Nauka Świata Dysku ITekst

Z serii: Świat dysku
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Terry Pratchett
Ian Stewart
Jack Cohen
Nauka Świata Dysku I

Przełożył

Piotr W. Cholewa


Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Każda dostatecznie zaawansowana technologia

jest nieodróżnialna od magii.

Arthur C. Clarke

Każda technologia odróżnialna od magii

jest niedostatecznie zaawansowana.

Gregory Benford

Przyczyną, dla której prawda wydaje się o wiele dziwniejsza

od fikcji, jest to, że nie wymaga się, by była logiczna.

Mark Twain

Nigdzie nie ma żadnych żółwi.

Myślak Stibbons

Od tłumacza

Tłumacz dziękuje za pomoc

Anecie Baran, Tomaszowi Brzezińskiemu,

Jackowi Drewnowskiemu, Rafałowi Hyli, Marcinowi Jagodzińskiemu,

Tomaszowi Mazurowi, Michałowi Mierzwie, Ewie Pawelec,

Szymonowi Sokołowi i Danielowi Tarce.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Opowieść zaczyna się tutaj

Dawno, dawno temu istniał sobie Świat Dysku. I wciąż istnieje w dostatecznej liczbie.

Świat Dysku jest płaski i sunie przez kosmos na grzbiecie ogromnego żółwia; stał się inspiracją dla – jak dotąd – dwudziestu pięciu powieści, czterech map, encyklopedii, dwóch seriali animowanych, koszulek, szalików, modeli, plakietek, piwa, haftów, długopisów, plakatów i prawdopodobnie – zanim ta książka ukaże się drukiem – także pudru i dezodorantu (jeśli nie, to tylko kwestia czasu).

Krótko mówiąc, zyskał niezwykłą popularność.

W dodatku Świat Dysku funkcjonuje dzięki magii.

Świat Kuli – nasza ojczysta planeta, a przez rozszerzenie obserwacji także wszechświat, w którym istnieje – funkcjonuje zgodnie z regułami. Tak naprawdę to po prostu funkcjonuje. Ale przyglądamy się jego działaniu, a te obserwacje i oparte na nich dedukcje są fundamentem nauki.

Magowie i uczeni z pozoru bardzo się od siebie różnią. To oczywiste, że grupa ludzi, którzy dziwacznie się ubierają, żyją we własnym świecie, mówią specyficznym językiem i często wygłaszają stwierdzenia wydające się naruszać zdrowy rozsądek, nie ma absolutnie nic wspólnego z grupą ludzi, którzy często dziwacznie się ubierają, mówią specyficznym językiem, żyją... hm...

Może spróbujmy inaczej. Czy istnieje związek między nauką a magią? Czy magia Świata Dysku z jego ekscentrycznymi magami, rozsądnymi czarownicami, upartymi trollami, smokami ziejącymi ogniem, gadającymi psami i osobową (osobowym) ŚMIERCIĄ, rzuca jakieś światło na surową, racjonalną, solidną ziemską naukę?

Sądzimy, że tak.

Wyjaśnimy to za chwilę. Najpierw jednak chcielibyśmy zaznaczyć, czym Nauka Świata Dysku nie jest. Ostatnio pojawiło się na rynku kilka książek związanych z filmami, książek typu Nauka czegoś... – takich jak The Science of X-Files (Nauka Archiwum X) czy The Physics of Star Trek (dosł. Fizyka Star Treka, wydana po polsku jako Fizyka podróży międzygwiezdnych). Opisują te obszary współczesnej nauki, które pewnego dnia mogą stworzyć przedstawione w filmach urządzenia czy zjawiska. Czy obcy rzeczywiście lądowali awaryjnie w Roswell? Czy można zbudować napęd nadświetlny? Czy pojawią się kiedykolwiek superpojemne baterie, jakie Scully i Mulder muszą wykorzystywać w swoich latarkach?

Moglibyśmy pójść tą drogą. Moglibyśmy na przykład wskazać, że teoria Darwina tłumaczy, jak niższe formy życia ewoluują w wyższe, wobec czego całkiem rozsądna wydaje się przemiana człowieka w orangutana (który pozostał jednak bibliotekarzem, jako że nie ma formy życia wyższej niż bibliotekarz). Moglibyśmy spekulować, jakie sekwencje DNA potrafią sensownie wymusić azbestową wyściółkę wnętrzności smoków. Moglibyśmy nawet próbować wyjaśniać, jak powstał długi na tysiące kilometrów żółw.

