Magia kąsaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Moje rozmyślania o Zakonie przerwało wejście do poczekalni wysokiego mężczyzny. Smród, jaki roztaczał wokół siebie, wyczułam zanim go zobaczyłam – osłabiająco intensywny i długo utrzymujący się w powietrzu odór gnijących śmieci. Mężczyzna nosił obszerny brązowy trencz, przyozdobiony atramentowymi i tłustymi plamami oraz usmarowany taką ilością różnorodnych pozostałości z jedzenia i innych śmieci, że wyglądał jak młody Józef w swej wielobarwnej szacie. Rozpięty trencz odsłaniał równie odrażającą koszulę: niebiesko-czerwoną w zieloną szkocką kratę, a brudne spodnie w kolorze khaki trzymały się na ognistopomarańczowych szelkach. Całości dopełniały stalowoszare spadochroniarskie buty, skórzane rękawiczki z poobcinanymi palcami i filcowy kapelusz w przestarzałym fasonie, zatłuszczony i zabrudzony tak niemiłosiernie, że przechodziło to wprost ludzkie pojęcie.

Mężczyzna spostrzegł mnie i uchylił kapelusza, ujmując brzeg palcami w taki sposób, jak palacze trzymają papierosa. Ten gest dał mi możliwość przelotnego spojrzenia na twarz faceta – surową i okoloną trzydniowym zarostem. Dostrzegłam też jego oczy – jasne, bystre i zimne. W zasadzie w spojrzeniu nie było niczego groźnego, ale coś, co czaiło się gdzieś w głębi tych oczu, sprawiało, że miałam ochotę unieść ręce i powoli wycofać się z poczekalni, a potem szybko uciec, by ocalić życie.

– Proszę paaani – zwrócił się do mnie nieśmiało.

Do diabła, ale jestem idiotką, przecież to on się mnie boi. Uśmiechnęłam się do mężczyzny:

– Dzień dobry – pozdrowiłam go. Lecz moje pozdrowienie zabrzmiało bardziej jak coś w rodzaju „miiiły piesek”. Przeszło mi przez myśl, że musiałabym przeciskać się obok niego, by dostać się do drzwi.

Na szczęście w tym właśnie momencie przyszła do poczekalni recepcjonistka ze zbawienną informacją:

– Możesz już wejść do Mistrza, moja droga.

Mężczyzna usunął się nieco w bok, czyniąc nieznaczny ukłon głową. Mogłam dość swobodnie przejść obok niego, choć i tak rękawem kurtki dotknęłam jego trencza. W ten sposób przeniosłam na siebie prawdopodobnie taką ilość bakterii, że wystarczyłaby do przeprowadzenia ataku biologicznego na małą armię, nie pokazałam jednak nic po sobie i nie odskoczyłam z obrzydzeniem.

– Miło było cię poznać – szepnął, gdy go mijałam.

– Ciebie również – odpowiedziałam szybko i równie błyskawicznie znikłam za drzwiami gabinetu Mistrza Zakonu.

Znalazłam się w dużym pomieszczeniu, co najmniej dwa razy większym niż biura, które do tej pory widziałam. Okna gabinetu zakrywały story w kolorze burgunda, udrapowane w taki sposób, by wewnątrz panował przyjemny półmrok. Niewątpliwie centralne miejsce w gabinecie zajmowało masywne biurko z politurowanego wiśniowego drewna. Nie dało się również nie zauważyć dużej ilości tekturowych pudeł, ciężkiego drewnianego przycisku do papieru, ozdobionego odznaką strażnika Teksasu, i pary brązowych kowbojskich butów. Nogi w butach należały do dość grubego, przygarbionego człowieka, który, siedząc rozparty w ogromnym, czarnym, skórzanym fotelu, słuchał kogoś, z kim rozmawiał przez telefon. Tym człowiekiem za biurkiem był właśnie Mistrz Zakonu.

Wygląd Mistrza świadczył, że kiedyś musiał mieć niezłą muskulaturę, choć dziś jego mięśnie pokryły się tym, co mój ojciec nazywał „zbędnym tłuszczykiem”. Wydawało się jednak, że pomimo nadwagi i sporego brzuszka nadal jest bardzo silnym mężczyzną i potrafi poruszać się z dużą szybkością, kiedy tylko zechce. Nosił dżinsy i granatową koszulę z frędzlami. Swoją drogą, nie wiedziałam, że jeszcze w ogóle produkowano takie koszule, to znaczy takie, w których Zachód przegrał, czy łagodniej mówiąc: ogłosił podległość. To ubranie sprawiało, że wyglądał jak legenda muzyki country, Gene Autry wybierający się na imprezę.

