Urodzeni, by przegraćTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Iga Wiśniewska

Urodzeni, by przegrać


ISBN 978-83-65676-16-0


Copyright © by Iga Wiśniewska, 2016

All rights reserved Redakcja Witold Kowalczyk Projekt okładki designpartners.pl Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Urodzeni, by przegrać

„Z miłością można żyć nawet bez szczęścia” Fiodor Dostojewski

Karol

Po raz kolejny tego wieczoru zastanawiałem się, po co właściwie tu przyszedłem. Z kuchni dobiegł mnie donośny, znajomy wrzask kumpla. Był tylko odrobinę głośniejszy niż dudniąca muzyka.

No tak, Haribo mnie namówił.

Rozejrzałem się po dużym, ale zatłoczonym pokoju. Imprezy w studenckich mieszkaniach zawsze wyglądały tak samo. Kto zdążył się nawalić, zanim sąsiedzi zadzwonili po policjantów, którzy czasem bardziej grzecznie, a czasem mniej, ogłaszali koniec imprezy, był uznawany za prawdziwego szczęściarza. Szacowałem, że policja pojawi się za jakieś pół godziny. Jeśli będziemy mieć szczęście, bo jeśli nie, pewnie już była w drodze. Niech to, na miejscu sąsiadów zadzwoniłbym po nich już dawno temu.

Spojrzałem na swoje piwo bezalkoholowe. Nie piłem niczego z procentami, a co za tym idzie, impreza nie wydawała mi się tak fajna, jak reszcie gości. Patrzyłem na wygibasy ludzi, którzy wypili już zbyt wiele, jak na średnio interesujący program w TV. Nagle widok przesłoniły mi potargane blond włosy pijanej dziewczyny.

— Hej, przystojniaku! Czemu stoisz tu sam?! — krzyknęła mi do ucha.

Wzruszyłem ramionami.

Położyła dłoń z długimi, kolorowymi paznokciami na mojej piersi, poczułem jej przesycony alkoholem oddech.

— Powinieneś się zabawić.

— Dzięki. — Strąciłem jej dłoń. Pijane laski były obrzydliwe. W każdym razie dopóki sam byłeś trzeźwy.

Minąłem ją i ruszyłem w stronę drzwi. W kuchni rozkręciła się oddzielna impreza. Niewielkie pomieszczenie było wypełnione przez tyle osób, że nie miałem najmniejszej ochoty się tam wciskać. Wszedłem do drugiego pokoju i ruszyłem w stronę balkonu. Na szczęście żadna pijana studentka nie przeszkodziła mi po drodze.

Balkon był całkiem spory, ale zagracony. Spojrzałem pod nogi. Doniczka wypełniona po brzegi petami wywróciła się i połowa zawartości znalazła się na przybrudzonym chodniku.

Petunie to chyba jedyne „kwiatki”, jakie hodują studenci — pomyślałem i wyciągnąłem papierosa. Nudziłem się. Głośna muzyka i jeszcze głośniejsi ludzie działali mi na nerwy. Wypalę tego papierosa i powiem Haribo, że musimy się zwijać. Policja i tak niedługo zakończy tę imprezę.

Wrzuciłem peta do doniczki i wszedłem do pokoju. To było naprawdę spore mieszkanie i z tego, co wiedziałem, wynajmowało je aż siedem osób. Wydawać by się mogło, że to wystarczająco dużo, żeby utrzymać porządek, ale nie, to chyba działało na odwrót. Im więcej ludzi, tym większy syf.

W tym pokoju nie było głośników, muzyka dobiegała zza ściany. Ludzie siedzieli na kanapach i pufach i śmiali się, wychylając kolejne kieliszki wódki. Już miałem pomaszerować do kuchni, żeby wyciągnąć Haribo, kiedy ją zobaczyłem.

Czas zatrzymał się w miejscu.

Czy to naprawdę ona?

Stała razem ze śliczną dziewczyną, która wyglądała jak jakaś księżniczka. Smutna księżniczka, stwierdziłem, gdy na chwilę spotkałem jej wzrok. Ale nie ona mnie interesowała, tylko jej koleżanka.

Nieświadomie postawiłem kilka kroków, zmniejszając dzielący nas dystans. Miała krótsze włosy, była chudsza i o wiele bardziej kobieca niż wtedy, gdy widziałem ją ostatni raz. Bez wątpienia obok ślicznotki stała Diana.

Moja była.

Jej koleżanka zauważyła, że na nie patrzę, i coś do niej powiedziała. Kiedy odwróciła się w moją stronę, miałem już pewność. To była ona.

