Dziedzice ZiemiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

1  Okładka

2  O książce

3  Strona tytułowa

4  O autorze

5  Tego autora

6  Strona redakcyjna

7  Część pierwsza. Między morzem i ziemią 1 2 3 4 5 6 7 8 9

8  Część druga. Między lojalnością i zdradą 10 11 12 13 14 15 16

9  Część trzecia. Między zemstą i miłością 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27

10  Część czwarta. Między cierpieniem i sprawiedliwością 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37

11  Od autora

12  Postacie historyczne występujące w powieści

13  Przypisy

O książce

MIŁOŚĆ SILNIEJSZA NIŻ ZEMSTA

NADZIEJA JASNA JAK UŚMIECH MADONNY W BARCELOŃSKIM

KOŚCIELE MATKI BOSKIEJ MORSKIEJ

Ildefonso Falcones wraca do świata, który zachwycił miliony czytelników: średniowiecznej Barcelony. Hrabiowskiego Miasta, w którym z powodu walki o tron i schizmy w Kościele ścierają się wrogie stronnictwa, inkwizycja zbiera żniwo, żydzi stawiani są przed wyborem: chrzest albo śmierć, bogaci mieszczanie pomnażają swój majątek, a biedota jest złakniona rozrywki, im krwawszej, tym lepszej.

Rok 1387. Dwunastoletni Hugo Llor jest świadkiem bezprawnej egzekucji swojego mentora Arnaua Estanyola. Człowieka, który nauczył go tego, by przed nikim nie zginać karku. Co nie jest proste w świecie, w którym biedacy są skazani na łaskę i niełaskę możnych. Hugo szybko się przekonuje, że za każdą próbę walki o godność drogo się płaci i zyskuje równie potężnych, co okrutnych wrogów. Mimo to nie chce się przed nimi ukorzyć.

Chłopiec noszący w stoczni żelazną kulę za genueńskim niewolnikiem, dzierżawca winnicy, właściciel barcelońskiej karczmy, królewski dostawca win… Dużo jak na jednego człowieka. Krótkie wzloty i bolesne upadki, po których, wydawać by się mogło, nie sposób się podnieść. A jednak Hugo Llor za każdym razem wstaje i nie rezygnuje z walki o swoich najbliższych, z marzeń o własnej winnicy i z miłości.


ILDEFONSO FALCONES

Hiszpański pisarz mieszkający w Barcelonie, z zawodu adwokat. Jego debiut literacki z 2006 r., epicka powieść Katedra w Barcelonie, ukazał się w 40 krajach. Książka przez 13 miesięcy nieprzerwanie zajmowała pierwsze miejsce na hiszpańskich listach bestsellerów, a jej łączny nakład osiągnął 4 miliony egzemplarzy. Powieść otrzymała m.in. Euskadi de Plata, Nagrodę Fundación Jose Manuel i prestiżową włoską Nagrodę Giovanniego Boccacia.

W 2009 r. ukazała się druga książka Falconesa, Ręka Fatimy, która również stała się bestsellerem, zarówno w Hiszpanii, jak i poza jej granicami. ‚Trzecia powieść autora, Bosonoga królowa, ukazała się w Hiszpanii w 2013 r., a trzy lata później Falcones wydał swoją czwartą powieść, Dziedzice ziemi, w której wraca do czasów średniowiecznej Barcelony.

Tego autora

KATEDRA W BARCELONIE

RĘKA FATIMY

BOSONOGA KRÓLOWA

DZIEDZICE ZIEMI

Tytuł oryginału:

LOS HEREDEROS DE LA TIERRA

Copyright © Ildefonso Falcones de Sierra 2006

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2017

Polish translation copyright © Joanna Ostrowska & Grzegorz Ostrowski 2017

Redakcja: Marta Gral

Ilustracje na okładce: Luigi Altomare/theWorldofDOT, AISA/BE&W

Ilustracja na wyklejce: AISA/BE&W

Projekt graficzny okładki: Luigi Altomare/theWorldofDOT

Opracowanie graficzne okładki polskiej: Katarzyna Meszka

ISBN 978-83-6578-181-9

Wydawca WYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O. (dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.) Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa www.wydawnictwoalbatros.com Facebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em.eu

