ości

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wytarła się, wyszorowała zęby, wklepała balsam. Zmieniła pościel na świeżą. Tej pościeli nie używała od lat, znalazła ją przypadkiem w czasie dzisiejszych nieporządków. Pachniała krochmalem albo matką. Matka, pomyślała, najboleśniejsza antropomorfizacja mego życia. Dochodziła szósta, za oknami światło tak jaskrawe, jak gdyby przeprowadzano serię nieustannych wybuchów atomowych w oku zagrożonym jaskrą. Zaciągnęła zasłony. Popiła aż trzy proszki nasenne. Rzuciła się na świeżą pościel. Zapach krochmalu albo matki. I komu ja, Filippides, winnam dostarczyć dobre wieści?

5.

Dwa razy dziennie fala przypływu zalewała piasek za chatką państwa Maytree, a w ciągu trzystu sześćdziesięciu pięciu dni pora roku zmieniała się czterokrotnie. Podobny tryb życia jak państwo Maytree prowadzą małże, które jednak znacznie mniej czytają.

Annie Dillard[2]

Wymęczyło go spotkanie. Dobrze się bawił. Stracił trzy kieliszki. Nie była to strata bezpowrotna, nadal bowiem szkło tkwiło w stopie. Szymon, co prawda, zarzekał się, że usunął wszystkie odłamki, lecz stopa raczej pozostawała w sporze z Szymonowym zapewnieniem. Kłótliwa stopa, stwierdził, żeby z niestosownym rozbawieniem skonstatować, iż stopa jest rodzaju żeńskiego, a rodzaju żeńskiego nie wypada o nic obwiniać – a już na pewno nie o ból czy niewygodę – ponieważ rodzaj żeński dopiero od niedawna, i nie w pełni, posiada prawa przysługujące rodzajowi męskiemu.

Goście wyszli.

Krzyś zwinął się w kłębek na sofie.

Andrzej postanowił odłożyć porządki na później, teraz tylko trzeba koniecznie i obowiązkowo zamieść podłogę. Szczotka stała na balkonie.

Wyszedł na poranne powietrze. Przez rozcięcie w niebie jątrzyło się słońce. Oślepiony alkoholem i czystym tlenem umysł kojarzy fakty i obrazy od siebie dalekie. Stykają się one na jedną chwilę, eksplodują i oddalają na bezpieczną odległość, do swoich szuflad i czasoprzestrzennych ciągów. Wypolerowana gałka słońca, stercząca z bezchmurnego nieba, przypomniała mu, że już to kiedyś widział, w sklepie u rzeźnika: gładkie, obłe zakończenia kości, wyrastające z czerwonego mięsa.

Zamiótł podłogę.

Krzyś pochrapywał.

Andrzej odczuwał zmęczenie, choć senność odeszła, niestety. Za trzeźwy na sen, zbyt pijany na lekturę. Wino się skończyło, przygotował tedy bardzo mocnego drinka: sok pomarańczowy z wódką, to jest, skorygował proporcje i kolejność słów niczym wytrawny barman, wódka z sokiem pomarańczowym, kolorystyczny akcent korzystnie uwypuklał wzór wyrżnięty w krysztale, kładł się miękko, soczyście, prawie z bezbronną, otwartą jak rozłupany dziadkiem orzech miłością.

Sącząc alkohol, myślał, że jest bardzo szczęśliwym człowiekiem. Już tło lśniło optymizmem – urodził się za późno na powstanie warszawskie i za wcześnie (chyba) na trzecią wojnę światową – lecz przygasało przy blasku samego Andrzeja. Jest zdrowy, przystojny. Wykonuje znośną i popłatną pracę. Mieszka w przestronnym apartamencie, który powinien spłacić za jakieś dwadzieścia pięć lat. Korzysta z życia, podróżuje, czyta, ogląda, interesuje się, gniewa i reaguje. Wie, w jakim świecie chciałby żyć, i wspiera inicjatywy do takiego świata drogę torujące. Mówi obcymi językami, bez zaczadzenia glosolalią. Regularnie uprawia seks na zdecydowanie satysfakcjonującym poziomie. Kocha Krzysia i czuje się przez niego kochany. Nadal lubi Maanam, a do psów rasy bolończyk czuje sentyment z ciasteczkiem: siad!, dobra suczka! No i najważniejsze – jego osoba przestała być narzędziem zbrodni, a jego życie przestępstwem. Kilkadziesiąt lat temu trafiłby do więzienia za bycie sobą, teraz ktoś najwyżej rozwali mu nos lub splunie. To jest postęp, nawet jeśli gorzki; to jest zmiana na lepsze, mimo że niewystarczająca.

