CudTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wydawnictwo Literackie


Kraków 2013

Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

Rozdział 11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

Rozdział 22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

Rozdział 33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

Rozdział 44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

54

Rozdział 55

56

57

58

59

60

61

62

63

64

65

Rozdział 66

Opieka redakcyjna: ANITA KASPEREK

Projekt okładki i stron tytułowych: PRZEMYSŁAW DĘBOWSKI, WOJTEK KWIECIEŃ-JANIKOWSKI

Skład i łamanie: Scriptorium „TEXTURA”

Redaktor techniczny: BOŻENA KORBUT

© Copyright by Ignacy Karpowicz

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2013

Wydanie drugie, zmienione

Wydanie pierwsze: Wołowiec 2007

ISBN 978-83-08-05243-3

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Skoro nie chcieliście zbawienia mądrością,

zbawiłem was głupotą.

(Ap. Ap. 1;1–2)

1

Tego dnia wyszedł na zajęcia. Był poniedziałek. Czerwcowy poniedziałek i słońce świeciło, a niebo rozciągało się przezroczyście. Zwyczajny dzień. Kupił w kiosku „Gazetę Wyborczą”, żeby zająć czymś ręce i oczy w czasie trzydziestominutowej jazdy autobusem linii 195, który powinien dowieźć go z Ursynowa na Krakowskie Przedmieście.

Dowodzi to zarówno pewnego daru planowania (kupiona gazeta), jak i pewnej wiary w to, że autobus linii 195 dowiezie go z Ursynowa na Krakowskie Przedmieście w ciągu mniej więcej trzydziestu minut (kupiona gazeta nie starczyłaby na dłużej). Dowodzi to zwyczajności dnia (poniedziałek) oraz miesiąca (czerwiec).

Słońce świeciło, kiedy stał na przejściu tyłem do prostopadłościanu megasamu, a niebo rozpościerało się bez koloru. Zapaliło się zielone światło. Ruszył do przodu po pasach. Nim dotarł do skraju chodnika, uderzył w niego samochód (gazeta wypadła mu z ręki).

Przeleciał ze dwa–trzy metry, dzięki czemu znalazł się na przystanku autobusowym, co zamierzał tak czy owak uczynić, tyle że w sposób nieco bardziej klasyczny, mniej rzucający się w oczy.

Trudno zawyrokować, czy skonał w powietrzu, czy dopiero (nie minęła sekunda) na przystanku. Zgon nastąpił – jak później usiłowano stwierdzić – niemal natychmiast. Śmierć czysta i nierozciągnięta w czasie, prawdopodobnie bezbolesna: zbyt raptowna, żeby mógł sobie zdać sprawę z bólu.

Srebrny ford mondeo uderzył (następnie) w kosz na śmieci. Kierowca (kobieta) nie wysiadł – ogłuszony eksplozją poduszek powietrznych i oślepiony feerią obrazów, stracił przytomność.

Z zielonego kiosku Ruchu wypadł sprzedawca. Korzystając z komórki (szara nokia), wezwał policję i pogotowie. Właśnie w takiej kolejności: najpierw należy ukarać, następnie uratować. Korzystając z innych komórek (także szarych), podniósł gazetę, która wypadła z ręki chłopaka. Udało mu się ją sprzedać za dwa i pół złotego jakiejś kobiecie. Wtedy poczuł się syto i dobrze. Miał po temu wystarczające powody: po pierwsze, pomógł w nieszczęściu, po drugie, zarobił na nieszczęściu, po trzecie, zabity młody człowiek był jego sąsiadem z góry (nigdy go nie lubił).

Sprzedawca sądził, że sprawiedliwości stało się zadość, że ten wypadek jest karą (dla młodego człowieka) za nocne hałasy oraz nagrodą (dla sprzedawcy) za coniedzielne chodzenie na mszę.

Pierwsza przyjechała karetka, po niej radiowóz (z Janowskiego, kilkaset metrów od miejsca wypadku). Lekarz stwierdził zgon, po raz pierwszy w historii tego ciała. I odmówił zabrania zwłok.

