Cicho, cichutko

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Wyjątkowy zachwyt

Oddane rzeczy

Zaczarowany lis

Źródła cytatów

Opieka redakcyjna: EWELINA KOROSTYŃSKA

Redakcja: MAŁGORZATA TARNOWSKA

Korekta: JACEK BŁACH, KAMIL BOGUSIEWICZ, ANNA DOBOSZ, AGNIESZKA STĘPLEWSKA

Projekt okładki, stron tytułowych i układ typograficzny: WOJTEK KWIECIEŃ-JANIKOWSKI

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

© Copyright by Ignacy Karpowicz

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2021

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07254-7

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Jest to historia pewnej rodziny. Odwołuje się do zdarzeń, chociaż nie sprawozdaje w ścisłej wierności faktów.

Pamięci Michała Tomaszewskiego

oraz Jego bliskim

Wyjątkowy zachwyt

Jeszcze raz – powtórzyłbym.

W drzwiach jedynki minąłem się z rosłą pielęgniarką. Przy nim u wezgłowia drzemała na krześle Anna. Stasia patrzyła przez okno w głuchocie, nie zareagowała na pozdrowienie. W łazience – słyszałem przez niedomknięte drzwi – uzupełniała się woda w spłuczce sedesu. Telewizora nie zauważyłem, przenośne radio wydawało ten nieokreślony dźwięk obecności: nie szumiało, mimo że włączone.

Przyjechałem prosto z lotniska, walizką zatarasowałem krótki korytarz.

Dwie nieobecne kobiety w szpitalnym pokoju, młoda i niemłoda, na łóżku mój najdroższy przyjaciel. Prześcieradło przykrywało go do pasa. Nie miał koszulki. Pomyślałem, że letni upał albo przed chwilą go myto.

Lśnił.

Widzieliśmy się ledwie dwa tygodnie temu.

Teraz nie przypominał nikogo znajomego ani nawet człowieka. Pożółkł. Ogromne nagle dłonie leżały wzdłuż tułowia, jedna w przykurczu, druga pusto otwierająca się na sufit, obie niepowiązane z ciałem. Tak pokazywano humanoidalnych obcych po katastrofie pojazdu kosmicznego na Ziemi.

Oddychał – inaczej by go stąd zabrano – jak gdyby w pantomimie oddechu.

Obrzęk, puchlina, wodobrzusze – nie znałem odpowiedniego określenia, po prostu widziałem ogromną obłość w miejscu brzucha, prawie poduszkę wepchniętą dla hecy pod skórę.

Rozdęcie jamy brzusznej usunęło pępek, pozostawiając malutkie wgłębienie, nacięcie. Ludzie w ten sposób oznaczają miejsca, w których coś powinno się zmienić: zniknąć bądź pojawić. Gwóźdź w ścianie, szpilka wyznaczająca miejsce skrócenia nogawki.

A jeszcze dwa tygodnie temu przysiągłbym, że gorzej nie będzie. Że choroba tak dokładnie objadła go, wyssała, iż nie pozostaje nic innego, jak czekać na nieuchronne.

Mój najdroższy przyjaciel. Kochany Miś.

– Nie zauważyłam, że wszedłeś. – Stasia odwróciła się plecami do okna. – Kiedy się obudzi, może cię nie rozpoznać. Odzyskuje świadomość na coraz krócej. Nie wie, gdzie jest i za co. Wie, że boli, i chce wody.

Objąłem Stasię. Nie szło o dodanie otuchy. Niekiedy mniej źle jest poczuć czyjeś żywe ciepłe ciało obok niż nie poczuć.

– O – odezwał się mój przyjaciel. – Poduszka.

Stasia poprawiła. Pogładziłem skórę jego nieruchomej dłoni. Dotknąłem brzucha. Był twardy: wypalona glina, nie ciało. Nie śmiałem pocałować w policzek. Bałem się coś skruszyć.

– O – powtórzył. – Znowu spóźniony. Pić.

Stasia do mineralnej z butelki dolała ciepłej z termosu.

Wyciągnąłem z kieszeni kalejdoskop kupiony w Kopenhadze. Miś lubił szkiełka.

– Proszę, dla ciebie, Miśku.

Wziął. Przyłożył do oka na chwilę.

– Dziękuję, pisarczyku. Tak dawno nigdzie nie byłem.

Stasia uniosła oparcie łóżka i podsunęła kubek. Nic nie wypił.

– Idź sobie, przyjacielu. Za dużo gadasz.

Anna, dotąd cicha na krześle, przejęła troskę nad Misiem, nas wyrzucając na korytarz.

– Doczekał twoich odwiedzin – odezwała się beznamiętnym głosem Stasia.

Milczeliśmy naprzeciw siebie, blisko, lecz bez prawdziwej bliskości albo wrogości, każde patrzyło w przeciwległą ścianę. Wydzieliła moją część winy precyzyjnie. Dostałem dokładnie tyle, ile uważała, że dostać powinienem.

