ościTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wydawnictwo Literackie


Kraków 2013

Spis treści

Karta redakcyjna

OSOBNE WZORY

1.

2.

3.

4.

5.

6.

7.

8.

9.

10.

11.

12.

GRY I SĄDY

13.

14.

15.

WIEM, CO CZUJESZ

16.

17.

18.

19.

20.

21.

22.

SŁYSZĘ, CO DO MNIE MÓWISZ

23.

24.

25.

26.

27.

28.

29.

30.

31.

32.

33.

34.

35.

36.

37.

38.

39.

EPILOG

Przypisy

Opieka redakcyjna: ANITA KASPEREK

Redakcja: WALDEMAR POPEK

Korekta: ANNA MILEWSKA, ANETA TKACZYK

Projekt okładki i stron tytułowych: PRZEMYSŁAW DĘBOWSKI

Scriptorium „TEXTURA”

Redaktor techniczny: BOŻENA KORBUT

© Copyright by Ignacy Karpowicz

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2013

ISBN 978-83-08-05165-8

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

OSOBNE

WZORY

1.

Maja: wiek 36 lat; waga 52 kg; wzrost 160 cm; oczy piwne; orientacja seksualna: hetero ze skłonnościami do dramatu i eksperymentu; orientacja światopoglądowa: depresja; narodowość: w zaniku; stosunek do ofiar Holocaustu: empatyczny.

Autobus wolno stał w korku i niepoprawnym związku frazeologicznym. Klimatyzacja się popsuła i tłoczyła gorące powietrze przez nawiewy umieszczone nad głowami pasażerów. Maja nawiewów nigdzie nie zaobserwowała; ich obecność była obecnością natury dedukcyjnej, wynikała z lektury nalepek na drzwiach i szybach. (Pojazd z klimatyzacją. Nie otwierać okien).

Czerwcowe słońce nagrzewało niemiłosiernie szklane, plastikowe i metalowe elementy autobusu. Ludzie zamienili się w wymienniki ciepła. Maja siedziała między suchą szybą a zawilgoconym człowiekiem; siedziała z dużym czarnym workiem wepchniętym między nogi. Odnosiła coraz bardziej natarczywe i coraz bardziej niekomfortowe wrażenie jakiejś pomyłki. Przez pomyłkę wsiadła w nieodpowiednią przestrzeń, do magazynu używanych części zamiennych.

Patrzyła przez szybę na młodą kobietę w drogim aucie. Tam klimatyzacja na pewno nie szwankowała.

Nie cierpiała komunikacji publicznej, ludzie bowiem korzystali z autobusów aż do przesady i nigdy w pojedynkę. Wzięłaby taksówkę, gdyby nie fakt wczorajszy (popsuła się pralka) i fakt dzisiejszy (siedem złotych na koncie), a właściwie złożenie ich obu w jedno – w naciąganą, ale jednak prawdę.

Usłyszała kichnięcie. Kichał człowiek obok. Zauważyła, że po kichnięciu kropelki śliny i śluzu rozchodzą się wachlarzowo z ust i nosa. Lub stożkowo, acz sąsiad nie kichał dokładnymi bryłami geometrycznymi. W ogóle to wyglądał na przykład na Czeczena. Maja zarumieniła się, jak zawsze gdy okazywała się rasowo nieuprzejma lub wizualnie uprzedzona.

Kichający Czeczen: wiek 17 lat; waga 77 kg; wzrost 178 cm; oczy ciemne; orientacja seksualna: zajebać Rosjan; orientacja światopoglądowa: kocham matkę; narodowość: czeczeńska; stosunek do ofiar Holocaustu: nieokreślony.

Zredukowana. Zracjonalizowana. Zoptymalizowana.

Zastanawiała się, jak o tym powie Szymonowi.

Kochanie, uległam... Zracjonalizowaniu? Zoptymalizowaniu? Cieszysz się? Bo ja też. Ciachnęli mnie.

Do godziny dwunastej zatrudniona na etacie, po tej godzinie dołączyła do bezrobotnych; oczywiście zawiadomiono ją trzy miesiące temu, doręczono pisemne wymówienie, nikt jej jednak nie uprzedził, że poczuje się tak dziwacznie. Nikt nie wspominał o upale, popsutej pralce i środkach finansowych wykluczających dostęp do taksówki.

