MiłośćTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Miłość
Miłość
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,80  51,84 
Miłość
Audio
Miłość
Audiobook
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

PIĘKNO

2

PRAWDA

4

DOBRO

6

Podziękowania

Opieka redakcyjna: ANITA KASPEREK

Redakcja: WALDEMAR POPEK

Korekta: Pracownia 12A, EWELINA KOROSTYŃSKA, ANNA DOBOSZ, ANETA TKACZYK

Projekt okładki i opracowanie graficzne: PRZEMYSŁAW DĘBOWSKI

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

Skład i łamanie: Scriptorium „TEXTURA”

© Copyright by Ignacy Karpowicz

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2017

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-06625-6

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

J.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

PIĘKNO

.

– „Jutro nie będziemy tacy jak dziś” – powiedziała Anna, odganiając bzyczącą muchę kartkami zwiniętymi w tubę. – Jutro. Nie. Będziemy. Tacy. Jak. Dziś – powtórzyła, dla odmiany tym razem akcentując każde słowo z osobna. – Weronko, to sześć słów. Palców masz więcej, złociutka! Wierzę, że te słowa zapamiętałby nawet pies. – Westchnęła i z wysiloną łagodnością uzupełniła: – A ty jesteś mądrzejsza od Burka i Krztynki, prawda, kochanie?

Weronka patrzyła okrągłymi oczyma, jak gdyby ją szarpano na wszystkie strony. Sześcioletnie piąstki zacisnęła w grudki palców, a usteczka drgały, nie do płaczu, lecz odtwarzając słowa. Sześć słów, lecz najpierw trzy:

– Jutro nie będziemy... – wyrzekła Weronka, a widząc uśmiech na twarzy pani, sama odpowiedziała najwdzięczniejszym z uśmiechów, aby z dumą skończyć: – Dziś.

Anna z trudem zdobyła się na swój uśmiech. I cóż z tego, że nieszczery?

– Dobrze. Dzieciątka, to czas na koniec. Pędźcie do domów, a koniecznie pozdrówcie i podziękujcie rodzicom!

I dziatwa ruszyła skocznym krokiem aleją z nasadzonymi po bokach białodrzewami, tak wielkimi, że czas nie mógł ich powiększyć, mógł je tylko obalić.

Stokroć była niewielkim dworem z folwarkiem, choć bez nadanej wsi. Przytulny budynek z czerwonej cegły postarzał się od czasów poprzednich właścicieli i fundatorów, państwa Lubenlidlów, do tego obrósł bluszczem i winoroślą. Dach z blaszanego wymieniono na dachówki, a roślinność narosła bez potrzeby i opamiętania. Starszy pan Lubenlidl wielbił linie proste i linijki, stąd rozległy tylny ogród przyjął formę precyzyjnych pasów: zagajniki sosen i świerków nasadzano naprzemiennie z kwitnącymi krzewami oraz trzecimi pasmami brzóz, pomiędzy które wetkano naście klonów i innych liściastych gatunków dla uroku a niemonotonii. Teraz wszak, po wojnach, zawieruchach i adwokackich geszeftach, jego założenie zaniedbało się, rozmyło i poddało czasowi, jak poddaje się wszystko, co skrywa w sobie jakiś plan życia. Ogród zgubił krok i zmieszał szyki, przeszedłszy na stronę założeń angielskich lub w słowiański ich brak. A w tle jeszcze polśniewało ramię rzeki.

Lilpopowie weszli w posiadanie dworu wraz z folwarkiem bez przypisanej wsi niedługo po Wielkiej Wojnie, a po Drugiej Wojnie nadal sprawowali pieczę nad szlachetnym siedliskiem. Stało się to z tej przyczyny, iż nowy pan na Stokroci, wżeniony w Lilpopównę, okazał ówczesnym władzom stosowną atencję, godząc ją w duszy z niezawisłością własną, a naówczas kompromis się dopełnił: dwór pozostał w dawnych rękach, przybyło jednak panu obowiązków wobec świata, zwłaszcza zagranicznego.

Na Stokroci wciąż mieszkali Anna i Jarosław, teraz z trojgiem dzieci, wspierani nieliczną rodziną o niestałej i zasadniczo malejącej liczebności – rozbitkami z wojen i życiowych kraks – i służbą tak przyzwyczajoną do służenia, że nadejściem nowszych czasów wzgardziła, nie wyobrażając sobie przyszłości odmiennej od przeszłości.