CZĘŚĆ PIERWSZA MIĘDZY MORZEM I ZIEMIĄ

1

Barcelona, 4 stycznia 1387

Morze było wzburzone, niebo zaś szare jak z ołowiu. Pośród stojących na plaży mężczyzn pracujących w stoczni, przewoźników portowych, żeglarzy i bastaixos1 wyczuwało się napięcie. Wielu rozcierało ręce albo uderzało dłonią o dłoń, żeby je rozgrzać, inni próbowali szukać schronienia przed lodowatym wiatrem. Prawie wszyscy milczeli. Wymieniali spojrzenia i zwracali wzrok ku falom uderzającym z całą siłą w imponujących rozmiarów królewską galerę, z trzydziestoma ławkami dla wioślarzy po każdej stronie, zdaną na łaskę burzy. Przez ostatnie dni mistrzowie szkutniczy wspomagani przez terminatorów i żeglarzy demontowali takielunek i wyposażenie okrętu: stery, uzbrojenie, żagle, maszty, ławki, wiosła… Wszystko, co dało się wynieść z okrętu, przewoźnicy przetransportowali na plażę, a bastaixos zabrali do magazynów. Zostały trzy kotwice zaczepione o dno, utrzymujące Santa Martę, olbrzymi opuszczony szkielet, o który rozbijały się fale.

Hugo, dwunastoletni chłopiec o kasztanowych włosach, inteligentnym spojrzeniu oraz dłoniach i twarzy równie brudnych, jak jego sięgająca kolan koszula, nie odrywał wzroku od galery. Od kiedy zaczął pracować w stoczni z Genueńczykiem, pomagał wyciągać na brzeg, a potem spuszczać na wodę wiele okrętów, ale ten był naprawdę ogromny, a burza czyniła całą operację bardzo ryzykowną. Kilku żeglarzy będzie musiało wejść na Santa Martę, żeby podnieść kotwice, a następnie przewoźnicy odholują galerę na plażę, gdzie czekał tłum mężczyzn, żeby wciągnąć okręt do stoczni. Tam miał przezimować. Była to mozolna praca, a przede wszystkim niezwykle ciężka, mimo że do ciągnięcia galery po piasku używano bloków i kołowrotów. Chociaż Barcelona była obok Genui, Pizy i Wenecji jedną z potęg Morza Śródziemnego, nie dysponowała portem, nie było tu basenów ani doków, które ułatwiłyby zadanie. Miała tylko otwartą plażę.

 

Anemmu! – rozkazał Genueńczyk chłopakowi.

Hugo popatrzył na mistrza.

– Ale… – próbował zaprotestować.

– Nie dyskutuj – przerwał mu Genueńczyk. – Zarządca stoczni uścisnął właśnie rękę starszemu cechu przewoźników. – Wskazał brodą na grupkę mężczyzn stojących kawałek dalej. – To znaczy, że dogadali się co do nowej ceny, którą król zapłaci im za dodatkowe ryzyko związane z burzą. Wyciągamy galerę z wody! Anemmu! – powtórzył.

Chłopiec schylił się, chwycił żelazną kulę przyczepioną łańcuchem do prawej kostki Genueńczyka, uniósł ją z wysiłkiem i przycisnął do brzucha.

– Gotów? – zapytał Genueńczyk.

– Tak.

– Główny mistrz już na nas czeka.

Taszcząc żelazną kulę uniemożliwiającą szkutnikowi swobodne poruszanie się, Hugo kroczył za nim między ludźmi, którzy poinformowani już o zawartej umowie dyskutowali, krzyczeli podekscytowani i pokazywali na coś rękami w oczekiwaniu na instrukcje głównego mistrza. Byli wśród nich inni Genueńczycy, również wzięci do niewoli na morzu i zmuszeni do pracy w barcelońskich stoczniach, unieruchomieni żelaznymi kulami podtrzymywanymi przez stojących przy nich chłopców.

Domenico Blasio – Genueńczyk, któremu towarzyszył Hugo – był jednym z najlepszych szkutników nad Morzem Śródziemnym, może nawet lepszym od samego głównego mistrza. Wziął Hugona na ucznia na prośbę micer2 Arnaua Estanyola i Juana Nawarczyka, pomocnika zarządcy stoczni – mężczyzny o wielkim brzuchu i okrągłej łysej głowie. Początkowo traktował chłopaka niezbyt uprzejmie, bo tak lubił budować statki, że gdy obrabiał drewno, zapominał o tym, że jest więźniem. Od kiedy król Piotr IV nazwany Ceremonialnym3 zawarł kruchy pokój z Republiką Genui, wszyscy jeńcy pracujący w jego stoczniach żyli nadzieją, że Genua uwolni katalońskich więźniów, a wtedy i oni odzyskają wolność. Od tego czasu mistrz szkutniczy zaczął okazywać Hugonowi względy i uczyć go tajników jednego z najbardziej cenionych zawodów na wybrzeżach Morza Śródziemnego: budowniczego statków.

