cennej krwi na meblach i podłodze baru. Ale Bono tak łatwo się nie poddawał – był twardym zawodnikiem, jak przystało na kogoś, kto spędził najlepsze lata na pilnowaniu wampirów.

W zasadzie mogłam zasięgnąć informacji u źródła, czyli spytać Ghasteka o jego wampira. Problem polegał na tym, że, by to zrobić, musiałabym pójść do Kasyna, w którym Ród miał swoją „kwaterę główną”. Z kolei wejście do Kasyna oznaczałoby spotkanie z Natarają, wielkim szefem Rodu w tym mieście oraz szefem i nadzorcą Ghasteka. Nataraja był najgorszym rodzajem glisty, ale, trzeba to przyznać, miał niesamowitą wrażliwość na wszelką magię. Jak zatem się domyślałam, nie był do końca pewien, co czuje, kiedy znajdowałam się gdzieś w pobliżu, choć bez wątpienia bardzo chciał się tego dowiedzieć. Za każdym razem, gdy się spotykaliśmy, nasza rozmowa przekształcała się w usilne starania Natarai, by zmusić mnie do ujawnienia mocy. Nie mogłam na to pozwolić, zwłaszcza teraz, gdy moją głowę rozsadzały cztery nowe słowa. Oczywiście brałam pod uwagę, że w końcu i tak będę musiała pójść do Kasyna, jednak na razie przyciśnięcie czeladnika Ghasteka powinno wystarczyć.

Weszłam do Andriano. Przez całą jego długość ciągnął się kontuar, wzdłuż którego stały szeregiem wysokie, okrągłe stołki. Na samym końcu kontuaru kilku stałych klientów bezmyślnie wpatrywało się w swoje drinki. Jakaś wymalowana blondynka sączyła coś owocowego z kieliszka do margarity. Przez zakończony łukiem otwór drzwiowy widziałam drugie pomieszczenie z czerwonymi intymnymi boksami, którego wystrój Andriano musiał zapożyczyć od jakiejś sieci barów szybkiej obsługi.

Kątem oka spostrzegłam, że długonogi, ciemnowłosy facet za barem zauważył moją obecność. Był szczupły, flegmatyczny, miał pociągłą, inteligentną twarz i wyglądał bardziej na intelektualistę niż na barmana. Miał na imię Sergio i wiedział, ile plasterków limonki należy wrzucić do drinka Corona, co czyniło z niego naprawdę wartościowego człowieka. Podałam mu dwie dwudziestki. Nachylił się do mnie.

– Za co? – spytał.

Bystrzak, pomyślałam z uznaniem i wyjaśniłam:

– To na wypadek, gdyby coś się stłukło. Mam zamiar zamienić parę zdań z Bono. Jest tutaj, prawda?

Sergio wskazał ruchem głowy pomieszczenie z czerwonymi boksami i, wzruszając ramionami, schował pieniądze w dłoni.

– Lepiej trzymaj się z dala od okien – rzucił. – Są dla ciebie za drogie.

Pomieszczenie z tyłu oświetlono tylko magicznymi latarniami, więc panował w nim tajemniczy półmrok. Bono wybierał zawsze boks w rogu, najbardziej oddalony od drzwi. Zatrzymałam się na chwilę, mierząc salę wzrokiem. Dostrzegłam kępę jego kędzierzawych, czarnych włosów i ruszyłam w tym kierunku, niby w pokojowych zamiarach, ale gotowa na każdą ewentualność.

Bono miał towarzystwo. Sądząc z uśmiechu, który przyozdabiał mu twarz i mówił: „Hej, mała, jestem studentem magii”, było to towarzystwo rodzaju żeńskiego. Zresztą guzik mnie to obchodziło. Bono nagle przerwał zaloty i rozejrzał się dookoła. Zauważył mnie. Musiał też dostrzec coś, co go zaniepokoiło, bo uśmiech momentalnie spełzł mu z twarzy. Usiadł wyprostowany.

Sięgnęłam za plecy, moje palce zacisnęły się na rękojeści Zabójcy, który płynnym ruchem zaczął wysuwać się z pochwy. W tym samym momencie Bono opuścił ręce pod stół, szukając po omacku pistoletu. Wiedziałam, że w kieszeni marynarki nosi „dziewiątkę”. Jednym susem pokonałam dystans dzielący mnie od boksu. W środku, naprzeciw mojego przyjaciela, siedziała jakaś rudowłosa piękność w krótkiej sukience bez ramiączek. Położyłam miecz na stole. Bono śmierdział wampirami, więc broń zaczęła słabo błyszczeć fluoryzującym światłem. Wyglądało to zjawiskowo – księżycowa, srebrna poświata na tle ciemnego blatu stołu. Oczy rudowłosej panienki rozszerzyły się ze zdziwienia, natomiast z twarzy Bono zniknął grymas strachu połączonego z zaciętością, choć nadal nie spuszczał ze mnie wzroku.