Mistrz patrzył na mnie. Miał szeroką twarz z masywną kwadratową szczęką, przenikliwe niebieskie oczy ukryte pod krzaczastymi brwiami i zniekształcony nos, prawdopodobnie z powodu wielokrotnych złamań. Włosy lub, co bardziej prawdopodobne, łysinę zakrywał kapelusz, ale byłam gotowa iść o zakład, że jeśli znajdują się tam jakieś resztki włosów, to z pewnością są szare i krótkie.

Wskazał mi ręką jedno z małych, czerwonych krzeseł stojących przed biurkiem. Usiadłam i przyjrzałam się tekturowemu pudełku na blacie, stwierdzając ze zdziwieniem, że zawiera ono na wpół zjedzony pączek z galaretką.

Ponieważ zauważyłam, że mój potencjalny rozmówca nie zamierza na razie odłożyć słuchawki, zaczęłam rozglądać się po gabinecie. Duża biblioteczka wykonana tak jak biurko z wiśniowego drewna, duża drewniana mapa Teksasu ozdobiona kawałkami drutu kolczastego, złote tabliczki umieszczone na każdym z mebli zawierające nazwę producenta i rok produkcji, krótko mówiąc: szyk, funkcjonalność i nutka snobizmu w jednym.

Moje oględziny zostały przerwane. Mistrz zakończył rozmowę telefoniczną i bez słowa usprawiedliwienia zwrócił się do mnie:

– Podobno masz dla mnie jakieś papiery, teraz możesz mi je pokazać.

Wręczyłam mu identyfikator najemnika i pół tuzina rekomendacji. Przerzucając je szybko, z delikatną kpiną w głosie zapytał:

– Woda i kanał ściekowy, tak?

– Owszem.

– Trzeba być albo bardzo twardym, albo bardzo głupim, by schodzić do kanałów akurat teraz. Więc... do której grupy ty należysz? – spytał.

– Na pewno nie do głupich – odparłam spokojnie. – Ale jeśli powiem, że do odważnych, pomyślisz, że jestem zarozumiała, więc pozwól, że w odpowiedzi będę się tylko tajemniczo uśmiechać. – Mówiąc to, posłałam mu jeden z moich najpiękniejszych uśmiechów. Niestety, Mistrz na jego widok nie upadł do mych stóp, nie obiecał mi też gwiazdki z nieba. Chyba się starzeję! Przyglądał się za to z uwagą podpisowi na jednej z rekomendacji, po czym spytał:

– Mike Tellez. Pracowałem z nim kiedyś. Wykonujesz dla niego jakieś stałe zlecenia?

– Mniej więcej – odparłam.

– O co chodziło tym razem?

– Miał problem z pewną ilością sprzętu, który znikał gdzieś pod wodą. Ktoś powiedział mu, że to może być sprawka młodego marakihana[1].

– Przecież marakihany to stworzenia morskie – wtrącił. – Umierają w słodkiej wodzie.

No proszę, zezłościłam się, prostak z nadwagą zajadający się lukrowanymi pączkami z galaretką, noszący koszulę z frędzlami i identyfikujący tajemnicze magiczne stwory bez chwili namysłu. Mistrz Zakonu? Raczej mistrz nadzwyczajnego kamuflażu.

– Odkryłaś, na czym polegał problem Mike’a? – zapytał.

– Owszem. Miał robaka impala – odparłam beznamiętnym tonem, obserwując jego reakcję.

Rozczarowałam się. Nawet jeśli to, co usłyszał, zrobiło na nim wrażenie, nie dał nic po sobie poznać. Jakby w odwecie zapytał:

– A ty go zabiłaś?

Uśmiechnęłam się do siebie. Chyba usiłował być zabawny, więc podjęłam grę:

– Ależ skąd, ja tylko uzmysłowiłam mu, że nie jest mile widziany.

W tym samym momencie tamto zdarzenie stanęło mi znów przed oczami. Poczułam, jak przedzieram się ciemnym kanałem wypełnionym płynnymi ekskrementami i brudami rozpuszczonymi w wodzie, która sięga mi do bioder. Lewą nogę rozsadza niesamowity ból, zmagam się z nim i usiłuję ciągnąć ją za sobą. Z każdym przepełnionym bólem krokiem oddalam się od ogromnego, bladego ciała robaka, którego krew spływa ciemnymi strugami do ścieku. Śliska, zielona plama krwi wiruje na powierzchni, a każda z jej komórek jest żywym organizmem mającym jeden cel – połączyć się ponownie, odrodzić. Nie ma znaczenia, który to raz, nie ma znaczenia, ile kilometrów dzieli poszczególne komórki, regeneracja zawsze przebiega tak samo – zawsze odradza się ten sam osobnik, robak impala. Jest przerażający i niezniszczalny, i... może regenerować się bez końca.

Z pułapki przykrych wspomnień wyrwał mnie odgłos odkładanych na biurko papierów. Spojrzałam na Mistrza, najwyraźniej skończył przeglądanie moich dokumentów i chciał porozmawiać poważnie. Zaczął bez ogródek:

– A zatem, czego chcesz?