– Wreszcie umrze.

Do dziś nie mam jasności, które z nas to powiedziało.

.

Wróciłem do mieszkania. Nie stało się czystsze niż przed wyjazdem. Zakurzone przedmioty wokoło. Lub rzeczowniki. Dzieliły się – plim-plam – pamiętałem ze studiów, na abstrakcyjne i konkretne, a te – plim-plum – z kolei na żywotne i nieżywotne. Pamiętałem również: żywotne odmieniały się inaczej – bim-bam – niż nieżywotne. I nagle pomyślałem, że Misiowi trzeba będzie zmienić deklinację. Kolejny kłopot. I jaką przybrałby formę, i z jaką końcówką? Będę musiał sprawdzić i się nauczyć. Prysznic zdecydowanie poza moim zasięgiem. Kontakt z wodą wydał się odstręczający, podobnie każde ciało.

Jak to szło? Pierwszy dowcip, zawierał wodę, usłyszany od niego dwadzieścia pięć lat temu w sylwestra?

Aha. Jakoś tak. Zapytał: „Jakie wcześniej było Morze Martwe?”, i udzielił odpowiedzi: „Zielone”.

Ci, którzy znali Michała, bardzo się rozbawili, ja nie. Nie znałem tego wysokiego, onieśmielająco pewnego siebie kolesia. Czarował wszystkich, nawet paląc dowcipy. Tego wiedzieć wtedy nie mogłem. Nie przedstawiono nas sobie.

Już bez znaczenia. Fale smutku przypływają i odpływają, ciągle pozostając, jedna po drugiej. Smutek omywa wszystko: przedmioty w pokoju, klatkę schodową, całą drogę z lotniska i szpital. Jałowe porównanie i stąd chyba odpowiednie.

W szpitalu prowadzą całkiem piękny park z ławkami. Siadywaliśmy z Misiem przy stawiku, gdy łapał lepszy dzień. Od pewnego momentu trudno powiedzieć, żebyśmy rozmawiali konkretnie o czymkolwiek. Konkretne było jego wymiotowanie do śmietnika obok ławeczki. W nieuważności późno pojąłem, że siedzieliśmy dokładnie tyle, ile potrzebował na odzyskanie sił po opuszczeniu oddziału po to, by tam wrócić.

Myślę o rzeczownikach, chociaż nikogo nie oszukam. Nie myślę przecież o rzeczownikach. Myślę o nim. Tak dookoła. Nikt tego nie chce. Chciałbym go znowu zobaczyć, nawet w obcej formie, która została z niego wyrżnięta.

.

Nasze pierwsze spotkanie wypadło w noc sylwestrową. Kilka miesięcy wcześniej przeniosłem się do Warszawy na studia i zamieszkałem w dzielnicy Ursus. Ówcześnie dzielnica nie zaliczała się do prestiżowych i nie umiem wyobrazić sobie kataklizmów, które ten stan rzeczy by zmieniły. Właścicielka podnajmowanego pokoju otaczała się zużytymi przedmiotami. Wszystkie mniej zużyte przechowywała w moim, mieszkałem zatem poniekąd w składziku. Fakt ten, o który nieraz potykałem się z całą dosłownością, brał się z intensywnej obecności dwóch gończych polskich dewastujących z zapałem niepogryzione rzeczy. Inga była kilkumiesięcznym szczeniakiem sikającym na widok wszystkiego, co ją frapowało, a z takich elementów składał się jej świat. Rozpłodowy samiec, imię wypadło z głowy, dla odmiany niczemu się nie dziwił, za to we wszystkim upatrywał zagrożenia. Skądinąd słusznie. Kiedyś przyniósł w zębach własne jaja, urwane przez jamnika sąsiadów.

Właścicielka należała do typu flejowatej emerytki. W jej towarzystwie wszystko nabierało menelskiego deglamouru. Pichciła breje o strukturze stygnącego lastryka. Z wykształcenia chemiczka organiczna.

Nie czułem się w nowym lokum komfortowo, dlatego każdego dnia szukałem wymówek, czasem do ostatniego autobusu z dziennego rozkładu. I tak właśnie stało się w noc naszego pierwszego spotkania. Zamierzałem cofnąć się na Ursus przed północą, żeby samotnie pożegnać stary rok i przywitać nowy.

Kiedy przypomniałem sobie o dwóch psach i ich niełatwej pani, osłabła we mnie determinacja. I chociaż na studenckiej imprezie – dla odmiany Ursynów, który pyszałkowaty kolega definiował jako blokowisko dla niewystarczająco biednych, by bank odmówił kredytu – nie znałem nikogo albo prawie nikogo, wydała się ona mniej przykrym rozwiązaniem. Nadal nie przywykłem, aby sikano na mój widok. Podczas imprezy trzykrotnie interweniował sąsiad i raz policja. Sąsiad miał na imię Rajmund, a wiem to, ponieważ właściciel mieszkania został mi dobrym znajomym, natomiast interwencje sąsiada nie ustawały w miarę upływu lat. Sąsiad Rajmund nie tolerował hałasów. Prowadził antypatycznie kiosk Ruchu przy Surowieckiego.