Dokonał inwentaryzacji własnego szczęścia, znacznie obszerniejszej niż streszczenie zamieszczone powyżej. Od czasu do czasu, gdy wyciszał się w alkoholowej otulinie, uświadamiał sobie, jak wiele posiada i jak wielką wdzięczność z tego powodu odczuwa. Ta wdzięczność nie została zaadresowana w sposób precyzyjny i niebudzący wątpliwości. Nie była wdzięcznością dla Boga, świata, osoby, faktu, zdarzenia, społeczeństwa, kontekstu, normy. Była raczej wdzięcznością od niż wdzięcznością do. Była, mówiąc bez ogródek, wdzięcznością od Andrzeja do kogoś lub czegoś, do nikogo lub niczego, w zależności od tego, kto zechciałby odebrać przesyłkę, nadaną bez pokwitowania i – w pewnym sensie – na koszt adresata.

Rozważania nad szczęściem, zwłaszcza doświadczanym, nigdy nie trwają długo, a już na pewno rwą się sobotnim rankiem po imprezie. Szczęście, pomyślał Andrzej, nadaje się najwyżej na filmową etiudę. O ileż bardziej zajmująca jest śmierć! Z takiej śmierci da się utoczyć thriller, bestseller, serial albo i tren.

Nie dopił drinka. Odstawił szklankę troskliwie do zlewu. Dość już zniszczeń w szklanym składzie jak na jeden wieczór, i to bez nominalnego choćby słonia.

Poszedł spać do sypialni. Rozważał wyciągnięcie się obok Krzysia na sofie, sentymentalizm wszakże został błyskawicznie znokautowany przez sybarytyzm. Sybarytyzm jest potężniej zbudowany, choć charakteryzuje go krótszy zasięg ramion.

Obudził go młot pneumatyczny. Nie sam dźwięk. Drżenie powietrza. Wibracje.

Usiadł na łóżku, pomasował skronie, uniósłszy do twarzy dłonie w geście, który nie zapowiadał masażu, bardziej wyglądał na wyraz slapstickowego zdumienia. Ten młot, to go chyba wyśniłem, stwierdził. Bo i rzeczywiście, powietrze nie drżało, dzieci sąsiadów nie krzyczały, dzienne ptaki urządziły sobie sjestę, Krzyś nie pochrapywał, kran nie kapał. Cisza. Zwykła wielkomiejska cisza z warczeniem samochodowych silników w tle.

Zwlókł się z łóżka, spuścił stopy, grzeczne i równoległe stopy drugiego progu podatkowego, jęknął, gdy na nie przeniósł ciężar ciała. Zabolało go szkło, ten odłamek usunięty przez Szymona. Fantom. Belka w oku.

Wziął prysznic, przy okazji się wysikał. Starał się nie sikać pod prysznicem, mimo że sikanie takie jest nadzwyczaj zalecane i korzystne dla Ziemi. Sikając w tej manierze, na przykład kubistycznie lub z impresjonistycznym ukłonem po mydło, nie trzeba spuszczać wody w sedesie, dzięki czemu więcej wody udaje się zmarnować w sposób inny lub wypić, jeśli doskwiera pragnienie. Odpowiedzialni i ekologiczni ludzie już nie sikają gdzie indziej, bynajmniej w Warszawie. Mimo tych zalet Andrzej zasadniczo trzymał się starej szkoły. Sikał do sedesu, jadł w restauracjach, zakupy robił w sklepach. Mówił „przepraszam”, gdy wpadł na kogoś, i „dziękuję”, gdy wydawano mu resztę. Żywa skamieniałość.

Na kuchennym stole znalazł kartkę: „Coś mi wypadło. Do zobaczenia wieczorem w klubie na Kim Lee. K.”.

Andrzej zastanawiał się, co oznacza „K.”, czy to jest „Krzyś”, czy „Kocham”. Jakież asekuracyjne imię!, uznał z lekkim rozgoryczeniem. Z nim nigdy nic nie wiadomo. Nie wiadomo, czy jest sobą, czy kocha.

Posprzątał, bez entuzjazmu, choć z przewidywalnym finałem – zarówno mieszkanie, jak i sam Andrzej osiągnęli stan zasługujący na najwyższą notę.

Do spotkania w klubie pozostało kilka godzin. Kilka godzin. Powiedzmy jasno: kilka godzin weekendu, który miał być wspólny, a okazuje się osobny.

