ości

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Gdy odetkał uszy i podniósł głowę, niczego nie rozumiał. Ludzie bili brawo, Kim Lee łaskawie rozdawała ukłony i ekspediowała w powietrze pocałunki. Norbert rzucił okiem na stół jurorów, oni również klaskali.

Nie rozumiał. Przecież ten występ powinien zakończyć się spektakularną klapą, tymczasem obserwował coś przeciwnego.

Nie rozumiał, gdy Ninel Czeczot ogłosiła werdykt.

– Za grę kontekstami w grze kontekstów. Za szkatułkową konstrukcję sensów i nonsensów. Za odświeżającą odwagę pójścia tam, gdzie się było, jest lub znowu będzie. Za wyczucie komizmu sytuacyjnego, który staje się demokratycznym dramatem. I tak dalej. Najlepszą polską drag queen jest... Kim Lee!

Nie rozumiał werdyktu. Gdy kobieta odczytywała słowa z kartki, goście klubu chichotali. Jurorka prawdopodobnie wypowiadała jakieś dowcipne kwestie, lecz on ich nie rozumiał. Pewien poziom abstrakcyjnego rozumowania, zdawał sobie z tego sprawę od dawna, po prostu nie był mu dostępny. Norbert został skonstruowany solidnie, do konkretu i kolumn Excela; nigdy nie wybrałby się śladem Nansena albo Prousta.

W końcu zrozumiał jedno, dotarło do niego, że Kim Lee wygrała. Liczy się efekt. Liczy się wygrana. Droga do niej prowadząca – w wypadku Norberta zawsze żmudna i okupiona ciężką pracą – i tak ulega zapomnieniu. Liczy się efekt. Kim Lee wygrała. Chłopak Norberta, oględnie mówiąc, wygrał.

Teraz wypełniły Norberta duma i euforia, tak nagłe i ogromne, że go uniosły znad stołu i kazały razem z innymi wykrzykiwać w podnieceniu jakieś słowa, podczas gdy Kim Lee odbierała statuetkę Matki Polski dla najlepszej polskiej drag queen. (Statuetka Matki Polki została kulturowo zastrzeżona ® przez prawdziwy naród).

9.

Tak bardzo bym Ci chciała opowiedzieć o tym, co się nie wydarzyło, lub że nie pamiętam. Ale się boję, że zostanę przez to potraktowana jak pisarka klasy B, lub C.

Marta Podgórnik

W ogóle się nie bawiła, choć nikt by na to nie wpadł. Sprawiała wrażenie zrelaksowanej, ciut sceptycznej, przyjaźnie zdystansowanej, kumpelsko zaangażowanej. Unosiła lewą brew świadomie, ponad górną krawędź oprawki okularów. Ta brew, te oprawki szylkretowe, niby staroświeckie, aktualnie dramatycznie modne – całość świetnie wypadała na zdjęciach oraz na żywo, w telewizji.

Pilnowała się, żeby nie przesadzić z lewą brwią. Lewa brew pozostawiona sama sobie potrafiła wzbić się tak wysoko, że Ninel zaczynała przypominać Jacka Nicholsona odgrywającego rozpacz albo podobną, silniejszą emocję, taki lot nad kukułczym gniazdem lub wręcz lśnienie na przykład. Oczywiście nikt poza nią nie widział podobieństwa między Jackiem Nicholsonem a Ninel. I całe szczęście, błogosławiła się, po co mi plotki.

Siedziała tedy za stołem w klubie i oglądała występy drag queenów. Była głęboko znudzona i pragnęła wrócić do domu. Chciała cierpieć po śmierci Burego i czuć się niekochana, stara i zużyta oraz zagrożona, dajmy na to, włamaniem. (Kto wie, co Szymon lub jego niezdyscyplinowana psychologicznie żona zrobili z kluczami!)

Musiała pilnować lewej brwi, ponieważ siedzący po bokach jej starzy znajomi wiedzieli, że wysoko wzniesiona lewa brew oznacza całkowity brak zainteresowania i okrutne znudzenie.

Z prawej strony zasiadł ważny obecnie polityk lewicy. On nie był tak groźny, kochał przebieranki i całkowicie oddał się ocenianiu występów. Znacznie groźniejsza była strona lewa, po której to siedziała Kinga. Ona potrafiła błyskawicznie zorientować się, że Ninel utraciła zainteresowanie, właśnie po pozycji zajmowanej przez lewą brew. Potem Kinga będzie znowu miała pretekst do dzikiej awantury o to, że Ninel się nie angażuje, nie wspiera feminizmu ani nowego lepszego świata, jest pozerką, że nie jest obecna w stopniu wymaganym choćby przez zasady dobrego wychowania oraz ludzkiej przyzwoitości.

