ości

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

King Kong mieszkał niedaleko Pól Mokotowskich, często tu przychodził. Teraz usiadł i milczał. Nigdy nie rozmawiali wprost o problemach uczuciowych, rozczarowaniach, radościach. Milczenie przerwał Szymon, głos mu zadrżał, wybrzmiał nutą płaczu:

– Wiesz, siedzę teraz nad konstrukcjami nieczasownikowymi, wyrażającymi znaczenia egzystencjalne.

– Jakie języki? – zapytał delikatnie King Kong.

– Suahili, hausa, joruba, kanuri, bole, lele, ewe, bambara – poskarżył się Szymon. – I jeszcze – dodał z rozpaczą – fyer. Bym zapomniał.

– Poważna sprawa.

Szymon pokiwał głową. Czuł się słaby, odsłonięty. Komicznie bezbronny.

– Orzeczenia nieczasownikowe znaczeń egzystencjalnych i pochodnych, one w sumie wyrażają się i zamykają w pięciu grupach pojęć.

– Aż tak źle? – zapytuje King Kong.

– Fatalnie. Bo jest identyfikacja, czyli że „to jest coś/ktoś”. Jest równorzędność, czyli że „coś/ktoś jest czymś/kimś”. Jest atrybutywność, czyli że „coś/ktoś jest jakieś/jakiś”. Jest lokatywność, czyli „być gdzieś/znajdować się”. No i jeszcze, kurwa – głos mu się załamuje – prezentacja, „oto jest coś/ktoś”.

Szymon drży. Nagle odczuwa chłód. Zgubił się latu, zawieruszył w jakiejś zimie czy jesieni, w nieodpowiedzialnych sandałach i absurdalnych szortach. Nie wie, czy znajdzie siłę, żeby opowiadać o tym, co czuje. Mimo to próbuje:

– „Kùmnó màní”. To w lele. Tam w zdaniach wyrażających istnienie orzeczenie „być” wyraża zaimek lokatywny „tam”. „Kùmnó màní”. Bóg tam. Czyli Bóg istnieje. Smutne. Prawda?

Zaczyna płakać. King Kong obejmuje przyjaciela. Szymon płacze wielopłaszczyznowo, także na metapoziomach, nie stroniąc od metasensów, choć uwija się ze wszystkim parą oczu. Płacze z bezsilności. Płacze nad Mają, nad sobą. Nad latem i zimą. Nad grami i sądami; snami i jawami, osobnymi wzorami. Nad zaimkiem lokatywnym „tam” i rozbebeszoną amharską bajką. Bo coś mu wpadło do oka, coś wypadło w życiu. Płacze również z ulgi i wdzięczności – nikt nigdy nie rozumiał go tak dobrze jak King Kong, prawdziwy przyjaciel.

Najbliższy.

Na wyciągnięcie ręki.

Otaczający ramieniem.

Jakaś para w średnim wieku zatrzymuje się. Patrzy na cmentarz radzieckich żołnierzy i na łkającego chłopaka w ramionach chłopaka kudłatego.

– Przyjeżdżają bolszewickie dzieci – stwierdza on – i szlochają nad grobami dziadków.

– Takie to jest wzruszające bardzo – mówi ona. – Zrobię Marysi zdjęcie komórką. Jutro ma urodziny.

11.

Zwykłe książeczki dla dzieci zupełnie mnie nie obchodziły, a w wieku sześciu lat postanowiłem sam napisać książkę. Poradziłem sobie z początkiem: „Jestem jaskółką”. Potem podniosłem wzrok znad kartki i zapytałem: „Jak się pisze linie telefoniczne?”.