Takie są nowe wytyczne z Ministerstwa Zdrowia. W trakcie wdrażania kolejnej reformy zorientowano się w ministerstwie, że karetka nie jest karawanem. Dlatego: nie ma życia w ciele – nie ma karetki dla ciała. Poza tym kierowca (nieprzytomny) wymagał hospitalizacji. Nie mają miejsca. Mogą, oczywiście, przyjąć ciało w kostnicy Akademii Medycznej (na przykład), ale pod warunkiem że ktoś je tam dostarczy. Oni nie dostarczą, bo nie mają stosownych prerogatyw. Mają tylko stosowny środek transportu. Środek transportu bez prerogatyw to jak życie bez sensu, zażartował lekarz. Mogą zapakować ciało w worek. Z grzeczności. Akurat został im jeden.

 

Po spisaniu odpowiednich danych policjanci puścili ambulans. Wezwana laweta odholowała forda mondeo na policyjny parking. Świadkowie złożyli zeznania wraz z adresami kontaktowymi, gdyby zaistniała konieczność wszczęcia dodatkowych postępowań wyjaśniających.

– Co tu wyjaśniać, panie władzo – przekonywał staruszek. – Trup jest trup. Chociaż szkoda chłopaka. No i jego rodziców, samo się rozumie, takie nieszczęście.

Pozostało ciało. Nie tylko w znaczeniu fizycznym, lecz także w pozafizycznym znaczeniu problemu, co z tym ciałem zrobić, zwłaszcza w kontekście nowych wytycznych z Ministerstwa Zdrowia. Czekanie na nowsze wytyczne, znoszące wytyczne nowe (stare) w imię postępu i racjonalizacji służby zdrowia, z powodu zmiany układu partyjnego nie wchodziło w grę.

– Sam nie wiem – powiedział jeden policjant do drugiego – jak to załatwić. Trzeba czekać na prokuratora.

– Pierdolony pech – powiedział drugi policjant do pierwszego. – Gdyby nie ta wtopa, siedziałbym już w domu. Według grafiku skończyłem służbę godzinę temu. Dziewczyna mi się wścieknie.

W tym momencie i w tamtym miejscu ugięło się niebo, jak gdyby wyżej ktoś ciężki po jego powierzchni się przechadzał. Nikt niczego nie zauważył – w końcu nadal niebo pozostawało nad światem. A gdy niebo się ugina, pewne procedury ulegają zawieszeniu. Do policjantów podeszła kobieta. Przedstawiła się (Anna). Pokazała szpitalną legitymację (jest lekarzem).

– Ja w zasadzie mogę panom pomóc, słyszałam niechcący rozmowę, a ponieważ jadę na Banacha, pracuję tam, mogę zabrać ciało, to nic wielkiego – zaproponowała.

Policjanci się zastanowili. W końcu przeważyła chęć pozbycia się kłopotu. Oraz uratowania związku z dziewczyną. Zgodzili się, z niebem dotykającym czapek na ich głowach.

– Proszę dać mi pięć minut – powiedziała. – Pójdę po samochód.

Po drodze kupiła w kiosku gazetę (właśnie tę).

Policjanci pomogli jej załadować zwłoki do bagażnika starego passata kombi. Spisali kobietę i wsiedli do radiowozu. Sprawa załatwiona.

2

Nie rozumiała, dlaczego zaproponowała, że zabierze ciało. To był impuls. A może chciała pomóc policjantom? Byli młodzi i bardzo przystojni. Niedoświadczeni. Może dlatego? Coś ją do nich przyciągało, pociągali ją? Tak jak młody przystojny mężczyzna pociąga młodą samotną kobietę? Z naciskiem na „samotną”.

Nie rozumiała, dlaczego zaproponowała, że zabierze ciało. To był impuls. A może coś w twarzy zabitego? Nie, przecież twarz zobaczyła dopiero w chwili pakowania go do bagażnika. Nie, przecież był w worku. Nie pamięta jego twarzy. Zjechała na pobocze i zgasiła silnik.

Wysiadła i otworzyła tylną klapę. Ściągnęła plastikowy worek z głowy zabitego.

Na twarzy nie było żadnych śladów krwi, żadnych otarć, siniaków, krost. Była to najczystsza twarz, jaką widziała w swoim życiu. Poczuła rwanie w żołądku. Intensywny zapach. Przed oczyma miała galaktykę wirujących słońc. Zwymiotowała tuż obok prawego tylnego koła. Dobrze, że nie zjadła obfitego śniadania, tylko ten sam syf co zawsze. Płatki kukurydziane z mlekiem.

Często tak reagowała na widok zwłok. Wcześniej. Zaczęło się od zajęć na studiach i obleśnego pielęgniarza w prosektorium. Później wracało, ale ostatnio się już nie zdarzało – sądziła, że przywykła.