Zmarszczyła brwi. Patrzyła na mnie przez kilka długich sekund, aż na jej twarzy pojawiło się zrozumienie. Postawiłem jeszcze kilka kroków i oto stałem naprzeciwko nich. Stałem naprzeciwko dziewczyny, o której myślałem, że już nigdy więcej jej nie zobaczę.

— Diana.

— Karol… co ty tutaj robisz?

Uśmiechnąłem się krzywo.

— Powiedziałbym, że się bawię, ale to by było kłamstwo.

Ślicznotka patrzyła to na mnie, to na Dianę, jakby obserwowała mecz ping-ponga.

— Znacie się? — spytała w końcu.

— Wybacz — zreflektowała się Diana. — To Karol — zawiesiła głos — mój były chłopak. Karol, to Marta, ale możesz mówić na nią Księżniczka.

— Żadna Księżniczka, Marta — podała mi rękę.

— Miło mi, nieksiężniczko Marto.

— Więc, tak serio, skąd się tu wziąłeś? Na tej imprezie, w tym mieście?

— Studiuję tu. Do przyjścia na tę imprezę namówił mnie kumpel. Większość tych ludzi jest z jego roku. A wy jak tu trafiłyście?

— Zaprosił nas znajomy znajomych.

— Też tu studiujesz?

Pokiwała głową, a ja wiedziałem, że myśli o tym samym co ja. Jakie było prawdopodobieństwo, że po tym, jak wyprowadziła się z naszego miasteczka i przeprowadziła do innego, pójdzie na studia akurat do tego samego miasta co ja? No dobra, wiele osób szło na studia do stolicy, ale to, że trafiliśmy na tę samą imprezę… Przypadek? Nie wierzyłem w przypadki.

Już miałem jej o tym powiedzieć, kiedy nagle ktoś wyłączył muzykę.

— Bądźcie cicho, policja!

Spojrzałem na zegarek. Minęło dwadzieścia minut, jednak byli już w drodze.

— Cicho, cicho — nagle wszyscy uciszali się nawzajem.

Przewróciłem oczami.

— Czas na show.

Bez muzyki natarczywy dzwonek do drzwi było słychać aż za dobrze. Podreptał do nich jeden z lokatorów, najmniej wstawiony.

— Dobry wieczór, panie władzo. W czym mogę pomóc?

— Dostaliśmy zgłoszenie o zakłócaniu spokoju.

— Naprawdę? — Koleś wystawił głowę za drzwi i spojrzał w prawo, a potem w lewo. — To chyba jakaś pomyłka.

— Doprawdy? W takim razie nie będzie pan miał nic przeciwko, jeśli wejdziemy do środka?

— Ja… eee, no dobrze, mamy małą imprezę, ale to naprawdę nic wielkiego. W zasadzie to kameralne przyjęcie, tylko kilku znajomych.

Ktoś parsknął śmiechem. W mieszkaniu było przynajmniej pięćdziesiąt osób.

— Jest po dwudziestej drugiej. Albo wszyscy, poza lokatorami, opuszczą mieszkanie, albo będzie mandat.

— Jaki duży mandat?

— Pięćset złotych.

Chwila ciszy.

— Dobra, ludzie, ubierać się! Koniec imprezy!

Wiedziałem, że tak to się skończy. W zasadzie policjanci musieli być w nie najgorszym humorze. Zawsze mogli krzyknąć pięćset złotych już na wejście. Wtedy wszystkich imprezowiczów czekałaby składka.

— Podwieźć was gdzieś?

Dziewczyny spojrzały na siebie.

— Mieszkam przy Północnej — powiedziała w końcu Diana.

— Świetnie. Dajcie mi pół minuty, zawołam kumpla i zmywamy się stąd.

Poszedłem do kuchni, czyli w ostatnie miejsce, gdzie widziałem, a raczej słyszałem Haribo. Było w niej o połowę mniej osób. Nigdzie nie widziałem jego przylizanej czupryny.

— Hej — zaczepiłem gościa, którego kojarzyłem z innych imprez. Wiedziałem, że studiowali razem, choć chyba niekoniecznie za sobą przepadali. — Widziałeś Haribo?

— Zdaje się, że już wyszedł.

No tak, noc była młoda. Najwyraźniej uznał, że jego impreza jeszcze się nie skończyła. To nawet lepiej, będę miał tylko jednego widza podczas rozmowy z Dianą. Szybko wróciłem do pokoju.

— Gdzie twój kolega? — spytała ślicznotka, nieksiężniczka.

— Poszedł w balet.