Dlatego Ninel, śmiertelnie znudzona i znużona, stosowała się do trzech zasad publicznych występów.

Trzy zasady publicznych występów (3ZPW) – zespół zachowań akceptowanych w mediach i społeczeństwie, praktycznie nieuleczalny, acz podobno można codziennie łykać aspirynę; zasada pierwsza: poruszaj nie rzadziej niż raz na dwieście sekund głową; możesz kiwać w pionie lub poziomie, ale uważaj, żeby ruchy nie kojarzyły się z parkinsonem ani modlitwą/medytacją; zasada druga: rób coś z ustami; gdy publiczny występ dotyczy Jedwabnego, Katynia, likwidacji getta itp., staraj się ściągać usta w niewielką dziecięcą piąstkę (uwaga: jeśli masz ładne, warto również skorzystać z oczu!; kolor oczu staraj się dobrać do garderoby przed publicznym wystąpieniem), gdy występ dotyczy weselszych rzeczy, np. bankructwa systemu emerytalnego, kolejnego zamachu terrorystycznego albo poezji Eliota, staraj się trzymać usta w pozycji poziomej; zasada trzecia: unikaj lnu, wybieraj materiały niegnące się albo korzystaj z żelazka.

Dziś wieczór wybrała bawełnę z dodatkiem poliestru, usta ułożyła w poziomą kreskę z lekkim wzburzeniem górnej wargi, w wyrazie pomiędzy bitwą kiboli a zamachem na demokrację. Ponadto poruszała głową na prawo i lewo, a co dwie minuty w dół, na piekło, i w górę, do nieba, no i pilnowała lewej brwi, żeby ta nie uciekła nazbyt wysoko, w stratosferę czoła. Zerkała też na innych jurorów. Pragnęła wrócić do braku, do siebie, do miejsca bez Burego, pachnącego sosnowym żwirkiem, benkiem, który się zbryla.

Była już gotowa zasnąć, aktywnie dzieląc się dowcipnymi zdaniami z członkami jury, gdy na scenę weszła Kim Lee. Pierwszy numer Ninel przewegetowała, drugi ją obudził. Kim Lee występowała do utworu Michała Bajora.

Zainteresowanie Ninel, początkowo skromne, w niezauważalny sposób w czasie pięciu minut – tyle chyba trwał występ – przeszło w stan nieomal przedeuforyczny. Bardzo prawdopodobne, stwierdziła, że odreagowuję śmierć kota albo też życie matki. Do wyboru. Zależnie od preferowanej szkoły psychoanalitycznej.

Bez większych problemów przekonała zacne grono jurorskie, że to właśnie Kim Lee należy się nagroda. Potem musiała wygłosić coś na kształt laudacji. Skończyła mówić, zeszła ze sceny. Adrenalina, zawsze wydzielająca się podczas publicznych występów, odpłynęła. Sucha plaża, nagie skały – w ten lakoniczny sposób opisałaby krajobraz własnej osoby. Zmarniała gdzieś pomiędzy Kingą a politykiem, przywiędła i w pełni świadoma wszystkich szkodliwych okoliczności, na jakie naraziła swoje ciało przez niemal sześćdziesiąt lat: miliony papierosów, alkohol, lektura Marksa, działanie w opozycji, bezsenność i nieodstępujący ani na krok lęk.

Ninel, zapadnięta w sobie, wsobna, dopiero w taksówce zorientowała się, że dokądś jedzie. Siedziała obok kierowcy, z tyłu żartowali jej znajomi. Przysłuchiwała się ich rozmowie z zainteresowaniem łamanym przez zaniepokojenie, starając się dowiedzieć, dlaczego siedzi obok taksówkarza i na co przystała. Nadzieja, że odwożą ją do domu, okazała się płonna. Wyglądało na to, że jadą do – tutaj brakowało jej pewności – biura partii, domu polityka, innego klubu, aby kontynuować tak miło rozpoczęty wieczór. Pomyślała, że jeszcze nie jest za późno, że może rozboli ją brzuch i zdoła wykręcić się z imprezy. Nic takiego jednak nie zaszło: brzuch nie rozbolał, a wykręcenie się z wieczoru, przy tak niewielu posiadanych przez Ninel informacjach o najbliższych planach, przerosło jej pomysłowość. Muszę szybko wypić jakiś alkohol, żeby się ogłuszyć, postanowiła. W końcu gdzieś dojechali, do willi jakiejś, chyba w Radości, acz Ninel mogła się pomylić. Orientacja przestrzenna nie zaliczała się w poczet jej cnót i przywar, choć pewnie przy „Wyprowadzić sztandar!” nie pomyliłaby drzwi.

