Fabryka OsTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Iain Banks

Fabryka Os


Tytuł oryginału

The Wasp Factory ISBN 978-83-8202-250-6 Copyright © Iain Banks 1984 Preface copyright © Iain Banks 2008 All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Robert Sudół, 2021 Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2021 Projekt graficzny okładki Szymon Wójciak Redaktor prowadzący Dariusz Wojtczak Adiustacja tekstu Robert Cichowlas Wydanie 1 w tej edycji Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

dla Adèle

Przedmowa

Był początek 1980 roku, a ja uważałem się za pisarza science fiction, choć niczego dotąd nie udało mi się wydać drukiem. Literatem pragnąłem być już od czasów szkoły podstawowej, a pierwsze próby twórczości podjąłem w wieku czternastu lat. Dwa lata później spłodziłem coś z grubsza odpowiadającego definicji dzieła literackiego — powieść szpiegowską przesyconą seksem i przemocą (do dziś pogardzam stanowiskiem, że powinniśmy pisać wyłącznie o tym, o czym wiemy z doświadczenia). Tekst ten napisałem ołówkiem w starym dzienniku okrętowym — nie zadałem sobie nawet trudu, aby przepisać go potem na maszynie, bo uznałem go tylko za wprawkę literacką. Moja następna powieść zawdzięczała co nieco — na tyle dużo, że zasługiwałoby to na przeprosiny — Paragrafowi 22 Josepha Hellera i do dziś pozostaje jedynym moim tekstem napisanym bez planu. Zanim w końcu udało mi się ją okiełznać i zakończyć, z braku narzuconych sobie ram rozrosła się jak nowotwór do czterystu tysięcy słów. W odróżnieniu od poprzedniej została napisana na maszynie i z czasem zgromadziłem dzięki niej imponującą kolekcję listów odmownych od wydawców.

Następne trzy powieści, powstałe w latach ­1974-1979, były dziełami science fiction, bo uznałem, że jestem pisarzem tego gatunku. To był mój wybór literacki. Lubiłem klasykę, ceniłem współczesną beletrystykę, lecz science fiction wprost uwielbiałem jako idealną arenę dla nieokiełznanej wyobraźni. Dlatego zdecydowałem, że do końca swojej kariery — jeśli oczywiście zdołam ją zrobić — będę pisał powieści SF.

Kolejne odmowy, kolejne prztyczki w nos. Szybko wyczerpała się lista wydawnictw, których profil obejmował literaturę science fiction, a przecież tylko za ich pośrednictwem mogłem obdarzyć swoją wiekopomną prozą nic niepodejrzewającego czytelnika, który — byłem o tym przekonany — ostatecznie byłby mi dozgonnie wdzięczny.

W 1980 roku miałem już tego dość. Może jednak nie jestem pisarzem science fiction? — zadawałem sobie pytanie. Może powinienem pokusić się o napisanie zwykłej, nudnej, mainstreamowej powieści? Może nadeszła pora, aby rozważyć przerobienie jednego z moich wczesnych, niewątpliwie genialnych tekstów, zamiast liczyć na to, że londyńscy wydawcy są na tyle rozgarnięci, aby dostrzec, że surowy diament — po doszlifowaniu kilku nierówności — przyniósłby im, niewdzięcznym łotrom, krociowe zyski…

Fabryka Os stanowi częściowe przyznanie się do porażki — z melodramatycznym westchnieniem zrezygnowałem z wielobarwnych fresków o kosmosie. Odłożyłem szerokie pędzle i wielkie ramy i wziąłem skromny zestaw kredek cieńszych niż ołówek, aby — z zaciśniętymi szczękami i zmarszczonym czołem — wykorzystać bardziej ograniczoną paletę barw i spłodzić coś, co w porównaniu z poprzednimi tekstami wydawało się wręcz miniaturą.

Wychowałem się w Fife i Gourock Greenock, podejrzewam więc, że mogłem pokusić się o napisanie czegoś w duchu chropowatego szkockiego realizmu. Studiowałem na uniwersytecie, mogłem zatem spróbować powieści kampusowej. Niedawno przeniosłem się do Londynu, toteż mogłem obdarzyć świat opowieścią o przygodach wsiocha w Mieście Zła.