Wyszliśmy na korytarz, zabraliśmy swoje kurtki i razem z innymi ludźmi przeszliśmy obok policjantów, którzy z uniesionymi brwiami obserwowali kolejne osoby wychodzące z mieszkania. Nie żeby wyglądali na szczególnie zaszokowanych. Ot, przeciętna, kameralna studencka impreza, jakich wiele w sobotę. Założę się, że to nie było ani ich pierwsze, ani ostatnie tego typu zgłoszenie tej nocy.

Na zewnątrz było chłodno. Dziewczyny zasunęły kurtki i skuliły ramiona. Na szczęście nie musieliśmy iść daleko, zaparkowałem dwa bloki dalej.

Otworzyłem drzwi. Byłem rozczarowany, że Diana usiadła z tyłu.

 

Nikt nie mówił, że będzie łatwo.

— Zmieniłeś samochód — zauważyła Diana, gdy wyjechałem na ulicę.

Natychmiast przypomniało mi się, dlaczego musiałem to zrobić. Przed oczami mignął mi obraz mojego poprzedniego wozu. Kompletnie rozbitego. Odsunąłem tę myśl.

— Zauważyłaś?

Widziałem w lusterku, jak marszczy brwi.

— Gdyby nie to, że ma inny kolor, pewnie bym się nie zorientowała. To ciągle bmw — powiedziała niemal z wyrzutem.

— Nie lubisz marki BMW?

Chwila ciszy.

— Jest okej.

Ha, oboje mieliśmy wspomnienia związane z moim starym bmw i jeśli nasz związek cokolwiek dla niej znaczył, musiała o tym pamiętać. Ale na razie wolałem nie ciągnąć jej za język.

— Pod którym numerem mieszkasz?

— Pod sto dwudziestym czwartym, bliżej końca ulicy.

Więc miałem jeszcze jakieś pięć minut. Dużo i jednocześnie tak niewiele. Chciałem spytać ją o mnóstwo rzeczy, ale to nie była odpowiednia pora.

— Co studiujesz? — ubiegła mnie.

— Ekonomię na SGH. W tym roku piszę licencjat. A ty?

— Dopiero zaczęłam. Poszłam na medycynę.

— Naprawdę? — zdziwiłem się. — Spodziewałem się jakiejś szkoły filmowej albo teatralnej.

Widziałem, jak się krzywi. Jej ojciec był lekarzem, a matka pielęgniarką. Tradycji rodzinnej stało się zadość, jednak w żadnym wypadku nie mogłem powiedzieć tego na głos. Jej rodzicie to temat, którego nie chciałem poruszać. Nie teraz.

— A ty, Marta? Czym się zajmujesz?

Skrzywiła się. Rany, o co chodziło? Dlaczego reagowały niezadowolonymi minami, cokolwiek powiedziałem?

— Na razie niczym.

— Nie poszłaś na studia?

Pokręciła głową.

— Może w przyszłym roku.

Zapadła cisza. Niezręczna. Krępująca.

Niech to szlag.

Podjechałem niemal przed same drzwi bloku numer sto dwadzieścia cztery. Okazało się, że to budynek niezbyt wysoki, jak na tutejsze standardy, pomazany sprejem. Nic nadzwyczajnego. Podejrzewałem, że Diana nie jest jedyną studentką, która wynajmuje w nim mieszkanie.

— Dzięki za podwózkę — powiedziała Diana i chciała wysiąść.

— Nie tak prędko. Coś mi się za to należy.

Spojrzała na mnie pytająco.

— Twój numer.

Widziałem, jak się waha. Gdyby teraz wysiadła, to by znaczyło, że nie chce, żebym ponownie pojawił się w jej życiu. Czy odtrąci mnie po raz drugi?

Czekałem.

Podyktowała numer.

Diana

— Nigdy nie mówiłaś, że miałaś chłopaka — zaczęła Marta, jak tylko weszłyśmy do mojego pokoju. W korytarzu starałyśmy się zachowywać cicho, żeby nie obudzić innych lokatorów.

Wzruszyłam ramionami.

— O nie, nie dam się zbyć. Chcę wiedzieć wszystko.

Zrzuciłam buty i usiadłam na łóżku. To spotkanie wytrąciło mnie z równowagi. Nie sądziłam, że jeszcze kiedykolwiek zobaczę Karola. Wiedziałam, że nigdy nie wrócę do domu. A prawdopodobieństwo, że spotkam go gdzieś indziej… no cóż, istniało, ale nie było zbyt duże.

Zmienił się. Już kiedy go poznałam, wyglądał na niebezpiecznego chłopca. Teraz chyba całkowicie postawił na ten wizerunek. Nie miał tatuaży, kiedy widziałam go ostatni raz. I zdecydowanie nie miał aż tylu mięśni.