Gości przybywało z minuty na minutę, pełny przekrój wiekowy i modowy, od aborcji do eutanazji, od braci młodostudenckiej lub nawet późnolicealnej, przez wiek dojrzały, aż po – stwierdziła z rozbawieniem – osoby na granicy wydolności. Ta ostatnia kategoria należy do mnie; zawłaszczam ją. Ninel lubiła myśleć o eutanazji w kontekście własnej osoby. Ta myśl z jednej strony ją uspokajała, z drugiej – pozwalała zachować fason, by nie rzec z pewną przesadą: godność.

Wypiła dwie lampki czerwonego wina i wdała się z przyjaciółmi w długi spór o podłożu kulinarnym lub światopoglądowym. Dyskutowali o kawiorowej lewicy, o przewagach smakowych jaj wiejskich nad jajami z masowej produkcji, o wyższości wegetarianizmu nad wszystkożernością.

– No a poza tym Singer twierdzi, iż kontakty seksualne między zwierzętami i ludźmi mogą być obopólnie satysfakcjonujące – zakończyła Kinga.

Ninel nie śledziła toku rozumowania Kingi, dlatego nie zareagowała, choć mogła. Wszak najzabawniejsze reakcje nie są reakcjami powiązanymi logicznie.

– Jedno jest pewne – podsumował polityk, poklepując czule własny brzuch. – Świat nie będzie lepszy, ponieważ jesteśmy zbyt inteligentni i syci, żeby coś zrobić.

Ninel piła czerwone wino w dużych ilościach, wlała w gardło całą Kanę Galilejską oraz inne okoliczne wesela; czerwone wino chroniło ją przed samą sobą i rozszerzało zakres dostępnych żartów i złośliwości. Pulsująca myśl o Burym, rwąca jak popsuty ząb, została zepchnięta na margines. Jałowa myśl o własnej bezużyteczności – w końcu Ninel wyznawała utylitaryzm – również została utopiona w winie. Tej wewnętrznej i tym czerwonym.

Piła i konwersowała, podczas gdy liczba gości stopniowo malała. Wreszcie Kinga uznała, że pójdzie położyć się na górze, w jednej z czterech sypialń, choć mogła przecież pozwolić sobie na zamówienie taksówki. Jej odejście wprowadziło pewne zamieszanie w kręgach rozmawiających ludzi, ktoś wstawał, ktoś siadał, żegnał się bądź witał. W czasie tych ruchów tektonicznych, którym podlega każda chyląca się do wschodu słońca impreza, nagle znalazła się w nowej konfiguracji: elegancki Azjata, ogromny bezwłosy mężczyzna, jakiś chłopiec, sądząc po modnych tenisówkach, czytelnik Bourdieu, i stary dobry znajomy, za diabła nie pamiętała, skąd się znają i dlaczego od trzydziestu lat. Nie pamiętała nawet, czy się z nim przespała. Jeśli był z KOR-u, to całkiem prawdopodobne.

 

W pewnym momencie zawieruszył się stary dobry znajomy, zniknął Azjata, Ninel zaś, bezwłosy mężczyzna i czytelnik Bourdieu znaleźli się w jednej z sypialni. Ona leżała pośrodku okazałego łóżka, po jej bokach mężczyźni, wszyscy pijani, na całkiem szerokim i bezdyskusyjnie jedwabnym skrzyżowaniu jawy z marą. Lub na rozstajach majaków i realności.

Jak to się stało, nikt nie zapamiętał. Pierwszy gest, gra i sąd, jeden wzór i drugi, pierwsza pora roku i jaskółki latające nisko, na miłość i deszcze. Wszystko skryło się jak Wielki Wybuch, poza granicę tego, co da się zaobserwować i opisać, w umownym miejscu, do którego udaje się dotrzeć rozumowi na drodze długich i w znacznej mierze intuicyjnych ciągów logicznych.

Jak to się stało? Brak odpowiedzi, same siebie warte rekonstrukcje.

Ninel całowała się z bezwłosym mężczyzną.

Miękkie miał usta, twarde ciało.

Gotowa była pogodzić się z tym, że bezwłosy mężczyzna jest snem starzejącej się kobiety. Miewała takie sny i czuła się nimi upokorzona bardziej niż rzeczywistością. Zawsze musiała wykonać pracę, powtórzyć sobie, że wiek nie ujmuje praw, ani do miłości, ani do seksu, do atrakcyjnego wyglądu, do dobrego jedzenia. I niedługo – w tym miejscu wyliczanki chichotała – do ulg: na transport, do kin i teatrów, może na lekarstwa.

Konferencję poświęcono kryzysowi finansowemu w kontekście – z grubsza – socjologicznym.