Przepracowała dwa lata w instytucie i z pewnością za nikim nie zatęskni, aczkolwiek nie mogła wykluczyć, że niektórzy współpracownicy jej się przyśnią. Nawet za dnia Maja nie zachowywała stuprocentowej szczelności, co dopiero nocą – do jej głowy zdołałby się zakraść dosłownie każdy.

Podium sennych koszmarów obsadziła już w pierwszych miesiącach. Brąz dla dyrektora instytutu, przezwanego przez nią panem Apaszką alias panem Nie Teraz. Srebro dla bezpośredniej przełożonej, pani Agaty, złoto natomiast dla Mateusza, kolegi z zespołu.

Łany żyta, pola kukurydzy, bele jednolitego materiału, pojazdy zalegające na mięknącym asfalcie – obrazy te wydawały się dynamiczne, intrygujące i pełne tajemnic w porównaniu z pracą Mai. Rozmnażała, modyfikowała, zabijała bakterie, piła kawę i herbatę, sprzątała, zapisywała wyniki, prosiła o rękawiczki, których zawsze brakowało, śniła pipety i laboratoryjne szkło. Rozmnażała, modyfikowała, zabijała, zapisywała, piła. W stołówce obiad kosztował piętnaście złotych. Schabowy, drobiowa wątróbka, w piątek ryba o zapachu zamkniętej przez sanepid plaży.

Od początku kiełkowało w niej podejrzenie, delikatne i ozime jak zboże, że to na niby, nie prawdę, że to bardziej nie jest niż jest. Zabytkowe PCV, odpadające kafelki, cieknące krany, brązowe smugi we wnętrzu sedesu, marna pensja, laboratorium przypominające poglądowe zdjęcie laboratorium sprzed piętnastu-dwudziestu lat, również ludzie jacyś bardziej z fotografii do reportażu niż z rzeczywistości do życia.

W pierwszych miesiącach w pewien sposób ją to bawiło, cała ta sytuacja i odpadające kafelki, także bakterie. Wyobrażała sobie, że zdobyła angaż do tasiemca pod tytułem Chirurdzy. Albo pod dowolnym innym tytułem. Przy takim nastawieniu bała się czarnych charakterów, przede wszystkim Apaszki i Agaty, tak jakby z emfazą, tak raczej na niby, na odwrót – przez obiektyw hiperrealizmu.

 

Przykładała się z całych sił, uważała, że nikt w tym serialu nie odgrywał przerażenia na widok Agaty z tak porządnym warsztatem, nikt też nie dorastał Mai do pięt w odrzucaniu zalotów Mateusza, przy Apaszce zaś nauczyła się niknąć pod ścianą niczym myszka, z czego bardzo była dumna, koniec końców to zadanie aktorsko niełatwe – przyjąć na skórę kolor niebieskawej ściany z rudawymi odpryskami bez pomocy charakteryzatorki.

Grała, że pracuje, z wielkim oddaniem, uważając się za najwybitniejszą aktorkę w całym tym wieloodcinkowym instytucie; mimo to nie zdobyła sławy ani pieniędzy. Po roku dopadło Maję przygnębienie lub wypalenie zawodowe. Rozmnażała, modyfikowała, zabijała bakterie, piła kawę i herbatę, sprzątała, zapisywała wyniki, prosiła o rękawiczki, których zawsze brakowało, sporo czasu spędzała, wpatrując się w drzwiczki mikrofalówki.

Praca w instytucie była poniżej jej kwalifikacji, zgodziła się, bo potrzebowała zatrudnienia, teraz jednak nuda i rutyna okazywały się nie do pokonania. Z rozgoryczenia pielęgnowała w sobie astmę dopóty, dopóki nie potrafiła już obejść się bez inhalatora. I e-papierosa. Zaciągała się na zmianę raz jednym, raz drugim. W domu mąż, syn i tchórzofretka.

Po trzytygodniowym urlopie wróciła na drugi sezon serialu. Dręczyła bakterie, ochoczej je zabijając, niż rozmnażając. (Doprowadził fakt powyższy do nieprzyjemnej wymiany zdań z Apaszką). Wreszcie wpadła na to, że poprowadzi bloga. Pożyczywszy bohaterów z instytutu, przeniosła ich do baśniowej krainy, dokładniej do Mordoru na bis. Apaszka został Sauronem, Agata kierowniczką Nazguli, Mateusz zaś Gimlim, synem Gloina. Najpierw pisała w domu; tak się dobrze bawiła, że zaczęła pisać również w pracy.