Postanowiliśmy tego nie robić – z ważnego powodu. Właściwie z dwóch powodów.

Przede wszystkim byłoby to... no... głupie.

A to z drugiego powodu. Świat Dysku nie podąża drogą nauki. Po co udawać, że mógłby? Smoki zioną ogniem nie dlatego, że mają azbestowe płuca – zioną ogniem, ponieważ wszyscy wiedzą, że tak właśnie powinny się zachowywać.

Światem Dysku kieruje coś głębszego niż zwykła magia, coś potężniejszego od bezbarwnej nauki. To imperatyw narracyjny, siła opowieści. Odgrywa rolę podobną do substancji znanej jako flogiston. Kiedyś wierzono, że jest on elementem czy substancją zawartą we wszystkich materiałach palnych, która pozwala im się palić. W uniwersum Dysku jest to narrativum. Występuje w spinie każdego atomu, w torze każdej chmury. Sprawia, że są tym, czym są, że istnieją i uczestniczą w rozwijającej się opowieści o świecie.

W Świecie Kuli rzeczy zdarzają się, ponieważ chcą się zdarzyć[1]. To, czego chcą lub nie chcą ludzie, nie ma większego znaczenia w schemacie rzeczy; wszechświat nie istnieje po to, by opowiedzieć historię.

Z pomocą magii można zmienić żabę w księcia. Z pomocą nauki można zmienić żabę w doktora nauk, ale ów doktor nauk wciąż pozostaje tą samą żabą, od której zaczęliśmy.

Taki jest powszechny pogląd na naukę Świata Kuli. Nie dostrzega się przy tym znacznej części tego, dzięki czemu nauka naprawdę działa. Nauka nie istnieje abstrakcyjnie. Można przemielić wszechświat na cząstki składowe i nie znaleźć nawet śladu Nauki. Nauka jest strukturą stworzoną i rozwijaną przez ludzi. A ludzie sami wybierają, co ich interesuje, co uważają za istotne. I często myślą w sposób narracyjny.

Narrativum to potężna substancja. Zawsze mieliśmy skłonność, by nanosić na uniwersum opowieści. Kiedy istoty ludzkie pierwszy raz spojrzały w gwiazdy, które są wielkimi, ognistymi słońcami położonymi niewyobrażalnie daleko, zobaczyły wśród nich wielkie byki, smoki i miejscowych bohaterów.

Ta ludzka skłonność nie wpływa na to, co mówią reguły, ale określa, które z reguł mamy ochotę rozważać. Co więcej, zasady wszechświata muszą umożliwić wszystko, co ludzie potrafią zaobserwować, a to wprowadza imperatyw narracyjny także do nauki. Ludzie myślą historiami. Klasycznie, sama nauka była odkrywaniem tych historii. Wystarczy przypomnieć sobie różne książki, jak na przykład Historia ludzkości, O pochodzeniu człowieka czy – skoro już o tym mowa – Krótka historia czasu.

Jednak poza – i ponad – opowieściami nauki Świat Dysku może odegrać o wiele ważniejszą rolę: „A gdyby?”. Możemy go wykorzystać jako eksperyment myślowy, wyobrazić sobie, jak wyglądałaby nauka, gdyby wszechświat był inny albo gdyby historia nauki podążyła inną ścieżką. Możemy spojrzeć na naukę z zewnątrz.

Dla naukowca eksperyment myślowy to doświadczenie, które może przeprowadzić w głowie; dzięki niemu tak dobrze rozumie, co naprawdę się dzieje, że nie musi już wykonywać prawdziwych eksperymentów, co oczywiście pozwala zaoszczędzić sporo czasu i pieniędzy, a także chroni przed uzyskaniem wyników, które irytująco nie pasują do teorii. Świat Dysku prezentuje bardziej praktyczne podejście – tam eksperyment myślowy to ten, którego nie można wykonać, a i tak by się nie udał, gdyby nawet próbować. Ale my planujemy w tej książce taki eksperyment, jaki naukowcy przeprowadzają przez cały czas, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. I nie trzeba go wykonywać naprawdę, ponieważ by się nie udał. Wiele najważniejszych problemów w nauce i w naszym jej rozumieniu nie dotyczy tego, czym wszechświat jest naprawdę. Dotyczy tego, co by się stało, gdyby był inny.