– Prowadzę śledztwo w sprawie śmierci Grega Feldmana.

– Z czyjego polecenia?

– Robię to na własną rękę.

– Rozumiem. – Mistrz oparł się wygodnie i zadał kolejne pytanie: – Dlaczego?

Tym razem odpowiedź nie była taka prosta, uznałam więc, że na początek wystarczy oficjalna formułka:

– Z powodów osobistych.

– Ach, zatem znałaś go osobiście? – spytał niby obojętnie, ale nie potrafił ukryć, że pojmuje tę kwestię dwuznacznie. Poczułam satysfakcję, że za chwilę go rozczaruję.

– Ależ tak, jak najbardziej. – Znaczący uśmieszek na ustach Mistrza stawał się coraz wyraźniejszy. – Przyjaźnił się z moim ojcem.

Uśmieszek zniknął, a zakłopotanie Mistrza miało pokryć następne pytanie:

– No tak... – Tu nastąpiła pauza. – A czy twój ojciec mógłby to potwierdzić?

– Niestety, nie żyje – odparłam, kontynuując odwet.

– Bardzo mi przykro. – Mistrz usiłował wybrnąć z sytuacji z twarzą.

– Niepotrzebnie – rzuciłam lekko. – Przecież wcale go nie znałeś.

Masz za swoje, pomyślałam, ale najwyraźniej nie doceniłam przeciwnika.

– W takim razie może masz coś, co mogłoby potwierdzić twoją znajomość z Gregiem Feldmanem?

Odpowiedź na to pytanie mogła być dziecinnie prosta, a na dodatek kompromitująca dla Mistrza, który przymykał oko na protekcje. Na dobrą sprawę sam mógł sięgnąć do dokumentów i zobaczyć, że to właśnie Greg przedłożył i poparł moją kandydaturę na członka Zakonu. Nie chciałam jednak odwoływać się do tamtych faktów, wybrałam inną drogę.

– Greg Feldman miał trzydzieści dziewięć lat. Wszyscy znali go jako człowieka, który bardzo cenił sobie życie prywatne, więc raczej nie pozwalał się publicznie fotografować. – Mówiąc to, podałam Mistrzowi mały prostokątny kartonik. – To jest nasze wspólne zdjęcie zrobione w dniu, kiedy ukończyłam szkołę i odebrałam dyplom. Zapewniam, że identyczne znajduje się w jego mieszkaniu, na trzeciej półce środkowej szafki jego biblioteczki.

 

– Widziałem je – potwierdził Mistrz.

No i bardzo dobrze, powiedziałam sobie w duchu, a potem wyciągnęłam rękę.

– Czy mogłabym prosić o zwrot?

Bez słowa podał mi fotografię i nagle, ni stąd, ni zowąd, rzucił:

– Wiesz, że Greg Feldman uwzględnił cię w testamencie?

– Nie wiedziałam – odparłam z trudem. Zaskoczył mnie kompletnie, czułam, że potrzebuję chwili, by poradzić sobie z emocjami, które mną targały, poczuciem winy i wdzięcznością. Facet nie dał mi jednak takiej szansy i kontynuował:

– Jeżeli chodzi o majątek w sensie finansowym, w całości zapisał go Zakonowi i Akademii. – Tu zawiesił głos, jakby czekając na moją reakcję na tę wiadomość. Do diabła, czy ten palant myślał, że zależy mi na pieniądzach Grega? – Wszystkie pozostałe rzeczy, to znaczy biblioteka, broń oraz przedmioty mocy są twoje.

Nie potrafiłam wydusić z siebie ani słowa.

– Zasięgnąłem o tobie języka w Gildii. – Mówił beznamiętnym tonem, lecz jego błękitne oczy zdawały się przewiercać mnie na wylot. – Usłyszałem, że jesteś zdolna, ale interesowna. Zapewniam, że Zakon jest przygotowany, by złożyć ci bardzo korzystną ofertę w kwestii tego majątku. Suma może być więcej niż zadowalająca.

Znieważył mnie i wiedzieliśmy o tym oboje. Pomyślałam, że powinnam mu powiedzieć, że tylko Teksańczyk mógł złożyć taką propozycję komuś, kto nie jest kowbojem z Oklahomy albo meksykańską dziwką, ale to i tak nie miałoby sensu. W końcu nikt raczej nie powinien nazywać Mistrza Zakonu skurwysynem w jego własnym biurze. Przełknęłam gorycz i odparłam ze sztucznym, uprzejmym uśmiechem:

– Nie, dziękuję, nie skorzystam.