Kiedy Genueńczyk dołączył do grupy starszych cechu i majstrów skupionych wokół głównego mistrza, Hugo położył kulę na piasku za jego plecami i rozejrzał się po plaży. Napięcie rosło; ludzie uwijali się, szykując sprzęt, a ich okrzyki, słowa otuchy i poklepywanie po plecach brzmiały jak wyzwanie w starciu z wiatrem, chłodem i słabym, zamglonym światłem, tak niezwykłym w tej krainie nieprzerwanie nagradzanej blaskiem słońca. Chociaż praca Hugona polegała tylko na noszeniu żelaznej kuli, poczuł dumę z przynależności do tej wspólnoty. Na końcu plaży, pod wychodzącą na morze ścianą stoczni, zebrało się wielu gapiów, którzy krzyczeli i klaskali, żeby dodać im otuchy. Chłopak popatrzył na żeglarzy niosących łopaty do kopania piasku pod galerą, na ludzi przygotowujących kołowroty, bloki i liny, na taszczących belki, które po posmarowaniu ich tłuszczem albo wyłożeniu trawą pozwolą przepchnąć galerę, na bastaixos szykujących się do ciągnięcia za liny…

Zapomniał o Genueńczyku, zostawił kulę i pobiegł w stronę bastaixos zebranych na plaży. Przyjęli go ciepło, przyjaźnie poklepując po plecach. „Gdzie zgubiłeś kulę?”, zapytał jeden z nich, czym rozładował napięcie i atmosferę powagi. Znali Hugona, a raczej wiedzieli, kim jest, dzięki życzliwości, jaką okazywał mu micer Arnau Estanyol, starzec, który stał teraz pośród zgromadzonych, malutki w porównaniu z otaczającymi go krzepkimi mężczyznami z barcelońskiego bractwa bastaixos. Wszyscy znali Arnaua Estanyola i podziwiali jego dokonania. Żyło jeszcze kilka osób, które pamiętały dobrodziejstwa, jakie wyświadczył konfraterni i jej członkom. Hugo stanął obok niego w milczeniu, jakby był własnością starca. Ten zmierzwił mu czuprynę, nie przerywając rozmowy. Omawiali ryzyko związane z holowaniem galery, zwłaszcza jeśli statek osiądzie na mieliźnie daleko od plaży i trzeba będzie się tam dostać, żeby go zakotwiczyć. Mógłby się wywrócić. Fale były bardzo wysokie, a większość bastaixos nie umiała pływać.

– Hugonie! – rozległo się wołanie wśród panującej wrzawy.

– Znowu zostawiłeś swojego mistrza? – zapytał Arnau.

– Nie ma jeszcze nic do roboty – usprawiedliwił się chłopak.

– Idź do niego.

– Ale…

– Idź.

Dźwigając kulę, Hugo kroczył za Genueńczykiem po plaży, podczas gdy ten wydawał różne polecenia. Główny mistrz darzył go szacunkiem, inni także. Nikt nie kwestionował umiejętności Domenica jako mistrza szkutniczego. Kiedy przewoźnicy dotarli na Santa Martę, wyciągnęli kotwice, umocowali liny i zaczęli holować okręt w stronę brzegu, zebranych na plaży ogarnęła prawdziwa gorączka. Santa Martę ciągnęły cztery barki, po dwie z każdej strony. Niektórzy przyglądali się tej scenie z przerażeniem; widać to było po ich twarzach i zaciśniętych dłoniach. Większość jednak dała się ponieść emocjom: głośno zagrzewali holujących, czyniąc ogłuszający harmider.

– Nie rozpraszaj się – przywołał Hugona do porządku Genueńczyk, bo chłopak, pochłonięty widokiem bliskiej pójścia na dno galery i dwóch przewoźników, którzy wypadli za burtę, pozostawał w tyle. Czy uda im się wspiąć z powrotem na pokład?

– Mistrzu… – poprosił, nie mogąc oderwać wzroku od załogi próbującej ratować towarzyszy, podczas gdy Santa Marta przechylała się na bok na skutek manewrów barki.

Zadrżał na całym ciele. Ta scena skojarzyła mu się z inną, o której opowiedzieli mu żeglarze towarzyszący jego ojcu, kiedy kilka lat wcześniej fale pochłonęły go podczas rejsu na Sycylię. Genueńczyk zrozumiał go, bo znał tę historię. Zresztą sam był pod wrażeniem dramatu rozgrywającego się daleko od brzegu.