Ktoś pyta: „Dlaczego zebry tworzą stada?”. Można na to odpowiedzieć, analizując socjologię zebr, ich psychologię i tak dalej... Albo można zadać pytanie innego rodzaju: „Co by się stało, gdyby nie tworzyły?”. Jedna z dość oczywistych odpowiedzi brzmi: „Ryzyko pożarcia przez lwy byłoby wtedy o wiele większe”. To natychmiast sugeruje, że zebry zbierają się w stada dla wzajemnej obrony. Zaczynamy rozumieć zachowanie zebr, rozważając przez chwilę możliwość, że zachowują się całkiem inaczej.

Innym, poważniejszym przykładem jest pytanie: „Czy Układ Słoneczny jest stabilny?”, co oznacza: „Czy mógłby drastycznie się zmienić w rezultacie jakiegoś maleńkiego zakłócenia?”. W 1887 roku król Szwecji, Oscar II, wyznaczył nagrodę 2500 koron za rozwiązanie tego problemu. Matematycy potrzebowali około stu lat, by wreszcie uzyskać pewną odpowiedź: „Być może”. (Była to dobra odpowiedź, ale nie dostali za nią pieniędzy. Nagrodę wręczono już komuś, kto odpowiedzi nie uzyskał i w nagrodzonym artykule popełnił poważny błąd akurat w najciekawszej części. Kiedy własnym kosztem starał się błąd poprawić, wymyślił teorię chaosu i otworzył drogę dla „być może”. Czasami najlepszą odpowiedzią jest jeszcze ciekawsze pytanie). Ale nam chodzi o to, że stabilność nie jest tym, co system naprawdę robi; jest stwierdzeniem, jak mógłby się zmienić w wyniku zakłócenia. Stabilność, z definicji, zajmuje się „a gdyby”.

Ponieważ znaczna część nauki dotyczy naprawdę tego nieistniejącego świata eksperymentów myślowych, nasze rozumienie nauki musi obejmować światy nie tylko realne, ale też wyobrażone. Nie zwykła inteligencja, lecz raczej wyobraźnia jest cechą prawdziwie ludzką. A czy jest lepszy świat wyobraźni, od którego moglibyśmy zacząć, niż Świat Dysku? Świat Dysku to spójne, dobrze rozwinięte uniwersum, z własnym zestawem reguł i przekonująco realnymi bohaterami żyjącymi tam właśnie, mimo znaczących różnic między zasadami ich i naszego wszechświata. Wielu z nich dysponuje też bogatymi zasobami „zdrowego rozsądku”, jednego z naturalnych wrogów nauki.

 

W kanonicznych dziełach o Dysku regularnie pojawiają się budynki i grono profesorskie Niewidocznego Uniwersytetu, głównej uczelni magicznej. Magowie[2] to pełna entuzjazmu gromada, zawsze gotowa otworzyć dowolne drzwi, na których wypisano: „Te drzwi mają pozostać zamknięte”, albo chwycić coś, co właśnie zaczęło syczeć. Uznaliśmy więc, że mogą być użyteczni...

Jeśli my – czy też oni – porównamy magię Dysku z nauką Kuli, znajdziemy wiele podobieństw i analogii. Magowie z Niewidocznego Uniwersytetu nie bez powodu uważają, że nasz świat jest parodią Dysku.

A jeśli nawet nie znajdziemy podobieństw, przekonamy się, że różnice także są niezwykle pouczające. Nauka zaczyna inaczej wyglądać, jeśli przestajemy zadawać pytania typu: „Jak wygląda DNA traszki?”, a zamiast tego spytamy: „Jak magowie przyjęliby taki sposób myślenia o traszkach?”.

Na Świecie Dysku nie istnieje nauka jako taka. Dlatego trochę jej wprowadziliśmy. Magicznymi środkami trzeba magów z Dysku doprowadzić do stworzenia własnej gałęzi nauki – jakiegoś „kieszonkowego wszechświata”, gdzie magia przestaje działać, ale obowiązują reguły. Wtedy – gdy magowie uczą się rozumieć, w jaki sposób reguły prowadzą do ciekawych wydarzeń i obiektów: skał, bakterii, cywilizacji – obserwujemy, jak oni obserwują... no, właściwie obserwują nas. To coś w rodzaju rekurencyjnego eksperymentu myślowego albo rosyjskiej „matrioszki”, lalki, w której tkwią mniejsze lalki, a po ich otworzeniu znajdujemy wewnątrz najmniejszą.