Posiadłość podupadła wewnątrz w instalacjach domowych, nazbyt niedzisiejszych, czy też niewystarczająco zaopiekowanych, z zewnątrz jednak nadal kusiła wykwintnością, o jaką niełatwo w tamtym czasie. Ktoś rzekłby, iż Stokroć nakrył klosz niewidzialności dla oka historii, tymczasem muchy bieżącego porządku brzęczały, nie mogąc dobrać się do środka.

Anna denerwowała się częściej niż zazwyczaj. Dwa tygodnie temu Jarosław powrócił z wyprawy państwowo-pisarskiej do Kopenhagi cały nieswój. Przywiózł faksymilia listów Andersena, do których zabierała się, by je tłumaczyć, a w niespodziance od siebie dorzucił krytyczne wydanie baśni w oryginalnym języku. Poza tym jednak milczał uparcie, a pytała i pytania ponawiała. Wyciągnął się w łóżku obok niej, dalszy jeszcze niż w tej Kopenhadze. Następnego dnia wyjechał do Varsovie na zjazd literatów, nieczule musnąwszy jej czoło w pocałunku, a dzieciom poświęciwszy mniej uwagi niż odpadającemu tynkowi, zadanemu Wieśkowi do naprawy.

Telegrafował, że sprawy pierwszej wagi ważą się w stolicy, i mu wierzyła, gdyż przy wszystkich swoich wadach skłonności do kłamstwa akurat nie przejawiał, a wręcz przeciwnie – bywał względem niej nadmiernie szczery. I złość czuła, bo tu na prowincji też działo się niemało: Julcia złamała rękę, Kazia serce o przejezdnego chłopca od tych nowych czerwonych, a Joli wdał się dziecięcy szkorbut. Skąd on na Stokroci? Cebuli jedli w nadmiarze, mleko z krów pili, mięso pojawiało się na stole częściej niż raz w tygodniu, a kolacja nie obywała się bez przystawki i deseru.

Potrzebowała docenienia jej pracy. On jeździł fru-bździu, podczas gdy ona starała się utrzymać Stokroć w kupie i w porządku, zaniedbując swoje prace umysłowe.

Tynk mu się nie spodobał, ano fakt: odpadło mu się trochę na wyjazd Jarosława. A nie zauważył na przykład nowych podpór, com je wymienić kazała. Gdyby mu piętro na łeb zleciało, dalibóg by otrzeźwiał! Pomyślała, że nieraz on staje się taki nieuważny, a przez nieuważność wręcz dla niej okrutniejszy.

Jarosław zatelegrafował, że przybędzie brat jego dawnego przyjaciela wraz z żoną na popas tygodniowy, on zaś dołoży starań, aby zjawić się nie dalej niż w dzień po ich przybyciu. Tak brzmiał najdłuższy telegram, jaki otrzymała od niego.

Goście oczywiście przewijali się przez Stokroć, a niektórzy na tyle przewlekle, że wypadałoby ich uznać za półdomowników. Od dawna brakowało wszak prawdziwych gości. Takich na niedługo i do „do widzenia”. Dla przykładu wujenka Nastazja została przejazdem na dwa lata, aby doumrzeć w cieple świata, który znała.

Spoczywała na psim cmentarzu, innego wyznania była i żaden okoliczny ksiądz nie zechciał jej odprowadzić na tamten świat, a czasu zabrakło na organizację księży nieokolicznych bądź kapłanów stosownych do jej braku wiary. Wujenka zmarła gorącym latem i wonieć zaczęła wnet po wydaniu ostatniego tchnienia, a bardziej nawet niż za życia. Jarosław ściskał jej martwiejącą dłoń, Anna zamartwiała się, co zrobią z ciałem. – Do psów ją damy! – powiedziała mężowi. I tak się stało. Nastazję pochowano między Tunią, pstrym kundelkiem o niemożliwie niebieskich oczach, a Zbyniem, wilczurem mądrym i refleksyjnym, tam, w sosnowym lasku, było najwięcej ziemi do grzebania. Zbynia Anna kochała najmocniej ze wszystkich psów, jakie przewinęły się przez ich życie na Stokroci. Zbyniu najdroższy, pewnie aportujesz pastorały Panu Bogu!

Wydała polecenia służbie, a córkom, teraz zażywającym wakacji, przykazała na jutro naszykować się odświętniej na wizytę, a na wieczór zaordynowała dodatkową kąpiel. Wiesiek się naburmuszył, trzeba będzie wody nanosić, a przecież panienki czystości zażyły trzy dni temu.

– Od czego one tak się zabrudzają? – zapytał mrukliwie.

Ciasto postanowiła naszykować osobiście, resztę dokładając Cecylii, dziś w szerszenim usposobieniu:

– Abo to nam się przelewa, żeby ugaszczać innych?