Jeden z przewoźników zdołał się wspiąć na pokład barki, drugi walczył desperacko z falami. Nie zapomną tego widoku. Załoga drugiej barki, po tej samej stronie galery, puściła linę i skierowała się tam, gdzie zniknęły pod wodą ręce wzywającego pomocy przewoźnika. Chwilę później wymachujące dłonie znów pojawiły się na powierzchni. Widzowie na brzegu prawie jednocześnie wypuścili wstrzymywane w płucach powietrze. Ale ręce ponownie zginęły im z oczu. Prądy ciągnęły tonącego na otwarte morze. Załoga pierwszej barki również wypuściła linę. Na pozostałych zrobiono to samo i załogi czterech barek wiosłowały teraz ze wszystkich sił, współmiernie do energii przekazywanej im z plaży okrzykami, modlitwami czy milczeniem.

Hugo poczuł, że mistrz zaciska dłonie na jego ramionach. Nie poskarżył się, że sprawia mu ból.

Dryfująca Santa Marta zaczepiła w tym czasie o niewielki pirs Świętego Damiana. Niektórzy skierowali na chwilę wzrok w tamtą stronę, ale potem znów skupili uwagę na barkach. Załoga jednej z nich zaczęła coś sygnalizować i choć ktoś padł na kolana, uznając to za dobry znak, większości to nie wystarczyło. A jeśli źle zinterpretowano sygnał? Lecz zaraz pojawiło się ich więcej, na wszystkich barkach, kilka ramion w górze, pięści zaciśnięte, jakby chciały walić w niebo. Nie ulegało wątpliwości: wracali. Wiosłowali w stronę plaży, na której zebranych połączyły śmiechy, uściski i łzy.

Hugo poczuł, że mistrz oddycha z ulgą, sam jednak nadal drżał. Nikt nie mógł nic zrobić dla jego ojca – tak mu powiedziano. Teraz wyobraził go sobie wzywającego pomocy z uniesionymi ramionami, jak przewoźnik do niedawna zanurzony w falach.

Stojący za nim Genueńczyk poklepał go czule po policzku.

– Morze jest wspaniałe, ale potrafi też być okrutne – powiedział cicho. – Być może to twój ojciec pomógł dziś, tam z dołu, temu człowiekowi.

Tymczasem Santa Marta, miotana raz po raz falami, rozbijała się o skały pirsu.

– Takie są efekty, kiedy wbrew starym zasadom pozwala się na żeglowanie poza okresem od kwietnia do października – tłumaczył Arnau Hugonowi nazajutrz po katastrofie Santa Marty.

Szli w stronę dzielnicy La Ribera. Ludzie ze stoczni zbierali deski z roztrzaskanej galery, które woda wyrzucała na plażę, i stojąc na pirsie, próbowali ratować, co się da. Genueńczyk nie mógł tam pracować, dlatego i on, i Hugo mieli dzień wolny przed świętem Objawienia Pańskiego, wypadającym tym razem w niedzielę.

– Teraz galery są lepsze – wyjaśniał Arnau. – Mają więcej ławek i wioseł, są budowane z drewna i żelaza lepszej jakości, przez mistrzów, którzy dysponują większą wiedzą. Dzięki zdobytym doświadczeniom zrobiliśmy duże postępy w żeglowaniu i są już tacy, którzy ośmielają się rzucać wyzwanie zimie. Zapominają, że morze nie przebacza nierozważnym.

Wracali do kościoła Matki Boskiej Morskiej – Santa María del Mar – żeby zdeponować w skarbonie Garnuszka Wstydliwych Ubogich – instytucji dobroczynnej działającej przy świątyni – pieniądze zebrane po domach jako jałmużna. Garnuszek miał spore dochody, był właścicielem winnic, budynków, warsztatów, pobierał czynsze… Micer Arnau znajdował jednak upodobanie w zabieganiu o miłosierdzie bliźnich, do czego zarządcy Garnuszka byli zresztą zobligowani. Od kiedy zaczął wspierać bliskich Hugona i w imieniu parafii Matki Boskiej Morskiej łagodzić skutki ubóstwa, w jakie popadli po śmierci głowy rodziny, chłopak pomagał mu w zbieraniu datków dla potrzebujących. Hugo poznawał tych, którzy dawali, ale nie tych, którzy otrzymywali wsparcie.