W końcu zdecydowałem się na coś, co pozwoliło mi pozostać w mojej ówczesnej strefie komfortu — narracja w pierwszej osobie, miejscem akcji odludny zakątek w Szkocji, bohaterem ekscentryczny nastolatek o skłonności do przemocy. Dzięki temu mogłem potraktować tekst jako coś pokrewnego science fiction. Wyspa mogła być postrzegana jako odległa planeta, a Frank prawie jako kosmita. Choć skręcało mnie od tego w środku, dołączyłem do nurtu o nazwie „pisz o tym, co wiesz z doświadczenia”, niemniej jako środka ekspresji użyłem hiperboli charakterystycznej dla SF, własne przeżycia przedstawiając w sposób wyolbrzymiony. Usypywałem tamy, więc Frank też je usypywał, choć jemu towarzyszyła zaburzona, psychotyczna motywacja: kobiety, morze i zemsta. Składałem wielkie latawce, więc Frank poszedł w moje ślady, a jednego z nich użył jako narzędzia mordu. Z kolegą oddawałem się bez reszty dość powszechnemu wówczas i całkowicie niewinnemu hobby, jakim było konstruowanie bomb, miotaczy ognia, broni, gigantycznych proc i kolejnych bomb. Frank też to robił, tyle że w samotności i w mało szlachetnym celu.

Uznałem, że oprócz tego moja powieść powinna mieć wymowę profeministyczną i antymilitarystyczną, wyśmiewać religię i ukazywać to, jak kształtujemy siebie i swoje otoczenie oraz jak jesteśmy dezinformowani przez tych, którzy są u władzy. W pewien sposób Frank symbolizuje nas wszystkich: tych, którzy zostali oszukani, sprowadzeni na manowce, którzy wzdychają do tego, co nigdy nie istniało, mszczą się bez powodu i usiłują dorosnąć do lansowanego wydumanego ideału, mającego niewiele wspólnego z rzeczywistością. Są również fragmenty, w których usiłowałem wykorzystać postać Franka do ukazania problemu deklarowanych i faktycznych przyczyn stosowania przemocy (stąd rozmyślania głównego bohatera na temat ataku w Króliczej Krainie).

Próbowałem również pokazać, że niewinność dziecka nie jest wcale taka, jak sobie wyobrażamy — dzieci najprawdopodobniej mają tyle samo gwałtownych myśli co dorośli, nie dysponują natomiast skomplikowanym zestawem norm moralnych, którym mogłyby się w tym przypadku posłużyć.

Lecz gdy się nad tym głębiej zastanowić, to nie wszyscy dorośli też nim dysponują.

Iain Banks

1. Pale Ofiarne

Tego dnia, gdy dowiedzieliśmy się, że mój brat uciekł, robiłem właśnie obchód Pali Ofiarnych. Wiedziałem, że coś się szykuje — wiedziałem dzięki Fabryce.

Na północnym krańcu wyspy, opodal osuwiska, gdzie na wietrze dmącym od wschodu wciąż skrzypiała korba zardzewiałej wciągarki, ustawiłem dwa Pale na osłoniętym stoku ostatniej wydmy. Na pierwszym tkwiła głowa szczura z dwiema ważkami, na drugim — mewa i dwie myszy. Właśnie nasadzałem z powrotem jedną mysz, gdy ptaki wzbiły się pod wieczorne niebo, pohukując i skrzecząc, krążąc nad ścieżką biegnącą między wydmami obok ich gniazd. Upewniłem się, że mysz nie spadnie, wdrapałem na szczyt wydmy i przyłożyłem do oczu lornetkę.

Na rowerze nadjeżdżał Diggs, policjant z miasteczka, pedałując zawzięcie ze spuszczoną głową, bo koła wrzynały się w piaszczystą ścieżkę. Zsiadł, oparł rower o stalowe liny, po czym wszedł na kołyszący się mostek i zatrzymał się przed bramą. Widziałem, jak wciska guzik domofonu. Stał chwilę, rozglądając się wokół po cichych wydmach, patrząc na osiadające ptaki. Nie zobaczył mnie, bo się ukryłem. Ojciec widocznie zareagował na dzwonek, ponieważ Diggs pochylił się lekko i przemówił do kratki obok przycisku, a potem pchnął bramę na oścież i ruszył mostkiem na wyspę i dalej ścieżką w kierunku domu. Zniknął za wydmami, a ja siedziałem dalej przez chwilę, drapiąc się w krocze, wiatr tymczasem igrał z moimi włosami, a ptaki powracały do gniazd.