I wtedy odkrywamy, że... Ale to już całkiem inna historia.

grudzień 1998

T.P., I.S. & J.C.

PS Obawiamy się, że na stronicach tej książki wspomnieliśmy o kocie Schrödingera, o paradoksie bliźniąt i jeszcze o świeceniu latarką przed statkiem kosmicznym lecącym z prędkością światła. To dlatego, że zgodnie z regulaminem Gildii Pisarzy Popularnonaukowych te rzeczy muszą się pojawić. Staraliśmy się jednak pisać o nich krótko.

Udało nam się także bardzo, naprawdę bardzo krótko wspomnieć o Nogawkach Czasu.

[1] W pewnym sensie. Zdarzają się, ponieważ obiekty przestrzegają reguł wszechświata. Kamień nie zdradza żadnych wykrywalnych opinii na temat grawitacji.

[2] Podobnie jak pracownicy dowolnego uniwersytetu Świata Kuli, mają nieograniczony czas na badania, nieograniczone fundusze i nie muszą się martwić o kontrakty. Są jednak kolejno: niekonsekwentni, pomysłowo złośliwi, odporni na nowe idee (dopóki nie staną się starymi ideami), wysoce kreatywni w najmniej odpowiednich chwilach i wiecznie kłótliwi – i pod tymi względami absolutnie nie przypominają swoich odpowiedników ze Świata Kuli. Ani trochę.

1
Rozbicie thaumu

Pewnych pytań nie powinno się zadawać. Ale zawsze ktoś to zrobi.

– Jak to działa? – zapytał nadrektor Mustrum Ridcully, kierujący Niewidocznym Uniwersytetem.

Takich pytań Myślak Stibbons nienawidził prawie tak bardzo, jak „Ile to kosztuje?”. Były to dwa najtrudniejsze pytania, na jakie musiał odpowiadać badacz. Jako pełniący obowiązki szefa działu badań i rozwoju magicznego, starał się za wszelką cenę unikać pytań o finanse.

– W dość skomplikowany sposób – odparł wreszcie.

– Aha.

– A ja chciałbym się dowiedzieć – dodał pierwszy prymus – kiedy dostaniemy znowu nasz kort do squasha.

– Nigdy pan nie gra, pierwszy prymusie – zauważył Ridcully, podziwiając wysoką, czarną konstrukcję ustawioną na środku starego uniwersyteckiego kortu[3].

– Ale pewnego dnia może mi przyjść ochota. A będzie bardzo trudno z tym czymś na korcie. Chyba że całkiem zmienimy reguły.

Na zewnątrz śnieg zasypał wysokie okna. Zima z wolna okazywała się najdłuższą w ludzkiej pamięci – tak długą, że sama ludzka pamięć uległa skróceniu, kiedy mrozom ulegli co niektórzy starsi obywatele. Chłód przenikał nawet grube i stare mury Niewidocznego Uniwersytetu, ku powszechnej trosce i irytacji grona profesorskiego. Magowie potrafili znieść każdą niewygodę i trud, pod warunkiem że przytrafiały się komuś innemu.

I tak, po licznych próbach, projekt Myślaka Stibbonsa uzyskał wreszcie aprobatę. Jego wyjaśnienia, że rozbicie thaumu przesunie granice ludzkiej wiedzy, trafiały na nieczułe uszy; magowie uważali, że przesuwanie granic czegokolwiek podobne jest do dźwigania bardzo ciężkiego, wilgotnego kamienia. Jego teza, że rozbicie thaumu może znacząco powiększyć sumę ludzkiego szczęścia, spotkała się z ripostą, że już teraz wszyscy wydają się dostatecznie szczęśliwi.

Wreszcie stwierdził, że rozbicie thaumu uwolni wielkie ilości pierwotnej magii, którą bez trudu i tanio można przekształcić w ciepło. To podziałało. Wykładowcy dość chłodno traktowali ideę wiedzy dla samej wiedzy, za to ideę ciepłych sypialni przyjęli z gorącym entuzjazmem.

W tej chwili wszyscy starsi magowie spacerowali po ciasnym nagle korcie i dotykali niezwykłego urządzenia. Nadrektor wyjął z ust fajkę i z roztargnieniem postukał cybuchem o matowoczarną ścianę maszyny.