— Jak to się stało, że zerwaliście? Nie uwierzę, że mogłabyś rzucić takie ciacho. A on wcale nie wyglądał, jakbyś była jego znienawidzoną eks.

Rzuciłam go.

— Musiałam wyjechać, przecież wiesz. Ten związek i tak by nie przetrwał.

— Rany, dziewczyno, na twoim miejscu zrobiłabym wszystko, żeby przetrwał.

Westchnęłam i opadłam na pościel.

— Musimy o tym mówić?

— Jasne, że tak! Poszłaś z nim na całość?

— Marta! Miałam naście lat, gdy zaczęłam z nim chodzić.

— No i? Uważasz, że to za wcześnie? Teraz nawet gimnazjalistki to robią.

— Nie jestem współczesną gimnazjalistką!

— Nie denerwuj się. — Milczałyśmy chwilę. — Chyba rozumiesz, że jestem ciekawa? Wiesz o mnie wszystko, a sama nic nie mówisz o sobie.

— Tak jest lepiej.

— Nie jest. Przyjaźń nie na tym polega.

Właściwie nie wiem, dlaczego nigdy jej nie powiedziałam. Zrozumiałaby. Widziałam, co przeżyła. Trzymałam ją za rękę, kiedy usuwała ciążę, byłam przy niej przez kilka długich miesięcy, kiedy walczyła z nałogiem. Patrzyłam, jak upada i powoli się podnosi. Jeśli ktoś miał mnie zrozumieć, to tylko ona. Jednak chociaż udało mi się ruszyć do przodu, nie potrafiłam rozmawiać. Mogłam o tym pisać, ale jeśli ktoś, kto nie był psychologiem, chciał, żebym opowiedziała mu o swoim życiu… czułam przed tym wewnętrzny opór. Słowa nie chciały przejść przez gardło. Nie mogłam, po prostu nie mogłam. Dusiłam to tak głęboko w sobie, że powiedzenie wszystkiego na głos wydawało mi się niemożliwe.

Karolowi nie musiałam nic mówić. On wiedział.

Ta świadomość sprawiała, że jednocześnie czułam ulgę i się bałam.

— To była zwykła nastoletnia miłość — powiedziałam, pomijając fakt, że tak naprawdę zaczęłam chodzić z Karolem, żeby raz na zawsze poradzić sobie z innym niefortunnym zauroczeniem. — Byłam młoda, on był starszy, ze złej ulicy. To był swego rodzaju bunt. Spotykaliśmy się przez jakiś czas i było nam ze sobą dobrze, ale kiedy się okazało, że rodzice wyjeżdżają do Afryki, a ja muszę się przeprowadzić do ciotki… sama rozumiesz.

— Właśnie nie rozumiem. — Marta rzuciła się na łóżko, żeby podkreślić dramatyzm swoich słów. — Skoro mówisz, że było wam ze sobą dobrze, to dlaczego tak po prostu odpuściłaś?

— Tak było lepiej.

Westchnęła i weszła pod kołdrę. Miałam szczęście, że obie byłyśmy zmęczone.

— Kiedyś wszystko mi opowiesz.

Wstałam, żeby zgasić światło.

— Dobranoc.

Karol

Od rana nie mogłem znaleźć sobie miejsca. W takie niedziele zwykle śpię do późna. Rzadko się zdarza, że mogę to robić, bo jeśli akurat nie idę do pracy, to mam zjazd i od ósmej siedzę na uczelni. Ta była wolna, a ja jak na złość obudziłem się przed siódmą i nie mogłem zasnąć. Przewracałem się z boku na bok, ciągle myśląc o ostatniej nocy.

Dała mi swój numer, a to dobry znak. Niestety, czułem się przez to jak jakiś desperat, bo odkąd sen ostatecznie mnie opuścił, zastanawiałem się tylko, kiedy do niej zadzwonić. Nigdy nie przejmowałem się specjalnie dziewczynami. Ani przed, ani po Dianie. Nie traktowaliśmy śmiertelnie poważnie naszego związku, jeszcze kiedy byliśmy razem, ale to, co nas rozdzieliło, było właśnie takie. Śmiertelnie poważne. I pewnie dlatego, choć Diana zniknęła z mojego życia bardzo gwałtownie, nigdy nie przestałem o niej myśleć.

Wpół do ósmej miałem dość leżenia w łóżku. Odrzuciłem pościel i poczłapałem do kuchni, po drodze potykając się o buty Haribo. Wynajmowaliśmy razem mieszkanie już drugi rok, na pierwszym obaj mieszkaliśmy w tym samym akademiku, chociaż w innych pokojach. Ciągle pamiętam nasze pierwsze spotkanie.