– Dlaczego… – zaczął. Arnau zachęcił go przyjaznym gestem, by mówił dalej. – Dlaczego człowiek taki jak wy… zajmuje się żebraniem?

Arnau uśmiechnął się wyrozumiale, zanim odpowiedział.

– Proszenie o jałmużnę dla potrzebujących to wyróżnienie, łaska od Boga, nie powód do wstydu. Żadna z odwiedzonych przez nas osób nie dałaby nawet jednej monety komuś, komu nie mogłaby zaufać. Zarządcami Garnuszka muszą być barcelońscy notable, i to oni żebrzą na rzecz ubogich. Wiesz, co ci powiem? – Micer Arnau nie czekał, aż Hugo zaprzeczy, i ciągnął: – My, zarządcy, nie mamy obowiązku rozliczania się z tego, co robimy z pieniędzmi Garnuszka, nie tylko tymi zebranymi po domach, ale z całym majątkiem. Przed nikim, nawet przed archidiakonem kościoła Matki Boskiej Morskiej… Nawet przed samym biskupem! To zaufanie powinno obejmować wszystkich notabli. Nikt nie wie, której rodzinie pomogłem dzięki jałmużnie od bogobojnych ludzi.

Hugo towarzyszył micer Arnauowi podczas zbierania pieniędzy do dnia, gdy ten załatwił mu pracę w stoczni, u boku Genueńczyka, by nauczył się budowania statków i sam kiedyś został mistrzem szkutniczym. Jeszcze zanim chłopiec trafił do stoczni, Arnau ulokował jego młodszą siostrę Arsendę w klasztorze przy ulicy Jonqueres w charakterze służącej pewnej zakonnicy. Mniszka zgodziła się odziewać, żywić i kształcić dziewczynkę, uczynić z niej szanowaną kobietę, a po dziesięciu latach dać jej w posagu dwadzieścia funtów, by mogła wyjść za mąż. Taką podpisali umowę.

Radość, z jaką Hugo przyjął pracę w stoczni i wstąpił do fascynującego świata budowniczych statków – choć jego zadania ograniczały się do noszenia kuli Genueńczyka – została przyćmiona przez konsekwencje, jakie ta nowa funkcja miała dla jego stosunków z matką.

– Mam tam mieszkać? Spać? – zapytał ją wystraszony, kiedy powiedziała mu o jego nowym zajęciu. – Dlaczego nie mogę pracować, a potem wracać, żeby spać tutaj, w domu, jak dotąd?

– Bo ja tu już nie będę mieszkała – obwieściła Antonina łagodnie, jakby tylko w ten sposób mogła go przekonać.

Pokręcił głową.

– To nasz dom…

– Nie jestem w stanie za niego płacić – przerwała mu. – Ubogie wdowy z dziećmi są jak bezużyteczne staruszki, nie mamy żadnych szans w tym mieście. Powinieneś to wiedzieć.

– Ale micer Arnau…

Matka znowu mu przerwała:

Micer Arnau znalazł mi pracę, za którą dostanę ubranie, łóżko, jedzenie i może jakieś pieniądze. Skoro twoja siostra jest w klasztorze, a ty w stoczni, co miałabym tu począć sama?

– Nie! – krzyknął Hugo, przywierając do niej całym ciałem.

Stocznie królewskie w Barcelonie znajdowały się nad samym morzem. Składała się na nie budowla o ośmiu nawach podtrzymywanych filarami i krytych dwuspadowymi dachami, za którą rozciągał się plac dostatecznie duży, by umożliwić konstruowanie wielkich galer. Dalej stała kolejna hala, również złożona z ośmiu naw, na tyle wysokich i jasnych, że można w nich było budować, naprawiać i trzymać katalońskie okręty. Wspaniałe dzieło rozpoczęte jeszcze za panowania króla Jakuba i kontynuowane pod patronatem Piotra Ceremonialnego wieńczyły cztery wieże, po jednej na każdym rogu całego kompleksu.

 

Obok hal, wież i basenów z wodą do moczenia drewna znajdowały się tu magazyny, w których gromadzono materiały i osprzęt przydatny na galerach: belki, narzędzia, wiosła, broń – kusze, strzały, lance, kosy, kolubryny, topory, dzbany z niegaszonym wapnem do oślepiania przeciwników atakujących podczas abordażu, inne z mydłem, na którym mieli się ślizgać żeglarze wroga, jeszcze inne ze smołą do wzniecania pożarów na ich statkach – podłużne tarcze, które umieszczano po bokach galery, żeby chronić wioślarzy w czasie walki, skóry, którymi pokrywano kadłub, żeby nieprzyjaciel nie mógł go podpalić, żagle, chorągwie, gwoździe, łańcuchy, kotwice, maszty, lampy i mnóstwo innych przedmiotów.