– Jesteś pewna? – Nie poddawał się, mierząc mnie jednocześnie wzrokiem. – Wyglądasz jak ktoś, komu przydałoby się trochę pieniędzy. Zakon może ci dać o wiele więcej, niż jesteś w stanie zarobić, sprzedając rzeczy na aukcjach. Dobrze ci radzę, weź pieniądze i kup sobie choćby porządną parę butów.

Jego ostatnie słowa sprawiły, że zerknęłam na moje podniszczone trampki. No cóż, lubiłam je. W zasadzie przed przyjściem tutaj mogłam chociaż wyczyścić szmaciaki z plam krwi, które musiały rzucać się w oczy. Postanowiłam być złośliwa:

– Sądzisz, że powinnam kupić sobie takie jak twoje? – spytałam, patrząc na jego obuwie. – Kto wie, może dorzuciliby mi do nich podobną koszulę z frędzlami? A może nawet kowbojski pas?

Opłaciło się być złośliwą, Mistrz przestał patrzeć na mnie jak na głupią gęś i stwierdził:

– Masz cięty język.

– Kto, jaa? – udałam niewiniątko.

– Noo cóóż – mówił, przeciągając słowa – gadanie nic nie kosztuje. Powiedz lepiej, co naprawdę zamierzasz zrobić?

Oho, pomyślałam, zaczynamy wkraczać na cienki lód. Trzeba zachować ostrożność.

Oparłam się wygodnie, starając się pokazać, że nasza rozmowa zupełnie mnie nie stresuje i nadałam głosowi leniwy ton:

– Co rzeczywiście zamierzam zrobić, Mistrzu? No cóż... Nic, co mógłby pan uznać za groźbę z mojej strony ani też nic, czym mogłabym zrazić do siebie Mistrza Zakonu w jego własnym biurze, bez względu na to, jak długo i jak bardzo będzie mnie pan jeszcze obrażał. Sądzę, że takie zachowanie byłoby nie tylko głupie, ale też zbyt ryzykowne dla mojego zdrowia. Przyszłam tu jedynie po informacje. Nie chcę nic więcej, tylko dowiedzieć się, nad czym pracował Greg, kiedy zginął.

Po mojej przemowie nastąpiła chwila ciszy, podczas której mierzyliśmy się wzrokiem niczym rywale na ringu bokserskim. W końcu Mistrz, wciągnąwszy ze świstem powietrze przez nos, powiedział:

– Masz jakieś pojęcie o pracy śledczego?

– Jasne. – Nie mogłam się oprzeć: – Nękasz ludzi zamieszanych w sprawę dotąd, aż gość, który ma coś na sumieniu, nie spróbuje się ciebie pozbyć.

Mistrz wykrzywił usta w grymasie niezadowolenia, ale nie podjął gry:

– Wiesz, że Zakon prowadzi śledztwo w sprawie śmierci Grega?

To pytanie zabrzmiało tak, jakby chciał powiedzieć: Dziewczyno, nawet nie zdajesz sobie sprawy, w co się mieszasz, lepiej stąd zmykaj i pozwól zająć się sprawą ludziom, którzy się na tym znają. O, niedoczekanie.

– Greg Feldman był moją jedyną rodziną. Bez względu na wszystko, znajdę kogoś lub coś, co go zabiło.

– Rozumiem. – Mistrz miał wyraz twarzy jakby naprawdę mnie rozumiał. – A zastanawiałaś się, co będzie potem?

– Tak – odpowiedziałam bez wahania. – Spalę ten most, kiedy go przejdę.

Mistrz zacisnął palce w pięść:

– Cokolwiek zabiło rycerza-wróżbitę, musi dysponować mocą.

– Wiem – odparłam. – Ale już niedługo.

Zamyślił się na chwilę nad tym, co powiedziałam, a potem rzekł:

– Tak się składa, że mam dla ciebie robotę.

Tego się nie spodziewałam:

– Dlaczego akurat dla mnie?

W odpowiedzi Mistrz uśmiechnął się tajemniczo. Z tym uśmiechem przypominał misia grizzly obudzonego w środku zimy.

– Mam swoje powody. Oto, co mogę dla ciebie zrobić. Dostaniesz znaczek WP, czyli Wzajemnej Pomocy, przyklejony na twoim identyfikatorze, powinien pomóc ci otworzyć parę drzwi. Poza tym możesz używać biura Grega i przejrzeć w nim dostępne dokumenty.

Dostępne dokumenty, a zatem te, które mogą mi pokazać. Oznaczało to jednak, że poznam sprawy, nad którymi pracował Greg, co prawda tylko suche fakty i żadnych albo niewiele wniosków, ale to zawsze coś. Być może na ich podstawie będę mogła odtworzyć ostatnie poczynania Grega. No cóż, musiałam przyznać uczciwie, że otrzymałam więcej, niż mogłam się spodziewać.

– Dziękuję – powiedziałam szczerze.