– Eee... Proszę tego nie robić – odezwał się Myślak.

– Dlaczego nie?

– Bo może nastąpić... możliwy jest... istnieje szansa... – Myślak urwał. – Zapanuje tu nieporządek – zakończył po chwili.

– Aha. Słuszna uwaga. Więc nie chodzi o to, że to urządzenie mogłoby wybuchnąć?

– Tego... no nie, panie nadrektorze. Cha, cha – zaprzeczył niepewnie Myślak. – Potrzebne jest coś więcej niż tylko...

Stuknęło cicho – to piłka odbiła się od ściany, trafiła w obudowę i wytrąciła nadrektorowi fajkę z ust.

– To był pan, dziekanie – oznajmił oskarżycielskim tonem Ridcully. – Bądźmy poważni. Przecież nikt z was od lat nawet nie wspominał o squashu, aż tu nagle wszyscy chcą... Panie Stibbons? Panie Stibbons?

Trącił niewielki kopczyk, który okazał się skulonym szefem uniwersyteckiego działu badawczego. Myślak Stibbons wyprostował się ostrożnie i wyjrzał spomiędzy palców.

– Naprawdę sądzę, że lepiej by było, gdyby przestali grać w squasha – wyszeptał.

– Ja też. Nie ma nic gorszego od spoconego maga. Przestańcie, panowie. I podejdźcie bliżej. Pan Stibbons chce wygłosić swoją prezentację. – Nadrektor rzucił Myślakowi surowe spojrzenie. – Będzie bardzo ciekawa i pouczająca. Wytłumaczy nam, na co wydał pięćdziesiąt pięć tysięcy osiemset siedemdziesiąt dziewięć ankhmorporkiańskich dolarów i czterdzieści pięć pensów.

– I dlaczego zrujnował całkiem przyzwoity kort do squasha – dodał pierwszy prymus i stuknął rakietą w aparaturę.

– I czy to bezpieczne – wtrącił dziekan. – Jestem przeciwny grzebaniu się w fizyce.

Myślak Stibbons skrzywił się lekko.

– Zapewniam pana, dziekanie, że szanse, iż ktokolwiek zostanie zabity przez... hm... przez machinę reakcyjną, są nawet większe niż szansa, że zostanie najechany podczas przechodzenia przez ulicę – oświadczył.

– Naprawdę? No tak... W takim razie w porządku.

Myślak raz jeszcze przemyślał zaimprowizowane stwierdzenie, które właśnie wygłosił, i postanowił, że w danych okolicznościach lepiej go nie prostować. Rozmowa ze starszymi magami przypominała budowę domku z kart: jeśli cokolwiek zdoła stanąć pionowo, człowiek tylko oddycha delikatnie i pracuje dalej.

Myślak wynalazł pewien system, który na własny użytek nazywał „okłamywaniem magów”. To dla ich dobra, tłumaczył sobie. Nie warto mówić szefom wszystkiego. Nie ma sensu ich obciążać. Tak naprawdę potrzebują bajeczek, o których sądzą, że je rozumieją, a potem idą sobie i już się nie martwią.

Kazał swoim studentom przygotować w rogu kortu niewielki model. Obok, z rurami biegnącymi przez ścianę do sąsiedniego budynku Magii Wysokich Energii, stał terminal HEX-a, uniwersyteckiej maszyny myślącej. Przy niej wyrastał niewielki postument z bardzo dużą czerwoną dźwignią, na której ktoś zawiązał różową kokardkę.

Myślak zerknął do notatek i przyjrzał się zgromadzonym magom.

– Ehm... – zaczął.

– Mam tu gdzieś cukierki na gardło... – Pierwszy prymus poklepał się po kieszeniach.

Myślak raz jeszcze zajrzał w notatki i ogarnęło go straszliwe poczucie beznadziejności. Uświadomił sobie, że doskonale potrafi wytłumaczyć zasady rozpadu thaumowego, pod warunkiem jednak, że osoba, do której mówi, wie już wszystko na ten temat. Jednak starszym magom będzie musiał wyjaśniać znaczenie każdego słowa. W pewnych przypadkach oznaczało to również takie słowa jak „z” oraz „i”.

Zauważył dzbanek z wodą na pulpicie i postanowił improwizować.

Podniósł szklankę wody.