Wydawszy polecenia, poszła doglądnąć gościnnego pokoju. Musiała przejść obok innego, prawie niewidzialnego i zawsze zamkniętego na klucz. Nikt od lat do niego nie wchodził, a klucz skrył w wiadomym tylko sobie miejscu Jarosław. Nie lubiła tego pokoju, a jego ostatniego lokatora polubiła wbrew własnej woli: cierpiał i zasługiwał na to, aby jego cierpienie dostrzec i wyciągnąć pomocną rękę. Jarosław nazwał ten pokój umieralnią. Nazwa się przyjęła. Koniec końców był pisarzem, to oni przecież nadają imiona, nawet jeśli trupie.

 

W gościnnym należało obłóczyć świeżą pościel, stara bowiem zatęchła. No i w szafach półki przetrzeć. Rdza z kurzu znowu je pokryła, a tak przecież dbała o wszystko i sama nieraz ścierała dłonie, szorując i pucując. Zajmowała się wszystkim i każdym, o nią nie dbał nikt. Nikt, dosłownie do policzenia na palcach jednej ręki. Tyle pociechy znajdowała, co w scalającej medytacji, a i to musiała się jej oddawać po kryjomu przed Jarosławem, on bowiem zapiekle takich praktyk nie pochwalał.

Na kolację wjechała waza rosołu z obiadu i jeszcze biszkopta starczyło z wczoraj. Zauważyła, że dosztukowana noga stołu ponownie zaczęła się oddzielać, jak gdyby ją stolarz wzywał do powrotu. Dziewczynki dziwnie spokojne, kąpiel je tak pewnie rozmiękczyć i uszlachetnić zdołała. Nareszcie przypominały panienki z dobrego domu, o jakich zawsze marzyła, a jakich jakoś nie całkiem dostała.

Anna doglądnęła córek w łóżkach, nagrodziła na noc dobrym słowem i pozwoliła wieczornej modlitwy nie zmawiać, jeśli zmęczone emocjami.

Pobawiła w sieni Adalberta i Libertyna: dwa wielkie dogi arlekiny, wiecznie zaślinione i z wiecznym zakazem wstępu do jadalni, następnie udała się na psiętarz, tak nazywała psi cmentarz. Zwykle zabierała coś pod spód do siądnięcia, żeby wilka od zimna nie złapać. Ze strony kamienia ciągnęło listopadem nawet w lecie. Dziś wieczór tkwił na niebie księżyc w prawie pełnym obliczu. I cóżeś taki zadowolony?

Rozłożyła pled wełniany i przysiadła na kamiennej ławie, wreszcie sama i wolna od krzątaniny z dziesiątkami malutkich decyzji. Pośród niewielkich kamiennych nagrobków wybijał się kamień Nastazji, przywleczony z pola przez Janusza, zamęczonego potem za akcje antypaństwowe, choć przecież on tylko, zdaje się, kradł, jak kradli prawie wszyscy, tyle że bez głowy musiał kraść, skoro go dopadli, albo – Anna czasem pozwalała myśli osunąć się i w tę stronę – kryła się za tym jakaś inna, wstydliwsza tajemnica.

Przymknęła oczy, czekając na Podmuch. On w nią czasem wchodził i przemieniał, a wtedy czuła wszystko wyraźniej i rozleglej, stapiając się z otaczającym ją życiem, a równocześnie uwalniając od obowiązku rozumowania. Ach, Podmuchu, wejdź we mnie!

Anna w takich wieczornych lśnieniach samotności najpełniej była sobą, chociaż nie wyrozumiała, co to oznaczało, albo: o to w istocie szło, żeby nie musiała niczego rozumieć, przewidywać, dbać o nic. Starczało, że była, a jej byt rozciągał się po okolicy i cieniał, aż po delikatne łaskotanie na krawędziach siebie samej, gdzieś w Karaśkach czy Sumowie.

Anna lękała się pogodzić z nawiedzającą ją czasem myślą, iż tym, co tak ukaja, nie było bycie bardziej, lecz zatrata i zaniknięcie osoby w czymś wspanialszym i istotniejszym.

Dziś wieczór Podmuch nie zechciał przybyć.

Ze stacji gości miał dostarczyć Wiesiek dorożką. Zaprzęgli Chabeta z Łyskiem i pociągnęli we troje czekać pociągu, a ostatnio zdarzały się nieregularności w rozkładzie. W kraju z węglem podobno krucho, aczkolwiek Anna nie znajdowała zadowalającego jej logikę przełożenia węglowych niedoborów na punktualność kolejek, choć wiedziała, że najpopularniej węglem są opalane i temu takie czarne niczym w żałobie. Jakby węgla nie było, to powinny nie jeździć na amen, ale nie się spóźniać!