Myliła się najwidoczniej, a przynajmniej sądziła, że się myliła.

Pochyliła się nad zabitym (leżał ukośnie, nogami do przodu, na złożonej tylnej kanapie, z głową przy pokrywie bagażnika). Była to najczystsza twarz, jaką widziała w swoim życiu. Jeszcze niepociągnięta trupią bielą. Wystające kości policzkowe, duże usta (wywinięta dolna warga), kanciasty podbródek, prosty nos, lekko skośne oczy, odstające uszy. Włosy właściwie bez koloru, być może jasny blond. Albo ciemny.

Nie wyglądał na martwego. Wiedziała jednak, że zmarli często oszukują, że często wyglądają zdrowiej po śmierci niż za życia. Nie dała się nabrać.

Zamknęła mu oczy. To okropne niedopatrzenie. Jak mogli nie zamknąć mu oczu, zezłościła się. To nieprofesjonalne. I nieuczciwe.

Kiedy zamykała mu powieki, poczuła ciepło jego ciała. Oczywiście, możliwe, że nie zdążył ostygnąć, dzień bardzo ciepły, a w samochodzie, wcześniej stojącym na parkingu, nadal było duszno, pomimo otwartej przedniej szyby, tej od strony kierowcy.

Ten model już tak podobno miał, mówili jej koledzy z pracy, nagrzewał się łatwo i opornie ochładzał. Nie wiedziała (nie chciała wiedzieć), co koledzy z pracy mówili o niej, kiedy nie mogła (nie chciała) ich słyszeć: a ten model rozgrzewa się opornie i stygnie błyskawicznie. Pewnie coś w tym stylu. Jej koledzy ratowali życie, nie miało to jednak pozytywnego wpływu na ich inteligencję.

Nosił pomarańczową koszulkę z krótkim rękawem. Nie pasowała do niego. Gdyby to ona była jego dziewczyną, na pewno nie pozwoliłaby, żeby zakładał takie rzeczy. Z tylnej kieszeni dżinsów wyciągnęła portfel. Musiała się nieźle nagimnastykować: przewrócić chłopaka na brzuch, ściągnąć worek do pasa. Znalazła też klucze do mieszkania.

Czuła się niezręcznie. W każdej chwili ktoś mógł się zainteresować tym, co robi z mężczyzną ubranym w worek (do pasa). Nie miała ochoty narażać się na składanie wyjaśnień przechodniom ani na wieloznaczne spojrzenia. Zapakowała go najlepiej, jak potrafiła. I wsiadła do samochodu.

Ale nie uruchomiła silnika, nie od razu. Przejrzała portfel. Jakieś papierki, wizytówki, karta Banku Śląskiego, legitymacja studencka i dowód osobisty (oraz sto czterdzieści złotych plus monety). Pieniądze (sto dwadzieścia złotych bez monet) przełożyła do swojej portmonetki. Okradła go. Został okradziony już po raz drugi tego dnia, chociaż po raz pierwszy z gotówki. Po raz drugi okradła go Anna (z gazety – nieświadomie). Ale nie znaczy to, że miał pecha. Chyba nie można powiedzieć, żeby miał pecha.

Miał dwadzieścia sześć lat, nadal studiował na Uniwersytecie Warszawskim, kierunek orientalistyka, a dokładniej – Zakład Języków i Kultur Afryki. Legitymacja zawierała ponadto datę urodzenia, 28 lutego 1978 roku. W dowodzie osobistym, wystawionym przez Prezydenta Miasta Białegostoku, znalazła dwa adresy stałego zameldowania: wcześniejszy białostocki (ulica Zwycięstwa 43) oraz – prawdopodobnie – aktualny warszawski (ulica Surowieckiego 4 m. 57). Znalazła też, satysfakcjonujący ją, stan cywilny. Kawaler.

Porównała prostokąty fotografii z legitymacji studenckiej i dowodu osobistego. Różne osoby. Niepodobne do siebie jak dwie krople wody. Data urodzenia z dowodu była inna (28 czerwca 1978 roku).

Coś się nie zgadzało. Anna poczuła rozdrażnienie. Pomyślała nawet, że zbliża się jej okres. Ale to nie ciało zawiniło, nie tym razem, jeszcze nie, tylko urzędnicy, którzy ewidentnie się pomylili. Prawdopodobnie pomylono się w sekretariacie uczelni.