Miała czterdziestopięciominutowy wykład. Pełna sala. Pozwoliła sobie na kilka żartów. Trzy czwarte Polaków nie dostrzega korelacji między dwoma wykresami (w badaniu jeden obrazował sprzedaż petard, drugi – liczbę wypadków). Ninel miała nadzieję, że na sali zebrała się ta jedna czwarta, zdolna do zrozumienia.

To był jej wielki problem intelektualny. Rozumiała, że wtórny analfabetyzm jest ogromnym zwycięstwem cywilizacyjnym nad analfabetyzmem. A równocześnie przerażała ją skala tego sukcesu – dlaczego od razu trzy czwarte?! Czy tego zwycięstwa nie dałoby się powściągnąć do jednej trzeciej?!

Czy rzeczywiście – idąc wyżej – merytokracja to jedyne rozwiązanie? Albo monarchia oświecona?

Och, myślała, nie wiem, naprawdę nie wiem, czy mam siłę być Oświeconą Królową.

Wieczorem zorganizowano ognisko. Takie z kiełbaskami oraz muzyką. Ludzie tańczyli raczej osobno niż w parach, Ninel chciała tańczyć, lecz się wstydziła, tak sama do siebie, to po próżnicy.

Podszedł do niej młodziutki chłopak, znała go ze słyszenia, chyba Marcin, bardzo zdolny – przyszły i potencjalny – krytyk filmowy.

– Zatańczyłaby pani ze mną? – zapytał.

Kiwnęła na tak i tańczyli, przytuleni, a gdy rytm skakał, skakali. Jeden taniec, drugi, trzeci, czwarty.

Muzyka się urwała, ognisko dogasało, kiełbaski pożarto.

– Dziękuję za taniec – powiedziała, zarumieniona i lekka.

– Pani nawet sobie nie wyobraża, co dla mnie ten taniec znaczył! – wyrzucił z entuzjazmem Marcin.

Spojrzała na chłopca czujniej, taka deklaracja nie wróżyła niczego miłego.

– A co niby znaczył?

– No... Tańcząc z panią, to tak jakbym tańczył z Historią! Jakbym tańczył z samym Michnikiem!

Spoliczkowała go.

Historia historią, ale nawet ona musi ustąpić przed kobiecością.

Rankiem następnego dnia odwołała wszystkie spotkania. Potrzebowała zadbać o siebie.

Najpierw zajęła się ciałem. Było zmęczone i niewyspane. Przecałowane i naddotykane. Źle znosiło zarwane noce i nadmiar alkoholu. Należało je umyć, wklepać balsam i zaciągnąć do łóżka. Aha, i zasłony też zaciągnąć. Żeby światło nie przeszkadzało.

Ninel popiła wodą proszek nasenny. W ocenę własnego zachowania, rozbiór emocji, ewentualny wstyd i całą tę powieść psychologiczną pobawię się jutro, postanowiła.

Przed upływem kwadransa już spała. Nie musiała łykać drugiej tabletki.

10.

W tajemnicy przed żoną wyjechał z Błociszewa w nieznanym kierunku i zaangażował się do berlińskiego cyrku jako woltyżer. Po dłuższym czasie powrócił do domu, przywożąc ze sobą oswojoną panterę. Była ona przyczyną konfliktów między małżonkami i w tej sytuacji została oddana do ogrodu zoologicznego.

Wojciech Kęszycki

Szymon znowu się topił, dusił lub też przesadzał. W okolicznościach psychologicznych, w których się ponownie znalazł, przypominał sobie zawsze stary angielski dowcip. Dwie osoby w wodzie, jedna mówi: „Sir, być może pan pływa, ale ja, moim zdaniem, tonę”. Według Szymona tak brzmiała najkrótsza definicja małżeństwa.

Biedził się nad tłumaczeniem bajki z amharskiego. Bajka nosiła tytuł Uszy i język. Najdalej jutro powinna trafić do redakcji kwartalnika niezwykle niszowego, o czym zaświadczały w każdym numerze monochromatyczny druk oraz liczne przypisy. Był to także kwartalnik bardzo prestiżowy, o czym z kolei przekonywał permanentny niedobór honorariów.

Biedził się nad niegotowym zdaniem, brzmiącym obecnie jakoś tak: „Dwa-my że jesteśmy potrzebni-w tym powód dużo słuchać mało mówić być potrzebnym ponieważ-mówić jest mówić odpowiedź dać-jej ona-zaś sprawa zaskoczona wrócić miejsce jej wejść”.