Dopilnowała ostatnich wstążek w córczynych fryzurach, zmazała niespodziewane plamy z policzków, sprawdziła, czy samowar Nastazji – nic więcej nie zostało po niej – gotów do nastawienia. Na koniec przygotowań kazała zamknąć dogi w szopie, inaczej zaślinią gości od stóp do głów.

Nie znosiła tych chwil oczekiwania. Za ostatniej wojny czekała dwa lata, aż przyjdą Niemcy, zarekwirują, spalą. I przyszli, sytuacja powstała, rozumie się samo przez się, niemiła, jednak niewarta dwuletniego czekania, ani nawet anegdoty do kolacji na pogodniejsze czasy.

Jola przypędziła na ganek z krzykiem:

– Goście, goście jadą!

Najpierw zeskoczył Wiesiek, po nim wysiadł mężczyzna w lnianym garniturze i kapeluszu ocieniającym twarz. Podał on dłoń kobiecie, a ta od razu Annie krzywo stanęła. Za ładna się zdawała i pewnie ciężka na umyśle, chociaż nie zdążyła ani słowem głupoty okazać.

Pomimo niepopartego niczym uprzedzenia Anna uśmiechnęła się tak szeroko, jak jej fizjonomia pozwalała. I cóż z tego, że uśmiech nieszczery? To tylko goście, ludziki Jarosława.

Para podeszła do pani na Stokroci.

– Najserdeczniej zapraszam w nasze skromne progi. – Annie dobry nastrój przesłoniła chmura niejasnych lęków.

– Pani Anno, pozwolę się przedstawić. Nazywam się Jerzy Siwicki, a to moja żona, Irenka. Mam nadzieję, że pan Jarosław uprzedził dobrym słowem naszą wizytę.

Imbecyl. Jakby nie uprzedził, to skąd posłałabym dorożkę?!

– Istotnie, uprzedził. Telegraficznie. Poznajcie nasze córki: Kazia, Jola i Julcia. – Dziewczynki dygnęły jedna po drugiej. – Zapraszam do środka. Na herbatę z jabłecznikiem. Własnoręcznie piekłam.

– Tu taki drobiazg dla naszej dobrodziejki. Antykwaryczny. – Jerzy wręczył pakunek, wcale elegancko otulony ozdobnym papierem.

– Och, nie trzeba było się kłopotać. Jednak uroczo z pana strony.

Anna pomyślała, że zaraz ją zemdli od tych uprzejmości powitalnych i nie zdoła zjeść jabłecznika, kuszącego od upieczenia, gdyż udał się jak rzadko: wyrośnięty i bogaty.

Młodzian od Jarosława zdjął kapelusz i wtedy Annę uderzyła fala niekoniecznie dobrego wspomnienia. Był toczka w toczkę wykapany Jakub, przyjaciel Jarosława z dawien dawna. Ta sama twarz o ostrych rysach i zapadającej w pamięć szlachetności. Te same pełne usta i cienkie brwi o regularnym przebiegu. Tylko oczy były inne, a jeszcze piękniejsze. Wydawał się też, Anna dopiero teraz to dostrzegła, postawniejszy i wyższy.

Przodem ruszyła, oni za nią.

Jabłecznik trącił mysim bobkiem, nie wyniosła żadnej radości z ciasta, za to milkliwie i nieco niegrzecznie pogrążała się w zadumie.

– Chcielibyśmy się rozpakować, jeśli dobrodziejka pozwoli. I odpocząć po podróży, pociąg spóźniony i uciążliwy, żona zaś przy nadziei. – Spojrzał na nią czule, w co Anna nie uwierzyła.

– Och, gdzie ja mam głowę! – wykrzyknęła Anna z rozmyślnym afektem. – Już prowadzę. Wiesiek powinien był przytargać walizki z bryczki do waszego pokoju.

Anna odprowadziła gości i postała w korytarzu, dłużej niż potrzeba. Zza drzwi dobiegło ją: „Dlaczego powiedziałeś, że jestem w ciąży?”, „A nie chcesz być?”, „Pacan i świnia!”.

– Mamo – Julcia nie potrafiła powstrzymać pytania – czy ten pan powstał z grobu? On mi przypomina zdjęcia u taty z gabinetu.

– Cóż ty wygadujesz za dyrdymał! To jego brat, rozumiesz? Tak żywy, że bardziej trudno.