– Czy zdajecie sobie sprawę, panowie – zaczął – że potencjał thaumiczny w tej wodzie... to znaczy, chciałem powiedzieć, pole magiczne generowane przez zawartość narrativum, które mówi jej, że jest wodą, i dzięki któremu pozostaje wodą, zamiast, cha, cha, gołębiem albo żabą... wystarczyłby, gdybyśmy potrafili go uwolnić, aby przemieścić cały nasz Uniwersytet na księżyc?

Uśmiechnął się promiennie.

– Więc lepiej niech tam zostanie – uznał kierownik Katedry Studiów Nieokreślonych.

Myślak zamarł.

– Oczywiście nie jesteśmy w stanie uwolnić go w całości – zapewnił. – Ale...

– Dość, żeby przemieścić na księżyc mały kawałek uniwersytetu? – dokończył wykładowca run współczesnych.

– Dziekanowi przydałyby się wakacje – zauważył nadrektor.

– Nie podoba mu się ta uwaga, nadrektorze.

– Chciałem tylko poprawić nastrój, dziekanie.

– Ale możemy uwolnić! Możemy uwolnić tyle, by wykonać rozmaite pożyteczne prace – dokończył z wysiłkiem Myślak.

– Na przykład ogrzać mój gabinet – podpowiedział wykładowca run współczesnych. – Dziś rano woda znowu zamarzła w dzbanku.

– Otóż to! – zgodził się radośnie Myślak, rozpaczliwie poszukujący użytecznego „kłamstwa dla magów”. – Możemy wykorzystać ten potencjał do zagotowania wody w wielkim kotle! O to właśnie chodzi. To absolutnie niegroźne! Bezpieczne pod każdym względem! Dlatego senat uniwersytetu zgodził się na budowę! Nie pozwolilibyście mi, panowie, gdyby to było niebezpieczne. Prawda?

Wypił wodę.

Jak jeden, zebrani magowie odstąpili o krok.

– Proszę zawiadomić, jak wszystko tam wygląda – powiedział dziekan.

– I przywieźć z powrotem kamienie. Albo cokolwiek – dodał wykładowca run współczesnych.

– Niech pan do nas pomacha – zaproponował pierwszy prymus. – Mamy całkiem dobry teleskop.

Myślak przyjrzał się pustej szklance i po raz kolejny dopasował sposób myślenia do publiczności.

– No nie – powiedział. – Paliwo musi najpierw trafić do machiny reakcyjnej. A potem... potem...

Zrezygnował.

– Magia krąży w kółko i przepływa pod kocioł, do którego podłączyliśmy rury, więc na całym uniwersytecie będzie przyjemnie i ciepło – zakończył. – Jakieś pytania?

– Gdzie się sypie węgiel? – chciał wiedzieć dziekan. – To rozbój, ile ostatnio żądają krasnoludy.

– Nigdzie, panie dziekanie. Nie trzeba żadnego węgla. Ciepło jest... darmowe. – Po czole Myślaka spłynęła niewielka kropla potu.

– Naprawdę? W takim razie sporo zaoszczędzimy. Prawda, kwestorze? Prawda? Gdzie jest kwestor?

– No... tego... Kwestor mi dzisiaj asystuje.

Myślak wskazał galerię wokół kortu. Kwestor stał tam, uśmiechając się z roztargnieniem. Trzymał siekierę. Przywiązaną do poręczy linę przerzucono przez belkę w suficie; zwisał z niej długi, ciężki pręt umieszczony nad środkiem machiny reakcyjnej.

– Jest... istnieje niewielka możliwość, że machina wytworzy zbyt wiele magii – wyjaśnił Myślak. – Ten pręt jest z ołowiu laminowanego drewnem jarzębiny. Wspólnie stłumią dowolną reakcję magiczną. Gdyby więc zaczęło się dziać coś... Jeśli zechcemy ustabilizować proces, kwestor przetnie linę i pręt opadnie w sam środek machiny reakcyjnej. Rozumiecie, panowie?

– A ten człowiek, który stoi obok niego?

– To pan Rzepiszcz, mój asystent. Jest systemem zabezpieczającym.

 

– To znaczy co robi?

– Ma za zadanie krzyknąć: „Na miłość bogów, natychmiast rąb tę linę!”.

Magowie ze zrozumieniem pokiwali głowami. Według norm Ankh-Morpork, gdzie własnego kciuka używano powszechnie jako miernika temperatury, była to dbałość o bezpieczeństwo i higienę pracy doprowadzona do granic możliwości.