Za kilkanaście godzin powyższe zdanie przyjmie formę:

A one [uszy] dały mu [językowi] taką odpowiedź: „Powód, dla którego potrzeba nas dwoje, jest taki, że trzeba dużo słuchać, a mało mówić”. Język, zaskoczony, wrócił na swoje miejsce.[5]

Tłumaczenie szło mu opornie. Znaki amharskiego sylabariusza tańczyły mu przed oczyma niby czerwona płachta. Gdyby urodził się bykiem na korridzie, pewnie przypuściłby szaleńczy atak i zginął, ponieważ jednak wylosował ludzką pulę genów – te dwa czy cztery procent różnicy w genomie – szarży nie przeprowadził; kolor czerwony kojarzył mu się wyłącznie ze znakiem STOP. Tym różni się mężczyzna od byka, pomyślał. Inaczej reagujemy na czerwień. Z różnym skutkiem, kierunkiem i tempem.

Jak po grudzie szedł mu przekład. Nie potrafił się skupić, dokonać syntezy i przełożenia jednej kultury na drugą. Myślał nie o tekście, lecz o sobie. Sobie i Mai.

Nie rozmawiali od dwóch tygodni, od czasu afery z kluczem, niebędącej – według jego wiedzy – żadną aferą. Maja, szukając czegoś w jego torbie, znalazła klucze Ninel i od razu zrobiła mu awanturę o kochankę, podwójne życie, brak szacunku, źródła chrześcijaństwa, a następnie zaczęła szlochać. Powinien od razu wytłumaczyć i wyprostować sytuację, tak go jednak wybuch żony zaskoczył i zezłościł, że postanowił się zemścić i milczeć.

Szymon nie powiedział Mai o Ninel, o jej kocie, o Burego zgonie, Maja też mu o czymś nie powiedziała. Wyczuł to, bezbłędnie wyczuwał, kiedy mu nie mówiła czegoś ważnego. To niemówienie, dość symetryczne i wrogie, przeżerało czerwiem codzienne chwile. Ucieszył się, że dostał grant naukowy i wyjedzie do Berlina. Na rok, za sporo pieniędzy. Ale dotąd nie wspomniał o tym małżonce. Niech ona nie wie, że on wyjedzie. Zasłużyła na karę i niespodziankę.

Zresztą Maja nie pozwalała sobie nic wytłumaczyć. Gdy Szymon docierał do słowa „klucze”, ona wyciągała do góry ręce, żeby zaraz jedną dłoń położyć płasko na ustach, drugą zaś na oczach. Za którymś razem nie wytrzymał; Maja zawsze wydawała się nieco przesunięta wobec rzeczywistości:

– Idiotko, jak nie chcesz słuchać, zatkaj uszy. Zostaw oczy i język w spokoju! Uszy zatkaj!! I-diot-ka!!!

Powiedziawszy lub wręcz wykrzyczawszy powyższe, trzasnął klasycznie drzwiami, wybiegając z mieszkania. Szedł prędko bez celu. W ten sposób opanowywał silne emocje: idąc prędko bez celu. Przez głowę przebiegały mu rozmaite stany emocjonalne. Złość na siebie, ba!, wściekłość, że pomógł Ninel. Gdyby nie zgodził się na sprawowanie dwudniowej opieki nad kotem, gdyby nie zapomniał oddać kluczy, gdyby wieczorem nie pojechali do weterynarza, gdyby nie zapomniał oddać pieprzonych kluczy, Maja nie wpadłaby w swój irytujący stan, jebane klucze plus niedopowiedzenie. Jak mógł zapomnieć o regule ojca Mai, stwierdzającej bezwzględnie: każdy dobry uczynek zostanie prędzej czy później ukarany?! Jak mógł zapomnieć, że tak zwane dobre uczynki nie przynoszą dobrych skutków?! Rozwój społeczeństwa najzwyczajniej i najbanalniej wyeliminował tak zwane dobre uczynki. Dobre uczynki są przestarzałe. Nie są nawet dobre!

Obok złości truchtało przerażenie. A co, jeśli z Mają to już koniec? Jeśli on nie znajdzie w sobie siły, żeby po raz kolejny się do niej, do Mai, przebić? Przebić z siebie; ja to potężna przeszkoda. W końcu racja jest po jego, nie jej stronie. To on dysponuje argumentami, ona zaś łzami lub wyniosłym, wkurwiającym milczeniem. Jakże nienawidził – dokooptujmy do wściekłości i przerażenia także nienawiść; nienawiść niech spaceruje na smyczy w kagańcu niczym rasowy, groźny pies – tego jej milczenia i swoich antropomorfizacji. Kiedy Maja tak milczy, również patrzy. Albo inaczej: ona nie ogranicza się do milczenia i patrzenia. Ona, patrząc, odwraca płochliwie wzrok, jak ofiara. Skąd ona, kurwa, klnie Szymon, nauczyła się tej sztuczki?! Nienawidził, gdy zderzały się ze sobą porządki, porządek racjonalny (ten jego) z porządkiem emocjonalnym (tym jej). W takim zderzeniu, zderzeniu prawdy i światła (to Szymon) z bólem i rozczarowaniem (to Maja), zawsze przegrywał. Przegrywał, ponieważ nauczono go sądzić, że emocje, ból, rozczarowanie etc. są pierwotne, naturalne, niepodlegające zafałszowaniu, podczas gdy logiczne rozumowanie, racjonalna ocena zawsze są wystawione na próbę, muszą okazać skoroborowany hart. To dlatego Szymon przegrywał. Mógłby oczywiście, przegrywając, czuć się moralnym zwycięzcą, acz ten trik opanowali jedynie godnościowcy, czyli prawicowi politycy i biskupi. Moralność to przejaw emocji przefiltrowanych przez historię, koncelebrowaną przez politykę, religię, szerzej – kulturę. Moralność, myśli, jest równie wkurwiająca jak Maja, moja żona: przynajmniej czasem, aktualna, jedyna.