Gimli, syn Gloina, zaczaił się na kierowniczkę Nazguli, córkę nie wiadomo czyją, tuż po Comiesięcznej Naradzie, w bocznym korytarzyku, kończącym się ślepo drzwiami z napisem: Brudownik. Spotykali się tam, aby knuć toksyczne spiski i swary, które podawali sobie z ust do ust językami jak na tacy. Nikt w fortecy Barad Dûr o tym nie wiedział poza Kają-Mają, świetlistą istotą z odmiennego porządku, księżniczką Białych Orków, uwięzioną w Sauronowej twierdzy potężnymi i nieprzełamywalnymi klątwami: ciągiem przyczynowo-skutkowym oraz koniecznością ekonomiczną. Kaja-Maja byłaby o sekretnych randkach nie wiedziała, gdyby pewnego razu nie zabłąkała się w tunelach Barad Dûru. Usłyszawszy kroki i śmiechy, uciekła za pierwsze i jedyne drzwi, za nimi wcisnęła się w kąt ze starymi mopami i szczotkami. W ten oto dramaturgicznie ograny sposób posiadła wiedzę, jak następuje, a następuje, że Gimli smalił cholewki do kierowniczki Nazguli, ona ze swej strony osmalonych cholewek nie wylewała za kołnierz.

Po Comiesięcznej Naradzie Kaja-Maja podjęła obowiązek i trud śledzenia Gimlego i kier. Nazguli, aż dotarli oni do miejsca schadzki z udziałem nieujawnionych osób trzecich w postaci Kai-Mai. Kaja-Maja podsłuchała, iż podczas narady Sauron kolejny już raz przebąkiwał o reorganizacji i racjonalizacji twierdzy oraz zniewolonych w niej orków. Nadchodziła – podobno – Czwarta Era, a z nią – Plany. Planowano wykuć nowoczesne katownie, wyposażone w sprzęt nowej generacji wprost z UE i jak spod igły, a równocześnie planowano zlikwidować Pokój Socjalny, założony jeszcze na początku Drugiej Ery. Mówiono również o rzezi na Stołówce. Zatrudnione tam orki zamierzano wysłać na pola okalające fortecę elfów, jasną Urząd Pracy, tak się ona zwała i postrach wśród orków wywoływała z powodu głębokiego ich zakredytowania na telewizory i wakacje.

Pisało się Mai świetnie, śmiała się często, nierzadko wzruszała, zaciągając inha- i e-, dwa obłoczki dobroczynnych substancji. Pewnego ponurego dnia, namordowawszy tysiące bakterii i się z sobą także, postanowiła rozświetlić mroczną atmosferę w instytucie. Jak słońce jasne, tak jasny był jej pomysł – rozesłać link do bloga swoim współpracownikom. Bez dwóch zdań odnajdą siebie i się rozpogodzą.

Jeśli do rozpogodzeń doszło, to głęboko introwertycznych. W stołówce nie spotkała się z mową nienawiści, lecz z wściekłymi spojrzeniami, wściekłymi i jednocześnie doszczętnie wyzutymi z wyrazu.

Wiosny nie dawało się już zignorować, gdy rzeczywistość z Mordoru nałożyła się na rzeczywistość instytutu. Wprowadzono te groźne racjo- i reo-, a ich ofiarą, przynajmniej na pierwszym etapie, padł jeden jedyny ork – Maja. Zawiesiła aktywność w blogosferze, omijała mikrofalówkę łukiem, spróbowała zaprzyjaźnić się z wszystkimi żywymi istotami, zwalczywszy w sobie uprzedzenia do istot wielokomórkowych, wszelako wymówienia nie cofnięto.

Ostatniego dnia do czarnego worka na śmieci zgarnęła rzeczy mniej lub bardziej osobiste. W tym również nowiutką paczkę rękawiczek laboratoryjnych, dwa fartuchy, kilka masek, pipetę oraz kapcie, za duże o kilka numerów, za to prawie nieużywane.

Wsiadła do autobusu i utknęła. Po pierwsze, w korku. Po drugie, w upale. Po trzecie, w sobie. Dotknęła opuszką czubka nosa. Babcia kiedyś wnuczce naopowiadała, że od wysokich temperatur wydłużają się ludziom nosy. Prawdopodobnie babci chodziło o kłamstwa i Pinokia, demencja zrobiła jednak swoje, podobnie jak łatwowierność. (Maja uwierzyła babci).