Bruce Chatwin[6]

Ostatni tydzień wypełniły zdarzenia, gęsto nanizane koraliki, powiązane ze sobą czasowym następstwem, niczym ponad, nigdzie obok. Maja widziała się kilka razy z Krzysiem, który z kolei przechodził trudną fazę z Andrzejem, nie służył więc pomocą ni dowcipem. Krzyś także przechodził trudny czas z samym sobą, wyczuwała to. Lecz nie umiała wydusić z niego jakiejś informacji, domysłu czy plotki. Wyczuwała w nim zaprzeczenie, nie potrafiła jednak nadać temu zaprzeczeniu kształtu. Bała się zaprzeczenia i wyparcia, ponieważ sama była w nich mistrzynią.

Umyła matce okna, to zaś wiązało się z koniecznością wysłuchania długiej listy zażaleń na świat, na zięcia oraz wniosków natury ogólnej i niewesołej, ale z wisienką na torcie – matka pożyczyła jej bezterminowo cztery tysiące. Próbowała również opanować kryzys w małżeństwie, pocałowała nawet Szymona w policzek, później w usta, tylko że mąż akurat spał. (Dochodziła trzecia w nocy). No, ale przynajmniej, pomyślała po nieskutecznym pocałunku, nikt mi nie wytknie, że nie próbowałam ocalić naszego małżeństwa. Z zaniechań: nie powiedziała Szymonowi o wyrzuceniu z pracy, w końcu spał; on zaś nie wyjaśnił jej pochodzenia obcych kluczy. Na dokładkę próbowała zbliżyć się do Bruna. Robiła mu przez trzy dni z rzędu śniadania do szkoły, aż Bruno nie wytrzymał psychicznie i powiedział:

– Matka, słuchaj, to, że ci się nie układa bieżąco w ży-, nie oznacza, że masz mnie katować. Te śniadania są normalnie opresyjne. One mnie... krępują.

– Kochasz mnie, synku?

– Matka, nie ogarniałem, że jest tak źle...

Czwartego dnia Maja nie zrobiła synowi śniadania. Podglądała go rankiem z korytarza. Zaspany Bruno wszedł do kuchni, spojrzał na pusty stół i się uśmiechnął. Uśmiechnął, jak gdyby wszystko wróciło do normy.

Bruno wyszedł, Szymon wyszedł, Maja usiadła nad kawą przy kuchennym stole, z e-papierosem i inhalatorem. Sławoj usiłował ściągnąć ciężką pokrywkę z garnka, w którym trzymali owoce. Nie udało mu się, dlatego obrażony zrobił kupę na stole.

– Głupia fretka – stwierdziła Maja. – W ten sposób nie wolno okazywać emocji – pouczyła.

– Dlaczego nie? – zapytał Sławoj. – Sama chciałabyś nasrać na środku kuchni z rozpaczy, ale się boisz.

Zastanowiła się:

– Może i masz rację. Chciałabym, tylko że ty możesz, bo masz kogoś, kto po tobie posprząta, czyli mnie, ja zaś nie mam nikogo, kto by po mnie posprzątał. Nawet siebie nie mam. Dlatego nie mogę.

– Daj mi skórkę od banana – powiedział Sławoj.

– Nie.

– To daj obierki od ziemniaka.

– Nie.

Sławoj uciekł z kuchni. Sprzątnęła kupę. Dumała ze złością o Sławoju. Wredna fretka. Potrawka z fretki, pogroziła w myślach. Albo rękawiczki.

Dojrzała, żeby zadać sobie pytanie z gatunku „dlaczego?”, podgatunek „czemu ja?”, kategoria „ach”.

Dlaczego i czemu ja. Ach.

Przecież wszystko jest jakby świetnie namacalne. Udany mąż, udane dziecko... Ach, nie będzie ciągnąć tego ene-due-like-fake. Dziecięce wyliczanki jeszcze nigdy nie wyprowadziły dorosłego na prostą... Mam chusteczkę haftowaną, bo nie utrzymałam śniadania...

Nie będzie również – co to, to nie, plus niedoczekanie! – kończyć podróbek własnych myśli fastrygą wykropkowanego niedopowiedzenia.