Wyjąłem zza paska procę, wybrałem półtoracalowe łożysko kulkowe, wymierzyłem starannie i posłałem je wysokim łukiem za rzekę, słupy telefoniczne i wiszący mostek, aż na stały ląd. Pocisk trafił w tabliczkę z napisem „Teren prywatny — wstęp wzbroniony”, a ja, usłyszawszy cichy huk, uśmiechnąłem się. Dobry znak. Przekaz Fabryki nie był zbyt dokładny (rzadko kiedy był), lecz mimo to miałem wrażenie, że ostrzega mnie ona przed czymś ważnym. Przed niebezpieczeństwem, jak podejrzewałem. Byłem dość rozgarnięty, by pojąć wskazówkę, obszedłem więc Pale Ofiarne i teraz już wiedziałem, że oko wciąż mam dobre; panowałem nad sytuacją.

Postanowiłem nie wracać od razu do domu. Ojciec wolał, żeby mnie nie było, kiedy przyjeżdżał Diggs, poza tym pozostało kilka Pali do sprawdzenia przed zachodem słońca. Zsunąłem się z wydmy w cień, następnie odwróciłem i spojrzałem na łebki i ciała, czuwające nad północnym wejściem na wyspę. Wyglądały znakomicie, te skórki na sękatych gałęziach. Czarne wstążki przywiązane do konarów powiewały łagodnie na wietrze, jakby mnie pozdrawiały. Uznałem, że nic złego nie może się wydarzyć i że jutro poproszę Fabrykę o więcej informacji. Jeżeli dopisze mi szczęście, może ojciec mi coś powie, a jeżeli dopisze mi w dwójnasób, to może tym razem nie skłamie?

Mrok już zapadł i pojawiły się pierwsze gwiazdy, kiedy zostawiłem worek z łebkami i ciałami i wyszedłem z Bunkra. Dzięki ptakom wiedziałem, że Diggs odjechał przed kilkoma minutami, pobiegłem więc najkrótszą drogą do domu, gdzie światła były pozapalane jak zawsze. Ojca zastałem w kuchni.

 

— Był Diggs. Pewnie wiesz.

Wsunął wypalone cygaro pod kran z zimną wodą i odkręcił na sekundę kurek — brązowy kikut zasyczał i zgasł — następnie wrzucił mokry niedopałek do kosza na śmieci. Wyłożyłem swoje rzeczy na duży stół i usiadłem, wzruszając ramionami. Ojciec zwiększył pokrętłem płomień pod garnkiem z zupą, zajrzał pod pokrywkę i obrócił się do mnie.

W powietrzu, na wysokości ramienia, wisiał obłok szaroniebieskiego dymu, przerzedzony pośrodku — niechybnie przeze mnie, kiedy wszedłem od tyłu przez ganek. Wzburzone kłęby unosiły się powoli między nami, tymczasem ojciec wpatrywał się we mnie. Poruszyłem się niespokojnie i spuściłem wzrok, bawiąc się czarną procą. Przyszło mi do głowy, że ojciec wygląda na zmartwionego, ale potrafił udawać, więc pewnie chciał, żebym tak myślał, zatem zachowałem czujność.

— Chyba lepiej będzie, jeżeli ci powiem — odezwał się i znowu odwrócił. Wziął drewnianą łyżkę i zamieszał zupę. Czekałem. — Chodzi o Erica.

Od razu wiedziałem, co się stało. Nie musiał już nic mówić. Z jego słów można było wnosić, że mój przyrodni brat zmarł albo zachorował, albo że jakieś nieszczęście mu się przytrafiło, lecz ja wiedziałem, że Eric sam coś przeskrobał, a tylko jedno mogło zmartwić ojca. Zwiał. Nic jednak nie powiedziałem.

— Eric uciekł ze szpitala. Diggs przyjechał mi to powiedzieć. Być może spróbuje wrócić. Zdejmij te rzeczy ze stołu, tyle razy ci już mówiłem.

Skosztował zupy, wciąż stojąc tyłem do mnie. Kiedy się odwrócił, zabrałem procę, lornetkę i rydel.

— Pewnie mu się nie uda uciec daleko — ciągnął ojciec beznamiętnym tonem. — Złapią go jutro albo pojutrze. Pomyślałem jednak, że lepiej, żebyś wiedział. W razie gdyby ktoś inny o tym usłyszał i coś mówił. Daj talerz.