– Cześć, Bono! – rzuciłam. – Pieprzyłeś ostatnio jakieś zwłoki?

Prysła ostatnia nadzieja czeladnika na mile spędzony wieczór.

– Na pewno nie takie, które by cię interesowały – odciął się.

Ruda kobieta podniosła się i chyłkiem wyszła z boksu, starając się ocalić w ten sposób resztki godności. Bono rzucił za nią tęskne spojrzenie, a potem odwrócił się do mnie.

– Przestraszyłaś ją – zarzucił mi. – To nieładnie, Kate.

 

Uniosłam brwi i pełnym skupienia wzrokiem zlustrowałam wolne miejsce, na którym siedział rudzielec. Bono kontynuował.

– Przeczytałaś artykuł, który ci dałem?

– Nie – zaprzeczyłam, starając się, by zabrzmiało to lekceważąco.

– To niedobrze, Kate, powinnaś go przeczytać – ciągnął mentorskim tonem. – Powinnaś przeczytać o strzygoniu.

Czubkami palców przeciągnęłam po ostrzu Zabójcy. Poczułam delikatne ukłucie – magiczna moc emitowana przez miecz łaskotała moją skórę.

– Chcę wiedzieć wszystko o śmierci wróżbity. Masz mi powiedzieć, dlaczego wampir Ghasteka był zamieszany w morderstwo, kto nim kierował i co zobaczyli twoi ludzie. Chcę również dowiedzieć się, kto oderwał wampirowi głowę, no i w ogóle masz powiedzieć wszystko, co wiesz o tej sprawie.

Bono pokazał zęby w kpiącym uśmiechu.

– Mam wrażenie, że jesteś dziś dość rozdrażniona, prawda?

Moja dłoń zacisnęła się na rękojeści Zabójcy.

– Nawet nie wiesz, jak bardzo – wycedziłam.

Bono nie wyglądał na przestraszonego albo świetnie udawał. Oparł się wygodnie i z uśmiechem powiedział:

– No dalej. Zabawmy się. Mogę ci zrobić dobrze nawet z tym mieczem.

Wykrzywiłam usta w szyderczym grymasie.

– Nie możesz mnie mieć, Bono. Jeśli chcesz, to chodź i spróbuj. Walcz ze mną na pięści albo opuść lewą rękę i przekonaj się, że twój pistolet podczas magicznego uderzenia jest wart tyle, co psie siki. No już! Próbuj! Pokaż, na co cię stać!

Patrząc mu w oczy, miałam świadomość, że mój szyderczy uśmiech zmienia się w grymas wyrażający dziką żądzę krwi.

– Naprawdę mam dziś ochotę kogoś rozpłatać. To znacznie poprawi mi samopoczucie. – Zaczęłam się niemal śmiać, ale po prostu nie mogłam się opanować. – Daj mi tylko powód. No, Bono, nie daj się prosić. Daj mi ten pieprzony powód!

Magia wokół mnie stawała się coraz bardziej intensywna, zaczynała przypominać coś w rodzaju wydobywającej się ze mnie chmury. Pomyślałam, że gdyby magia mogła przybierać kolory, znajdowałabym się teraz w samym centrum czerwonego wiru. Nakarmiony gniewem miecz zapłonął srebrzystym światłem. Wiedziałam, co to oznacza. Moja broń miała ochotę zatopić się w jakimś ciele, a ja miałam ochotę jej na to pozwolić.

Bono zamrugał. Wyczuł przypływ magicznej mocy, zrobił głęboki wdech i krzyknął:

– Jesteś szalona!

– O tak! – potwierdziłam z satysfakcją.

Rysy jego twarzy stężały, a ja zdałam sobie sprawę, że oboje stąpamy po kruchym lodzie. Wiedziałam też, że dzisiaj nie może dojść do żadnej walki. Nie dzisiaj.

Bono pochylił się w moją stronę:

– A co, jeśli ci powiem, że nie mamy nic wspólnego ze śmiercią wróżbity, a nawet jeżeli byłoby inaczej, to nie musimy ci nic mówić?