Tyle już razy Maja przerabiała osunięcie się w rozpacz i depresję, że drogę tę zapamiętała. Brzydziła ją ta droga. Śliska, obmierzła i kusząca. Trzy przymiotniki z kiepskiej powieści. Obrzydlistwo, bez punktu wyjścia ni dojścia. Pospolity tunel. Histeryczny i skompromitowany kicz. Gorzej byłoby tylko, gdyby pojawiły się śnieżniki lśniące, cyklameny, dzbaneczniki, kokorycze... W każdej pretensjonalnej powieści kwiaty kwitną nazwami gatunków. Jeśli kwitną w powieści, może i kwitną w życiu? Będzie musiała pojechać na jakąś łąkę, żeby sprawdzić, aczkolwiek wątpiła, aby te łąki dały się uzgodnić.

Maja rozumiała, że nie ma żadnych podstaw, żeby czuć się głęboko nieszczęśliwa. Te klucze nie wiadomo czyje, które znalazła u Szymona, to prawda i furtka. Pretekst i nieporozumienie. Odrobina rozsądku – rozsądek wytrąca się w ludziach z wiekiem niczym sól na plaży – wystarczyłaby do rozwiązania nabrzmiałej już ryzykownie sytuacji.

Tu nie szło o klucze, o zniknięcie Szymona którejś nocy na ileś godzin, o milczenie. O brak pracy. (Przecież znajdzie jakąś, zanim będzie musiała przyznać, że straciła poprzednią). Dlaczego nikt tego nie rozumie?

Czasem coś po prostu jest. Jak pyłek pod powieką. Bez początku, bez przyczyny. Jest. Żadne łzy, żadne krople do oczu nie potrafią tego usunąć. Prawdopodobnie pomógłby zabieg chirurgiczny: usunięcie pyłku wraz z gałką oczną. Czasem coś po prostu jest. Coś uwiera i zatruwa. Guzek na superego, rakowa narośl na tkance samoakceptacji, dziura w logice. Tego „coś” nie udaje się nazwać ani odmienić. Niedopasowanie i niewygoda nie poddają się obiektywizacji ni deklinacji. One są. Są.

A może, zastanowiła się Maja, one są tak dotkliwie, ponieważ w ogóle ich nie ma? Maja klasnęła. Wspaniała myśl! Jaka ładna, nieprzydatna, kolorkowa myśl. Absolutnie niczego niezmieniająca. Zakwitły kocanki piaskowe, goździki pyszne i jarzmianki większe.

– Chodź, Sławoj, dam ci skórkę od ziemniaka. Poprawił mi się humor.

Niezawiniony smutek, on znowu przyszedł. Widziała go wyraźnie i słowo „widziała” nie jest wcale figurą. Niezawiniony smutek był kobietą. Nigdy nie przyjrzała się jej twarzy, ponieważ zawsze koncentrowała się na dłoniach lub raczej, uściślając, coś sprawiało, że jej wzrok uciekał w dół, lecz nim spadł do stóp, zatrzymywał się właśnie na dłoniach. Widziała spracowane ręce niezawinionego smutku. Niekiedy wyostrzone do bólu w najdrobniejszym szczególe, w jakimś absurdalnym zoomie, do którego zdolna jest, tak twierdziła, jedynie osoba niestabilna i zwichrowana, na przykład ja – dodawała z mieszaniną dumy i strachu. Zatem zoom na dłonie niezawinionego smutku. Piękny kształt, delikatny, niby kokon, z którego mogłyby się rozwinąć ręce wybitnej pianistki. Co innego się wszak wykluło, nie motyl, tylko gąsienica: brązowawe zrogowacenia pokrywały gąsienicowe ciało od spodniej strony, na grzbiecie piętrzyły się wapienne tarasy. Maja, zahipnotyzowana, próbowała zrozumieć te dłonie. Jak dobrze, myślała, że jednak nie motyl się wykluł, motyle żyją krótko, a gąsienice trwają, jedzą i pełzają. Albo myślała tak: mój smutku, gdzie ty pracujesz tak ciężko, że wstyd pójść z tobą do filharmonii albo pokazać się w eleganckim towarzystwie? Albo jeszcze inaczej: jakie zaskakująco niemodne dłonie, gdybyś chociaż obnosiła stygmaty strzeliste w czerwieni, jak Ojciec Pio, a nie znaki ubogiej codzienności. Mój smutek jest taki ubogi, taki ubogi, taki ubogi – inkantowała.