– Oczywiście dokumenty nie mogą opuścić tego budynku – zastrzegł Mistrz. – Nie ma też mowy o żadnych kopiach czy przepisanych fragmentach. Kiedy skończysz, złożysz mi pełne sprawozdanie. Mnie i tylko mnie. Rozumiesz?

– Jestem zobowiązana ujawniać posiadane informacje Gildii – odparłam.

Zlekceważył to, rzucając tylko:

– Nie przejmuj się tym.

O, a odkąd to? Rycerz-opiekun robił dla mnie znacznie więcej, niż powinien zrobić dla bezwartościowego najemnika. Dlaczego? Właściwie ludzie, którzy robili mi jakąś przysługę zawsze mnie denerwowali. Z drugiej jednak strony, darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, nawet jeżeli darczyńcą jest Teksańczyk z nadwagą, w koszuli z frędzlami.

– Oficjalnie nic cię ze mną nie łączy – dodał jeszcze. – Sama wiesz, że nie jesteś tu mile widziana.

– Zrozumiałam – przytaknęłam.

– Dobrze, w takim razie dogadaliśmy się.

To był koniec rozmowy. Kiedy wyszłam z gabinetu, recepcjonistka przywołała mnie gestem ręki i poprosiła o mój identyfikator. Podałam go jej i patrzyłam, jak przykleja mały metalowy znaczek Wzajemnej Pomocy, coś w rodzaju przepustki dla osób, które Zakon otacza szczególną opieką. Uśmiechnęłam się pod nosem. Coś takiego dla mnie – zwykłego najemnika, no, no. Faktycznie, niektóre drzwi staną przede mną otworem, niestety – znacznie więcej zatrzaśnie mi się przed nosem. No dobra.

– Nie przejmuj się Tedem – powiedziała recepcjonistka, mając na myśli Mistrza i oddając mi identyfikator. – Czasami bywa nieuprzejmy. A tak w ogóle, jestem Maxine.

– Kate – odwzajemniłam się, podając jej rękę. – Czy zechciałabyś wskazać mi drogę do biura zmarłego rycerza-wróżbity?

– Z przyjemnością. To ostatni gabinet na prawo.

– Dziękuję.

Maxine uśmiechnęła się w odpowiedzi i wróciła do przerwanej pracy.

Dotarłam do pokoju Grega i stanęłam w drzwiach. Biuro nie było zbyt okazałe. Przez jedyne kwadratowe okno wpadało tu trochę dziennego światła. Zniszczona podłoga, wąskie biurko, dwa stare krzesła. Przy lewej ścianie, na całej jej długości ciągnęły się półki na książki, niebezpiecznie wygięte pod ciężarem poustawianych na nich, jeden obok drugiego, tomów. Pod ścianą naprzeciw stały cztery metalowe regały na dokumenty, tak wysokie jak ja. Stosy akt i papierów leżały również w rogach pomieszczenia na podłodze, na krzesłach, a biurko było nimi po prostu zawalone.

Ktoś musiał szperać w papierach Grega i zrobił to bardzo umiejętnie. Co prawda biuro nie wyglądało, jakby zostało przeszukane, ale ten ogólny nieład wskazywał, że ktoś dokładnie przejrzał każdy dokument, a potem nie potrafił go odłożyć na właściwe miejsce, więc po prostu odkładał tam, gdzie znalazło się akurat trochę wolnej przestrzeni. A przecież wszystkie te dokumenty stanowiły prywatną własność Grega. Poczułam złość na myśl, że po jego śmierci ktoś dotykał jego rzeczy, czytał jego przemyślenia. To nie było w porządku.

Przestąpiłam próg i poczułam, jak za mną zamyka się zaklęcie ochronne. Na drewnianej podłodze bladym pomarańczowym światłem zapłonęły tajemnicze symbole, tworząc skomplikowany wzór. Symbole łączyły długie, kręte linie, które krzyżowały się ze sobą, tworząc siatkę, i wiły na powierzchni całej podłogi. Miejsca ich przecięć jarzyły się promieniście czerwonymi punktami. Domyśliłam się, co to znaczy. Greg nałożył na pomieszczenie zaklęcie własnej krwi, co więcej, uwzględnił w tym zaklęciu moją obecność, bo w przeciwnym razie nie mogłabym go w ogóle zobaczyć. Oznaczało to również, że gdybym użyła w gabinecie magii, nikt po tamtej stronie drzwi nigdy by się o tym nie dowiedział. Zaklęcie było tak silne, że zabrałoby tygodnie, żeby ktoś je wykrył. Sądząc po intensywności koloru świetlnych linii, magia tego pokoju zdolna była wchłonąć wszystko. Dlaczego Greg to zrobił? Dlaczego aż tak bardzo się postarał?