Podsumujmy jego szybki marsz bez celu – wściekłość, przerażenie, nienawiść, one wyznaczają rytm kroków, one każą mu stać na czerwonym świetle, ruszać na zielonym. One też, trzy ciemne muzy, Mojry złośliwe i grozę budzące, oto one, gdy Szymon już je wychodzi, przejdzie nimi, oto one znowu go pokonają. Wściekłość. Przerażenie. Nienawiść. One tkwią w nim i z nim, ale równocześnie przeciwko niemu. Nie sposób ich zignorować, nie sposób ich wykorzystać. Zawsze przeciwko, zawsze kłodą pod.

Wreszcie Szymon dociera pod pomnik radzieckich żołnierzy na Polach Mokotowskich. Przysiada na ławce niedaleko cmentarza, białe rzędy minimalistycznych nagrobków rozciągają się spokojnie.

Zielona trawa, słońce, piękny dzień. Są ptaszki kląskające. Są młodzi ludzie na łyżworolkach i desko-. Są konkubinaty pchające przed sobą wózki z potomstwem. Są starsi ludzie o kulach i bez, zażywający początku sennego lata. Szymon czasem kątem oka zerka na nich z zazdrością. Jakaś kobieta, obrączka w słońcu nie lśni, pewnie – w przestarzałej terminologii – konkubina, podaje półlitrową butelkę wody mineralnej mężczyźnie, na którego palcu obrączka błyska stroboskopowo; słońce drży kapryśnie, gra po liniach grawerunku, kolejni ludzie wymknęli się Jezusowi. Jakiś licealista jadący na deskorolce upada, pomaga mu wstać jego kolega. Kilka ziarenek piasku i smuga ziemi malują na policzku chłopca niepewną literę „i” bez kropki, jaką stawia pierwszoroczniak w zeszycie; jego kolega, chwyciwszy wcześniej za łokieć upadłego, żeby pomóc mu wstać, teraz odrywa swą dłoń od łokcia i z policzka kolegi ściera „i” bez kropki. „Weź, wyluzuj”, mówi ów chłopiec, ów z ręką obcą na swoim policzku, „weź, wyluzuj”, powtarza.

Jakiś staruszek upuszcza kulę, którą wytrąca mu z ręki wybrzuszony przez korzeń drzewa asfalt alejki; one tak nieznośnie rosną, te drzewa, poza szacunkiem dla starszych osób i poza odpowiedzialnością, kompletnie nieobjęte ubezpieczeniem. Starzec zatrzymuje się niepewnie, pewnie myśli, że samotny spacer to błąd i ekstrawagancja w jego wieku, mimo olśniewającej pogody. Nie może zrobić kroku naprzód, upadnie bez kuli. Nie może się schylić, bo nie wstanie. Nie może się cofnąć, bo to nie taśma, którą wolno przewijać do tyłu, tylko życie, a życie jest zacięte, idzie wyłącznie do przodu. Staruszek stoi nieruchomo. Kontempluje ciepły okład słońca na skórze albo martwi się zostawionym w domu kotem, trudno rozstrzygnąć. Podbiega do niego chłopiec, na którego policzku „i” rozmazało się w brunatną plamę, jakby w „a” bez konturu. Podaje kulę, starzec dziękuje, rusza. Chłopak siada na krawężniku, obok niego przysiada kolega. Siedzą. Przed nimi deskorolki. „Wiesz, jak jest”, mówi ten z literą „a” bez konturu. „Wiem”, potwierdza ten niedawno ścierający literę „i” bez kropki.