Niezawiniony smutek zwykle pojawiała się od strony pleców. Najpierw Maję uderzał lub muskał, zależnie od natężenia, zapach, trudny do opisania, jak gdyby wapna zalanego odstaną w słońcu wodą. Później czuła na karku oddech, niezobowiązującą forpocztę czyichś ust, zapowiedź twarzy. Maja przymykała oczy, a gdy je otwierała – ona już była, ten niezawiniony smutek z rękoma robotnicy.

 

Czekała, aż będą mogły porozmawiać. Obywały się, oczywiście, bez słów. Po prostu coś skłębiało się w jej ciele, kłębek ów nie powstawał, tak podpowiadałby rozum, w mózgu, lecz pod pępkiem, w jelitach albo żołądku. Kłębek ów nie składał się z nerwów, ścięgien ni mięśni, co brzmiałoby dość rozsądnie i prawdopodobnie; on powstawał z czegoś wobec Mai zewnętrznego, acz jednocześnie z czegoś, co się dostało do jej środka. Przypuszczała, że tym budulcem, materią skłębienia, jest powietrze.

Kłąb niepotrzebnego powietrza urastał w niej tak bardzo, że aż stawał się cały Mają, lub całą Mają, a w konsekwencji tego wzrostu ona sama czuła się tym, z czego została zbudowana, czyli – masą niepotrzebnego powietrza, tumanem zbędnych wirów, przejrzystą niekoniecznością, zanieczyszczoną pustką, Pawlikowską-Jasnorzewską, a spadając, też Mniszkówną.

Bardzo ją ten stan bolał: to, że jest pusta i niepotrzebna w środku oraz że ta pustka i niepotrzeba przyszły z zewnątrz, doprowadzając do sytuacji, w której to Maja nigdzie się nie mieściła. Nie było jej w sobie, nie było jej na zewnątrz siebie.

Gdzie ja się chowam w czasie ataku?, zastanawiała się z rzadka. To musi być jakaś cienka warstwa, ani tu, ani tam, coś podobnego do potu na skórze – już nie skóra, jeszcze nie powietrze.

Powietrze czy nie-, wnętrze czy zewn-, tak czy siak skręcał ją pusty, zbędny ból, jakaś – ość bez tematu. Ból dawał się opanować dopiero po zogniskowaniu. Ogniskowała go tedy na spracowanych rękach – widoku niczyjej twarzy, zwłaszcza zamieszkującej Mordor bis, chyba by nie zniosła – swego niezawinionego smutku. On jej pomagał. Niezawiniony smutek pomagała samą swoją obecnością, wyciągając nieruchomą, pomocną dłoń w dobrze utartym frazeologizmie. Gdyby nie niezawiniony smutek, kto wie, czym kończyłyby się ataki Mai, kto wie, czy te ataki nie skończyłyby się końcem Mai, dotkliwą implozją bez najdrobniejszej adnotacji.

Jedne dni wypadały lepiej. Maja zachowywała się niczym klasyczny normals, prymuska przeciętności. Rozesłała nawet wici i CV w sprawie nowej pracy. Wymieniała krótkie zdania z Szymonem i Brunem. Na przykład skłamała, że wzięła trzytygodniowy urlop zdrowotny. („Nie mówiłaś, że jesteś chora” – zauważył Szymon. „Bo nie jestem – odparła zaczepnie. – Ten urlop jest zdrowotny, a nie chorobowy, głupolu”). Widywała znajomych. Jadła, nakładała makijaż na twarz.