Zabudowania stoczni wznosiły się na krańcu Barcelony przeciwległym do miejsca, gdzie stały kościół Matki Boskiej Morskiej i klasztor Franciszkanów. Mnichów chroniły stare mury miasta, ale stocznie dopiero czekały na fortyfikacje, które nakazał zbudować Piotr IV. Dużo jeszcze brakowało do realizacji tego planu, tak jak brakowało pieniędzy potrzebnych do kontynuowania robót przy murach mających otoczyć nową dzielnicę El Raval.

Matka nie odprowadziła Hugona do stoczni.

– Jesteś już mężczyzną, synu. Pamiętaj o ojcu.

Pożegnała się wyprostowana, udając surowość. Wbrew sobie trzymała się w odległości dwóch kroków od syna i błagała niebiosa, by micer Arnau jak najszybciej go zabrał, żeby mogła ukryć przed chłopcem łzy. Arnau zrozumiał i lekko szturchnął Hugona w plecy.

– Będziesz ją widywał – tłumaczył chłopakowi, który szedł, cały czas oglądając się za siebie.

Po kilku dniach, kiedy Hugo przywykł już do nowego otoczenia, pobiegł do miasta, żeby zobaczyć się z matką. Micer Arnau wyjaśnił mu, że pracuje jako służąca w domu pewnego rękawicznika, na ulicy Canals, przy kanale nawadniającym na tyłach kościoła Matki Boskiej Morskiej.

– Skoro to jest twój syn, to niech cię stąd zabiera – zareagowała grubiańsko żona rękawicznika na nieśmiałe tłumaczenia Antoniny, gdy zaskoczyła ją, jak ściskała się z Hugonem w drzwiach. – Do niczego się nie nadajesz, znasz się tylko na rybach, na niczym więcej. Nigdy nie pracowałaś w bogatym domu. Ty…! – Wskazała palcem na chłopca. – Wynoś się stąd! – krzyknęła i czekała, świdrując go wzrokiem.

Chłopak usłuchał prośby wyrażonej w dziwnym spojrzeniu matki i odszedł, smutny z powodu bezsilności bijącej z jej oczu, do niedawna zawsze wesołych i pełnych nadziei. Antonina patrzyła, jak syn się oddala. Nie uszedł daleko, kiedy usłyszał, jak żona rękawicznika łaja jego matkę; głos kobiety odbijał się echem w uliczce mimo zamkniętych drzwi domu. Rozpłakał się.

Nadal przychodził na Canals w nadziei, że zobaczy matkę. Za drugim razem stanął w pobliżu domu, ale nie miał gdzie się schować w uliczce ze stłoczonymi budynkami.

– Co tu robisz, smarkaczu?! – wrzasnęła na niego jakaś kobieta z okna na piętrze. – Zamierzasz coś ukraść? Wynocha!

Oddalił się szybkim krokiem ze strachu, że krzyki wywabią z domu żonę rękawicznika i matce znów się oberwie.

Od tamtego czasu tylko przechadzał się po ulicy Canals, jakby dokądś szedł albo skądś wracał; zatrzymywał się na tak długo, jak to było możliwe, przed domem rękawicznika i nucił melodię, którą zawsze gwizdał ojciec. Nigdy nie udało mu się jednak zobaczyć matki.

Odchodził, pocieszony myślą, że spotka ją w niedzielę na mszy, i szedł do dzielnicy La Ribera, by znaleźć micer Arnaua w kościele Matki Boskiej Morskiej albo w jego domu wciśniętym między inne zajmowane przez ludzi morza, albo w kantorze, do którego starzec zaglądał coraz rzadziej, bo pozostawił zarządzanie swoim pracownikom. Jeśli go tam nie było, szukał na ulicach. Zazwyczaj znajdował go w którymś z tych miejsc. Mieszkańcy La Ribery dobrze znali Arnaua Estanyola, większość z nich go ceniła. Wystarczyło o niego zapytać, w piekarni przy ulicy Ample, w jatce przy ulicy Mar, w jednym z dwóch sklepów rybnych albo w zakładzie serowarskim.

W tym czasie dowiedział się, że micer Arnau ma żonę imieniem Mar – „córka bastaixa”, mówił o niej starzec z dumą – a także syna Bernata, trochę starszego od Hugona.