Przyłożyła kciuk do podstawy nosa, w zagłębienie między wargami a chrząstką. Zazwyczaj nos kończył się za paznokciem, ale przed pierwszym więzadłem. Dziś nos skończył się w połowie paliczka środkowego!

Najchętniej ukryłaby nos, strzelisty jak wieża Isengardu, w cieniu kapelusza. Już teraz, oszacowała, potrzebowałabym gigantycznego meksykańskiego sombrera, a jeśli temperatura wzrośnie, to nic mnie nie zasłoni, ewentualnie cień rzucany przez ludobójstwo, najlepiej bliskie i świeże.

Srebrenica, data urodzenia: lipiec 1995; rodzice: holenderski batalion ONZ oraz oddziały serbskie; liczba potomstwa: około 8000 zamordowanych bośniackich muzułmanów; znaki szczególne: ślad po kuli; orientacja seksualna: nieaktualna; orientacja światopoglądowa: nieaktualna; narodowość: nieaktualna; stosunek do ofiar Holocaustu: nieaktualny; rzucany cień: nieusuwalny.

Gdy wysiadła z autobusu, była już wrakiem człowieka, gorzej – makietą wraku. Nieszczęśliwą, przepoconą istotą z nieokreślonymi perspektywami na przeszłość i nieciekawymi na przyszłość oraz ze sporym czarnym workiem na śmieci, niezbyt ciężkim; dźwigała go przed sobą niby zewnętrzną ciążę, plug&play.

Doczłapała do mieszkania, czuła, że zbliża się atak, w prawdziwym świecie, zzuła sandały, połknęła xanax, popijając tabletkę resztką ciepłej wody mineralnej, żeby kupić trochę czasu. Wyciągnęła się na podłodze, na chłodnych kafelkach w kuchni. Włączyła e-papierosa i zaciągnęła się nikotyną. Potem psiknęła w usta inhalatorem.

2.

Przez ostatnich szesnaście lat mieszkam w tym samym małym mieszkaniu, piorę w zlewie, nie mam centralnego ogrzewania ani podwójnie szklonych okien, ani wykładziny, ani innych skarbów, które mają inni, no i oczywiście nie mam żadnej z tych biblijnych rzeczy, takich jak żona, dzieci, dom, ziemia, bydło, owce itd. [...] Śmieszne, prawda?

Philip Larkin[1]

Pracował od ósmej trzydzieści do szesnastej trzydzieści, od poniedziałku do piątku, z wyłączeniem świąt państwowych i kościelnych, urlopów oraz – teoretycznie – zwolnień chorobowych. Andrzej nie chorował. Całą pulę chorób wykorzystywali ci, których: kochał, czuł, że kocha, domniemywał, że kocha, obawiał się, że kocha, a nawet – z przerażeniem stwierdzał – ci, których na pewno nie kocha. Pozostawały mu jakieś ochłapy: dzień L4, gdy zwichnął kostkę, wieszając ogromną reprodukcję Błękitu II Miró, dwa dni L4, gdy umarła babka. (Wolał w pracy powiedzieć, że boli go gardło, niż że stracił babkę). W tym ostatnim przypadku można by jego stan zakwalifikować jako niezdolny do pracy wyłącznie przez kontrast z babką, perfekcyjnie zdrową, bo w trumnie i z twarzą woskową, poza grami i sądami śmiertelników, w ulubionej garsonce; długość konduktu na pewno przypadłaby babce do gustu. Za życia bywała nieco pompatyczna i chlubiła się – między innymi – długością swego ślubnego welonu. Ładna koda życia, pomyślał szczerze zasmucony wnuk, ta długość.

Pracował od do, do od, w eleganckim biurowcu z portierem i strzeżonym parkingiem. Nie potrzebował ani portiera (unikał romansów w miejscu pracy, w życiu także), ani parkingu (dojeżdżał rowerem; zbyt drogi składany model). Starał się nie zabierać pracy do domu. Z pracoholizmu, do którego nigdy nie wykazywał szczególnej predylekcji, zrezygnował w dzień czterdziestych urodzin. Uznał, że nazbyt dojrzał, ażeby bawić się w wyścig niedorozwojów, zwany, gdy Andrzej był młody, a poprawność polityczna słabsza, wyścigiem szczurów. Poza tym zajął w wyścigu o karierę miejsce piąte lub szóste, które go całkowicie satysfakcjonowało, przez lata wyrobił sobie na tyle mocną pozycję w firmie, aby – jako jeden z wybrańców, niczym Neo w Matriksie – pracować przez osiem godzin i ani minuty dłużej.