Julcia nie wiadomo, czy przekonała się do żywotności gościa, tak czy tak dygnęła z niespodziewaną po niej grzecznością, aby oddalić się do sióstr pałaszujących ciasto. Nieczęste w obecnych czasach.

Kolacja upłynęła drętwo jak posiedzenie komisji literackiej. Dotrwali końca i w komplementach rozeszli się do sypialń.

Annę poderwała z łoża jakaś tęsknica. Korony drzew zdawały się unurzane w śmietanie, świerkowe szpice oprószone cukrem pudrem, a dalej znaczyła się lukrowana linia rzeki. Ach, jak ładnie! Jak na święta!

Usiadła w niemym zachwycie, nasłuchując pohukiwań sówek, zalęgłych w dzięciolich dziuplach. Stała się wrażliwa do granicy, za którą już tylko szpital stał nieruchomy.

Usłyszała coś i nie była to sówka. Dłoń obca, nie skrzydło, miękko opadła na jej ramię, tłumiąc cielesne rozwibrowanie, w które Anna wprowadziła się po części świadomie, po części jednak z nieutulenia i niedokochania.

Przekręciła głowę, widziała więc w szczególe, jak piękną dłonią obdarzył ją Los: żyły uwypuklały się, a ciemna glazura skóry połyskiwała w miesięcznym świetle.

– Mam nadzieję – przemówiła – że wszystko jest takie, jak pan się spodziewał, a przynadziejna żona zażywa odpoczynku.

Usiadł obok zwyczajnie i bez zbędnego słowa. Od dawna nie doświadczała tak przekonującej obecności. Zdało się jej, że Jerzemu mogłaby zawierzyć troski i lęki. Na takim mężczyźnie potrafiłaby się wesprzeć albo i wręcz podnieść, choć przecież jeszcze nie upadła.

Czy on przysunął ramię bliżej? Czy naprawdę? Jerzy, Jerzy, dokąd byś mnie powiódł? I kto jest twoim Smokiem?

A pomimo tych myśli tkwiła nieporuszona, jakby w nieczułym zastygnięciu.

– Lubię nocą posiedzieć i pozwolić myślom się toczyć. Toczyć swobodnie. Otwierają się wtedy bramy Piękna – rzekła z lękiem, czy aby nie nazbyt się odsłoniła.

On nic nie odparł, tylko zarzucił swoją marynarkę, a potem opatulił w nią ciało Anny, gotowe ulecieć pośród nietoperze – w ich piski, niewidzialność i błoniaste skrzydła. Patrzyli w księżycowy ogród. Dla niego pewnie nic to nie znaczyło, dla niej wiele. W końcu na szali coś drgnęło i Anna naraz oschle zapytała, czy aby małżonka nie tęskni za jego obecnością.

Jerzy parsknął jak źrebak i odszedł bez słowa, Anna natomiast dosiedziała kwadransa, aż i ją znużyła muzyka nocy. Zmarzło jej się i wróciła do dworu, aby nie dospać poranka.

Na śniadanie prócz jajecznicy Cecylia wytrzasnęła szynkę, a jeszcze twaróg i miód uzyskane od pana Ambrożego po sąsiedzku. Anna nie przeoczyła niechętnego wzroku Ireny, gdy ten spoczął na marynarce odczyszczonej z rana bez wielkiej potrzeby. Dzięki radosnemu paplaniu córek atmosfera stała się mniej formalna.

– Jarosław powinien się dziś stawić. Wybaczycie, wzywają mnie obowiązki. Ze swej strony gorąco zalecam spacery. Mamy piękne lasy, a w nich mnóstwo znakomitego powietrza – zachęciła.

Koło południa postanowiła ograbić nieco z kwiatów ogród. Bukiet umyśliła wystawić na stole do obiadu, a miały być dwie kuropatwy, kruszejące już ze trzy dni, nie pamiętała, kiedy dokładnie darował je gajowy w podzięce za napisanie listu do instancji wyższych. Tak się składało, że okno gościnnego pokoju wychodziło wprost na ogród, a młodzi nie zaciągnęli stor, zatem Anna, chcąc nie chcąc, skazana została na wgląd w tymczasową sypialnię małżeńską.

Dostrzegła kobietę rozmazaną niby u Moneta, bardziej podobną do płynących nenufarów niż do ludzkiego ciała. Leżała wyciągnięta w łóżku, zamiast zażywać spacerów i znakomitego powietrza. Jakże była soczysta, ach, jak kusząca! Wypisz, wymaluj – krowa na pastwisku.