No tak, „my”, pomyślałam. Zastanowiłam się chwilę nad tym, co powiedział, i odrzekłam:

– W takim wypadku wstanę i wyjdę z baru, a potem wykonam dwa telefony. Pierwszy do Mistrza Zakonu, dla którego teraz pracuję, by powiedzieć mu, że bezgłowy wampir, który przyczynił się zabójstwa wróżbity, należał do Ghasteka. Powiem mu także, że ktoś włożył wiele wysiłku, by ukryć znak przynależności wampira, co oczywiście jest nielegalne, no i nie omieszkam wspomnieć, że przedstawiciel Rodu odmówił współpracy ze mną w tej sprawie i chciał mnie zabić. Potem zadzwonię do Ghasteka i poinformuję go, z jakiego powodu świat zaczął się tak bardzo interesować jego skromną osobą. Oczywiście wyjaśnię mu, że tym powodem jesteś ty.

Bono gapił się na mnie przez chwilę, a potem rzucił z lekką pretensją w głosie:

– Sądziłem, że jesteśmy w dobrych stosunkach. Kłaniamy się sobie. Nie robimy sobie wzajemnie problemów. Dzielę się z tobą moją wiedzą.

Wzruszyłam ramionami.

– Tak naprawdę nie mogłabyś mi tego zrobić – stwierdził z przekonaniem. – Wiesz, jak potraktowałby mnie wtedy Ghastek. Nie chcesz tego, bo jesteś miłą osobą, prawda?

– A dokładnie które fakty z mojej biografii pozwoliły ci wpaść na pomysł, że jestem miłą osobą? – zakpiłam.

Nie odpowiedział, pokręcił tylko głową i spytał:

– Dlaczego akurat ja?

– A dlaczego nie? Daj mi to, po co przyszłam, i już mnie nie ma, albo sprawię, w taki czy w inny sposób, że będziesz cierpiał. Wybieraj.

Bono został zapędzony w narożnik. Z tego ringu nie było ucieczki.

– Nazywają je cieniami – powiedział, a na jego przystojnej twarzy pojawił się wyraz rezygnacji. – Wampiry z ukrytymi znakami. Ghastek nie jest jedyną osobą, która ich używa, ale robi to często, jeżeli wiesz, co mam na myśli.

– A co konkretnie robił ten jeden? – weszłam mu w słowo.

– Śledził wróżbitę. Ale nie wiem, dlaczego. – Bono uprzedził moje kolejne pytanie.

– A wiesz może, kto kierował tym wampirem?

Bono wahał się przez chwilę, ale odpowiedział:

– Merkowitz.

– OK. I co tam zobaczył?

Mój przyjaciel rozłożył bezradnie ręce.

– No cóż, sam chciałbym to wiedzieć. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, co dzieje się z Panem Umarłych, gdy ginie wampir, którym akurat kieruje?

Coś tam słyszałam na ten temat, ale jak to mówią, więcej informacji nigdy nie zaszkodzi, więc zachęciłam Bono:

– Oświeć mnie.

– Jeżeli nie zapewnisz sobie wystarczającej ochrony, przeżywasz to samo, co wampir, cierpisz jak on i doświadczasz szoku śmierci. Jeżeli ktoś pozbawia wampira głowy, to odczuwasz to tak, jakby odrywano twoją własną, I nie tylko odczuwasz. Twój mózg sądzi, że tak właśnie jest. Dodaj do tego uderzenie mocą, którą roztoczył wokół siebie wróżbita i magiczny atak drugiego napastnika, a dowiesz się, co zostało z Merkowitza. W zasadzie nigdy nie lubiłem tego dupka, ale muszę przyznać, że stał się pięknym warzywem.

Miałam wrażenie, że moje serce na chwilę przestało bić.

– Nie ma z nim kontaktu? – wydukałam.

– Jest równie komunikatywny jak ściana z cegieł – przyznał Bono.

– Jak długo może być w takim stanie?

– Zajmują się nim, ale co i kiedy uda się z nim zrobić, nie wiadomo. Bardzo trudno przekonać kogoś, że nie jest martwy, jeżeli jego własny mózg mówi mu zupełnie coś innego.

– Czy ktoś z Rodu domyśla się, kto miał wystarczający powód i moc, by zrobić miazgę z wróżbity i wampira?

Bono spojrzał na ścianę gdzieś ponad moją głową.

– Potrzebuję nazwiska – powiedziałam z naciskiem.