Przeszłam pomiędzy stosami akt i podeszłam do biblioteczki. Znalazłam tu stare wydanie „Almanachu mistycznych stworzeń” i jeszcze starsze „Księgi zaklęć”, Biblię, piękne wydanie Koranu oprawione w skórę grawerowaną złotymi literami i cienki egzemplarz „Faerie Queene” Edmunda Spensera.

Teraz postanowiłam sprawdzić metalowe szafki. Tak jak przypuszczałam – puste. Półki były oznaczone jakimś specjalnym, wymyślonym przez Grega kodem, którego nie mogłam odszyfrować. Zresztą, to nie miało znaczenia.

Dwie godziny później uporałam się ze wszystkimi papierami z podłogi i krzeseł. Właśnie miałam się zabrać za akta na biurku, kiedy w ręce wpadła mi duża szara koperta. Leżała na samej górze jednego ze stosów na biurku, a litery wypisane na niej przez Grega czarnym markerem układały się w moje nazwisko.

Zdjęłam z biurka część dokumentów, by zrobić trochę miejsca, przyciągnęłam sobie krzesło, a następnie wysypałam zawartość koperty na blat. Znalazłam tam dwie fotografie i list. Na pierwszej fotografii stały obok siebie dwie pary. W jednym z mężczyzn rozpoznałam mojego ojca, niezdarnego, rudowłosego mężczyznę o rozpostartych szeroko, ogromnych ramionach, z których jedno otaczało kobietę, najprawdopodobniej moją matkę. Niektóre dzieci przechowują w pamięci wspomnienia po zmarłych rodzicach: barwę głosu, zapach, jakiś wizerunek. Ja nie mogłam sobie nic takiego przypomnieć, jakby moja matka nigdy nie istniała. Mój ojciec nie miał żadnych jej zdjęć – widocznie przechowywanie ich uznał za zbyt bolesne – a zatem wiedziałam o niej tyle, ile sam mi powiedział. Mówił, że była piękna i miała długie blond włosy. Wpatrywałam się w kobietę na zdjęciu – niewysoką i szczupłą. Rysy twarzy podkreślały tylko tę filigranowość. Delikatne, ale wyraziste, sugerowały, że choć drobna, to na pewno nie jest krucha ani słaba. Przeciwnie, na zdjęciu stała w naturalnej pozie, pewna siebie, pociągająca i kusicielska, i doskonale zdająca sobie sprawę ze swego uroku. Naprawdę była piękna.

Zarówno ojciec, jak i Greg mówili mi, że jestem do niej podobna, ale mimo że wpatrywałam się w zdjęcie już dość długo i bardzo dokładnie, nie mogłam dostrzec żadnego podobieństwa. Rysy miałam ostrzejsze, a usta szersze i większe. Odziedziczyłam co prawda po mamie kolor oczu – ciemnobrązowy, ale moje, znacznie węższe, przypominały kształtem nieco spłaszczony migdał. Miałam też ciemniejszą cerę. Gdybym odpowiednio umalowała oczy, mogłabym z powodzeniem uchodzić za Cygankę.

Poza tymi wszystkimi różnicami było jeszcze coś bardzo istotnego. Z twarzy mojej mamy emanowała kobieca łagodność, z mojej nie, no, przynajmniej jeśli się je porównywało. Ponadto wszystkie moje kobiece krągłości dawno zmieniły się w muskuły i zapewne, gdybyśmy stanęły z mamą obok siebie w pokoju pełnym ludzi, na mnie nikt by nawet nie spojrzał. A gdyby ktoś jednak zatrzymał się, żeby ze mną porozmawiać, to wystarczyłby jeden uśmiech mamy, a on natychmiast zapomniałby o mnie, oczarowany jej urokiem.

 

Piękna... To za mało powiedziane, tato.

Z drugiej strony, gdyby ci sami ludzie mieli wybrać jedną z nas w celu kopnięcia w rzepkę, to bez wątpienia wybraliby mnie, miałam to jak w banku.

Obok mojego ojca i mamy stał Greg z piękną Azjatką u boku. Anna była jego pierwszą żoną. W przeciwieństwie do moich rodziców, Greg i Anna nie obejmowali się. Dzielił ich ledwie dostrzegalny dystans, jakby się obawiali, że ich silne indywidualności zaczną iskrzyć, jeśli zbliżą się do siebie. Oczy Grega miały zasmucony wyraz.

Odłożyłam fotografię na biurko. Nie chciałam już na nią patrzeć. Na drugiej rozpoznałam siebie w wieku dziewięciu czy dziesięciu lat. Ktoś, kto robił zdjęcie, uchwycił moment, gdy skaczę do jeziora z gałęzi ogromnej topoli, ale nie wiedziałam, kto i kiedy je zrobił.

Zaczęłam czytać list, kilka krótkich zdań na białym skrawku papieru – fragment wiersza Spensera:

Pewnego dnia napisałem jej imię na brzegu morza,

ale przyszła fala i je zmyła.