Andrzej postanowił czytać – nie wiadomo który raz – Miłobędzką. Ubóstwiał Miłobędzką, zwłaszcza wczesną i późną, pośrodku gdzieś się ona pogubiła albo też Andrzej nie dojrzał do środka. Uwielbiał początek i koniec, pewnie był histerykiem.

zaciśnięte usta

zza których nie wyjdę

Nosił ten wiersz w sobie, pod powiekami, w sercu, pod językiem, w metrze i na rowerze. Ten wiersz, dwuwiersz bez tytułu, oddawał wszystko, co Andrzej czuł, kim był, że skamieniałością w sensie, w lesie dawno już przestarzałym i uwęglonym brunatnie lub kamiennie. Przeanalizował dwuwiersz wielekroć. „Zaciśnięte usta” nie kojarzą się pozytywnie. W ten sposób okazujemy złość, zawiść, charakter tak negatywny, że nie ma mowy o sikaniu pod prysznicem, ulgę przynoszącym sikającemu oraz planecie. „Zza których nie wyjdę” brzmi z kolei jak kaprys wrednego dziecka. Tępy upór zza drzwi. Opór. A jednak zderzenie dwóch negatywów, dwóch czarnych obrazów złości i uporu, ono wyzwala. Przestaje być odmową uczestnictwa w świecie. Staje się skargą. Tym dotkliwszą, że bez remedium.

zaciśnięte usta

zza których nie wyjdę

Oto jest stwierdzenie. Stwierdzenie pewnego faktu, stanu, wbrew frazeologii i kontekstowi. Lub kontekstom, w końcu mamy XXI wiek, ze sporymi szansami na ponownie XIX.

zaciśnięte usta

zza których nie wyjdę

Mógłby opowiadać o tym dwuwierszu godzinami. Mógłby, aczkolwiek nie umiałby. Ostatecznie usta były, jakie były – kłódka na poziomej kresce.

Zadzwoniła komórka. Pewnie Krzyś, pomyślał, wciskając bez zastanowienia zielony guzik.

– Cześć, to ja, Wim. Od dwóch godzin jestem w Warszawie. Chciałbym się z tobą zobaczyć.

– Cześć – odpowiedział Andrzej i zamilkł.

– Powiesz coś więcej?

Coś więcej; zbitka samogłosek i spółgłosek zorganizowanych wokół spacji; po obu stronach spacji – rozumianej jako bariera, ale i miejsce puste – tworzą się sedymentacyjnie dwa słowa, słowo „coś” oraz słowo „więcej”; słowo „coś” pozbawione jest znaczenia, słowo „więcej” nic nie znaczy; połączenie dwóch słów wyzutych ze znaczenia często doprowadza do płaczu, szczególnie pomiędzy ludźmi, których połączył romans, niekiedy powiązany z uprawianiem seksu.

Seks; rzeczownik, który powstaje z pominięciem spacji lub też – według innej definicji – powstaje w celu unicestwienia spacji; rzeczownik „seks” zawiera w sobie obietnicę lub przestrogę na przyszłość, która brzmi: eks.

Andrzej chrząknął.

 

– Myślałem, że wszystko zostało już powiedziane.

– Powiedziane, tak. Mimo to chciałbym cię zobaczyć.

– Po co?

– Po prostu chciałbym.

– Dziś nie dam rady. Jutro, dobrze?

– Dlaczego nie dziś?

– Dziś mam życie. Rozumiesz? Spotykam przyjaciół, kochanka. Dziś chcę być szczęśliwy, idę do klubu – głos Andrzeja stwardniał. – Jutro. Jutro albo w ogóle.

– Zatrzymałem się w Sofitelu, okropne miejsce. Dobrze, jutro. Niedziela, godzina czternasta, w hotelowym barze na dole. Bywasz okrutny.

Andrzej nie zdążył zaprzeczyć ani potwierdzić. Wim się rozłączył.

Nie spodziewał się tego telefonu. Może kiedyś, za rok, w jakiejś przyszłości, ale na pewno nie tutaj, w Warszawie, tak teraźniejszo; słuchawka telefonu jeszcze nie ostygła w miejscu, w którym przyłożył do niej ucho.

Andrzej mógłby roztrząsać, czegoż to Wim chce. Nie chce jednak snuć domysłów, wyręczać Wima w rozmowie, która najwyraźniej musi odbyć się po raz kolejny. Dwie, a gdyby wliczyć tę w samolocie do Amsterdamu, to trzy, trzy takie rozmowy już przeprowadzili. Były to kulturalne rozmowy rozsądnych ludzi, idących od teraz każdy swoją drogą, bez wybuchów złości czy łez, bez podważania przeszłości i fałszywych obietnic na przyszłość. Andrzejowi ze zdenerwowania drżały ręce. Wim każde zdanie popijał łykiem wody, każdy taki łyk stawał się jak gdyby ciasnym ruchem wiosła, popychającym naprzód wbrew intencjom wioślarza, który pragnąłby zawrócić, a mimo to, łyk po łyku, wiosłował tam, dokąd dopłynąć nie zamierzał, do końca, jakiegoś umownego, będącego równocześnie uzgodnieniem i decyzją. Coś, powiedzmy, że intuicja, szeptało Andrzejowi, iż ta trzecia lub czwarta rozmowa przybierze inny obrót, wymknie się spod kontroli. Umówili się w hotelowym barze, bezpieczne publiczne miejsce, pełne ludzi. Może niepotrzebnie się martwię? Może nie będzie tak źle?