– Corwin – rzucił tylko i dodał: – Nie usłyszałaś tego ode mnie. – Potem szybko podniósł się z fotela i wyszedł z lokalu.

Odczekałam kilka minut i przeszłam do baru. Zamówiłam coronę z limonką i zaczęłam popijać drink małymi łyczkami. Wiedziałam, że śmiertelnie wystraszyłam Bono i jakaś maleńka część mojego sumienia miała z tym problem. Zaraz jednak przypomniałam sobie, że przecież Bono zarabia na życie kontrolowaniem wampirów i jest bezwzględny dla swoich wrogów.

Znowu przed oczami stanęła mi twarz Grega. Wzięłam duży łyk corony. Czułam się przybita i zmęczona. Boże, co za długi dzień... Liczyłam, że dowiem się od Bono znacznie więcej. Ale może nie było aż tak źle. Miałam nazwisko i bazę danych Grega, w której mogłam je odszukać. Dzień nie okazał się do końca zmarnowany.


Na klatce schodowej wiodącej do apartamentu Grega panowała zupełna ciemność. Betonowych schodów nie oświetlała ani jedna lampa. Kiedy weszłam do holu, zobaczyłam, dlaczego. Wszystkie żarówki eksplodowały. Czasami dochodziło do tego podczas przypływów mocy w miejscach, gdzie magia uderzała najmocniej. Magiczne latarnie fluorescencyjne zwykle nie reagowały na takie wahnięcia – funkcjonowały w oparciu o przekształcanie słabej magii unoszącej się w powietrzu na niebieskawe światło – ale te u Grega również zgasły. Pływy musiały być na tyle silne, że konwertery latarni przegrzały się i spaliły.

Poczułam się dziwnie w domu Grega. Nie chodziło o to, że działo się ze mną coś niedobrego – po prostu nie czułam się tutaj tak dobrze, jak przedtem, kiedy żył Greg. Niestety, nie miałam wyboru. Musiałam spędzić trochę czasu w tym cholernym mieście i potrzebowałam bazy wypadowej. Apartament mojego opiekuna idealnie się na nią nadawał. Zaklęcia ochronne uwzględniały moją obecność, a ponadto Greg miał zawsze duży zapas niezbędnych magowi ziół, sporą kolekcję ważnych książek oraz mnóstwo innych niezwykle użytecznych przedmiotów. Jedyną niedogodnością był fakt, że choć arsenał Grega został przyzwoicie zaopatrzony, to składał się głównie z broni przeznaczonej dla męskich, silnych ramion, podczas gdy ja wolałam mój miecz – Zabójcę. Buzdygany i młoty wymagały naprawdę sporej siły. Co prawda byłam silna jak na kobietę, ale nie miałam złudzeń. W konfrontacji z umięśnionym mężczyzną mojego wzrostu, który przeszedł podobne do mojego szkolenie, nie miałabym żadnych szans, po prostu zrobiłby ze mnie utłuczony pulpet. No, ale prawdę powiedziawszy – i na całe szczęście! – nigdy nie spotkałam mężczyzny równie dobrze wyszkolonego jak ja.

Weszłam do środka po ciemnych schodach, marząc o czymś do zjedzenia i o prysznicu. Jutro będę musiała zrobić sobie powrotną wycieczkę do domu, żeby przywieźć kilka niezbędnych rzeczy i sprowadzić Betsi, na wypadek gdyby nastąpił odpływ magii, co z całą pewnością mogło się zdarzyć.

Zaklęcie strzegące drzwi apartamentu ustąpiło pod dotykiem mojej dłoni i pozwoliło mi wejść do środka, zachęcając pulsującym, błękitnym światłem. Zaraz po przestąpieniu progu zdjęłam z nóg przepocone buty i jednym kopnięciem odrzuciłam je w kąt przedpokoju. Potem weszłam do kuchni. Nie mogłam zapomnieć o Zabójcy. Zaletą posiadania magicznej broni było to, że w zetknięciu z jej ostrzem ciało nieumarłego po prostu się topiło; wadą, że należało nakarmić ją w ten sposób przynajmniej raz w miesiącu, inaczej stawała się krucha i łamliwa.

Wyciągnęłam spod jednej z szafek długą na półtora metra wannę i znalazłam torbę z „karmą” dla Zabójcy, którą na wszelki wypadek przechowywałam w apartamencie Grega. Szarawobrązowy proszek przypominał gruboziarnistą mąkę pszenną. Większą część tej mieszaniny stanowiła rzeczywiście mąka pszenna, ale znajdowały się w niej też opiłki metali: miedzi, żelaza i srebra oraz zmielone muszle, które pomagały oczyścić broń z kurzu, podobnie jak starte na proszek kości i kreda.