Tego dnia mieliśmy paskudny humor. Szedłem do akademika z rękami w kieszeniach i opuszczoną głową, stawiając kolejne kroki na swojej idealnie prostej drodze. Haribo stał przy aucie, plecami do chodnika, słuchając utyskiwań ojca. Wystarczyło, że cofnął się odrobinę, żebyśmy się spotkali — bliżej, niż życzyłby sobie tego którykolwiek z nas.

— Patrz, jak leziesz, frajerze.

— Spierdalaj, nie mam oczu w dupie.

Tak właśnie zaczęła się nasza przyjaźń.

Po dwóch latach znałem aż za dobrze wszystkie jego cechy charakteru. Tak naprawdę był zwyczajnym facetem. Jego największym problemem było niezadowolenie rodziców, którzy mimo wszystko co miesiąc wysyłali mu pieniądze.

Rozpuściłem w wodzie porcję suplementu zawierającego aminokwasy i zrobiłem sobie małą kawę. Wypiłem obie rzeczy, a potem wróciłem do pokoju, otworzyłem okno, nie zważając na to, że wpuszczam do środka zimne powietrze, i zacząłem trening. Najpierw kilka serii ćwiczeń wytrzymałościowych: brzuszki, pompki i przysiady, potem ćwiczenia siłowe. Wysiłek fizyczny całkiem nieźle odciągał uwagę od… wszystkiego innego.

Koło dziewiątej pojawił się Haribo. Stanął w drzwiach i patrzył, jak podnoszę ciężary.

— Stary — zaczął zachrypniętym głosem. — Jest wczesny ranek. Mógłbyś przestać się tym tłuc?

Powoli opuściłem hantle i podniosłem się do pozycji siedzącej. Podkoszulek miałem cały przepocony.

— O co ci w ogóle chodzi? Walisz tym ustrojstwem, jakby cię szatan opętał.

— Przesadzasz.

— Czyżby? Już od pół godziny się zbieram, żeby się na ciebie wydrzeć, ale sam rozumiesz…

Ta, za dużo zimnej wódki nie robi dobrze na struny głosowe.

— No więc — Haribo przycupnął na skraju mojego łóżka — opowiadaj, jak było.

— O co ci chodzi?

— O te dwie laski, z którymi widziałem cię wczoraj wieczorem. Jedna była naprawdę śliczniutka, aż miałem ochotę do was podejść.

— Więc czemu tego nie zrobiłeś?

Uderzył się ręką w pierś, używając więcej siły, niż powinien w swoim obecnym stanie. Zarzęził.

— Bo jestem dobrym kumplem!

— Jasne, stary, tak sobie wmawiaj.

— No dobra, dostałem zajebistą propozycję na dalszą imprezę, a wiedziałem, że nie będziesz nią zainteresowany.

To wiele wyjaśniało. Haribo nigdy nie miał problemów z narzucaniem się swoim towarzystwem, kiedy chodziło o dziewczyny. A te ostatnie mnie lubiły, czy raczej lubiły to, jak wyglądałem, więc nigdy nie miałem kłopotów z ich zdobywaniem.

— Aha — mruknąłem i podniosłem się, żeby zamknąć okno. — Idę pod prysznic.

— Daj spokój, nic mi nie zdradzisz? — zajęczał.

— Nie ma o czym gadać. Odwiozłem je tylko do domu.

Haribo prychnął.

— Odkąd to tak po prostu odwozisz nieznajome dziewczyny do domu, nie mając w tym żadnego interesu?

— Nie były nieznajome.

— Chcesz powiedzieć, że znałeś tę ślicznotkę już wcześniej i ukrywałeś to przede mną? Z jednej strony ci się nie dziwię, ale z drugiej strony… jak mogłeś?

Haribo lubił dramatyzm.

— Jej akurat wcześniej nie znałem.

Jego entuzjazm wyraźnie zmalał.

— Czyli chodzi o tą drugą? W sumie nawet nie zapamiętałem, jak wygląda, całą uwagę skupiłem na jej koleżance.

Twoja strata — chciałem powiedzieć, ale się powstrzymałem.

— Skąd się znacie?

— Z rodzinnego miasta.

Odłożyłem hantle na swoje miejsce i wyciągnąłem z szafy czysty podkoszulek oraz bieliznę.

— Więc chcesz powiedzieć, że spotkałeś wczoraj dziewczynę ze swojego miasteczka, odwiozłeś ją do mieszkania, a teraz tak po prostu od samego rana ćwiczysz jak szalony?

Na moje nieszczęście Haribo był spostrzegawczy. Nawet na kacu.

Wzruszyłem ramionami.

— Treningu nigdy za wiele — powiedziałem i ruszyłem do łazienki. Zerwał się z łóżka i pobiegł za mną.