Jeszcze raz napisałem je drugą ręką,

ale nadszedł przypływ i uczynił mój ból swoją zdobyczą.

Poniżej widniały tylko cztery słowa napisane... krwią Grega.

Amehe

Tervan

Senehe

Ud

Kiedy je przeczytałam, zapłonęły czerwonym ogniem. Schwycił mnie potężny skurcz. Nie mogłam oddychać, a cały pokój stanął jakby za mgłą. W tej mgle bicie mojego własnego serca brzmiało niczym uderzenia dzwonu na wieży. Wokół mnie wirowała magiczna energia, chwytając w plątaninę śliskich, elastycznych prądów mocy. Wyrwałam się na zewnątrz i złapałam je, a one niosły gdzieś dalej i dalej, do świata światła i dźwięku. Światło przeniknęło mnie i eksplodowało w głębi mojego umysłu, wysyłając przez skórę niezliczoną ilość świetlistych iskier. Krew w żyłach wrzała jak stopiony metal.

Czułam, że się zagubiłam. Że zaginęłam w czymś w rodzaju trąby powietrznej ze światła. Otworzyłam usta i usiłowałam wykrzyczeć słowo zaklęcia, ale nie potrafiłam, nie mogłam. Wydawało mi się, że umieram i nagle coś się we mnie przełamało, wypowiedziałam je, wkładając całą swoją moc w jeden słaby dźwięk.

Hesaad. Do mnie.

Świat wokół przestał wirować. Przed oczami miałam cztery wyrazy, które napisał Greg. Musiałam wyrzec je jeszcze raz. Panując nad własną mocą, mogłam sprawić, że zawarta w nich energia będzie mi posłuszna, a słowa staną się moje.

Amehe. Tervan. Senehe. Ud.

Strumień mocy stawał się oraz słabszy, odpływał. Wpatrywałam się w pustą kartkę papieru. Zaklęcia znikły, na kartce pozostała tylko niewielka szkarłatna kropla. Dotknęłam jej i poczułam delikatną iskierkę magii. To była moja krew. Krwawiłam z nosa.

Wyjęłam z kieszeni chusteczkę, przycisnęłam ją mocno i odchyliłam głowę w tył. Pomogło. Spojrzałam na zegarek, wskazywał dwunastą siedemnaście, a więc to, co wydawało mi się chwilą, trwało prawie półtorej godziny.

Myślałam o tym, co się stało, o czterech słowach mocy: Bądź posłuszny. Zabij. Ochraniaj. Giń. Słowach tak pierwotnych, tak niebezpiecznych i potężnych, że pozwalały czerpać moc z najpradawniejszych i najbardziej nieokiełznanych źródeł magii. Nikt nie miał pojęcia, jak dużo było takich słów tam, skąd przeniknęły do naszego świata te cztery. Nikt nie wiedział też, dlaczego miały tak ogromną władzę nad magią. Nawet ludzie, którzy sami nigdy nie używali magii, rozpoznawali znaczenie tych zaklęć i podlegali ich władzy, jak gdyby stanowiły część zbiorowej, ponadczasowej pamięci rodu ludzkiego.

Ale słów mocy nie wystarczało poznać; trzeba było nad nimi zapanować. Każdy, kto usiłował to zrobić, miał tylko jedną szansę. Jeśli jej nie wykorzystał – ginął. To wyjaśniało, dlaczego tak niewiele osób obdarzonych magicznymi zdolnościami posiadało ich moc. Jeżeli jednak przeszedł próbę, należały do niego już na zawsze. Ale zawładnięcie mocą słów stanowiło zaledwie początek drogi, potem należało nauczyć się kontrolować to, co za sobą kryły – pierwotną magię. Nie każdy też mógł posługiwać się nimi, ponieważ wymagały zaangażowania tak wielkiej ilości własnej energii, że nawet bardzo potężni magowie, używając ich, narażali się na skrajne wyczerpanie. Przypomniałam sobie również, jak ojciec i Greg ostrzegali mnie, że moc przywołana przez słowa może odmówić posłuszeństwa, lecz jak do tej pory nie miałam okazji tego sprawdzić, bo jeszcze nigdy przeciw nikomu ich nie użyłam. Zgodnie z tym, co radzili, traktowałam moc słów jak ostatnią deskę ratunku, gdyby wszystko inne zawiodło.

Teraz miałam moc sześciu słów. Czterech, które otrzymałam w darze od Grega, i dwóch, których dawno temu nauczył mnie ojciec: Mine – „Do mnie” i Dair – „Uwalniam cię”. Kiedy w wieku dwunastu lat przejmowałam nad nimi kontrolę, o mało nie umarłam. Tym razem poszło mi znacznie łatwiej, nawet zbyt łatwo. No chyba że moc krwi z wiekiem staje się coraz silniejsza. Boże, jak bardzo chciałabym zapytać o to Grega.