Wziął nieplanowany prysznic. Liczył, że zmyje z siebie rozmowę z Wimem. Słowa wypowiedziane i usłyszane nie zabrudziły Andrzeja, żadna literatura nie zaszła, porządek słów nie wpłynął na porządek ciała.

Spóźnił się o kwadrans, którego nikt nie zauważył. Zresztą on sam odniósł wrażenie, że nie przyjechał za późno, tylko za wcześnie. Nie zamierzał dramatyzować, acz przebiegło mu przez głowę, że się wygłupił, że się pojawił o – dajmy na to – rok przed umówioną porą. To dlatego nikt na niego nie czekał. Wreszcie ktoś go rozpoznał albo raczej – ktoś go z kimś pomylił. Ludzie, zwłaszcza w klubach i miejscach masakr, są zaskakująco do siebie podobni.

Został usadzony pomiędzy znajomymi Krzysia. Znał ich wszystkich z jakichś bliźniaczych spotkań w klubach, na manifach, w siłowni, w teatrze, z premier książek i z uczonych odczytów. Gdyby Andrzeja odpytać, podałby każde imię, przybliżony wiek, przybliżony zawód, przybliżony dochód miesięczny, przybliżone IQ oraz – dla odmiany precyzyjnie – szarżę na skali pijawki.

Skala pijawki – skala obrazująca zdolność jednego człowieka do przyssania się do drugiego człowieka; skala pijawki opisywana jest szarżami od szeregowca po generała; im wyższy stopień, tym trudniejsze oderwanie się; od majora w górę kontakt bywa skrajnie niebezpieczny i głęboko niezalecany, por. Maria Dąbrowska i Anna Kowalska, Demeter i Kora, siostra Faustyna i Jezus.

Dziś wieczór nie przybył nikt niebezpieczny, sami szeregowcy i niejaki Berek, który chyba zeszłego roku na urodzinach Krzysia dosłużył się kaprala, na szczęście jednak przyssał się tym razem do prowincjusza na sąsiedniej kanapie, a więc nie stanowił bezpośredniego zagrożenia. Przynajmniej nie teraz, nie jeszcze, a może – już nie?

Zgodził się na dzisiejszy wieczór, ponieważ Krzyś go przekonał, będzie z miesiąc temu, że powinien zobaczyć Kim Lee, absolutnie boską drag queen. Andrzej lubił drag queeny. Każda transgresja w jakiś sposób go wzruszała, ponieważ urodził się w okresie, w którym podstawowa transgresja, czyli religia, dokumentnie utraciła czar i moc.

Uściślając, rozumie on transgresję jako przekraczanie zawierające w sobie to, co jest przekraczane; jako zdarzenie (bo przecież nie ruch) skierowane nie tyle ku czemuś, co od czegoś. Upraszczając, transgresywność zdarzenia, jakim dla niego jest każda drag queen, polega nie na chwilowej zmianie płci, lecz na zabraniu przerysowanej płci w podróż, u której kresu czeka nie nowa płeć, lecz oddalenie się od płci. Ponadto Andrzeja naprawdę bawi to, że świetnie można czuć się dopiero w nie swojej skórze. No i, cóż, lubi blichtr cekinów, strusich piór, boa, pudru, tafty, błysk szpilek, napięcie mięśni łydki, cały ten XIX wiek, który na dobre skończył się dopiero pod Ypres w obłoku gazu musztardowego.

Krzyś odnalazł Andrzeja, z kuflem piwa usiadł mu na kolanach, powiedział:

– Wyglądasz na skwaszonego.

– Jest ciemno.

– Zaraz wystąpi.

Z głośników rozległa się zapowiedź występu boskiej Kim Lee, po zapowiedzi zabrzmiała z mocą wagnerowską muzyka do Edith Piaf, jakby szło nie o Niczego nie żałuję, ale o Pierścień Nibelungów, tę hałaśliwą tetralogię dla głuchoniemych, której prawykonanie odbyło się w specjalnie w tym celu wzniesionym (oraz wzmocnionym) ośrodku w Bayreuth.