Napełniłam zbiornik wodą, dodałam do niej filiżankę „karmy” i mieszałam miksturę długą drewnianą łyżką, aż do momentu kiedy stała się jednorodnym roztworem, a na dnie naczynia nie pozostał żaden stały składnik. Zrobione, powiedziałam do siebie, zanurzyłam miecz w przygotowanym roztworze i umyłam ręce.

Zauważyłam, że sekretarka telefoniczna mruga malutkim rubinowym światełkiem. Pomyślałam, że urządzenie nie powinno działać, skoro przypływ magii poczynił w tym domu takie spustoszenia. No cóż, wyglądało na to, że magia lubiła płatać figle – czasami telefony działały, a czasem nie.

Usiadłam wygodnie w fotelu i nacisnęłam klawisz odsłuchiwania wiadomości.

– Kate... to ja – rozpoznałam zatroskany głos Anny i natychmiast usiadłam prosto. Była spokojna, ale przepełniona smutkiem. Pomyślałam, że to z powodu śmierci Grega. Co prawda rozwiodła się z nim dziesięć lat temu, ale chyba nadal do niego coś czuła...

Sekretarka powtarzała jej słowa:

– Słuchaj mnie bardzo uważnie, dopóki pamiętam, co chcę ci powiedzieć.

Zmęczenie w głosie Anny podpowiedziało mi, że właśnie miała wizję. To, że jestem w mieszkaniu Grega, było dla niej tak oczywiste, że nawet nie próbowała tłumaczyć, dlaczego dzwoni właśnie tu. Swoją drogą, bycie jasnowidzem czasami miało swoje plusy.

– Lasy – powiedziała. – Bardzo zielone. Bardzo zdrowe. Późna wiosna albo wczesne lato. W powietrzu unosi się przyjemna wilgoć. Pod drzewami stoją wysokie drewniane bożki. Są bardzo stare. Czas wygładził ich krawędzie. Drewniane bożki poruszają się i zmieniają kształty. Jeden wygląda jak stary mężczyzna, a jednocześnie jak niedźwiedź z rogami. Trzyma coś w rękach... Być może spodek z wodą. Drugi stary mężczyzna stoi na rybie; sądzę, że trzyma w dłoniach ster. To mężczyzna o trzech twarzach. Ma przymknięte oczy, okrywa go mrok – nie potrafię dostrzec go wyraźnie. Jego pierwsze imię brzmi Veles, trzecie Triglav... Ze słowiańskiego panteonu. Muszę poznać drugie imię... Stoi przed nimi mężczyzna otoczony gromadką swoich dzieci. One są bardzo inne. Nie wiem, kim są, nigdzie nie pasują. Nie są ani ludźmi, ani zwierzętami, nie są ani żywe, ani martwe. Za mężczyzną stoją jego słudzy. Mają zapach nieumarłych. – Anna wzięła głęboki oddech. – Ten człowiek się masturbuje. Po jego prawej stronie coś pojawia się i znika, być może dziecko. Ty siedzisz na trawie po lewej, ze skrzyżowanymi nogami, ogryzasz jakieś zwłoki.

 

No pięknie, wszystko, co dziś zjadłam, uniosło się w stronę mojego gardła, usiłując opuścić mój organizm.

– Wiem, że Greg nie żyje – powiedziała Anna. – Wiem też, że szukasz jego mordercy, ale musisz to zostawić, odpuścić. Kate, wiem, że zlekceważysz moje ostrzeżenie, ale musiałam to zrobić. Musiałam cię ostrzec. Proszę, zostaw to. Odkrycie prawdy nie przyniesie ci nic dobrego. Nikomu nie przyniesie...

1 marakihan – mityczny duży morski stwór z głową człowieka i ciałem ryby, występujący u wybrzeży Nowej Zelandii; swym długim wężowatym językiem wciąga pod wodę kanoe i małe łodzie, a potem je pożera (przyp. tłum.).

2 loup (loup-garou, loogaroo) – potwór zdolny zmieniać kształt z człowieka w wilka i na odwrót (wilkołak, człowiek wilk); wg wierzeń voodoo na Haiti loup-garou to czarnoksiężnik, który przybiera postać ducha moskita i wysysa życie z dzieci (przyp. tłum.)