– Wszystko to wydaje mi się wystarczająco bezpieczne – stwierdził pierwszy prymus.

– Jak pan wpadł na ten pomysł, panie Stibbons? – zainteresował się Ridcully.

– No więc... Przede wszystkim poprzez własne badania, panie nadrektorze, ale wiele ważnych wskazówek odkryłem dzięki starannej lekturze Zwojów z Loko w Bibliotece.

Myślak uznał, że to bezpieczne wyznanie. Magowie lubili starożytną mądrość, jednak pod warunkiem że jest dostatecznie starożytna. Uważali, że mądrość jest jak wino: tym lepsza, im dłużej pozostawiana w spokoju. Coś, czego nie znano przez parę setek lat, prawdopodobnie nie jest warte poznania.

– Loko... Loko... Loko... – zastanawiał się Ridcully. – To w Uberwaldzie, zgadza się?

– W samej rzeczy, panie nadrektorze.

– Usiłuję sobie przypomnieć... – Ridcully przeczesał brodę. – To tam, gdzie jest taka wielka, głęboka dolina otoczona pierścieniem gór, tak? Bardzo głęboka, jeśli dobrze pamiętam.

– Istotnie, panie nadrektorze. Według katalogu Biblioteki, zwoje odnalazła wyprawa Crustleya...

– Żyje tam masa centaurów, faunów i innych dziwacznie zbudowanych magicznych dziwolągów, jeśli sobie przypominam te teksty.

– Doprawdy?

– Czy to nie Stanmer Crustley zmarł na planety?

– Nie orientuję się...

– Zdaje się, że to niezwykle rzadka choroba magiczna.

– To prawda, panie nadrektorze, ale...

– O ile wiem, w ciągu kilku miesięcy od powrotu wszyscy członkowie wyprawy zachorowali na coś poważnie magicznego – mówił dalej Ridcully.

– No... no tak. Istniała nawet sugestia, że miejsce obłożone jest jakąś klątwą. Śmieszny pomysł, przyzna pan, nadrektorze.

– Wydaje mi się, że powinienem spytać, panie Stibbons... Jaka jest szansa, że to wszystko wybuchnie i zniszczy cały uniwersytet?

Serce Myślaka zamarło. Przeanalizował ostatnie zdanie i postanowił szukać ucieczki w prawdzie.

– Żadna, panie nadrektorze.

– Niech pan będzie szczery, panie Stibbons.

Na tym polegał główny problem z nadrektorem. Zwykle kroczył po okolicy i krzyczał na ludzi, ale kiedy już zechciał ustawić swoje szare komórki w szeregu, potrafił bezbłędnie skierować je w najbliższy słaby punkt.

– No więc... W mało prawdopodobnym wypadku jakiejś poważnej awarii, to... to nie zniszczy tylko uniwersytetu, panie nadrektorze.

– A co zniszczy, jeśli wolno spytać?

– No... Wszystko, panie nadrektorze.

– Wszystko, co istnieje, chce pan powiedzieć?

– W promieniu pięćdziesięciu tysięcy mil w przestrzeni, panie nadrektorze. Tak. Według HEX-a nastąpi to natychmiastowo. Nie zdążymy nic zauważyć.

– A szansa takiego zdarzenia jest...

– Około jednego do pięćdziesięciu.

Magowie uspokoili się wyraźnie.

– To całkiem bezpieczne. Przy takich szansach nie stawiałbym na wyścigach – oświadczył pierwszy prymus. Na wewnętrznej powierzchni okna jego sypialni było pół cala lodu. Takie rzeczy sprawiają, że człowiek inaczej ocenia ryzyko.

[3] Squash magów, albo „prawdziwy”, ma niewiele wspólnego z tą szybkościową kąpielą we własnym pocie, jaką rozgrywa się gdzie indziej. Magowie nie widzą powodu, by szybko się poruszać. Piłka płynie leniwie w wysokich lobach. Pewne magiczne niespójności, wbudowane w mury i podłogę, sprawiają jednak, że ściana, w którą uderza, niekoniecznie jest tą samą, od której się odbija. Był to jeden z czynników, jakie – co Stibbons uświadomił sobie później – powinien wziąć pod uwagę. Nic tak nie pobudza magicznej cząstki jak spotkanie ze sobą, biegnącą z naprzeciwka.