Do łóżka zbliżył się ciemniejszy nagus z białymi pośladkami. Anna w pierwszej chwili płochliwie odwróciła wzrok, jednak przemogła wstydliwość: rodziła córki, a męskie ciało nie było jej obce. Dzikus położył się na kobiecie i zaczął na niej poruszać. Ściskając w dłoni kwiaty, obserwowała spotkanie kobiecego i męskiego pierwiastka. Ostatnie pchnięcia wzięła wręcz do siebie, a zawstydzenie, które ją napadło, nawet w części nie równało się przyjemności z podpatrywania, której doświadczyła.

Jarosław nadal nie nadciągał, stąd obiad upłynął w atmosferze napiętego oczekiwania i nad kuropatwami: wyszły kruche i soczyste, podlane żurawinowym sosem rozpływały się na podniebieniu. Na sześć osób przypadły cztery nogi i tyleż skrzydeł.

– Weszliście w lasy? – zapytała z nieoczekiwaną podstępnością.

Irena spłoniła się, Jerzy zaś nie dał zbić się z pantałyku.

– Pani Anno, lasy macie tutaj pierwszej jakości – zwyczajnie oznajmił.

Wszelkie napięcia uleciały wraz z pojawieniem się Jarosława, a dowiózł go szary automobil z pyskiem długim jak charcia kufa. Jarosław zaaferował się w gospodarskim rozhoworze z Wieśkiem, ona zaś przyglądała się mężowi z czujnością, nieraz braną za czułość. No i widziała, że włosów mu ubywa. Oby nie poszedł w ślady świętej pamięci teścia i oszczędził jej widoku zaczesek.

Anna nie potrafiła przejrzeć tych wszystkich potyczek, które staczać musiał w Varsovie. Nie zamierzała zresztą, żyjąc swoimi kłopotkami. Tak je nazywała. Od zdrobnienia nie stawały się lżejsze, tylko liczniejsze.

Dopiero późnym popołudniem – goście wreszcie wyruszyli podziwiać szczególnie urokliwy skręt rzeki – znalazła się chwila sam na sam z mężem.

– Psie – powiedziała, a tak go w prywatnym języku nazywała od narzeczeństwa – o co z tymi ludzikami chodzi?

Postukiwał papierośnicą o blat stołu, Jarosław był elegancki jak zawsze i odległy jak zazwyczaj.

– Jerzy odezwał się do mnie, powołując na Jakuba. Co miałem zrobić, Tuszko, jak nie zaprosić do Stokroci? – Tak z kolei on ją zwał sekretnie. Tuszka, mała duszka. Duszyczka.

– Nie podoba mi się ta szemrana parka – oznajmiła dobitnie.

– Łykasz tabletki? – zapytał.

– Co to ma do rzeczy?! – wykrzyknęła.

Tabletki na psychiczne przypadłości Anny zawsze stanowiły drażliwy subdżekt. Małżonkowie starali się o tym nie rozmawiać dopóty, dopóki Jarosław żywił przekonanie, iż Anna łykała je jak perliczka ziarno.

 

– Czy u ciebie wszystko składnie? – dopytał się, a ona nie wiedziała: zainteresowanie udawał czy je istotnie odczuwał?

– Mam się zwyczajnie, ani dobrze, ani źle. Wystarczająco do życia tutaj, na tym odludziu. Nie masz czym się martwić.

– Musimy ich przeczekać, Tuszeczko. Za niecały tydzień staną się wspomnieniem.

Wieczorem panowie zasiedli w gabinecie do tytoniu i brandy, Annę tymczasem czekało w saloniku wygnanie z Ireną. Umyśliła porozmawiać o malarstwie angielskim. Temat zdawał się szeroki jak pejzaż, a blejtramy odległe, liczyła więc na jakie takie zrozumienie, któremu nie zaszkodziłoby nawet nieobycie w wyspiarskich krajobrazach. O Constable’u miała Irena do powiedzenia nic, a przy Krieghoffie się spięła, myśląc, że to coś o wojnie będzie. Pomimo braków u rozmówczyni Anna czołgała się godnie przez wieczór, a nawet dopełzła do myśli, że Jerzy wziął sobie za żonę tak pospolite dziewuszysko.

Przebrała się już w nocną koszulę, gdy Jarosław wpadł do sypialni i oznajmił, że z Jerzykiem powłóczy się aż do wsi albo i dalej i że życzy dobrego snu. Z Jerzykiem? Już spoufaleni?

Anna przelękła się nie na żarty o Jarosława. A co jeśli odżył w nim przyjacielski afekt, odczuwany silnie do Jakuba? Dlaczego nie pozwalał sobie zrozumieć, że podobieństwo między Jerzym a Jakubem było bliskością braci po wspólnych rodzicach, ale nie charakterów?