No i najważniejsze, pomyślała, Mikołaj Tarasewicz.

3

Straciła niemal dwie godziny, nim jego ciało znalazło się w kostnicy. Nie spodziewała się, że przyjdzie jej zmierzyć się z taką górą niechęci i administracyjnych trudności oraz, przede wszystkim, z morzem niedowierzania. Przepłynęła morze i poczuła się bardzo zmęczona.

Wieść rozniosła się już korytarzami. Samorypanka z prosektorium, usłyszała za plecami. Święta Anna od Beznadziejnych Przypadków. Koledzy przyglądali się jej z rozbawieniem, a koleżanki z niepokojem. Irytowało ją to, zarówno rozbawienie, jak i niepokój, lecz próbowała niczego nie dać po sobie poznać. Dlatego była wyjątkowo niesympatyczna. Nie odpowiadała na niewinne pytania, bo sądziła, że głośno wyrażona opinia na temat liczby łyżeczek cukru w kawie (przygotowywanej dla niej przez kolegę) (sama o nią poprosiła) w osobliwie nieprzyjazny sposób obnaży ją przed światem.

Pacjenci irytowali ją, irytowały ją rzadkie choroby (tylko z takimi mieli do czynienia w Akademii) i konieczność prowadzania badań, bo – w jej zawodzie – nawet rozmowa jest badaniem, wywiadem przekładającym się na jakość leczenia, jak powszechnie mówiono. Lub żartowano.

Była tak bardzo rozdrażniona i tak bardzo usiłowała nie okazywać rozdrażnienia, okazując je wbrew sobie, że ani się spostrzegła, kiedy minęły godziny pracy. Wydusiła jakieś pożegnanie, a gdy zamknęła za sobą drzwi, uderzyła w nie salwa śmiechu kolegów i koleżanek.

Zawahała się. Może powinna wrócić do pokoju i powiedzieć coś nieprzyjemnego? Byłaby wróciła, ale nie wiedziała, co powiedzieć. Na końcu języka miała tylko „skurwysynów”, a przecież w pokoju znajdowały się także kobiety. Jak ich wszystkich obrazić jednym słowem? Zresztą co by to dało?

Już w samochodzie, po zatrzaśnięciu drzwi, zaczęła płakać. Płakała krótko i właściwie bez powodu. Pewnie zbliża się okres. Czuła tak zwane napięcie przedmiesiączkowe. Tak, to rozwiązywałoby wiele kwestii, pomyślała. To właśnie czuję, pomyślała.

– Czuję napięcie przedmiesiączkowe – powiedziała na głos.

Uspokoiła się na tyle, na tyle przekonała samą siebie, żeby wysiąkać nos i obetrzeć łzy.

Prowadząc auto, powiedziała sobie, że w zasadzie jej zachowanie nie odbiega od normy, nie sytuuje jej pomiędzy mniejszościami psychicznymi. W jej wieku (trzydzieści jeden lat) gra hormonów nie powinna dziwić. W jej sytuacji (ostatnio uprawiała seks trzy tygodnie temu) (niezupełnie pamiętała, z kim), w sytuacji atrakcyjnej (mam nadzieję, że ciągle jeszcze, dodała szybko i spojrzała w lusterko) i samotnej kobiety takie zachowanie nie odbiega od normy. Społeczeństwo rozumie takie zachowanie i akceptuje je, bo nie ma innego wyjścia. Społeczeństwo nie ma innego wyjścia, pomyślała mściwie.

Zaparkowała passata. Sąsiad z dołu znowu zajął j e j miejsce. Anna wierzyła, że sąsiad kiedyś zachoruje, a wtedy ona wyrówna rachunki. Chociaż wiara góry przenosi, polonez sąsiada ani drgnął.

W domu poczuła głód. Otworzyła lodówkę, ale tradycyjnie nic w niej nie znalazła. Mogła wybrać między płatkami kukurydzianymi z mlekiem, które zwymiotowała rano (oczywiście nie jadłaby dokładnie tych płatków, które zwymiotowała) (w sumie różnica nie byłaby znacząca, nie w j e j obecnej sytuacji), a napojem Actimel, również na bazie mleka, wzmacniającym naturalną odporność organizmu.

Wybrała actimel, choć właściwie nie miała żadnego wyboru. Przecież ja nienawidzę mleka, pomyślała, wylewając zawartość plastikowej butelki do zlewu, gdzie prędzej czy później actimel i tak by wylądował. Wymiotowała nim od dwóch tygodni, a kupowała go ciągle (od dwóch tygodni) tylko dlatego, że chciała przemóc w sobie niechęć do tego napoju, wzmacniającego przecież naturalną odporność organizmu.