Podszedłem do szafki i wyjąłem talerz, następnie usiadłem, z jedną nogą podkurczoną pod sobą. Ojciec znów mieszał zupę, a jej zapach nałożył się na woń cygara. Poczułem ucisk w żołądku — narastające łaskot­liwe poruszenie. Zatem Eric wraca do domu; dobrze to, i źle. Wiedziałem, że mu się uda. Nie przyszło mi nawet do głowy, by zapytać o to Fabrykę, Eric wróci ani chybi. Zastanawiałem się, ile czasu mu potrzeba i czy Diggs po raz kolejny będzie musiał biegać po mieście i bić na alarm, że obłąkany chłopak, który podpala psy, znowu jest na wolności. Obywatele, pozamykajcie Azory w domu!

Ojciec nalał mi zupy do talerza. Podmuchałem. Pomyślałem o Palach Ofiarnych. Stanowiły mój system wczesnego ostrzegania i zarazem środek odstraszający: zarażone, mocarne przedmioty, które patrzyły z wyspy na świat, ostudzając zapędy potencjalnego intruza. Te totemy były strzałem ostrzegawczym; każdy, kto wkraczał na moje terytorium, zobaczywszy je, wiedział, czego się spodziewać. Eric jednak widział w nich wyciągniętą w geście powitania dłoń, a nie zaciśniętą i wrogą pięść.

— Dobrze, że umyłeś ręce — powiedział ojciec, kiedy przesączałem przez wargi gorącą zupę.

To była sarkastyczna uwaga. Z kredensu wyjął butelkę whisky i nalał sobie. Drugą szklaneczkę, z której — jak się domyślałem — pił konstabl, wstawił do zlewu. Usiadł na drugim końcu stołu.

Ojciec jest wysoki i szczupły, choć lekko się garbi. Ma twarz delikatną, jak kobieta, i ciemne oczy. Utyka, odkąd pamiętam. Lewą nogę ma niemal całkowicie sztywną i kiedy wychodzi, zwykle bierze laskę. Gdy jest dżdżysto, pomaga nią sobie również w domu i wtedy słyszę, jak stuka o gołe podłogi, chodząc po pokojach i korytarzach: pusty dźwięk to tu, to tam.

Laska symbolizuje bezpieczeństwo Fabryki. Dzięki niewładnej nodze ojca zyskałem sanktuarium na ciepłym obszernym poddaszu, u samej góry, gdzie znajdują się graty i śmiecie, gdzie zbiera się kurz, a promienie słońca padają ukośnie. Tam mieści się Fabryka: żywa, acz milcząca i nieruchoma.

Ojciec nie wszedłby na wąską drabinę, a nawet gdyby dał radę, nie zdołałby obrócić się na samym szczycie, by dostać się na poddasze przy zbudowanym z cegieł przewodzie dymnym.

Zatem króluję tam niepodzielnie.

Ojciec ma pewnie z czterdzieści pięć lat, choć czasem wygląda na znacznie starszego, kiedy indziej z kolei wydaje mi się trochę młodszy. Nie zdradzi mi swojego wieku, więc na oko oceniam go na czterdzieści pięć lat.

— Jaką wysokość ma ten stół? — zagadnął znienacka, gdy podszedłem do pojemnika na chleb, by ukroić sobie kromkę i wyczyścić talerz.

Obróciłem się i spojrzałem na niego zdziwiony, że zadał tak łatwe pytanie.

— Trzydzieści cali — odparłem i wyjąłem skórkę od chleba.

— Źle — rzekł z chytrym uśmiechem. — Dwie stopy i sześć cali.

Spojrzałem na niego wilkiem, kręcąc głową.

— Tak, a apostołów było tuzin, a nie dwunastu — powiedziałem.

Wytarłem brązowy kożuch na talerzu. Dawniej bałem się tych idiotycznych pytań, lecz teraz już nie, bo — poza tym, że muszę znać wysokość, szerokość, długość, powierzchnię i pojemność wszystkich domowych sprzętów — przejrzałem obsesję ojca na wylot. Niekiedy jego zachowanie jest dość krępujące, na przykład gdy mamy gości, nawet jeżeli należą do rodziny i wiedzą, czego się spodziewać. Siedzą sobie w salonie, zastanawiając się, czy ojciec czymkolwiek ich poczęstuje albo czy może wygłosi zaimprowizowany wykład na temat raka okrężnicy lub tasiemców, gdy on nagle przysuwa się do kogoś, rozglądając dokoła, by się upewnić, że wszyscy patrzą, i szepcze teatralnym, konspiracyjnym tonem:

— Widzisz tamte drzwi? Mają osiemdziesiąt pięć cali od rogu do rogu.

W takich sytuacjach mruga porozumiewawczo i odchodzi albo klap!, siada obok, zachowując się nonszalancko.