Jakub umierał u nich w domu, jak wielu przed nim i – miała nadzieję – nikt długo po nim. Starała się uczynić znośnymi jego ostatnie chwile, tym bardziej że Jarosław szalał z bólu i troski o pokrewną duszę i do niczego się nie nadawał. Zbolały obijał się o ściany, ćmiąc papierosa za papierosem.

– Musisz żyć! – powiedziała do niego po pierwszym i jedynym razie, gdy go spoliczkowała. – Musisz żyć! – powtórzyła.

I podziałało.

Jarosław ogromnie przeżył śmierć Jakuba, który skończył w okręgowym szpitalu, za co ona osobiście odpowiadała. Kazała Jakuba wywieźć nie ze złej woli. Uważała, że dość już naumierało ludzi na Stokroci, też tych najbliższych, a bez potrzeby było przygarniać śmierci obce, choćby najczulsze. A Jakub gasł w oczach niby blednące wspomnienie. Anna była gotowa wszystko mu wybaczyć – nikt nie znalazł się w tamtej sytuacji z własnej woli; to zwierzęce instynkty i kapryśny Los napisali cały scenariusz.

Usłyszała, że wrócili w dobrych humorach, rozswawoleni: mąż i ten gość.

Leżała na lewym boku, gdy alkoholowy dech Jarosława owiał jej nozdrza, uprzedziwszy ciężkie zwalenie się na łóżko.

Tymczasem odtrąciła jego rękę, bezwładnie dotykającą jej biodra.

Po chwili chrapał.

Soki w niej fermentowały, coś się warzyło niby w tyglu aż do środka bezdechu, tego alchemicznego bez mała punktu, wokół którego wirują i małżeństwo, i pragnienia, i nawet sama wojna. Anna wstała prawie bezszelestnie, mimo że Jarosława nie obudziłby w tamtej chwili nawet przejazd czołgów.

Narzuciła pierwszy lepszy płaszcz na siebie i skierowała kroki na psiętarz. Jełopek miał czarny łeb, a w nim niewielki rozumek, Kakajkę natomiast przelękiwało całe boże stworzenie i jego cienie. Anna ośmielała się przypuszczać, że ojciec Kakajki prędzej kicał, niż po psiemu biegał.

Usiadła, złakniona smutku jak dawno nie. To tutaj składała przyrzeczenia i ze złożonych ofiar w sumieniu zdawała rachunki.

Księżyc zaciągnęła różowa poświata, a dalej hen stare dęby i sosny gęstą podkową obejmowały ogród, przez co zawsze bywało tu chłodniej i wilgotniej.

Rozsiadła się w ciepłym świetle lamp z dworu, przywołując wspomnienie pierwszego spotkania z Jarosławem. Biedak był z niego, dorabiał korepetycjami i ledwie co ukończył pracę nad drugim tomikiem poezji. Anna nie znajdowała upodobania w tamtych wierszach, za to w ich autorze owszem. Jakże szedł ów przerażający fragment, który umocnił jej wiarę w Zespolenie? „Kroki tajemnic i szepty zdrad. Rodzi się wonny i słodki byt, Idzie Lilith... Idzie Lilith...”

Musiała przyznać przed sobą, że podczas rozmowy z mężem nieznacznie rozminęła się ze ścisłą prawdą – jeszcze przed podróżą Jarosława do kraju Hamleta zapominała zażywać medykamentów.

Pastylki i płyny odbierały jej Kompletność. Stawała się spokojniejsza, cóż jednak po spokojności, skoro czuła, że w jej duszy zatrzaśnięto wiele komnat. Pozbawiona dostępu do nich czuła zubożenie, mniej była człowiekiem, a bardziej kartezjańską maszyną. Brakowało niewiele, żeby zaczęła szczekać albo gubić trybiki i kółka.

Rozpłakała się, ściskając w dłoni kawałek szlafroka.

I płakała, póki nie usłyszała warknięć z krzaku bladoróżowych za dnia rododendronów.

– Któż ty? – zapytała, wcale nie zaniepokojona.

Wstała i podeszła ku szarosrebrnemu kłębowi nadzianemu kwiatem:

– Któż ty? – powtórzyła.

Dobiegło ją szczenięce skomlenie, przyklękła i spomiędzy korzeni dogrzebała się niewielkiego psiaka:

– Zbyniu, kochany Zbyniu, wreszcież wrócił!

Pieściła psiaka za uchem i po skołtuniałym grzbiecie, po czym wzięła go na ręce.

– Pójdziemy zaraz spać: pani i ty, maluchu niewielki.