Pracował zatem od do, do od, a potem wracał na rowerze, zbyt drogim i składanym, do przestronnego mieszkania na Bielanach, niedaleko stacji metra oraz – niestety – przedszkola. Wolne godziny spędzał w ten sam sposób od lat.

Po pierwsze, sprzątał. Uwielbiał sprzątać. Szorowanie kafelków, woskowanie podłogi, ścieranie kurzu z kolekcji nigeryjskich masek, ręczne czyszczenie prawdziwego perskiego dywanu, szczególnie na mokro (miarka szamponu, pięć szklanek letniej wody i łyżka białego octu; ocet utrwala kolory) – nazwy tych czynności brzmiały, wibrowały w Andrzejowym uchu jak pozycje Kamasutry, acz doskonalsze, ponieważ jakość zadowolenia zależała wyłącznie od Andrzeja, bez oglądania się na partnera.

Po drugie, gotował. Unikał kuchni orientalnych, bogactwo i wymieszane miriady smaków na jednym talerzu wydawały mu się nieco barokowe, ba!, bałaganiarskie i pozbawione subtelności. Kochał potrawy składające się z minimalnej liczby składników. Siła i urok takich dań brały się z powściągliwości, a powściągliwość zapowiadała lub skrywała prawdziwą namiętność.

– Naprawdę myślisz, że ludzie namiętni są ludźmi powściągliwymi? – zapytał Andrzeja Krzyś.

– Tak. James Jones. Henry James. Jane Austin. Emily Jane Brontë. Virginia Woolf. Adam Zagajewski.

Krzyś roześmiał się, powiedział:

– Myślę, że się mylisz. Ale z rozmachem.

Zeszłej soboty debiutował nowym deserem: pokrojone w połówki truskawki, posypane świeżo zmielonym pieprzem, a na to bita śmietana z serkiem mascarpone.

Andrzej wpatrywał się z napięciem w twarz Krzysia, konsumującego deser i równocześnie czytającego jakiś artykuł w jakimś tygodniku.

– I jak? – Andrzej nie umiał się powstrzymać.

– Strasznie pedalski deser. Masz jakąś wędlinę?

Po trzecie, czytał, dużo i uważnie. Czytał książki traktujące o organizowaniu i projektowaniu przestrzeni miejskiej, kontrapunktowane nie tak częstymi lekturami z dziedziny filozofii śmierci. (Przedkładał Anaksymandra nad Adorna, przynajmniej w kontekście nieuniknionego). Czytał również literaturę piękną, zarówno polską, jak i światową, zarówno bieżącą, jak i klasyczną. Unikał literatury faktu. Fakt w ostatnich latach straszliwie się spauperyzował. Bywał nawet nagradzany ważnymi nagrodami literackimi oraz – głównie w polityce – określany mianem „prawdziwego”. Prawdziwy fakt. Brak słów.

Po czwarte, słuchał muzyki. Jego pierwsza stabilna miłość to Lombard, zaraz potem Maanam. Za młodu należał do oficjalnego fanklubu Lombardu, później Maanamu. Redagował fanzina (pod tytułem „Cafe Maur”). Wielbił Korę i jej towarzyszy, z naciskiem, mniejszym, na partnera życiowego i – większym – na suczkę Ramonę, bolończyka. (Gdy ktoś mówił o Ramonie per pudel, Andrzej ucinał znajomość). Teraz rzadko miał okazję wracać do Maanamu, czasem leciał jakiś kawałek w radio, czasem Kora przebiegała telewizyjnym ekranem lub plotkarskim portalem.