— Kogo chcesz oszukać? Mnie? Kim naprawdę była ta dziewczyna?

— Nie powinieneś bardziej się interesować swoimi sprawami?

— O, to teraz mamy tajemnice?

— Niech cię szlag. To moja była. A teraz daj mi spokój — powiedziałem i zatrzasnąłem mu drzwi łazienki przed nosem.

Przez chwilę panowała cisza, Haribo przetwarzał tę informację.

— Dała ci chociaż swój numer?! — krzyknął przez drzwi.

— Dała.

— Więc zadzwoń do niej jak najszybciej, zanim naciągniesz sobie jakiś mięsień czy coś.

— Zamknij się! — odkrzyknąłem, po czym zagłuszyłem go wodą z prysznica.

Diana

Marta pojechała po południu. Od tego czasu usiłowałam zabrać się do nauki, ale średnio mi szło. Zwykle nie miałam z tym problemów. Wystarczyło wpaść w odpowiedni rytm. Wtedy mogłam ocknąć się kilka godzin później, z głową wypełnioną łacińskimi nazwami poszczególnych części układu mięśniowego, nerwowego albo kostnego człowieka. Anatomia zawsze była najlepsza, jeśli chciałam zapomnieć o wszystkim innym. Ale tym razem nie potrafiłam złapać tego rytmu. Łapałam się za to na tym, że ciągle myślałam o Karolu. Zastanawiałam się, czy dobrze zrobiłam, dając mu swój numer. Karol pochodził z przeszłości, a przeszłość była czymś, o czym usilnie starałam się zapomnieć. Choć dobrze wiedziałam, że nigdy mi się nie uda.

Zerkałam ciągle na swój telefon, czekając, aż zadzwoni. Mógł tego nie zrobić — to rozwiązałoby sprawę. I koło siedemnastej zaczynałam myśleć, że rzeczywiście nie zadzwoni. Czemu miałby to robić? Rzuciłam go, nie oglądając się na nasz związek. Prawdopodobnie to zrozumiał, ale… minęło kilka lat. Wyglądał tak, że pewnie mało która dziewczyna mogłaby mu się oprzeć. Ja ciągle byłam tą nieszczęśliwą dziewczynką, której życie załamało się w wieku piętnastu lat. Ukrywałam to bardzo dobrze, ale ona ciągle była we mnie. I nic nie wskazywało na to, że w końcu zniknie.

 

Kiedyś najbardziej na świecie pragnęłam przebaczenia. Zrozumiałam już, że go nie dostanę. Teraz nie pragnęłam już niczego. Ale musiałam żyć.

Podskoczyłam, kiedy z mojej komórki wydobyły się pierwsze dźwięki piosenki Highway to Hell. Nieznany numer.

— Słucham.

— Cześć, Diana.

— Karol.

Chociaż zmienił się wizualnie, jego głos pozostał bez zmian.

— Nie byłem pewien, czy powinienem do ciebie dzwonić, ale potem pomyślałem, że wszystko, co się zdarzyło, to już przeszłość. Mam rację? A my powinniśmy żyć teraźniejszością.

Kiedy „to” się stało, rozmawiałam z Karolem. Nigdy nie dokończyliśmy tej rozmowy. I Karol nigdy się nie dowiedział, że nie czekałam wtedy na jego telefon. Nie przyszło mi do głowy, żeby go winić, ale teraz wiem, że być może sam się o to obwiniał.

— Masz rację.

— Cieszę się, że to słyszę — odparł natychmiast. — Wiem, że studiowanie medycyny jest bardzo czasochłonne, ale może znajdziesz dla mnie chwilę w ciągu tygodnia, żeby się spotkać i porozmawiać? Niekoniecznie o przeszłości.

— Szczerze mówiąc, w tym tygodniu wszystkie wieczory mam zajęte. Jeśli akurat kończę wcześniej, to późnej idę do pracy.

— Pracujesz?

— Tak naprawdę to forma wolontariatu.

— Rozumiem.

Wydawało mi się czy rzeczywiście był rozczarowany?

— Ale możemy umówić się na obiad, jeśli chcesz.

— Mam przerwę obiadową w okolicach czternastej.

Szybko spojrzałam na swój plan. Tylko jednego dnia miałam okienko o tej porze. I niestety trwało jedynie godzinę. Powiedziałam mu o tym.

— Możemy się umówić w twojej stołówce, jeśli chcesz. Wtedy nie będziesz musiała opuszczać uczelni i zdążysz zjeść przed zajęciami.

— Dobry pomysł.

— Dlaczego to brzmi, jakbyś wcale tak nie uważała?