Drugie dni w ogóle nie wypadały. Czekała, aż mąż i syn opuszczą mieszkanie. Wstydziła się wstać, dopóki nie wyjdą. Zobaczyliby, jaka jest beznadziejna i wybrakowana. Że ma skórę, a w niej pory w rozmiarze XXL. Że ma dłonie, a z nich wyrastają palce przypalające kotlety. Że ma za chude nogi, do tego jedynie dwie, jak uboga krewna pająka. Że za lekki biust, za długi nos. Że wcale nie jest inteligentna, cięta i błyskotliwa. Że czasem boi się, że jej matka naprawdę istnieje codziennie, a za matczynymi plecami stoi Bóg z wąsami pod nosem i włosami pod pachami. Że już nie ma sił, żeby ukrywać to wszystko przed mężem i synem. Kiedyś musi się wydać, że jej palce kończą się paznokciami, a nos parą dziurek, i że nie przeczytała Joyce’a.

Gdy mąż i syn już sobie poszli, zmuszała się do kawy i rozmowy ze Sławojem.

Pogodziła się z tym, że za każdą rozmowę płaci Sławojowi skórkami po owocach i warzywach, które zjadał albo gromadził w skrytkach, odnajdywanych, gdy skarby zaczynały gnić i śmierdzieć. To chyba nie jest wygórowana cena, pomyślała. Bardzo prawdopodobne, że rozmowy ze Sławojem są najtańszymi z tych, które przeprowadziłam w swoim życiu.

– Co dziś o mnie myślisz?

– Nic, czego dotąd nie pomyślałaś.

– Och, proszę cię – prychnęła Maja. – Tania chińszczyzna! Nie stać cię na więcej?

– Ważę pół kilograma. Mój mózg waży mniej niż mój ogon. Uważam, że i tak nieźle sobie radzę. Daj skórkę.

– Nie. Już dostałeś.

– Daj.

– Nie.

– Daj.

Sławoj zeskoczył ze stołu i pobiegł do zlewu. W brudnej filiżance zebrała się woda, kran przeciekał. Fretka napiła się, stanęła słupka:

– Powiem ci tak: nie umiesz myśleć o sobie, zacznij myśleć o innych. Albo pisać.

– Spierdalaj. Rękawiczka Dobra Rada!

Doprowadziła się do porządku. Dziś czekało ją spotkanie w sprawie pracy. Bolała ją każda wykonywana czynność, mycie włosów, wklepywanie przeciwzmarszczkowego kremu 15 ml Estēe Lauder pod oczy, co je miała powyżej uszu, lakierowanie paznokci. Skąd ludzie czerpią energię na te czynności? Czym są napędzani? Co jedzą? Czyżby moje problemy wynikały z tego, że jestem wegetarianką? Zacznę jeść mięso i wszystko się ułoży? Zharmonizują mi się fale mózgowe z perystaltyką jelit?

Zapytałaby Sławoja o zdanie, fretka jednak gdzieś się schowała. Pewnie siedzi w szafie. I rzeczywiście, fretka tam siedziała.

– Sławoj, powiedz mi, jesteś gejem? – Fretka podniosła pyszczek, spojrzała na swoją panią. – Nie, nie musisz wychodzić z szafy. Wyjdziesz, jak uznasz, że jesteś gotowy. Biorę tylko bluzkę i już cię zamykam. I błagam cię, nie sraj na ubrania. Nie na moje. Sraj na Szymona. No, to pa. Mamusia musi lecieć.