Czy mógłbyś żyć beze mnie powiedz

Czy mógłbyś odejść powiedz odejść

Tak często śni się nam to samo

To niemożliwe niemożliwe

Powiedz

Kora Jackowska

Po piąte, oglądał filmy i seriale. Lubił seriale zaangażowane. Na przykład Sześć stóp pod ziemią albo Słowo na L, albo Dziewczyny. Z filmów kochał – kochał miłością zawiedzioną i sekretną, nikomu się do tego nie przyznał, nawet partnerowi – Parasolki z Cherbourga. Kulminacyjna scena, spotkanie kochanków na stacji benzynowej po latach oraz Algierii, kochanków, którzy ułożyli sobie osobne życia, założyli osobne rodziny, urodzili osobne dzieci, zawsze wzruszała Andrzeja: czasem do łez, których unikał, łzy są bowiem szkodliwe na cerę oraz światopogląd, czasem zaś coś w nim pękało. Pękała w nim, za przeproszeniem, intertekstualność, chroniąca przed upokorzeniami głównymi życia towarzyskiego w środowisku IQ > 125. Pękał kontekst i dystans, a z pęknięcia przebijała naiwność. Naiwność rozumiana jako zaufanie między zwierzęciem a zwierzęciem, dokładniej – między matką i jej dzieckiem. Naiwność niebędąca skazą intelektu, lecz zwyczajnym przyłożeniem skóry do skóry, zapachu do nosa, nosa do piersi. Parasolki z Cherbourga od lat czyniły wielkie spustoszenia w Andrzeju. Im bardziej szkody te rozumiał, tym mniej miał ochotę je likwidować. Trudno, powiedział sobie kiedyś, widać muszę poddawać, teraz wyliczanka: zamek po zamku, twierdzę po bitwie, bitwę po zasadzce, zasadzkę po ekspiacji, cały ten psychologiczno-kulturowy szaniec, chroniący mnie przed światem, świat – przede mną.

 

Po szóste, tańczył. Tańczył do muzyki, zarówno tej z głośników, jak i puszczonej w głowie, bez wykonawcy i tytułu, suita na żołądek i jelita w tempie marzenia o księciu na białym koniu. Tańczył w pojedynkę, choć niekiedy z kimś ektoplazmowej natury, kto wpadł w jego otwarte ramiona, kto trzymał brodę na jego barku, obejmował w pasie, przydeptywał stopy. Ów współtancerz nie posiadał szczegółów ani twarzy, a na niej – ni rysów, ni grymasów. Gdyby zapragnął zatańczyć z kimś konkretnym, z kimś o określonej urodzie, muskulaturze, wzroście, barwie głosu, PESEL-u – poszedłby do klubu.

Po siódme, uczył się na pamięć i deklamował przed samym sobą żurawiejki oraz inne drobiazgi. Mógł uczyć się fragmentów Szekspira lub Fredry, nie chciał jednak opanowywać zwartych historii. Kuplety wydawały się prawdziwsze, także dlatego że wyszły z mody. (Z adiutantów i lekarzy/ Ma Warszawa pułk gówniarzy).

Wziął piątkowy prysznic. Piątkowy prysznic wyróżniał się na tle każdodziennych pryszniców jednym: w piątki przychodził Krzyś. (Wychodził w poniedziałki lub niedziele). Wspólne prysznice zostawili hen, byli ze sobą od pięciu lat i zgodnie twierdzili, że wzajemne dotykanie się – w ciasnej kabinie nie sposób się ominąć – pod strumieniem ciepłej wody nie należy do rytuałów szczególnie romantycznych. Nie jest też szczególnie przyjemne.

– Nie bierz tego do siebie – powiedział Andrzej. – Po wspólnym prysznicu czuję się mniej dokładnie wymyty, niż gdybym brał prysznic samodzielnie.

– Zabieram ci wodę?

– Raczej mnie rozpraszasz. Albo mam jakiś nierozwiązany problem z matką.

Krzyś się śmieje. Dowcipy z brodą, z Freudem w tle, zawsze go bawią.

Nie wytarł się jeszcze do sucha, gdy zadzwoniła komórka.

– Czyli że będziesz później, tak? – Głos po drugiej stronie coś klarował, aż Andrzej przerwał zawiły wywód: – To przyjdźcie razem. Tylko nie wcześniej niż za godzinę. Muszę się przygotować.

Zastanawiał się chwilę nad strojem; domowa niedbałość czy jednak coś bardziej oficjalnego? Zdecydował się na nowe szorty w szkocką kratkę, okropnie modne i drogie. Stał boso, w modnych szortach i z niepokojem, z dyndającą metką przy lewym udzie, opiewającą na nieprzyzwoitą liczbę funtów, przed lustrem, próbując dobrać część górną garderoby. Wybrał najbardziej zniszczony i poplamiony T-shirt. Uzyskany efekt niezbyt Andrzeja satysfakcjonował, lecz przecież nie będzie żałować róż, gdy płoną lasy, i to już za pół godziny, jeśli okażą się punktualni.