— Po prostu… jeszcze nigdy nie byłam w tej stołówce i jeśli mam być szczera, to nie mam pojęcia, gdzie się znajduje.

Zaśmiał się.

— Poważnie? Studiujesz już dobrych parę miesięcy.

— Wiem, ale jakoś nie było okazji…

— Powiedzmy, że ci wierzę. Twoim zadaniem będzie się dowiedzieć, gdzie jest stołówka. Czekam na wiadomość.

— Jasne. W takim razie do zobaczenia.

— Do zobaczenia, Diana.

*

Karol miał rację, medycyna była czasochłonna. Ale nie tak czasochłonna, jak by się mogło wydawać. Nawet jeśli spędzałam po osiem godzin na uczelni, a kolejne osiem poświęcałam na naukę, to pozostawało jeszcze osiem, no i weekendy. Najlepiej, gdybym mogła przespać te godziny. Ale nie pamiętam, kiedy ostatnio mi się to udało. Dlatego znalazłam sobie jeszcze pracę. Wszystko to sprawiało, że mój czas był niemal całkowicie wypełniony i nie starczało go już na myślenie. Czasem udawało mi się przez długie tygodnie nie wracać myślami do tamtego wydarzenia. Ale zawsze w końcu pojawiało się coś, co nieuchronnie kierowało myśli w tamtą stronę.

Tak czy inaczej czas do spotkania z Karolem upłynął mi prędko. Udało mi się złapać ten rytm, który nadawał bieg mojemu życiu. Na zajęcia z anatomii szłam już skupiona wyłącznie na kwestiach merytorycznych. Nie rozpraszałam swoich myśli ani Karolem, ani tym bardziej przeszłością. To było łatwe, bo zagadnienia, które teraz omawialiśmy, wydawały mi się ciekawe.

Zaliczenie z anatomii jest prawdziwym wyzwaniem dla studentów medycyny. Kiedy przyszedł prowadzący, weszliśmy do sali i usiedliśmy w podwójnych ławkach. Niestety musieliśmy pracować w parach, studentów było zbyt wielu, żeby każdy mógł dostać własny zestaw kości.

Daniel wpadł lekko spóźniony. Przeprosił prowadzącego i wyszczerzył się do mnie, siadając w ławce.

— Korki.

Skinęłam głową i skupiłam uwagę na doktorze. Był u nas na zastępstwie, bo budząca postrach prowadząca odeszła na urlop macierzyński. Prowadziła zajęcia do samego końca; dowiedzieliśmy się, że urodziła ledwie kilka dni po tym, jak przestała przychodzić na zajęcia. Doktor Łysiak był z zakładu medycyny sądowej. Nie skupiał się jedynie na dyktowaniu nazw poszczególnych elementów kości, ale opowiadał wiele ciekawostek, dzięki czemu wszyscy chętnie przychodzili na jego zajęcia.

Dziś mówił o etapach identyfikacji szkieletu. Notowałam szybko, przez co moje pismo było niestaranne, ale nie zwracałam na to większej uwagi. Po tych studiach nie da się mieć ładnego charakteru pisma.

— Musicie wiedzieć, że całkowity rozkład ciała następuje zwykle w ciągu piętnastu–dwudziestu lat. W maksymalnie sprzyjających warunkach, jeśli mamy wysoką temperaturę, kwaśną glebę i dużą wilgotność, ciało może się rozłożyć w mniej niż dwa lata, a głębokie stadium rozkładu następuje już po czterdziestu dniach. Sytuacją idealną byłoby, gdybyśmy do identyfikacji mieli wszystkie kości. Wtedy należałoby dokonać inwentaryzacji szkieletu. Nie patrzcie tak, może i „inwentaryzacja” brzmi niezbyt zachęcająco, ale jest to dość prosta, rutynowa czynność. Polega na anatomicznym ułożeniu kości. Na tym etapie już potrafilibyście to zrobić.

Chociaż to nie było pytanie, wszyscy skinęli na potwierdzenie.

— Identyfikacji można dokonać na kilka sposobów — kontynuował doktor. — Na podstawie uzębienia, mapy antropometrycznej, superprojekcji czy modelu plastycznego. Możliwości jest wiele, ale teraz nas to nie interesuje. Wyobraźcie sobie, że macie same kości, nie ma żadnych włosów, ubrań, niczego, co stanowiłoby podpowiedź. Czy to była osoba, czy dziecko, łatwo określić na podstawie wielkości szkieletu. Ktoś wie, jak ocenić wiek dziecka?

— Trzeba patrzeć na szwy czaszki? — rzucił ktoś.