A wracając do sylwestra: jeden z pokojów służył za miejsce do chilloutu. Wyłożony różnego rodzaju materacami, kocami i poduchami z kanapy, z wykręconą żarówką i rozkręconym na maksa kaloryferem, został tamtej nocy odwiedzony przez niewiadomą liczbę osób nie wiadomo ile razy.

Tam, po ciemku, poznałem Michała.

Doszło do rękoczynów i dodatkowych zdarzeń, z dzisiejszej perspektywy całkowicie niewinnych. Szary świt zastał nas we trzech, ponieważ dopiero wtedy wydało się, że oprócz nas spał tam jeszcze jeden chłopak. Długo nie dał po sobie poznać, że coś widział bądź prędzej słyszał. W zdewastowanej zabawą kuchni spotkaliśmy się w piątkę, to znaczy nasza trójka z chilloutu oraz gospodarz z odurzająco piękną dziewczyną. Później zdradził nam, że tamtej nocy straciła dziewictwo, dlatego zaczęliśmy nazywać ją poufale i za jej plecami Dorka Deflorka, a jeszcze później wydało się, że chybił i pozostała dziewicą. Pomimo to postanowiliśmy nie cofać przydomka. W sumie nie każda Indianka zasłużyła literalnie na swoje imię. Siadająca Krzywo w Siodle pewnie tak, lecz Tańcząca na Wodzie?

 

Postanowiliśmy ogarnąć bajzel i zjeść wspólnie noworoczne śniadanie. Z Michałem zostaliśmy delegowani do nieodległego sklepu ogólnospożywczego Źródełko. Do zakupów dorzuciłem pastę do zębów, gdyż ta z mieszkania posłużyła do wypisania na szybie: „WAL SI”. Wybrałem pastę Oral-B, mimo że w ogóle nie wybierałem, zbyt przejęty tym, co się wydarzyło albo i nie wydarzyło. Michał spojrzał na pudełko i rzucił:

– Wcale nie be.

W taki sposób zapamiętałem początek naszej trwającej ćwierć wieku przyjaźni. Jeśli odejmę dwadzieścia pięć od moich lat, okaże się, że więcej było tych, kiedy Michała znałem, niż tamtych bez niego. Dziura po jego odejściu zieje niezasypana. Śmierć, dokładnie przecież zapowiedziana, wybuchła nagle. I bardzo blisko. Różnica ciśnień dosłownie ogłusza. Eksplozja wypala tlen. Powstaje próżnia. Zimno mi. Niech tak będzie.

Robiliśmy to, co się robi w przyjaźni, dostępni dla siebie i wspólnych bliskich, pomocni i ujęci drugą osobą. Przez to pewnie nie wyobrażam sobie przyjaźni bez wzajemnego oczarowania. Zaczarowanie drugą osobą nie znika, najwyżej powszednieje.

.

Zdarzały się przygody niczym z Tomka Sawyera. Michał w imieniu redakcji magazynu motoryzacyjnego, w którym na dłuższą chwilę zagrzał miejsce, wręczał nagrodę rzeczową, bodaj samochodową myjkę Kärchera, dla najszybszego żużlowca do lat dwudziestu pięciu. Poprosił o dotrzymanie towarzystwa – nie uśmiechała mu się kilkugodzinna jazda w pojedynkę. Jasne, że pojechałem. Po drodze samowolnie zmieniliśmy zasady. Nagrodę, bodaj myjkę, w imieniu magazynu motoryzacyjnego postanowiliśmy wręczyć najprzystojniejszemu kierowcy wyścigowemu. Wybór przysporzył kłopotów, bynajmniej nie z klęski urodzaju na przystojniaków. Po prostu niektórzy wyścigowcy nie zdjęli kasków. W tej sytuacji nasze dwuosobowe i tymczasowo wszechmocne gremium jednogłośnie przyznało nagrodę najprzystojniejszemu kierowcy bez kasku. Michał nie zdradził licznie zgromadzonej publiczności kuluarów obrad jury. Wspomniał natomiast o niedocenianym pięknie sportów żużlowych. W Bytomiu, o ile to był Bytom, ludzie wierzyli w takie rzeczy, serio. Wróciliśmy do Warszawy z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku lub raczej niekompletnej porażki. A niedługo potem Michała skłoniono do poszukania pracy stanowczo gdzie indziej.