Z bolącym sercem przeszła obok postoju taksówek. Pokusa była ogromna. Otworzyć drzwi, zasiąść na tylnej kanapie, podać adres. Nie musiałaby, jadąc taksówką, widzieć tych wszystkich okropnych ludzi w autobusie. Nienawidziła nieznajomych ludzi, to znaczy – w liczbie, w której pojawiali się w środkach komunikacji miejskiej. Dziesiątki obcych osób, z których żadna nie okazywała zainteresowania Mają ani jej kłopotami, myślami, liczbą palców u rąk i otworów w twarzy. W autobusie czuła się zdołowana i pogardzana. Różnica wydawała się ilościowa (w taksówce jedynie taksówkarz się nią nie interesował, w autobusie – dziesiątki osób), lecz w istocie była to różnica jakościowa. Ilość, gdy mówimy o uczuciach, przechodzi w jakość. Gdy zbyt wielu ludzi ma cię gdzieś i możesz ich wszystkich zobaczyć, odczuwasz głębokie upokorzenie. Co gorsza, najtańsze upokorzenie kosztuje przeszło trzy złote z szansami na podwyżkę. Trzeba kupić bilet. Taksówka, szybko przeliczyła Maja, kosztowałaby prawie trzydzieści. Spora różnica, rząd wielkości pomiędzy pogardą a niepogardą. Jestem bezrobotna, upomniała siebie, nie stać mnie na luksus niepogardy. Stać mnie tylko na serce po lewej stronie.

Wsiadając do autobusu, blaszanego pudełka, połykającego przystankowiczów wraz z bagażem, czuła dokładnie to, co przypuszczała, że poczuje, i czego poczuć nie chciała. Ci wszyscy odrażający ludzie odwracali od niej wzrok z pogardą. Mai kończył się oddech, brakowało jej miejsca na oddech. Muszę prędko o czymś pomyśleć, natychmiast!

Nasze starania, ludzi skazanych na klęskę,

są jak starania Trojan.

Coś uzyskaliśmy, nabraliśmy nieco otuchy,

stajemy się silniejsi, mamy pewne nadzieje.

Konstandinos Kawafis[7]

Wbrew przesądom i naukom każdy z nas ma dwie matki i często ani jednego ojca. Matka pierwsza to Natura. Matka druga to Kultura. Matka pierwsza nigdy nie kłamie; emocje, odruchy, dreszcze – nie sposób podważyć ich autentyczności. Matka pierwsza trzyma nas w szponach, żywi się prawdą. Trudno od niej uciec, nawet udana ucieczka jest ucieczką na trochę, nigdy na dłużej, i nigdy dalej, niż pozwala pępowina. Matka druga jest wyrozumiała, mieszka nieco bardziej na zewnątrz, prowadzi schronisko dla swoich dzieci, dla osób pokrzywdzonych przez pierwszą matkę. Matka druga tka miraże, częstuje karmelkami, uczy, że warto uciekać przed prawdą emocji, odruchów, dreszczy; ukazuje kręgi kontekstów, tryby wątpliwości, sznury związków przyczynowo-skutkowych, wykonane ręką piękno. (Ta waza nie jest niebiesko-brązowa. To lazur i ochra).

Matki zazwyczaj żyją w zgodzie, lecz bywa i tak, że skaczą sobie do gardeł. Walczą jak suki. Areną walki zawsze jest ich wspólne dziecko. Którakolwiek z matek by wygrała, zawsze przegrywa arena. Arena odnosi rany, niekiedy obgryza paznokcie do krwi, nacina żyletką wnętrze ud, zapomina o spuszczeniu wody w toalecie, lunatykuje.

Maja, trzydziestosześcioletnia arena w eleganckiej bluzce i lnianych spodniach, poszarpana od środka przez własne emocje i uczucia, nie może oddychać, walczą w niej matki. Gdyby wygrała matka pierwsza, inkwizytorka żywiąca się prawdą emocji, Maja prawdopodobnie by się udusiła. (Lub nie). Tym razem jednak zwyciężyła matka druga, ta od fatamorgany i tęczy, od rzeźby i wierszy. Matka druga budzi w Mai ulubione strofy Kawafisa. Maja, obracając słowa w umyśle, czuje, jak słabnie uścisk, mięśnie przestają być kamienne, obracają się w ciało, oddech wraca, żarna ruszają.