— Dobrze. U niemowlęcia elementem wiążącym kości czaszki jest obszerna tkanka łączna włóknista tworząca tzw. ciemiączka, potem, na skutek rozrastania się kości, stopniowo się one zwężają i przekształcają w szwy. Ale za bardzo się rozpędziłem. Jak rozpoznacie, czy szkielet, na który patrzycie, w ogóle należy do człowieka? — Doktor uśmiechnął się krzywo. — Wydaje się wam, że to proste, ale wierzcie mi, gdybym dał wam teraz kilka przypadkowych kości, mielibyście problem z określeniem, do kogo należały.

— Kości długie u ludzi są dłuższe i węższe niż u innych ssaków — powiedziałam.

— Bardzo dobrze. Po pierwsze patrzycie na rozmiar. — Ktoś zachichotał, ale doktor kontynuował niezrażony: — Drugim kryterium jest kształt paliczka dystalnego. — Kliknął i na ekranie interaktywnym ukazała się ludzka dłoń. — Zwróćcie uwagę, u człowieka zakończony jest w charakterystyczny, łopatkowaty sposób. Obejrzyjcie to na swoich modelach.

Jednocześnie sięgnęliśmy z Danielem po dłoń. Nasze ręce się zderzyły, Daniel spojrzał mi prosto w oczy. Szybko odwróciłam wzrok.

— Ty pierwsza. — Nie musiałam na niego patrzeć, by wiedzieć, że się uśmiechał.

Obejrzałam paliczek dystalny, zwany też dalszym. Faktycznie miał łopatkowaty kształt.

— Proszę — powiedziałam, oddając mu dłoń.

Długo po prostu udawałam, że nie widzę, jak na mnie patrzy, ale musiałabym być ślepa, żeby nie zauważyć, że mu się podobam. Poza tym Daniel nie starał się być subtelny. Chyba nawet lubiłam go jako kolegę. Jego rodzice byli lekarzami, ubierał się jak synalek bogatych rodziców i nie brakowało mu pewności siebie (urody zresztą też nie), ale jednocześnie nie był zadufany w sobie. Przynajmniej tak mi się wydawało. Dopóki nie naciskał zbyt mocno, był w porządku jako partner do ćwiczeń. Ale ostatnio robił się coraz zuchwalszy.

— A teraz powiedzcie mi, jak odróżnić szkielet kobiety od szkieletu mężczyzny? — zapytał doktor, odrywając moje myśli od Daniela.

— Należy zwrócić uwagę na różnice występujące w budowie czaszki i miednicy między płcią żeńską a męską — padła odpowiedź.

— Wiecie, jakie dokładnie są to różnice?

— Czaszka kobiety jest mniejsza — rzucił ktoś.

— Kąty żuchwy są inne.

— Coś jeszcze? — spytał prowadzący.

— Różnią się kształtem oczodołów.

— Zgadza się — potwierdził. — Kobieca czaszka jest mniejsza, kąt żuchwy jest kątem rozwartym. Do tego oczodoły są wyższe i bardziej zaostrzone niż męskie. Czaszka mężczyzny jest więc większa, kąt żuchwy jest bliższy kątowi prostemu, ma większą kość jarzmową, a oczodoły są bardziej owalne i niżej osadzone. Przyjrzyjcie się swoim czaszkom i powiedzcie mi, czy są męskie, czy kobiece.

Popatrzyłam na Daniela. Czekał, aż pierwsza sięgnę po czaszkę. Zachęcająco skinął głową w moim kierunku.

Obróciłam ją w dłoniach.

— Kąt żuchwy jest bardziej prosty niż rozwarty, kość jarzmowa jak na mój gust dość duża.

— Do tego ma owalne, nisko osadzone oczodoły — dodał Daniel.

Zgodnie stwierdziliśmy, że czaszka jest męska.

— Spójrz na szwy czaszki, są tak zrośnięte, że prawie ich nie widać.

Wiedziałam, do czego dąży.

— Nie ma zbyt wielu zębów, a te, które są, mają pościerane korony. Ta czaszka musiała należeć do starego człowieka.

Doktor stanął przy naszej ławce. Musiał słyszeć nasze wnioski, bo o nic nie zapytał.

— Dobrze — powiedział tylko i poszedł dalej.

— Robię w sobotę imprezę — zagaił Daniel, gdy prowadzący oddalił się na tyle, że nie mógł tego usłyszeć. — Nie chciałabyś wpaść?

Pokręciłam głową.

— Mówiłam ci już, że nie przepadam za imprezami.

Westchnął.

— Wiem, ale spotkań sam na sam też odmawiasz. Czy jedyną okazją do spędzenia z tobą czasu są ćwiczenia z anatomii?