Kiedy indziej podpaliliśmy uliczkę na Mokotowie. Otwarto tam PEKIN Bar Orient. Lokalik specjalizował się w chińskich pierożkach przyrządzanych na parze. Pampuchy. Smakowały świetnie, nie rujnowały budżetu. Pampucharnia naprawdę była mała. We wnętrzu właścicielka zawiesiła pewnego razu, w marcu, rozciągnięty między ścianami ozdobny napis: MERRY CHRIS. Na TMAS nie starczyło miejsca. Michał zauważył, że podobna ekonomia wystąpiła przy szyldzie. Prawdopodobnie „Orient” to skrót od „Orientalny”. Nazywaliśmy więc lokal Orient Kris, logiczne.

W dzień podpalenia Chinka przywitała nas zza kontuaru słowami: „Leki bierze?”. Tutaj należy się wyjaśnienie. Otóż pani Liu Si kompletnie nie mówiła po polsku, fatalnie po angielsku i szczątkowo po rosyjsku, dlatego też nie ręczę za imię. Każdego tygodnia wybierała jakieś zdanie z podręcznika do nauki polskiego i ćwiczyła je na klientach. Tamtego tygodnia leków nie braliśmy, pierogi zamówiwszy, czekaliśmy na zewnątrz przy jednym z dwóch lilipucich stolików. Trawniki nakrywał dywan topolowego puchu. Trawa i rabatki zamieniły się w pierze z rozdartej poduszki.

– Ciekawe, czy pali się pani topola – wypalił Miś i bez zwłoki przyłożył płomień zapalniczki do lewitującego puchu.

Puch momentalnie zajął się i podzielił ogniem, i rozstrzelał. Nasiona pękały długimi seriami. A kwiaty unosiły się w powietrze jak świetliki, aby opadać spopielone.

– Pekin w ogniu! – krzyknął Michał. – Spierdalamy.

Uciekliśmy, zanim przyjechała straż pożarna.

.

Sytuacje z przeszłości często oznacza się jakimś wariantem „pamiętam, jakby to było dziś”. Podobnie postępujemy z ludźmi: „stanął przede mną jak żywy”. A znaczy to tyle, że był nieżywy.

Pamiętam, naprawdę pamiętam historyjki z naszym udziałem. Jedno wszak się zmieniło – Michała śmierć sięgnęła po przeszłość.

Tak jak nie żyje teraz, gdy to piszę, tak przestał żyć w przeszłości.

Martwy Michał wręczył nagrodę najprzystojniejszemu kierowcy żużlowemu. Martwy Michał wspólnie ze mną podpalił uliczkę. Przyjaźniłem się z martwym człowiekiem, gdy powietrze zapełniały błyski martwych nasion, dym i swąd spalenizny.

.

O podejrzeniu nowotworu powiedział, gdy wpadł z wizytą, właściwie przywiózł książki, o które prosiłem, albo przyjechał po te, o które mnie prosił. Od kilku lat stabilnie pracował w wydawnictwie o profilu literacko-historycznym na stanowisku „asystenta dam”, idealnie odpowiadającym jego kompetencjom. Lubił swoją pracę, w części dlatego, że polegała głównie na bawieniu niemłodych koleżanek. Michał świetnie dogadywał się ze starszymi ludźmi, bez śladu protekcjonalności opowiadał rozmaite głupotki i sprośności. Z rówieśnikami nie czuł się aż tak swobodnie. Uważałem, że to przez Annę. Ona go wychowała po śmierci rodziców, była biologiczną babcią-ciocią i – moim zdaniem – świetnym materiałem na psychopatkę. W takiej ocenie nie zachowuję bezstronności, raczej przemawiają przeze mnie malutkie resentymenty dnia codziennego. Przez tyle lat nie okazała w żaden sposób sympatii. Starałem się bardziej niż zwykle, by zasłużyć na to, że kiedyś powie: „Lubię cię”, uzyskałem zaś tyle, że nie powiedziała: „Nie lubię cię”.

Zacząłem Michała wypytywać, skąd taki chory pomysł, a dowiedziawszy się, starałem zbagatelizować podejrzenie. Prawdopodobnie średnio wyszło – trudno oddalić precz coś tak nieokreślonego, jak przypuszczenie choroby. Niemniej temat został zamknięty do czasu, aż pojawią się bardziej precyzyjne informacje.

Oglądałem przyjaciela, tak pełnego życia: opalenizna z wakacji nie zbladła i nie dostrzegałem żadnej zmiany. Nie wiem, co spodziewałem się dojrzeć. Cień? Ślad nieuzasadnionego zmęczenia? Popiół nawiewany z przyszłych albo przeszłych dni?