Maja powtarza kolejną strofę, rozluźnia się, rozmiękcza.

Nasze starania są jak starania Trojan.

Myślimy, że śmiałością i zdecydowaniem

zmienimy wyroki losu,

i stajemy do walki.

Konstandinos Kawafis

Rozmowa o pracę, kwalifikacyjna (Maja myśli, że to słowo odpowiednie, chociaż groźne, ale o tym z kolei pomyśli później), przebiega zaskakująco spokojnie. Są pytania, pytania znajdują odpowiedzi. Podczas rozmowy Maja czuje się jak jezioro pełne ryb. Jej rozmówczyni jest wędkarką. Zarzuca wędkę-pytanie i natychmiast wyławia rybę-odpowiedź. Maja jest jeziorem niewyczerpanym, pływa w niej tyle odpowiedzi, lśniących spokojną łuską i wypatrujących błysku przynęty. Maja jest jeziorem niewyczerpanym, nie ma takiego pytania, na które nie połakomiłaby się jakaś ryba.

Ryby Mai:

– Świetnie dogaduję się z dziećmi, z wyjątkiem mojego syna, ale on nie jest dzieckiem, bo zeszłego roku znalazłam w kieszeni jego spodni prezerwatywy. Nieużywane, oczywiście.

– Kocham zwierzęta oraz posiadam fretkę i dokarmiam ją skórkami i ścinkami owoców oraz warzyw.

– Jestem tolerancyjna. Pani pewnie nie wie, że moja fretka jest gejem? Na razie w szafie, kiedyś przecież wyjdzie.

– Och, z mężem świetnie mi się układa. Unikamy rozmów i dlatego nadal myślę, że on mnie kocha.

– Poczucie humoru to moja mocna strona. Moja matka jest gorliwą chrześcijanką. Kilka lat temu przykleiłam superglue krzyż wiszący u niej w pokoju na gwoździu. Chyba do dziś się nie zorientowała, że gwóźdź jest zbędny.

Ryby wypływają z Mai, trzepoczą w powietrzu, rzucają perłowe światło na gabinet, w którym odbywa się rozmowa. Jakież to proste, pytanie wywołuje odpowiedź, takie proste!, cieszy się Maja.

Już wolna, na świeżym powietrzu, zaciąga się e-papierosem na zmianę z inhalatorem. Rozmowa ją uspokoiła, nie chce tego spokoju utracić, dlatego łapie taksówkę. W aucie deklamuje kolejną strofę, cichcem, wewnętrznie jak wylew.

Lecz kiedy przychodzi czas zasadniczego starcia,

opuszcza nas odwaga i cała determinacja,

upadamy na duchu, tracimy zimną krew

i biegniemy wzdłuż murów,

szukając ratunku w ucieczce.

Konstandinos Kawafis

Czyż to nie jest piękne, że tak właśnie jest?, zachwyca się Maja w klimatyzowanym wnętrzu.

W ten sposób będę uciekać. Będę biec do Troi, żeby zdążyć przed koniem trojańskim. Będę zapisywać słowa. Będę pisać bloga. Ale ani słowa o Mordorze i orkach!

Och! Obym tylko nie dostała tej pracy, mimo że świetnie wypadłam na rozmowie. Ta kobieta sporo ze mnie wyłowiła. Wie o mnie więcej niż Szymon i Bruno. Nie chcę, żebyśmy zostały przyjaciółkami.

Maja tańczy w rytmie swoich myśli. Myśli są słoneczne bez wyjątku. Same jasne myśli. Płyną promiennymi wstęgami. Wystarczy zanurzyć się w jednej, a wypływa się już w drugiej albo i trzeciej. Miasto przesuwa się za szybą auta. Szkoda, że taksówka niedługo dotrze do punktu docelowego.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?