Po Piaf, niezbyt zachwycającej, Kim Lee wykonała kilka utworów Anny German. W Tańczących Eurydykach wspaniale wypadły długie, zgrabne, rozfikane nogi. W Balu u Posejdona urzekała łuskowata syrenia suknia. Prawdopodobnie inne utwory również zostały odegrane profesjonalnie, wnosząc z reakcji publiki, on jednak stracił słuch na rzecz wzroku, co przy Wagnerze akurat nie dziwi: organizm broni się jak potrafi. Otóż prawie na wprost niego, na przestrzał sceny, siedział mężczyzna, mężczyzna wpatrujący się bez mrugnięcia powieki w Kim Lee.

– Zdrętwiała mi noga, mógłbyś...? – zapytał Krzyś.

– Jasne.

Wyglądał – Andrzej szukał stosownego porównania – niczym meteoryt tunguski albo inna jakaś katastrofa, zdarzenie losowe lub onieśmielający ceną prezent. Mężczyzna sprawiał wrażenie ogromnego, muskularnego; jeżeli istnieje archetyp gladiatora, to Andrzej weń właśnie się wpatrywał. Nie chodziło jednak o rozmiar, widywał już kulturystów, lecz o pewien rodzaj marmuru, gatunek kamienia, uderzenie dłuta, charakterystyczny połysk, głuchy odprysk. Otóż mężczyzna połyskiwał. Leniwy blask mógłby brać się z oświetlenia klubu. Lecz nie. Andrzej przyjrzał się postaciom siedzącym obok: trzymały się matu lub, ci spoceni, pół-.

Andrzej z trudem, z Krzysiem na kolanach, rozwiązał zagadkę. Nieznajomy połyskiwał, ponieważ zachował gładkość polerowanej kamiennej płyty, nie miał włosów, nic a nic. Bez brwi, rzęs, zarostu.

Przypomniał sobie z czasów, gdy studiował medycynę, fachowy termin, alopecia universalis.

– Kto to jest?

– Kto?

– Ten, co się błyszczy.

– Że co?!

– Ten duży, łysy – Andrzej użył słów, które według niego w ogóle nie opisywały nieznajomego, mimo to w potocznym płaskim opisie, na poły plotce, takich pewnie określeń by użyto.

– Aaa, ten. To Norbert. Chłopak Kim Lee. Tak jakby. Mój stary znajomy.

6.

Zero procent nie istnieje – mówi Uberbein, który był matematykiem.

Włosy mi wypadły, bo chodziłem do prostytutki.

Do lata całkiem wyłysieję. Tak mi powiedzieli.

Ale zero procent nie istnieje – powtarza.

Gonçalo M. Tavares[3]

Krzyś obudził się w mieszkaniu Andrzeja, lecz bez właściciela. Zawołał: Andrzej; nikt się nie zgłosił. Może spróbuję z innym imieniem?

Obszedł kwadratowe metry w kredycie. Do lodówki na magnesie przyczepiona została karteczka. („Wracam późno. Nie czekaj z kolacją. A.”).

„Nie czekaj z kolacją” – to był ich wspólny żart. Krzyś próbował sięgnąć pamięcią, kto i kiedy użył tej frazy po raz pierwszy. No tak, na samym początku, z pięć lat temu. Andrzej zaprosił Krzysia do siebie, szykował wykwintną kolację. Krzyś, siedząc na kanapie, obserwował, jak Andrzej fachowo kroi pomidory albo uciera sos, albo blanszuje szpinak. (Ten szczegół kulinarny zagubił się po – i w – czasie). Na samym początku Krzyś był obłąkańczo zakochany w Andrzeju. Obłąkańcze zakochanie nie przypominało wcześniejszych obłąkańczych zakochań, którym podlegał regularnie niczym metronom, co rok lub półrocze, na trzy-cztery miesiące, odkąd skończył dwanaście lat i zadurzył się w sąsiedzie w pretensjonalnej kolejności: po uszy, powyżej nosa, ością w gardle. Obłąkańcze zakochanie Krzysia w Andrzeju bazowało na tym, na czym bazowały wszystkie jego poprzednie obłąkańcze zakochania: na nieprzezwyciężalnym poczuciu fizycznego uzależnienia. Nieprzezwyciężalne poczucie fizycznego uzależnienia przybierało dwie formy, ze znakiem dodatnim lub ze znakiem ujemnym. Znak ujemny pojawia się, gdy Krzyś nie prowadzi Andrzeja w zasięgu wzroku. Wtedy całe ciało skręca się z dziwacznego bólu, nawet gdy Krzyś czyta, pisze, rozmawia ze znajomymi, sika, je, wykonuje jakąkolwiek czynność, odnosi wrażenie, że jest to czynność pusta, pozbawiona zarówno rdzenia, jak i konturu, ponieważ jest to czynność bez horyzontu, niedbale naszkicowana, bez Andrzeja. Ze znakiem dodatnim mamy do czynienia, gdy Krzyś widzi Andrzeja. Ciało Krzysia także boli, wykręca się w heinemedina, lecz jest na swój sposób szczęśliwe, zadowolone, oto bowiem odczuwa i reaguje na drugie ciało, to ukochane.