 

Szymon widzi to wszystko kątem oka. Park i ludzi. Ludzie w parku wydają mu się wspaniali, wydrukowani niczym z igłowej drukarki uderzeniami promieni słonecznych, wywołani do życia palcami akuratnej stenotypistki. Kradzieże i tajemnice zaczną się po zmroku. Na razie jest wspaniale, na razie świadomość tego, co będzie, nie rzuca cienia na to, co jest; sympatyczny, popołudniowy letni fałsz.

Szymon, lub raczej jego świadomość, może nawet ta z przedrostkiem samo-, unosi się nad ławką, nad cmentarzem radzieckich żołnierzy, nad Polami Mokotowskimi. Szymon szybuje, wie, że przegrał, ale też wie, że nie po raz ostatni. Przenika go miłość do nieznajomych ludzi, do tego starca i tych chłopców deskorolkowców, do tej kobiety bez obrączki i mężczyzny z. Szymon szybuje, szybując, naprawdę kocha, kocha zaś, ponieważ staje się trzecioosobowy. Unosi się w trzeciej osobie, we wrażliwej, współczującej i socjologizującej narracji, nad samym sobą w pierwszej osobie, nad spacerowiczami, drzewami, nagrobkami. Wznosząc się powietrznym kominem, rozumie, dlaczego ogarnęło go nagłe i pozaprzyczynowe kochanie: najdoskonalsza forma bytu to trzecia osoba liczby pojedynczej. Trzecia osoba liczby pojedynczej jest jedyną osobą, z którą pewne rzeczowniki wchodzą w trwały związek frazeologiczny. Na przykład transempatia. Albo przedwspółczucie. Albo obokprotoplasta. Albo zapłeć. Szymon zna wiele słów w wielu afrykańskich językach. Niekiedy filologicznie wątpi w rzeczownikowy rdzeń ich istoty. Teraz za wszelką cenę chciałby się trzymać tej osoby trzeciej, w niektórych gramatykach zagubionej; wie jednak, że wróci tam, skąd wyszedł, do osoby pierwszej, do tego ja nieokreślonego, pozbawionego cech dystynktywnych, monadycznego.

Ktoś obok przysiada na ławce, Szymon pospiesznie wciąga w siebie szybującą świadomość, być może nawet z przedrostkiem samo-, wciąga jak oddech, jak mrówkolew mrówkę, do więzienia, do leju. Jest teraz ponownie kompletny, ponownie w niekomfortowej i oswojonej celi – tylko stąd, z niej, z tego niedosłownie okratowanego miejsca, z tego siebie samego potrafi komunikować się z innymi ludźmi.

Patrzy na gościa i wcale się nie dziwi, że go zna. W istocie nieznajomi ludzie nie siadają na ławkach zajętych przez nieznajomych ludzi, zachowanie takie byłoby wysoce niehigieniczne. Po to jest Facebook, żeby nie siadać obok nieznajomych w parku, żeby nie pobrudzić się rozmową z drugim, niespodziewanym człowiekiem.

– Cześć – mówi Szymon i w ogóle nie oczekuje odpowiedzi.

Obok siedzi, bo usiadł, King Kong, Szymona najbliższy, w chwili obecnej także w znaczeniu czasoprzestrzennym, przyjaciel.

King Kong (por. Hongkong): (1) okazałe, kudłate zwierzątko, cierpiące powszechnie w kinie i telewizji; King Kong zadebiutował publicznym cierpieniem w 1933 roku (por. dojście Hitlera do władzy, także powieść George’a Orwella Na dnie w Paryżu i Londynie); remaki cierpienia rozpoczęły się w latach sześćdziesiątych XX wieku i trwają do dnia dzisiejszego (por. 1920. Bitwa Warszawska Hoffmana); King Kong zwyczajowo podlega zestrzeleniu z wysokiego budynku/wieży (por. piramida), do zestrzelenia dochodzi wskutek nieporozumienia, miłości oraz konfliktu porządków cywilizacyjnych; (2) king kong (slang) oznacza duże wiadro (– Nastaw jakieś wiaderko./– O fak, aleś king konga nastawił!); (3) pseudonim Jana Grębosza, żołnierza Armii Krajowej, członka batalionu „Surowiec”.

Wiadro, Ms. – drze, lm D. – der: (1) sposób palenia marihuany za pomocą wiadra wypełnionego wodą i plastikowej butelki z obciętym dnem; (2) dawniej niskotechnologiczne urządzenie do noszenia wody, przechowywania węgla, składowania śmieci itp.; obecnie wiadra produkowane są masowo w krajach Trzeciego Świata, w Europie w zaniku i pod ochroną, wpisane na listę Czerwonej księgi wymierających przedmiotów; (3) wylać wiadro zimnej wody – zw. fraz., zależnie od kontekstu: ostudzić czyjś zapał, cierpieć pragnienie, nakrzyczeć na kogoś, doprowadzić do wystrzelenia sutków w konkursie mokrego podkoszulka.