– Masz dwanaście lat? – zapytał Arnau, kiedy Hugo kolejny raz podał mu swój wiek. – Bernat skończył szesnaście. Teraz jest w konsulacie w Aleksandrii, uczy się handlu i żeglarstwa. Myślę, że niedługo wróci do domu. Ja już nie chcę się zajmować interesami. Jestem stary!

– Nie mówcie tak…

– Nie dyskutuj – przerwał mu Arnau.

Chłopiec nie dyskutował, przytaknął i dalej szedł przy starcu, który opierał się na jego ramieniu. Lubił, kiedy micer Arnau to robił. Gdy mijający ich ludzie okazywali im szacunek, czuł, że jest ważny, bawiło go nawet odpowiadanie na powitania. Czasami robił to tak przesadnie, że przy ukłonie tracił równowagę.

– Przed nikim nie należy zginać karku – doradził mu któregoś dnia Arnau.

Hugo nie odpowiedział. Arnau czekał, bo znał go na tyle dobrze, by wiedzieć, że się odezwie.

– Wy możecie się nie kłaniać, bo jesteście szanowanym człowiekiem. Ale ja…

– Jeśli udało mi się zostać szanowanym człowiekiem, to może właśnie dlatego, że nigdy przed nikim nie zginałem karku.

Tym razem Hugo nie odpowiedział, ale Arnau już nie zwracał na niego uwagi; wrócił myślami do dnia, w którym przeszedł na kolanach salon w domu Puigów i ucałował stopy Margaridy. Puigowie, krewni Estanyolów, wynoszący się nad innych bogacze, upokorzyli Arnaua i jego ojca, Bernata, który z ich winy skończył na szubienicy, powieszony na placu Blat jak zwykły przestępca. Margarida darzyła go ślepą nienawiścią. Już na samą myśl o tej kobiecie po plecach Arnaua przebiegał dreszcz. Od tamtej pory nigdy o nich nie słyszał.

Tamtego styczniowego dnia 1387 roku, kiedy dochodzili do kościoła Matki Boskiej Morskiej, widok jakiegoś ubogiego człowieka, zapewne żeglarza, który złożył im przesadnie głęboki ukłon, przypomniał Hugonowi radę, jakiej udzielił mu Arnau. Uśmiechnął się. „Przed nikim nie należy zginać karku”. Ileż to zniewag i kopniaków zaliczył wyłącznie dlatego, że poszedł za tą radą! Ale micer Arnau miał rację: po każdej bójce chłopcy ze stoczni okazywali mu coraz większy respekt, nawet jeśli oberwał, jak to najczęściej bywało, kiedy stawiał się starszym od siebie.

Przechodzili przez plac Llulla, na tyłach placu Born i kościoła Matki Boskiej Morskiej, gdy w oddali rozległ się dźwięk dzwonów. Arnau przystanął, jak wielu innych. Nie było to bicie na alarm.

– Obwieszczają śmierć – szepnął starzec z przymkniętymi oczami. – Umarł król Piotr.

Ledwie wypowiedział te słowa, ogłuszył ich dźwięk dzwonów kościoła Matki Boskiej Morskiej. Potem odezwały się te od Świętych Justa i Pastora, od Świętej Klary i z klasztoru franciszkanów… Po chwili dzwoniły zmarłemu wszystkie dzwony w Barcelonie i okolicach.

– Król…! – potwierdzały okrzyki na ulicach. – Umarł król!

Hugo zauważył niepokój na twarzy micer Arnaua. Starzec utkwił zmęczone szkliste spojrzenie w jakimś punkcie u wjazdu na plac Born. Chłopiec źle zinterpretował jego smutek.

– Poważaliście króla Piotra? – spytał.

Arnau skrzywił się i zaprzeczył ruchem głowy. Ożenił mnie ze żmiją, swoją wychowanką, bardzo złą kobietą, mógłby odpowiedzieć.

– A jego syna? – wypytywał go dalej chłopiec.

– Księcia Jana?

Doprowadził do śmierci jednego z najlepszych ludzi na tym świecie, chciał powiedzieć Arnau. Przypomniał sobie płonącego na stosie Hasdaia. Człowieka, który uratował mu życie po tym, jak on uratował życie jego dzieci. Żyda, który go przygarnął i dzięki któremu stał się bogaty. Upłynęło już tyle lat…

– To zły człowiek – odparł.

Niesłusznie skazał trzech prawych mężczyzn, którzy poświęcili się dla swoich bliskich i dla wspólnoty, dodał w duchu.