Spojrzałam na podłogę. Pomarańczowe linie ochronnego pola stały się mniej wyraźne niż przedtem. W zasadzie z trudem wyróżniałam je na tle posadzki. Wchłonęły w siebie wszystko, co zdołały.

Magiczne słowa krzyczały w mojej głowie, miotając się, jakby usiłowały znaleźć tam dla siebie miejsce. To był ostatni z darów Grega, najcenniejszy ze wszystkich, jakie kiedykolwiek od niego dostałam.

Stopniowo zaczęło docierać do mojej świadomości, że ktoś mnie obserwuje. Podniosłam wzrok i zobaczyłam w drzwiach szczupłego mężczyznę. Przypomniałam sobie: to ten człowiek uśmiechnął się do mnie, gdy przed trzema godzinami przechodziłam obok jego biura.

– Wszystko w porządku? – spytał.

– Zwiedzałam sobie gabinet – wymamrotałam, dostrzegając kątem oka, że z nosa nadal wystaje mi kawałek zakrwawionej chusteczki. – A to, to nic takiego. Nic mi nie jest.

Mężczyzna jednak nadal przyglądał mi się z uwagą.

– Jesteś pewna?

– Oczywiście. – Spróbowałam się nawet uśmiechnąć, powtarzając jednocześnie w myślach: No dobra, niech ci będzie, jestem niekompetentnym debilem, tylko już sobie idź.

– Przyniosłem ci akta sprawy, nad którą Greg ostatnio pracował – wyjaśnił, nie czyniąc jednak najmniejszego ruchu, by do mnie podejść. Cwaniaczek, pomyślałam, ale dobrze kombinuje. Pewnie uznał, że jeśli ja wpadłam w zastawioną przez Grega magiczną pułapkę, to równie dobrze i jemu może się to przydarzyć. – Przepraszam, że przynoszę je dopiero teraz, ale miał je jeden z rycerzy.

Podeszłam do mężczyzny i wzięłam od niego dokumenty.

– Dzięki – rzuciłam.

– Nie ma sprawy – odparł, a potem odwrócił się i nareszcie zostawił mnie samą.

Zaczęłam gorączkowo szukać w biurku Grega lusterka. Wiedziałam, że każdy szanujący się mag musiał je mieć pod ręką. Było niezbędne do wielu zaklęć. To należące do Grega, prostokątne i zupełnie zwyczajne, miało drewnianą ramę i uchwyt. Spojrzałam na swoje odbicie i omal nie wypuściłam lusterka z rąk. Moje włosy świeciły, otaczała je poświata emitująca promienie w kolorze jasnego burgunda, które migotały – przygasały i rozbłyskiwały, gdy przesuwałam po nich dłonią. Wyglądało to tak, jakby każde pasemko pokrywała fluorescencyjna farba. Potrząsnęłam głową, ale poświata nie znikła. Warczenie ani strojenie głupich min również nie pomogły, nie miałam zielonego pojęcia, jak pozbyć się tego cholerstwa.

W końcu dałam za wygraną. Skoro nie mogłam nic zrobić ze świecącą głową, uznałam, że należy to przeczekać. Schowałam się zatem w najciemniejszym kącie pomieszczenia, żeby nawet ktoś, kto stanąłby w drzwiach nie mógł mnie zobaczyć, i zaczęłam przeglądać przyniesione przez szczupłego mężczyznę dokumenty. Czułam, że zmuszam się do tego. Kiedy poprzednim razem wchłonęłam w siebie słowa, byłam krańcowo wyczerpana, dziś czułam się pełna energii, rozpierała mnie magiczna moc, nad którą z trudem panowałam. Chciałam działać, skakać, biec gdzieś, zrobić coś. Niestety, zamiast tego musiałam siedzieć w tym głupim kącie i skoncentrować się na przeglądaniu akt.

Zawierały raport koronera, streszczenie policyjnego sprawozdania, jakieś krótkie notatki i kilka fotografii z miejsca zbrodni. Na jednej z nich widać było rozciągnięte na asfalcie dwa martwe ciała. Jedno nagie, blade i sine, drugie zakrwawione i pokaleczone. Przyjrzałam się najpierw zbliżeniom tego zakrwawionego. Człowiek leżał na ziemi z rozpostartymi ramionami, w ubraniu przesiąkniętym krwią. Coś rozerwało mu klatkę piersiową, schwyciło mostek i wyrwało z piersi z niewyobrażalną siłą. Otwór, który powstał w ten sposób, wypełniała wilgotna, nieco połyskująca masa zmiażdżonego serca, której ciemny kolor odcinał się wyraźnie na tle gąbczastej resztki płuc i biało-żółtej plątaniny połamanych żeber. Prawe ramię, wykręcone w tył, zwisało jak cienki, wąski strzęp tkaniny.