Usiadła przy stole w kuchni.

– No to klapa – powiedziała – umrę z głodu.

I zaczęła płakać.

Opanowała się z niejakim trudem. Nawet zezłościło ją to, że się opanowała. Gdyby się bowiem nie opanowała, mogłaby dalej szlochać, a tak musiała znaleźć sobie jakieś zajęcie, żeby doczekać dwunastej wieczorem, kiedy wreszcie będzie mogła położyć się do łóżka i zasnąć, odhaczając kolejny dzień z życia samotnej i atrakcyjnej (wolała nie przeglądać się w lustrze) (makijaż na pewno się rozmazał) kobiety.

Podniosła się z krzesła i przemierzyła mieszkanie. Spoglądała na książki, grzbiety kaset wideo i płyt CD. Na nic nie miała ochoty. Na wszelki wypadek wyłączyła telefon. Gdyby ktoś, któryś z adoratorów na przykład, chciał się z nią skontaktować. To się nie skontaktuje. Nawet gdyby chciał. Ale przede wszystkim – gdyby był.

Co prawda w j e j sytuacji (samotnej kobiety) zagrożeniem mogła być tylko matka. Jedyna adoratorka, która miała odwagę zachwycać się (jednocześnie wyrażając skrajne oburzenie) wszystkim, co córka (Anna) zrobiła i czego nie zrobiła. Córka przypuszczała nieraz, że jej matka (pani Danuta) dawno już pogubiła się w subtelnym podziale rzeczy na te uczynione i nieuczynione. Skłaniające do szczęścia i pogrążające w nieszczęściu.

W łazience umyła twarz, wodą i mydłem. Nie miała cierpliwości do wacików i toników. Kiedy uświadomiła sobie, że nie skorzystała z cudów kosmetologii podtrzymujących wieczną młodość, powiedziała:

– No to klapa, nie dość, że będę głodna, to jeszcze stara i brzydka. Tyle nieszczęść, a ja sama jedna.

 

Ale nie rozpłakała się tym razem, tylko cierpliwie umyła twarz w sposób ortodoksyjny, z całą liturgią bawełnianych wacików, mleczka i płynu rewitalizująco-rozświetlającego.

Zgarniając zużyte waciki z półeczki pod lustrem, zahaczyła o cążki do paznokci. Cążki spadły, a ona, próbując je złapać, strąciła buteleczkę perfum (Kenzo), która roztrzaskała się o płytki. Na domiar złego złamała paznokieć, pięknie pomalowany przez manikiurzystkę (sześćdziesiąt złotych). Gdybym nie łapała cążków do paznokci, ale grzebyk, mój paznokieć by przetrwał, pomyślała ze złością.

4

Na szczęście klucz pasował. Weszła do obcego mieszkania. Zapaliła światło. Odłożyła torebkę. Zaczerpnęła obcego powietrza.

Mieszkanie było bardzo czyste i niepokojąco znajome. To znaczy ona sama mogłaby urządzić mieszkanie właśnie w taki sposób, gdyby tylko nie posiadała matki. W kuchni otworzyła lodówkę. Konała z głodu. Przygotowała sobie dwie kanapki z majonezem i baleronem oraz plasterkiem pomidora. Sól też była na właściwym miejscu.

Czuła się jak u siebie, a może nawet czuła się lepiej niż u siebie (bo ostatnio u siebie nie czuła się najlepiej) (zwłaszcza w łazience, może z powodu unoszącego się zapachu perfum).

Zamierzała obejrzeć coś w telewizji. Wcześniej postanowiła wziąć kąpiel. Napuściła do wanny gorącej wody, dolała płynu do kąpieli z olejkiem migdałowym i wyciągnęła z szafki ręcznik, który znajdował się na w ł a ś c i w y m miejscu.

W wannie próbowała się zrelaksować i coś przemyśleć (kończący się dzień, narzekanie matki na ból lewego oka). Szło jej to nieskładnie, co chwila rozpraszały ją bąbelki piany. Myśli pękały, zanim zdołały się skonkretyzować.

Czuła się nienapełniona, czysta. Nie chodzi o to, że była kobietą samotną i wykąpaną (wyciągnęła korek, woda bulgotała w rurach). Nie o to wcale chodziło.