Westchnął i mocno wsparł się na Hugonie.

– Wracajmy do domu – poprosił, widząc zamieszanie spowodowane biciem dzwonów. Ludzie krzyczeli i biegali w tę i we w tę. – Obawiam się, że przez kilka najbliższych dni, może tygodni, Barcelona będzie przeżywać ciężkie chwile.

– Dlaczego? – zapytał Hugo, czując na ramieniu ciężar starca. Wyprostował się w oczekiwaniu na odpowiedź, ale jej nie otrzymał. – Dlaczego mówicie, że będziemy przeżywać trudne chwile? – powtórzył kilka kroków dalej.

– Parę dni temu królowa Sybilla uciekła z pałacu wraz z krewnymi i dworem – wyjaśnił Arnau. – Kiedy nabrała pewności, że jej mąż umrze…

– Opuściła króla? – zdziwił się chłopiec.

– Nie przerywaj – upomniał go starzec. – Uciekła, bo boi się zemsty księcia… nowego króla Jana – poprawił się. – Królowa nigdy nie miała krzty szacunku dla pasierba, a ten obwiniał ją o wszystkie swoje nieszczęścia, o izolowanie go od ojca, o jego wrogi stosunek. W zeszłym roku król Piotr pozbawił go tytułu i honorów należnych królewskiemu namiestnikowi, a to wielkie upokorzenie dla następcy tronu. Na pewno zechce się zemścić, będą represje.

Dzień po śmierci Piotra IV wierni pogrążyli się w żałobie, żałobą okrył się też cały Kościół. Zapanowało ogólne przygnębienie. Hugo słuchał niedzielnej mszy razem z matką. Były to jedyne chwile swobody, na jakie pozwalał Antoninie rękawicznik z ulicy Canals. Chłopiec zobaczył micer Arnaua, który stał w tłumie, zgarbiony, lecz stał, jak oni, jak malutcy. Hugo spojrzał na Najświętszą Panienkę. Micer Arnau twierdził, że się uśmiecha. On tego nie widział, lecz starzec obstawał przy swoim, więc chodzili do kościoła o różnych porach, żeby modlić się i patrzeć na figurkę.

Do Hugona Matka Boska Morska nigdy się nie uśmiechała, ale nie przeszkadzało mu to w zanoszeniu do niej modlitw i proszeniu jej o wstawiennictwo: za matkę, żeby odeszła od rękawicznika, była szczęśliwa, znowu się śmiała i kochała go jak dawniej; żeby mogli zamieszkać razem z Arsendą. Modlił się za ojca, modlił się o zdrowie dla micer Arnaua i wolność dla Genueńczyka. Wolność… Zawahał się. Jeśli go uwolnią, wróci do Genui i nie wyszkoli mnie na mistrza szkutniczego, pomyślał, walcząc z wyrzutami sumienia. Mimo to wstaw się za nim, Pani, by odzyskał wolność, zdecydował się wreszcie.

Kiedy długa msza dobiegła końca, Hugo i Antonina nie przeznaczyli tym razem chwili, jaką dla siebie mieli, na rozmowę i uściski, ich uwagę pochłonęły bowiem plotki. Na placu, gdzie wznosiła się wspaniała fasada kościoła z płaskorzeźbami z brązu upamiętniającymi bastaixos, którzy pomagali w budowie świątyni, Hugo znowu dostrzegł micer Arnaua, nie zdołał jednak do niego podejść. Ludzie spragnieni nowin otaczali jego i innych notabli, którzy zamiast udać się do katedry, przyszli do kościoła Matki Boskiej Morskiej i teraz znaleźli się w centrum zainteresowania parafian.

Dowiedział się, że królowa Sybilla, która uciekła do zamku Sant Martí Sarroca, dwa dni drogi od Barcelony, negocjuje warunki poddania siebie i swoich ludzi infantowi Marcinowi, bratu króla Jana. Usłyszeli również, że nowy monarcha przebywa w Gironie i choć jest bardzo chory, to podobno kiedy tylko otrzymał wiadomość o śmierci ojca, wyruszył do Barcelony. Ludzie rozprawiali, snuli rozmaite domysły. Hugo pilnie nadstawiał ucha.

– Synku! – zawołała go Antonina. – Muszę…

Nie skończyła zdania, bo Hugo, nie zważając na plotki, objął ją i wtulił głowę w jej piersi.

– Muszę iść – przypomniała mu, uciekając wzrokiem przed lubieżnymi spojrzeniami niektórych mężczyzn.

Inne książki tego autora