Odkąd pamiętam, w całym domu były małe skrawki papieru z zapiskami wykonanymi starannie czarnym cienkopisem. Przyczepione do nóg krzeseł, spodów dzbanów, anten radiowych, szuflad, wezgłowi, ekranów telewizyjnych, uchwytów garnków i patelni, informują o dokładnych wymiarach przedmiotów, które zostały nimi opatrzone. Inne, zapisane ołówkiem, zdobią kwiaty. W dzieciństwie obszedłem pewnego razu dom i pozrywałem wszystkie metki. Dostałem lanie i musiałem przesiedzieć dwa dni w zamkniętym pokoju. Później ojciec doszedł do wniosku, że pożyteczne będzie i że wyrobię sobie charakter, jeśli poznam wszystkie wymiary tak dobrze jak on, musiałem więc godzinami siedzieć nad Księgą Miar (pękaty zbiór luźnych kartek z informacjami spisanymi z metek, sklasyfikowanymi wedle pomieszczenia i kategorii przedmiotu) albo krążyć po domu z bloczkiem papieru i notować na własny użytek. Był to dodatek do lekcji matematyki, historii i innych przedmiotów, udzielanych mi przez ojca. Nie miałem więc wiele czasu na zabawę poza domem i bardzo mnie to złościło. Toczyłem bowiem wtedy wojnę — małże przeciw zdechłym muchom, o ile pamiętam — i gdy tak ślęczałem w bibliotece nad książką, wkuwając wszystkie te cholerne angielskie miary, wiatr rozwiewał moje musze armie po całej wyspie, a morze najpierw zatapiało skorupy małży w wysoko położonych kałużach, a potem pokrywało je piaskiem. Na szczęście ojcu znudził się w końcu jego wielki plan i odtąd zadowalało go zadawane co jakiś czas znienacka pytanie o pojemność stojaka na parasole albo całkowitą powierzchnię wszystkich wiszących w domu zasłon do trzeciego miejsca po przecinku.

— Skończ z tymi sprawdzianami — rzekłem, wkładając talerz do zlewu. — Powinniśmy już dawno przejść na układ metryczny.

Prychnął w szklaneczkę, dopijając whisky.

— Hektary i te inne wymysły? Za nic w świecie. Ten system oparty jest na pomiarach globu, wiesz przecież. Nie muszę ci mówić, jaka to bzdura.

Westchnąwszy, sięgnąłem po jabłko do koszyka stojącego na parapecie. Ojciec wmówił mi kiedyś, że ziemia jest wstęgą Möbiusa, nie kulą. Twierdzi nadal, że sam w to wierzy i z wielkim ceremoniałem wysyła londyńskim wydawcom rękopis, usiłując wydać książkę, która propagowałaby ten pogląd, ale ja wiem, że to tylko jeden z jego wybryków, który sprawia mu nie lada frajdę, gdy zszokowani, pełni najwyższego niedowierzania, święcie oburzeni adresaci zwracają tekst pocztą. Dzieje się tak mniej więcej raz na trzy miesiące i zdaję sobie sprawę, że bez tego rytuału życie straciłoby dla ojca wiele ze swego powabu. Tak czy owak, to jeden z powodów, dla których nie chce zrezygnować ze swych durnych pomiarów i przejść na układ metryczny, choć tak naprawdę jest po prostu leniwy.

— Co dziś robiłeś? — zapytał wpatrzony we mnie, turlając po drewnianym stole pusty kubek.

Wzruszyłem ramionami.

— Byłem na dworze. Łaziłem i tak dalej.

— Znowu budowałeś tamy? — szydził.

— Nie — odparłem, kręcąc stanowczo głową i gryząc jabłko. — Dziś nie.

— Mam nadzieję, że nie zabijałeś żadnych bożych stworzeń.

Ponownie wzruszyłem ramionami. Oczywiście, że zabijałem. Skąd miałbym wziąć łebki i ciała na Pale Ofiarne i do Bunkra? Śmierć z przyczyn naturalnych nie przytrafia się dostatecznie często. Ale ludziom trudno to wytłumaczyć.

— Czasem wydaje mi się, że to ty powinieneś być w szpitalu, nie Eric — powiedział cicho ojciec, patrząc na mnie spod czarnych brwi.