Pogadaliśmy o samolotach. Interesowałem się lotnictwem od podstawówki. Nie umiem wyjaśnić źródła ucieczkowej w sumie fascynacji, w każdym razie pozostałem jej wierny aż do dziś. Michał natomiast miał smykałkę techniczną i z prawdziwym zainteresowaniem wypytywał o szczegóły bądź konfrontował moje zdanie z tym, co przeczytał w internetach: głupoty wypisywali dziennikarze przeniesieni na chwilę z działu kosmetycznego albo oderwani od kopiowania licencjatu. Od dawna nie zżymałem się na błędy. Zaakceptowałem, że prawie nikogo to nie obchodziło, dlatego jakość podejścia do tematu odpowiadała nikłemu zainteresowaniu klikających. Cóż, mogłem życzyć redaktorom lotu samolotem do przewozu bydła, bo i takie istnieją, chociaż – na szczęście dla nich – bydlęcy typ maszyny nie wylatywał poza redakcję.

À propos, Michała zachwyciła opowieść o rosyjskim samolocie transportowym, który podczas startu, wskutek awarii rampy ładunkowej, zgubił ponad tonę sztabek złota, zbieranych później pieczołowicie w śniegach Syberii.

Umówiliśmy się do kina na weekend i poszedł; ja skaleczyłem się w palec, krojąc warzywa. Regularnie zdarza mi się przeciąć palec i zapominam, tym razem przeciwnie, ponieważ przed przyjściem Michała naostrzyłem noże nową ostrzałką AnySharp. Do przesyłki dołączono paczkę plastrów z wesołymi nadrukami. Pogratulowałem sprzedawcy poczucia humoru, tymczasem okazało się, że bonus wynikał z doświadczenia.

Nie poszliśmy do kina w weekend, co mnie urządzało. Nie lubiłem kina. Nie wolno palić papierosów ani wyłączać sąsiadów lub przeciwnie – gadać z nimi. Gdy umawiałem się na kino, liczyłem, że coś przeszkodzi w planach, mimo to zawsze byłem gotów do odsiedzenia w ciemnej sali przynajmniej dwóch godzin. Moi znajomi cenili kino niekomercyjne, autorskie. Nigdy nie powiedziałem, że brakuje mi reklam dających wytchnienie tak potrzebne, abym mógł ponownie zatopić się w niekomercyjnej, autorskiej wizji ze stosownym do jej znaczenia natężeniem uwagi.

Życie każdego z nas toczyło się w tempie niewzbudzającym niepokoju, codzienność w ramie lekkiego niedoczasu spowszedniała nam już dawno temu, chyba w okolicach późniejszej trzydziestki. Chcieliśmy wierzyć, że wszelkie przyspieszenia wymagały naszej zgody i naszego w nich współudziału. A gdy coś wyłamywało się z bezpiecznego przeżywania dni, szybko decydowaliśmy, że ów przypadek był ze wszech miar szczególny i jednostkowy, i z pewnością bez wpływu na naszą sprawczość. Narzekaliśmy na nudę, w skrytości ducha licząc, że nic jej nie zaburzy.

Michał niespodziewanie zadzwonił i oznajmił, że wyjeżdża do Grecji, Anna podobno zafundowała wakacje. Znałem Annę: pomysł, że coś komuś funduje bez lufy przy skroni, wydawał się niedorzeczny. Powiedziałem, że spóźnił się z żartem primaaprilisowym, a nawet gdyby był trafił w czas, to i tak nie byłoby zabawniej.

– Bo nie jest zabawniej – odparł.

Od razu znalazłem się tam, gdzie powinienem być, na odpowiednim miejscu emocjonalnej szachownicy. Nie wiem, czy ta umiejętność zawsze się wykształca pomiędzy bliskimi ludźmi, czy też więź między nim a mną uplotła się z rzadszych nici.

– Odroczysz się – mówię bez większego sensu w poczuciu niejasnej paniki.

Chciałbym coś dodać, na serio nic dodać nie potrafiłem.

Milczeliśmy, każdy ze swojej strony: po mojej przypalał się bakłażan, u niego pewnie nic. Nie lubił gotować, odgrzewał w mikrofalówce.

– Powiedziałem Annie, Stasi i Mateuszowi.

– Mateuszowi?

– Tak wyszło.

– Stasia wraca wcześniej?

– Nie. Nie chciałem.

– Będę do czegoś potrzebny? Szkarad?

– Wszystko załatwione.

– Dziękuję.

– I ja…

Rozłączył się.

Czasem każdy z nas użalał się nad sobą. Uważaliśmy, że od okolic czterdziestki wolno. Przeżyliśmy tyle upokorzeń, że mieliśmy na świat wywalone. Żyliśmy swoje, obchodząc na ile się dało zewnętrzne oczekiwania. Nie chodzi wcale o to, że mogliśmy sobie pozwolić na zignorowanie świata, bo nie. Idzie o te chwile lub fragmenty, gdy sami decydowaliśmy, czy i kiedy chcemy pobyć żałośni, obciachowi. Sentymentalną stronę wszelkich rzeczy docenialiśmy, ponieważ wcześniej została bezwzględnie odrzucona i wyśmiana.