Przygotował kilka przystawek, nieskomplikowane szybkie potrawy: pomidory z bazylią, mozzarellą i jabłkiem, oliwki posypane migdałowymi płatkami, suszone mięso z kawałkami melona. Ustawił wszystko na niskim stoliku na tarasie. Spojrzał krytycznie na przygotowane przez siebie dania. Moja babcia, pomyślał, zwyczajnie by się popłakała; same fikuśne rzeczy, nie ma czym się najeść, nie ma jak przeżyć wojny. W pierwszym odruchu chciał wszystko wyrzucić do kosza i zamówić pizzę przez telefon, spojrzał jednak na zegarek. Trudno, stwierdził w półrozpaczy i ćwierćwstydzie, wypadnę jak szablonowy gej, gej z „Burdy”, burda z szafy.

Przyszli, o dziwo, punktualnie, ding-dong, Krzyś i Maja, ding-dong, już otwieram!

Maja: wiek 36 lat; waga: zależna od samopoczucia; wzrost: zależny od przygnębienia; oczy piwne; orientacja seksualna: xanax ze skłonnościami do astmy; orientacja światopoglądowa: gdzie jest mój mąż, gdy go potrzebuję?; narodowość: język polski; stosunek do ofiar Holocaustu: empatyczny, niezmiennie.

Otworzył drzwi. Znał Maję od kilku lat, mimo to poczuł się niepewnie, nigdy nie spotkali się w jego mieszkaniu, nigdy w tak wąskim gronie, trzy osoby, brzmi niczym wizyta trojga aniołów u Abrahama, zakończona groźbą Bożą (Sara urodzi ci syna), błyskotliwie spuentowaną przez Andrieja Rublowa w ikonie Świętej Trójcy, koniec zdania.

Przepuścił Maję i Krzysia. Zapytał:

– Czegoś się napijecie?

– Ja poproszę piwo. – Krzyś spojrzał wymownie na Maję. – Ona weźmie – zabawnie potrząsnął ogoloną na krótko głową z kitką w kolorze blond – czerwone wino. Lub wódkę.

– Masz ładowarkę do e-papierosa? – zapytała Maja.

– Nie – odpowiedział Andrzej.

– Tego właśnie się po tobie spodziewałam. Brak. Dobrze zorganizowany brak.

Andrzej się roześmiał, poczuł się swobodniej, początkowe napięcie nieco osłabło. Zaproponował:

– Chodźmy na taras.

Na tarasie Maja wdała się w długie streszczenie ostatnich dni, przerywane suszonym mięsem z kawałkami melona. (Jest wegetarianką, tak ma wpisane w paszporcie, poniżej pozycji: organ wydający dokument; albo coś jej się znowu pomieszało):

– No, już kończę, zaraz dam wam dojść do słowa, pod warunkiem że nie będziecie mówić o sobie, tylko o mnie. Żartuję. Więc to była katastrofa, ten blog, cud, że nikt nie zginął; nikt, czyli ja, w sensie że – westchnęła, rozglądając się za e-papierosem lub inhalatorem. – Nie dla mnie już Barad Dûr.

– Co? – zapytał Krzyś.

– Tak się nazywała twierdza głównego złego we Władcy pierścieni. Myślałam, że wiesz. Gejowie powinni lubić i znać się na opowieściach o biżuterii.

– Bardzo superśmieszne – wyrwało się Andrzejowi.

– Skoro nalegasz... – Zapadło niedługie milczenie, przerwane Majowym pytaniem: – Czy ja już rozpaczałam?

– Bez umiaru i krztyny taktu – odparł Krzyś.

– Dziwne, a czuję się, jakbym nie rozpaczała ani tyci.

– I co teraz zrobisz? – zainteresował się Krzyś albo Andrzej.

– Jestem bezrobotna. Chyba się stoczę po drabinie społecznej. Uważasz, że nie potrafię?

– Szymon wie? – dopytywał Krzyś albo Andrzej.

Maja pomyślała sobie, bocznym torem: Andrzej jest tak nieabsorbujący, że z praktycznego punktu widzenia mogłabym go traktować jako cechę charakteru Krzysia.