Poznali się, Szymon i King Kong, wiele lat temu w poniedziałek, o ósmej rano, na ćwiczeniach z filozofii analitycznej, na które Szymon zapisał się, ponieważ sądził, że zdobyta wiedza przyda mu się w jego językoznawczych zainteresowaniach. Profesor nie oszczędzał się w weekendy. Twarz jego poniedziałkiem czerwona, głos słaby, naczynka krwionośne na nosie dość ekstrawertyczne, nieomal jowialne, intelekt nienaruszony. Poniedziałek nie należał do najlepszych dni profesora. Chyba tylko Etat, rozumiany jako Wartość Ponadwymierna, oraz Ubezpieczenie Zdrowotne były w stanie ściągnąć profesora z łóżka i doprowadzić do salki Instytutu Filozofii. Profesor najczęściej milczał i poczkiwał niestrawioną wódką. W wyjątkowych chwilach spierał się ze swoim przyjacielem. (Jaakko Hintikka, ur. 1929; nieobecny na sali wykładowej). Dowodził błędów semantyki możliwoświatowej, punktował niebezpieczeństwa i manowce kwantyfikatorów rozgałęzionych, tych „ciepłych, częściowo uporządkowanych zbiorów”, koniunkturalnie zawieszonych w sile rachunku predykatów pomiędzy logikami: pierwszego i drugiego rzędu. Najczęściej jednak profesor wydawał z siebie ciąg, dłuższy lub krótszy, trudnych do oznaczenia dźwięków, znacznie bliższych fonetyce niż fonologii.

Profesor coś świstał z płuc, nikt ze studentów nie miał zielonego (warto zapamiętać na przyszłość lub wszelki wypadek ten kolor, oznacza on „jedź!” lub „islam”) pojęcia, o czym on poświstuje. Studenci milczeli, profesor poświstywał lub milczał, mijało półtorej godziny. W ten sposób, tym trybem, koleiną nonsensu przebiegały ćwiczenia z filozofii analitycznej, zwanej skrótowo i bez polotu analem.

Przed pauzą zimową dochodzi do niecodziennego zdarzenia. Profesor wydaje z siebie serię dźwięków. Ogromny uczeń, kudłaty i milkliwy, skrzyżowanie Chewbaccki ze Świętą Kumernis, przezwany przez kolegów King Kongiem bez pogłębionej chyba ścieżki skojarzeniowej, odtwarza profesorski układ dźwięków. Studenci się śmieją. Profesor patrzy uważnie na King Konga.

– Nazwij – rozkazuje głośno, wyraźnie, jakby z krzaka gorejącego przemawiał.

– Kwantyfikator Reschera – nazywa King Kong.

Zapada cisza. Coś pomiędzy powszechną konsternacją, zdziwieniem, że ludzie bywają inteligentniejsi od nas, a ponurą zawiścią złączoną z ciemną – trzymajmy się konsekwentnie palety – ulgą, że taka wiedza nie pomaga, lecz utrudnia, nie otwiera, lecz zamyka, nie umożliwia, lecz unie-. Nikt aż tak ostentacyjnie inteligentny nie odniesie sukcesu w życiu łamanym przez społeczeństwo. Społeczeństwo nie toleruje jednostek ponadprzeciętnie inteligentnych w czystym tego słowa znaczeniu. One zagrażają matrycy kontaktów, trzeba je wyeliminować, można ośmieszyć, można upokorzyć.

Szymon nie poszedł na kolejny wykład. Zaszył się w bibliotece. Odnalazł wzór kwantyfikatora Reschera. To, co poświstywał profesor i co odświstał mu King Kong, brzmiało mniej więcej tak:

(QLx)(ϕx, ψx) = Card ({x: ϕx}) ≤ Card ({x: ψx}) ≡ ≡ (QHx1x2y1y2) [(x1 = x2 ↔ y1 = y2) ∧ (ϕx1 → ψy1)]

Pamięta, i nigdy tego nie zapomni, co poczuł. Po pierwsze, ale to kontekst, że prawdziwa, żywa niczym srebro inteligencja umie naśladować bełkot. W praktycznym wymiarze życia Szymona przełożyło się to na wielki szacunek do wypowiedzi, także pozawerbalnych, których on nie rozumiał, na przykład wypowiedzi i nie – Mai. Po drugie, postanowił, że zostanie najlepszym przyjacielem King Konga. Tak też się stało. Z poniedziałku na poniedziałek, z ćwiczeń z analu na ćwiczenia zbliżali się do siebie. Skończyli studia, Szymon i King Kong, lecz nadal pozostali w tym zbliżeniu lub raczej ciągłym się zbliżaniu, taką bowiem formułę przybrała ich przyjaźń.