Wyjechał do Grecji, ja niedługo później do ciotki w Stanach. Nie przepadaliśmy z ciotką za sobą, umieliśmy jednak świetnie to ukrywać przed wszystkimi, co nas chyba najsilniej złączyło. Zrobiliśmy całą rodzinę w balona. Cena – jakieś dwa tygodnie u niej raz do roku – wydawała się uczciwa. Poza tym podczas wizyty starałem się nie wchodzić jej w drogę, ona zaś starała się w tym nie przeszkadzać. No i płaciła za żarcie oraz alkohol. Po alkoholu niechęć nie słabła, za to ciotka wyglądała mniej wyraźnie, niby ze zdjęcia ze źle złapaną ostrością.

Nawdychałem się morskiego powietrza, spacerując plażami Nowej Anglii. Nigdy na nic ciekawego się nie natknąłem. Raz ucieszyłem się, że na fokę, z bliska okazała się kawałem drewna, nawet do siebie niepodobnym. O niespotkaniu wielorybów nie warto wspominać.

Z Michałem rozmawialiśmy dwa razy przez Skype’a. Połączenie rwało się – docierały pojedyncze zbitki słów i co jakiś czas stop-klatka z rozpikselowaną twarzą.

Nagle zatęskniłem za nim bez powodu innego niż ten, że był moim najbliższym przyjacielem. Tęsknota cięła w twarz podobnie do wściekle kłującego wiatru.

Do Polski wracałem przez Kopenhagę, gdzie planowałem zebrać materiały do zamówionego reportażu o życiu dawnych hipsterów. Zaliczkę dawno wydałem, zleceniodawca jeszcze nie pospieszał, nic mnie zatem nie mobilizowało do pracy. Zrobiłem trochę zdjęć w losowo niewybranych miejscach, dla spokoju ducha nagrałem logoreę upalonej pary i z poczuciem solidnie wykonanej dokumentacji wsiadłem do samolotu.

Uwielbiałem pierwszy smrodek Warszawy, tuż za uperfumowaną halą lotniska. Oto miejsce, które mnie sobie wzięło. Wyjeżdżałem na długo, raz aż na trzy lata, i zawsze wracałem. Nie warto uciekać od miasta, które sobie ciebie upatrzyło. Kiedy będzie chciało, samo puści.

.

Od razu zadzwoniłem do Michała. Umówiliśmy się na wieczór. Przywitaliśmy serdecznie w progu. W pokoju usiadł w najciemniejszym kącie i zakazał włączać lampę.

Odwiedził kosmetyczkę, żeby sprawić przyjemność wracającej jutro Stasi.

 

– Pomyślałem, będzie Stokrocie miło popatrzeć na gładziutką skórę swojego absztyfika. Tylko trafiłem na neofitkę wyciskania pryszczy i ta kosmetpańcia zmasakrowała calutką twarz. Prawie zbiłem wino, bo zobaczyłem odbicie w windzie. Ja pierdolę, wyglądam jak suma pryszczatych mord gówniarzy z zarażonego zadupia!

– Na ulicy to bym cię wyminął, a tak…

– Postaram się nieczęsto, drogi przyjacielu, wchodzić w sferę światła. Czy strefę. Zawsze mi się jebie.

– Jak statut i status.

– Dokładnie. Z tego samego miotu bliźniaki.

Rozmawialiśmy w zwykłym trybie: napoczynając pierdylion temacików, bez potrzeby domknięcia. Domkną się same z siebie, gdy przyjdzie pora. Metoda miała jedną co najmniej zaletę – nieoczekiwanie potrafiliśmy skończyć wątek rozpoczęty miesiące temu i porzucony. Dzięki temu czułem, że każda rozmowa z nim była odcinkiem jednej, tej samej rozmowy.

– Misiu – pytam – jakie wcześniej było Morze Martwe?

– Zielone – odpowiada.

– Chore, debilku – ja mu na to.

Czuję, jak wspina się po niteczkach wspomnień do tamtego wieczoru odległego sprzed ponad dwudziestu lat, gdy po raz pierwszy przy mnie spalił dowcip.

– Jutro podają pierwszą działkę hormonów.

– Wyglądasz jak od Matki Teresy.

– Z „Wojen gwiezdnych”?

– Chociażby.

– Popatrz.

Michał wstał, rozpiął koszulę i zsunął z lewego ramienia.

Gdzieś znad obojczyka coś wyrastało. Nowa kość.

– Boli?

Pokręcił głową.

– Urżnięte skrzydło. – Wyrwało się samo, takie było pierwsze skojarzenie. – Wiedziałeś, że miałeś?

– Płat ozdobny… – próbował i przestał. Zamknął oczy.