Podczas gdy Andrzej kroił, ucierał lub blanszował (ten szczegół zagubił się w czasie), Krzyś, siedzący na kanapie, sondował uważnie Andrzejowe plecy. Czy one mnie kochają? Czy on – krojąc, ucierając, blanszując – myśli o tym, że za plecami jestem ja? Ja, który go kocham, z plecami i resztą, bez reszty i obłąkańczo?

Zakochanie w Andrzeju tym różniło się od wygasłych już zakochań, że dopuszczało emocję, czasem cedowaną na rozum, której imię brzmi: kompromis. Wcześniej Krzyś nie uznawał kompromisów w zakochaniu. Chciał mieć wszystko i ciągle, nieograniczony dostęp do drugiej osoby, co niezmiennie kończyło się, jak kończyło, czyli – końcem. W przypadku Andrzeja jednak – z tym samym, co zawsze, bólem, wynikającym z fizycznego uzależnienia o znakach dodatnim i ujemnym – już od prologu ich znajomości (prologiem okazał się zlot fanklubu Maanamu; wspólnie zaczęli redagować fanzina „Cafe Maur”) Krzyś wiedział, że chcąc tego, co zawsze, czyli wszystkiego, i ciągle, pogodzi się z tym, że dostanie dużo mniej i rzadziej.

Plecy Andrzeja w jednolicie błękitnej koszulce z pojedynczą słoneczną kropką, czary-mary, przemieniającą ją, błękitną tkaninę koszulki, hokus-pokus, w wielką niezapominajkę o nieregularnych płatkach (płatki rękawów, płatek wykroju na szyję, prosty płatek tnący poziomo ciało na pół po linii pośladków), plecy Andrzeja w koszulce-niezapominajce wydały mu się tak wstrząsająco dopasowane do jego pragnień, że Krzyś wstał z kanapy i podszedł do wybrańca. Objął go (krojącego, ucierającego, blanszującego), choć nie powinien (to było dopiero ich trzecie spotkanie, a pierwsze tête-à-tête). Pocałował w szyję, przywarł naiwnie ciałem do ciała, poczuł, że członek, ten zabawny indykator emocji, kategorii logicznych i karcianych gier (prawda!; sprawdzam!), stwardniał. Andrzej krojący, ucierający, blanszujący znieruchomiał.

– Nie czekasz z kolacją? – zapytał.

Potem się kochali po raz pierwszy. Potem używali zwrotu „nie czekać z kolacją” jako żartobliwego określenia na seks. Przez te pięć lat wspólnego życia w – głównie – weekendy korzystali z tego zwrotu tak często, że jego pierwotne znaczenie gdzieś się zatraciło, rozpuściło w idiolekcie.

Teraz, czytając kartkę przyczepioną magnesem do lodówki, Krzyś nie wiedział, co ona oznacza. Czy „nie czekaj z kolacją” znaczy, że Andrzej wróci i będą się kochać, czy też – że nie wróci?

W tej niejednoznaczności Krzyś pomyślał, że miga mu jego własny koniec, ogon, nie do dogonienia. Zaskoczyła go dość w sumie oczywista konstatacja, że słowa mogą znaczyć dokładnie to, co znaczą. Że słowa brzmią także poza idiolektem. Ta zaskakująca perspektywa nie wydawała mu się perspektywą pociągającą. W rzeczy samej nie po to Krzyś uczynił się osobny i pojedynczy, na nieobraz i niepodobieństwo, żeby rozumieć i mówić w pierwszym znaczeniu. Poza tym Krzyś uwielbiał niuanse i gry kontekstów, uwielbiał sądy zanurzone w palecie szarości, detale mieniące się znaczeniem niby pancerz chrabąszcza, tymczasem w tym „nie czekaj z kolacją” nie zawierało się nic, co Krzyś by cenił. To „nie czekaj...”, zapisane czarnym tuszem na białej kartce, to była jakaś brutalna gra zero-jedynkowa, jakieś albo-albo, jakiś mateusz.

Mateusz, obecnie rzeczownik odimienny rodzaju męskiego, wcześniej męczennik oraz ewangelista; rzeczownik „mateusz” bezpośrednio odwołuje się do słów swego poprzednika, męczennika i ewangelisty: „Niech mowa wasza będzie: tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi”; we współczesnej polszczyźnie „mateusz” występuje najczęściej w zwrocie „Ależ to jest mateusz!”, czyli „Ależ to jest próba sprowadzenia skomplikowanej sytuacji do fałszywego uproszczenia tak-nie”; zwrot „ale mateusz” (niekiedy pisane także wielką literą ze względów grzecznościowych) jest często wykorzystywany przez ośrodki władzy, np. Kościoły, głowy rodziny, myśliwych, media itp.