Anna była dojrzałym owocem, soczystym i czekającym na zerwanie, gotowym na nowy związek, nowe mieszkanie. Zakupy bibelotów i mebli, parzenie kawy, drobne kłótnie i drobne przyjemności. Anna czekała, aż nowe więzy i zależności wejdą w jej ciało, zagoszczą w nim na dobre, przemienią je nie do poznania. Chociaż, pomyślała, chciałabym pozostać przy kasztanowych włosach.

Założyła jego szlafrok. Niebieski frotté. Bardzo stary i zniszczony. Wydawało się jej, że to jakiś szczególny szlafrok, do którego był istotnie przywiązany. W przeciwnym razie n a p e w n o by się go pozbył.

Pachniał olejkiem migdałowym (płyn do kąpieli) oraz – nie była pewna – polami z kwitnącą gryką-łubinem-rzepakiem. Przyjemny zapach, równocześnie dość niepokojący.

Zanim usiadła w fotelu i włączyła telewizor, zadzwonił telefon. Nie wahała się ani chwili, natychmiast podniosła słuchawkę.

– Słucham – powiedziała.

– To nie ma Mikołajka? – zapytał jakiś starczy głos.

Anna się zastanowiła.

– Nie, nie ma go w tej chwili.

– A pani kim jest? – nie poddawała się staruszka.

– Ja? – zapytała Anna. – Ja jestem jego dziewczyną – skłamała.

Głos po drugiej stronie zamilkł. Staruszka ważyła sobie coś w myślach.

– Wie pani – odezwała się wreszcie – ja przepraszam, że tak niegrzecznie z panią rozmawiam. Mikołajek mówił ostatnio, że ma dziewczynę. Nie uwierzyłam mu. Sama pani rozumie dlaczego. Skoro to prawda, to ja się bardzo cieszę. Jestem jego babcią. A pani jak się nazywa?

– Anna – powiedziała Anna.

– To dobranoc. Naprawdę się cieszę. Miło mi. Proszę pozdrowić Mikołaja.

– Oczywiście. Dobranoc. Ja także się cieszę i bardzo mi miło. Pozdrowię.

Odłożyła słuchawkę.

Poszła do kuchni zaparzyć herbatę.

Miała ochotę roześmiać się serdecznie. Co prawda skłamała, równocześnie jednak czuła, że postępuje właściwie. Przecież to o n a zawiozła jego ciało do kostnicy. Policjanci nie chcieli, ci z pogotowia także nie. Czy zrobiłby to ktoś obcy?

Najwyraźniej nie. Tylko najbliższe osoby mogły się na t o zdobyć.

Czekając, aż woda się zagotuje, przechadzała się po mieszkaniu. W sypialni były łóżko z dość ekscentryczną jedwabną pościelą oraz niewielka szafka i lampka nocna, nic więcej. W pokoju do pracy (nie lubiła słowa gabinet) (to zasługa ordynatora) pod oknem stało wielkie, ciężkie biurko z blatem obciągniętym zielonym płótnem. Wzdłuż ścian ciągnęły się półki zapełnione książkami. Ponadto obrotowy fotel i komputer. W salonie czerwona sofa z białym ideogramem, fotel, stolik, telewizor (wideo, DVD, wieża) i szafa.

Anna była bardzo zadowolona, że jej chłopak nie cierpiał na brak gotówki. Niedostatek gotówki, prowadzący często do ogólnego niedostatku, potrafił nadwyrężyć, a nawet zniszczyć najsilniejsze więzi. To im nie groziło.

Oczywiście nadal istniała podstawowa przeszkoda, uzmysłowiła sobie Anna, a może nawet dwie podstawowe przeszkody. Po pierwsze, nie wiedziała, co na to wszystko powiedziałby Mikołaj. Pomyślała, że na pewno nie będzie miał nic przeciwko. Przecież się kochają. Po drugie, Mikołaj nie żył. Z jednej strony rozwiązywało to wiele potencjalnie zapalnych kwestii (jak chociażby tę, co o n powiedziałby na to wszystko) (czy o n i są w sobie zakochani), ale z drugiej – ograniczało przestrzeń, w której ich szczęście mogłoby rozkwitać.

Anna wypiła herbatę, obejrzała tysięczny odcinek serialu publicystycznego o aferze Rywina, umyła zęby, nastawiła budzik na ósmą trzydzieści, założyła piżamę i poszła spać.