Wskazał poniżej klatki piersiowej. Z okolic mostka też wyrosło. Jak gdyby od tyłu wbił mu się w szarży róg nosorożca i teraz czubek rogu wychodził przodem.

– O trutniu poproszę, wspaniały, popsuty Miśku.

Setki razy deklamował o trutniu. Prosiłem i prosiłem. Zawsze mnie to rozbawiało i roztkliwiało. Kropla głupiutkiego miodu cieszyła na krótko, choć w tamtej chwili w ogóle.

– To ja, truteń, chłopiec pszczółka – zaczął cicho, cichutko.

Mam na głowie żółte czółka

Lubię miodek, mleczko pszczele

A co robię?

Ach, niewiele.

W ulu mają mnie za lenia.

No to pa. Czas już. Do widzenia.

– W sumie twarz nie wygląda źle.

Objąłem go. Staliśmy przytuleni, lekko kołysani na boki złym przeczuciem i dobrą przyjaźnią. Puste ule – wiedzieliśmy, że nadejdą.

Na pogrzebie nieznajoma kobieta zapytała, czy często rozmawiałem z Michałem.

Odpowiedziałem, że jeden raz.

Wychodząc, Miś stwierdził, że opowie dowcip – wtedy przekonam się, jak bardzo źle się w nim nazmieniało.

– Spalisz.

– Co powiedział Budda do sprzedawcy hot dogów? „Mam nadzieję, że ta karczma nie wróci”.

– Karma, Miś.

Terapia hormonalna działała. Twierdził, że wyniki są zachęcające. Nie wiedziałem, kogo ani do czego zachęcały, mniejsza z tym. Ważne, że kikut skrzydła i róg się wchłonęły. Nie pozostał po nich najlżejszy ślad.

– Myślałeś o tym, że też takie masz? Nie odpowiadaj. Chciałem zapytać i tyle. Zapytałem.

.

Wpadłem do nich na pasztet. Stasia otworzyła. Z kuchni krzyknął Michał:

– Przepis jak się kończy?

Przeszliśmy do pokoju, Stasia zerknęła w laptopa.

– „Poczekać aż pasztet urośnie nie zawsze rośnie zawsze opada”. Tak się przepis kończy. Nie zawiera przepis przecinków! – wykrzyczała przez korytarz.

– On znośny? – zapytałem.

– Od rana w stanie manii kulinarnej. Nie do wytrzymania.

– Przywitam się.

Michał wielkimi łapskami próbował wygładzić powierzchnię pasztetu na blasze. Masa kleiła się do dłoni.

– Cześć, kochany. – Pocałowałem go w szyję. – Dokładnie tak wyglądało jedzenie szykowane przez właścicielkę mojego pierwszego pokoju na Ursusie. Emerytowana chemiczka.

– Co gotowała? – odburkuje pytaniem.

– Metamfetaminę. Oj, Miś, błagam, namocz ręce w zimnej wodzie. Będzie łatwiej.

Posłuchał. Wstawił blachę do piekarnika.

– Gotowe!

Stasia weszła do kuchni.

– Co zjemy?

– Pasztet.

– Będzie gotowy za kilka godzin.

– Zwiększę temperaturę i szybciej się upiecze.

– Misiu – zapewniłem – pasztet nie daje się przyspieszyć.

– Wszystko się daje. Kwestia znajomości. – Westchnął przeciągle. – Dobra. Zamówmy. Jebać pasztet.

– W blaszkę – dorzuciła Stasia.

Michał poszedł do łazienki.

– Sam widzisz… – westchnęła. – Co jemy?

– Wybierz.

Stasia zamówiła, Michał wrócił ze skruszoną miną.

– Przepraszam. Moja wina. Fatalnie obliczyłem.

Po tygodniu od pasztetu pojechaliśmy na krótko do domku w górach. Znajoma zostawiła klucze. Obawiałem się, że gdyby coś wynikło, pomoc nie dotarłaby na czas. Nikomu nie wspomniałem o niepokoju. Nie zamierzałem mnożyć lęków. Postanowiłem choć jeden wziąć na siebie. Poza tym Stasia naprawdę potrzebowała kilku dni, żeby opanować sytuację, głównie od logistycznej strony. Nie narzekała, nie prosiła o pomoc. Metodycznie przygotowywała się na gorszy okres. Było w tym coś okrutnego w stłumiony sposób: groźba, rzucona w cukierni, nie zostawiała cienia szansy na poprawę stanu zdrowia. Ze spokojem powtarzała: prawdopodobnie przesadza. Dla siebie samej, dzięki temu czuje się bezpieczniej i potrzebna.

Nawet Anna zdawała się akceptować formułę zastosowaną przez Stasię, takie nie do końca kłamstwo i nie w pełni prawda. Przez pewien czas wszystko toczyło się w dwóch osobnych trybach czy też tempach. Życie upływało po swojemu w codziennej miałkości, przygotowania wyprzedzały życie.