 

Czekać czy nie czekać?, zastanawiał się. A jeżeli czekać, to na co? Stało się wczoraj coś niecodziennego, czy nie stało?

Przypomniał sobie, że wczorajszego wieczoru Andrzej wydawał się skwaszony, tylko że w większej grupie ludzkiej on zawsze sprawiał takie wrażenie. Po prostu źle tolerował grupy. Kiedyś Krzyś rzucił żart nieprzedni, jedyna grupa, z którą nie masz problemów, to twoja grupa krwi.

Smażąc jajecznicę (Andrzej będzie niezadowolony, rozgrzany olej opryskał kafelki i płytę ceramiczną), Krzyś przypomniał sobie jeszcze jedno: szczególne zainteresowanie Norbertem. Jak go nazwał? Człowiek, który lśni? Nie. Inaczej. Podobnie.

Krzyś zjadł, wstawił naczynia i sztućce do zmywarki.

Trudno.

Pojechał do siebie. Wcześniej do lodówki przypiął magnesem kartkę o treści: „Nie czekałem. ☺. K.”. Już w metrze uznał, że taka wiadomość to głupota. Jakaś niepotrzebna złośliwość, zawistka.

Trudno.

Przeprosi przez telefon.

No i musi pamiętać, żeby odebrać wyniki.

Kawalerka Krzysia była przeciwieństwem mieszkania Andrzeja. Jeden spory pokój, obrzucony przez kochanka cokolwiek pogardliwym mianem bajaderki. W istocie pomieszczenie składało się z resztek rozmaitej konduity i pochodzenia. Niepasujące do siebie meble: piękne przedwojenne krzesło i peerelowski półkotapczan. Stosy książek, gazet, notatek, przemieszane z kartonami po pizzy, pleśniejącymi puszkami po zupach i słodkiej kukurydzy, złotkami po czekoladkach. Do tego jeszcze ubrania, mniej lub bardziej zabrudzone. Dominowały skarpetki i majtki w liczbie ogromnej, jak gdyby na rozkaz rozebrała się do rosołu cała brygada płetwonurków bojowych.

Krzyś porządki – nazywał je inwentaryzacjami – przeprowadzał raz na kwartał. Do wielkich czarnych worków wędrowały wtedy opakowania po jedzeniu, skarpetki i majtki, czasem koszulki, czasem książki. Zeszłego roku Andrzej kupił mu pod choinkę pralkę, mimo to Krzyś nie korzystał z niej nadmiernie. Po to kupował na bazarze najtańsze majtki, skarpetki, T-shirty, żeby nie musieć ich prać. Ponadto odkrył, że tanie poliestrowe ubrania – w odróżnieniu od człowieka – cechuje tajemnicza zdolność do samooczyszczenia. Takie, dajmy na to, czarne skarpetki, dwudniówki lekko śmierdzące, już po trzech tygodniach zaczynały pachnieć słodką kukurydzą albo – jeśli polegiwały obok opakowań z wietnamskiego baru – kurczakiem słodko-kwaśnym. Spokojnie można je było wykorzystać ponownie. I tak w kółko, aż do momentu, gdy materiał zesztywnieje. Na zesztywnienie nie ma rady. Priapizm, wiadomo skądinąd, szczególnie upodobał sobie martwą naturę oraz tekstylia.

Przesadne przywiązanie do czystości to, według Krzysia, kolejny fetysz zachodniej cywilizacji, straszenie zaś ludzi zarazkami, te wszystkie umyj-rączki-przed-jedzeniem, nie-głaszcz-psa-bo-zachorujesz, to nic innego, jak zakamuflowany antysemityzm, to wypełnienie pustki po Holocauście. Przed wojną straszono Żydem, po wymordowaniu Żydów trzeba było znaleźć coś na ich miejsce. Wynaleziono higienę i zarazki, a na skalę międzynarodową – Związek Radziecki oraz Stany Zjednoczone.

Oczywiście do powyższej teorii nigdy by się nie przyznał publicznie. Przestrzeń publiczna nie służy mówieniu prawdy. Prawda nie opuszcza czterech ścian.

Otworzył okno, ażeby osłabić zapach słodkiej kukurydzy i zupy grzybowej, którą raczył się przedwczoraj. Zrzucił gazety z krzesła i usiadł. Napięcie związane ze stemplowaną magnesem korespondencją (via lodówka) nieco zwiotczało.