– Nic mu nie mówcie! Poza tym powinien się domyślić! Dałam mu na to trzy miesiące. Byłam bardzo przygnębiona. Bar-dzo! Zaniedbałam prasowanie koszul.

– To twój normalny stan – przypomniał Krzyś. – Wygniecione koszule Szymona też.

– Jesteście paskudni! Tyle złośliwości i tyle pogardy w tak niewielkiej liczbie dwóch osób o pospolitych twarzach! Proszę wskazać mi otwór wyjściowy, abym mogła opuścić tę nieżyczliwą norę ze skutkiem natychmiastowym!

Rozmowa toczy się wartko, z wybuchami śmiechu, podlewana szczodrze alkoholem. Troje rozmówców z wirtuozerią wymienia się większymi i mniejszymi klęskami swoich żyć, żartobliwie punktuje te wszystkie słabości i porażki, które ułożyłyby się w prawdziwe CV. Obserwator mógłby dojść do wniosku, że w tym kręgu kulturowym sukcesy w życiu zawodowym bądź osobistym należą do kategorii: towarzyska gafa, że są one czymś wstydliwym, krępującym, niewartym wzmianki. Obserwator mógłby wyciągnąć wniosek dalej idący – człowiek obyty, dobrze wykształcony, o eleganckich manierach musi, jeśli chce być społecznie atrakcyjny i ludzko prawdziwy, doświadczać klęski po klęsce, porażki po upokorzeniu, upokorzenia po urodzinach, urodzin co roku, acz do czasu pogrzebu. Rozmówcy nie tylko upadają raz po raz, oni również zdołali dojść dokądś (Dotoczyłam się do tego doktoratu, powiedziałaby Maja, po równi pochyłej) i do czegoś (Raczej się stoczyłaś, niż dotoczyłaś, powiedziałby Krzyś, do tego doktoratu).

Dobija się czwarta rano przez nieskazitelnie przejrzyste okna. Dnieje buro, z powściągliwymi eksplozjami światła, przykrytymi watą chmur, i z kląskaniem ptaków, coraz intensywniejszym.

– To w mojej głowie ptactwo ma ruję? – pyta Maja, przykładając pełny kieliszek z winem do czoła.

– Ruja jest chyba w marcu – odpowiada Andrzej. – Mamy czerwiec.

– O, Boże! – wykrzykuje Maja. – To już tak późno?! Strasznie się zasiedziałam!

Andrzej gestem szerokim i nieostrożnym strąca pusty kieliszek. Kieliszek rozbija się w mak. Krzyś bije brawo. Podchodzi do Andrzeja, całuje go i mówi:

– Zawsze wiedziałem, że jesteś bałaganiarzem gdzieś w głębi. Tylko bałeś się to z siebie wypuścić...

– Muszę sprzątnąć. – Andrzej usiłuje wyswobodzić się z objęć kochanka. – Miałem tylko trzy takie kieliszki – stwierdza ponuro. – Sprzed wojny.

– Ups! Będziesz musiał ograniczyć liczbę znajomych – radzi Maja.

– Do dwóch?! – z oburzeniem pyta Andrzej.

Krzyś potyka się i rozbija kolejny kieliszek. Mówi z żalem:

– Przepraszam, nie planowałem. Chyba do jednego.

– Na mnie nie licz! – Maja jednym haustem dopija wino i rzuca kieliszkiem o podłogę. – Uff! Zdążyłam.

Patrzą na nią zdumieni.

– No co?! Bycie jedyną przyjaciółką to straszne obciążenie! Jestem za młoda, żeby dźwigać taki garb!

Dzwonek u drzwi.

– Kto to?

– Zamawiałeś sprzątanie?

Wszyscy biegną na korytarz. Drzwi się otwierają.

– Szymon! – wykrzykuje Maja i rzuca się na szyję mężczyzny. – Mężu mój kochany, któryś wyjechał na konferencję! Ucałuj swą tajemniczą i nadziabaną żonę!

Mężczyzna zostaje wciągnięty do środka, a troje imprezowiczów jak na komendę zaczyna jęczeć i zawodzić.

– Rany, coście brali – nowo przybyły wypowiada tę kwestię z lekkim obrzydzeniem oraz odrobiną zazdrości.

– Nie zdejmuj butów! – każde z nich wyrzuca coś w tym stylu, zwiększając całkiem spore skonfundowanie Szymona.

Dochodziła szósta, gdy Szymon skończył wyciągać szkło ze stóp.