Kiedyśmy rozpakowali się w domku – dwie izby i sień, zimna woda w kranie, gorącą zagrzewało się na piecu albo na kuchence elektrycznej – Michał uśmiechnął się szeroko.

– Niepotrzebnie się martwisz. Beskid nazywa się Niski.

– Zimą śliski – dopowiedziałem, szukając rozpałki.

Podejrzewałem popielice o kradzież. Kradły i zjadały produkty niekoniecznie wprost spożywcze. Jedna gruba zjadła kilkugramową bryłę haszyszu. Odwaliło grubej, pobiegła na słup z drutami od prądu i stamtąd ją wystrzeliło w niebiańską dziuplę. Znaleźliśmy potem głupiutkie ciałko, wspólna przyjaciółka z determinacją postanowiła popielicę faszerowaną haszyszem wypalić. Miś poradził: niech lepiej zje udko z kurczaka. Efekt identyko, gatunek nieobjęty ochroną.

Sporo chodziliśmy.

Wydawał się w świetnej formie.

Nabrał blasku.

Odkąd pamiętam, wysiłek fizyczny go rozświetlał.

– Przestań na mnie pozerkiwać.

– Niby że co?

– Jak na bombę. Przecież nie wybuchnę. Zawsze możesz przeciąć kabelek. Niebieski, głupolu.

A kto tam cię wie, Miśku, pomyślałem. Wycinałeś lepsze numery. Na przykład kiedyś polecieliśmy do Lizbony. Zależało nam na posiadaniu podczas pobytu własnej marihuany, której transport był jeszcze bardziej nielegalny niż jej nielegalne posiadanie. Miś wykonał pogłębione badania i dowiedział się z internetów, jak pokonać lotniskowe kontrole. A więc trawkę należało zabezpieczyć folią, uformować z niej coś na kształt pocisku lub czopka, następnie pokryć dokładnie plasteliną, na koniec zabezpieczyć prezerwatywą. Całość lądowała oczywiście z tyłu. Pamiętam, że w ramach niezrozumiałego żartu podałem Misiowi jaskrawozieloną, jakby przetworzyli Kermita.

– Miśku – zapytałem – co będzie, gdy cię wezmą na kontrolę osobistą?

Pomyślał chwilę i serio odpowiedział.

– Powiem tak: była impreza, to pewnie ktoś zostawił i zapomniał.

Drugiej nocy leżeliśmy pod śpiworami i kocami. Nikomu nie chciało się rozpalać w piecu, więc marzliśmy. Z ust parowały dymki ciepłego powietrza.

– Pamiętasz, kiedy się poznaliśmy? – zapytał.

Potaknąłem.

– Nie staje mi.

Akurat problem z erekcją należał do mniejszych.

– Pomyśl, że dopiero się poznajemy – kontynuował.

Spróbowałem. Nieproste zadanie. Musiałem, ot tak, wymazać ponad dwadzieścia lat.

– Hmm… Zastanawiam się, czy ktoś leży z nami? Pamiętasz tamtego kolesia?

– Mateusz.

– Niech będzie.

– Na pewno.

– Wiesz lepiej. Na studiach szła plota, że przeleciałeś na roku wszystko z wyjątkiem pieska profesora Pelca.

– On miał pieska? Kurwa.

– Zainteresowany?

– Spierdalaj!

– I vis-à-vis, kochany Miśku.

W ostatnią noc przed powrotem do Warszawy Michał stał się milkliwszy. Przypuszczałem, że nie cieszy go powrót do prawdziwego lub prawdziwszego życia, czymkolwiek miałoby się stać, dlatego porzuciłem zagadywanie ciszy. Umiałem trzymać usta na kłódkę, chociaż nie tak długo jak on; on – nie tak długo jak Anna.

– Myślałeś, co po tobie zostanie?

Niestety myślałem, wynik krążył wokół zera, czyli pozytywnie, niektórzy bowiem wytwarzają saldo ujemne. Zasadniczo wolałem zastanawiać się, jak dotrwać do momentu, w którym pozostawiam, powiedzmy, zero na plusie.

Czułem się zobligowany do optymizmu.

– Nie zostawię po sobie dzieci – przyszło mi do głowy.

Roześmiał się.

– Nieźle. Już coś.

Uważałem wprost dokładnie identycznie, w kwestii potomków brat wziął na siebie i żonę ciężar przedłużenia linii genetycznej, uszczęśliwiając i uspokajając rodziców.

– Misiu, ty coś tam knujesz?

Gniótł w dłoniach wyrwany przed chwilą badyl topinamburu. Na oko topinamburu, dla pewności trzeba by wyrwać i zagotować bulwy.

– Dobra. Wierzę, że fartem się wyślizgam. Z tego syfu. Wtedy raz się udało. Prawo serii, tak? Kto wie?