Parsknął śmiechem. Dwa tygodnie temu Andrzej wpadł po jakieś książki, odmówił herbaty i zatrzymał się w progu, gdzie było stosunkowo najczyściej. Podczas bardzo krótkiej rozmowy taktownie omijał temat bałaganu. Krzyś z rozbawieniem obserwował, ileż to wysiłku kosztowało jego partnera, który jednak na odchodne dał wyraz swemu zdumieniu:

– To niesłychane, że nie masz wszędzie much!

Krzyś zawsze parskał śmiechem, gdy sobie przypominał tę uszczypliwość, niebędącą, bardzo prawdopodobne, żadną uszczypliwością, lecz zdumieniem w stanie czystym.

Zadzwonił telefon.

– Słucham?

– Dzień dobry. Przepraszam, że dzwonię w weekend.

– A kim pan jest?

– Artur Palinowski. Jestem...

– Tak, wiem.

– No, więc... moglibyśmy się spotkać w redakcji? Na przykład jutro?

– Po co? Przecież odrzuciliście moją książkę.

– Och! Niech pan tak nie mówi! Wcale nie odrzuciliśmy, tylko poddaliśmy krytycznej lekturze. Może nieco pochopnej. I zbędnie głębokiej.

– Zwał, jak zwał. Po co niby mielibyśmy się spotykać?

– Pojawiły się nowe okoliczności.

– Może u pana. U mnie dookoła nadal obowiązują stare.

– Mimo to...

– Oj, dobrze już. Wtorek o drugiej, może być?

Rozdrażniła go ta rozmowa. Odzywał się niegrzecznie, przecież był autorem, którego książkę odrzucono po jadowitej recenzji wewnętrznej. Nadszarpnięte ego czasem forsuje swoje prawa. Poza tym nie lubił tego Palinowskiego. Spotkał się z nim bodaj raz na jakiejś literackiej gali. Przypominał on wielką meduzę, gwałtu, rety!, wyciągniętą z morza i osadzoną na stelażu kręgosłupa, żeby się nie rozlazła, i osprejowaną beżową farbą, żeby się ją dało zauważyć. Krzyś patrzył, z jaką wprawą porusza się na przyjęciu po gali Artur Palinowski, redaktor naczelny jednego z najważniejszych polskich wydawnictw – dla każdego ze znakomitych gości trzymał dobre słowo, celną uwagę, miłą obietnicę. Andrzej przyniósł Krzysiowi drinka, spojrzał po linii Krzysiowego wzroku na brylującego Palinowskiego i powiedział:

– Nikt by się nie domyślił, że on dopiero niedawno wyszedł z wody na ląd.

– Pierdolony. Szybko się adaptuje.

– Świetna motoryka.

– Że co?

– Słyszałeś, jak błyskawicznie zareagował na pochlebstwo?

A potem równocześnie dostali ataku śmiechu. Czasem też śnili wspólne sny.

Spotkanie w redakcji jednego z najważniejszych polskich wydawnictw trwało krótko i okazało się treściwe. Krzyś upewnił się, że Palinowski jest meduzą, świetnie wykształconą, ogromnie oczytaną, o parzącym dowcipie, acz w upale oddychającą z niejakim trudem: chyba wodą oddycha się łatwiej, wolniej, w mniej spektakularny sposób. Ustalili, że złożona przez Krzysia książka ukaże się pod warunkiem, że Krzyś namówi ważną personę do napisania blurbu na czwartą stronę okładki.

Krzyś wyszedł z redakcji zaopatrzony w adres mejlowy i telefon tejże persony. Zajmie się tym później, teraz martwiło go, że nagrali się z kliniki i że Andrzej nie zadzwonił, nie zareagował na idiotyczną notkę przyczepioną magnesem. Nie wytłumaczył się z nieobecności. Nie miał pretensji. Nic. Cisza.

W pięcioletniej historii ich związku przydarzały się już kryzysy, zawsze jednak coś je zapowiadało. A to Krzyś nie zgadzał się na związek Andrzeja z Wimem, a to Andrzej nie zgadzał się na romans Krzysia z jakimś młodym studentem. Przyczyna kryzysu, zwykle trzeci człowiek, zawsze była wyraźna, nawet jeśli niezapoznana osobiście. Tym razem nic nie zapowiadało kryzysu. Podobnie zresztą, jak kryzysu kubańskiego (październik 1962 roku).

A może nie ma żadnego kryzysu?

Może coś Andrzejowi wypadło? Wczoraj wypadło, dziś jest w pracy?

Może.

Zadzwonił telefon. To nie Andrzej, niestety.

– Cześć, Maju.

– Muszę, o Boże, muszę po prostu się z tobą spotkać!

– Wiesz, to nie jest najlepszy czas u mnie.