Wszystko jest przecież niczym, a każdy każdym: zasypiasz jako człowiek, a kto wie, czy nie obudzisz się w zwierzęcej postaci albo nie uwiędniesz z siostrami, ścięta w wazonie?

Rankiem zdziwiła się widokiem dłoni utytłanych w ziemi, ale zaraz postawiła dom na nogi, zaginął bowiem Zbynio. Służba dziwiła się, wszak Zbynio dokonał żywota za wojny, Jarosław jednak orzekł, że skoro pani sobie życzy szukania, to szukać trzeba – choćby bez przekonania.

Anna tymczasem zasiadła w swoim pokoju na piętrze, który służył jej do prac umysłowych, w nim oddzielała się od rozgardiaszu. Spojrzała na nierozpakowany prezent od Jerzego. Zamierzyła delikatnie zdjąć papier. Wydawał się uroczy i przydatny na przyszłość – tak niewiele piękna ocalało w powojennym świecie, a dalszej rodziny czekającej prezentów sporo. Niestety papier się rozerwał. Przykrość, kolejna po ponownym zniknięciu Zbynia.

W środku znajdowała się misternie wykonana ouija. Anna wiedziała, że się tym duchy wywołuje. Czy był jakiś, z którym pragnęłaby porozmawiać? Pierwszy przyszedł jej do głowy wilczurek, nie miała wszak pewności, czy psie duchy zachowują się podobnie do ludzkich. Zresztą z ludzkimi też za wiele nie obcowała, tyle co w Towarzyszu podróży.

Po obiedzie wydanym przez Cecylię bez jakiegokolwiek udziału czy nadzoru Anny – kartacze zamiesiła z nadzieniem warzywnym i grzybami leśnymi – pani na Stokroci oznajmiła, że wieczorem zabawią się prezentem od Jerzego. Jarosław nieświadom był upominku, a gdy rzecz się wydała, nie sprawiał wrażenia szczerze zadowolonego.

Anna pobiegła szukać szałwii w ogrodzie, nabywszy pewności, że pomieszczenie okadzić szałwią należy, a skąd ta wiedza w niej – nie wiedziała.

Wtedy właśnie w ogrodzie doleciały ją echa rozmowy Jarosława z gościem prawiącym o jakichś listach. Nie dosłyszała Jarosława, gdyż bażant wystrzelił z zarośli.

W czasie kolacji trudno jej było opanować targające nią emocje. Przedzierała się przez stołowe grzeczności niczym dziewczynka przez chruśniak.

Wreszcie ceregielom kolacyjnym stało się zadość.

Pędem skierowała się do pokoju zwanego mniejszą jadalnią. Zaciągnęła szczelnie zasłony, rozpaliła świece, nakryła zielonym obrusem okrągły stół, a na nim umieściła prezent. Potem okadziła pokój szałwią, a zapach uderzył jej do głowy mocniej niż bimberek.

Rzuciła jeszcze sprawdzające spojrzenie, czy wszystko gotowe, i poszła wołać towarzyszy. Zdawało jej się, że najlepsza byłaby nieparzysta liczba. No, trudno. Przecież nie doprosi Cecylii ani Wieśka. Nie dla nich duchowe eksperymenta.

Zasiedli wokół tablicy. Anna z jednej strony miała Jarosława, z drugiej Jerzego. Poprosiła wszystkich o skupienie. Zgodnie z jej instrukcjami położyli dłonie na wskazówce, tak aby stykały się ze sobą.

– Duchu, jeśli jesteś z nami, daj znak – powiedziała z zamkniętymi oczyma, z tej to przyczyny ominęła ją pełna wesołości wymiana spojrzeń trojga współspiskowców.

Nic się nie działo.

Nic nie stało.

Anna gotowa już była śmiechem zbyć całą tę ekskursję za zasłony istnienia, gdy gwałtowny wiatr otworzył okno i zdmuchnął świecę.

– Kim jesteś? – zapytała.

Wskazówka pod ich palcami sama zaczęła się poruszać, wskazując poszczególne litery.

– Jakub? – upewniła się Anna.

Wskazówka gwałtownie przesunęła się i wskazała na TAK.

– Jakubie, czy spoczywasz w spokoju? – żadne inne pytanie nie przyszło jej do głowy, tak była przejęta.

Nic nie nastąpiło, bezruch zapanował ponad obrusem, a jednak wskazówka opornie przesunęła się, wskazując na NIE.

– Bardzo nam wszystkim ciebie brakuje, Jakubie. Bardzo.

Wtedy Jarosław zerwał krąg i poderwał się wzburzony.

– Co za diabliska wyczyniasz?! Jak śmiesz?!