Dawniej wystraszyłbym się nie na żarty, ale teraz już nie. Mam prawie siedemnaście lat, przestałem być dzieckiem. Tu, w Szkocji, od roku jestem na tyle do­rosły, by ożenić się, nie pytając rodziców o zdanie. Małżeństwo wprawdzie nie miałoby większego sensu, ale chodzi o zasadę.

Poza tym nie jestem Erikiem. Ja to ja, jestem tutaj — koniec, kropka. Nie narzucam się ludziom i lepiej, żeby oni mi się też nie narzucali, jeśli wiedzą, co dla nich dobre. Ja nie kradnę i nie podpalam psów, nie straszę szczyli z miasteczka, otwierając dłonie pełne larw i usta wypchane robakami. Tamtejsi ludzie gadają wprawdzie, że mam trochę nie po kolei w głowie, ale to tylko żart (czasem mówiąc tak, nie stukają się nawet palcem w czoło), nie żywię więc do nikogo urazy, bo nauczyłem się żyć z moją niemocą i bez towarzystwa innych, zatem ani mnie to ziębi, ani grzeje.

Ojciec jednak najwyraźniej usiłował mi dopiec, zwykle bowiem nie mówi takich rzeczy. Wiadomość o Ericu musiała go poruszyć. Wydaje mi się, że wiedział tak jak ja, iż Eric wróci, i trapił się, co będzie. Nie winię go za to, nie wątpię też, że martwił się i ze względu na mnie, bo uosabiałem przestępstwo. Poza tym jeżeli Eric wróciłby i zaczął siać zamęt, mogłaby się wydać prawda o Franku Cauldhamie.

Nigdy nie zostałem wciągnięty do żadnej ewidencji. Nie mam metryki urodzenia, nie figuruję w spisach ludności, słowem brak jakiegokolwiek świadectwa, że żyję, że kiedykolwiek istniałem. Zdaję sobie sprawę, że to przestępstwo, ojciec też, i wydaje mi się, że czasem żałuje decyzji podjętej przed siedemnastu laty, na hipisowsko-anarchistycznym czy jakim tam etapie swego życia.

Nie żebym cierpiał. W gruncie rzeczy jestem zadowolony. Nie mogę nawet powiedzieć, że pozbawiono mnie oświaty. Prawdopodobnie przyswoiłem sobie więcej wiadomości z zakresu przedmiotów szkolnych niż inni moi rówieśnicy. Mógłbym jednak mieć pretensje o nierzetelność wiedzy przekazywanej mi przez ojca. Odkąd sam chodzę do Porteneil i sprawdzam informacje w bibliotece, ojciec nie może już zmyślać, lecz gdy byłem młodszy, okłamywał mnie wielokrotnie, udzielając najbardziej nieprawdopodobnych odpowiedzi na moje szczere i naiwne pytania. Latami żyłem w przekonaniu, że Patos to jeden z czterech muszkieterów, Żulia — ukochana Szekspirowskiego Romea, Wagina — miasto w Szwecji. No i że do wyrobu guinnessa irlandzcy chłopi stosują udeptany torf.

Cóż, teraz dosięgam już najwyższych półek w domowej bibliotece i chadzam do tej w Porteneil, zatem mogę zweryfikować wszystko, ojciec więc zmuszony jest mówić prawdę. Złości go to, jak sądzę, ale trudno, tak się sprawy mają. To się nazywa „postęp”.

Nauczyłem się więc tego i owego. Choć ojciec nie powstrzymał się przed pofolgowaniem swemu osobliwemu poczuciu humoru, co objawiało się okazjonalnym wmawianiem mi bredni, za wszelką cenę chciał, by syn przynosił mu chlubę, a ponieważ moje ciało nie dawało najmniejszej nadziei na jakąkolwiek uszlachetniającą obróbkę, pozostawał jedynie umysł. Stąd te wszystkie lekcje. Ojciec jest wykształconym człowiekiem, przekazał mi wiele z tego, co sam wie, zgłębił też na własną rękę dziedziny, w których się zbytnio nie orientował, aby móc mnie uczyć. Skończył akademię medyczną i jest doktorem chemii, a może biochemii, trudno mi powiedzieć. Zna się dostatecznie dobrze na pediatrii — i prawdopodobnie utrzymywał jeszcze wtedy kontakty ze środowiskiem zawodowym — by zadbać na kolejnych etapach mojego rozwoju o wszelkie konieczne szczepienia mimo mego nieistnienia w ewidencji państwowej służby zdrowia.

Wydaje mi się, że po ukończeniu studiów pracował przez kilka lat na uczelni i być może nawet coś wynalazł. Czasem daje niewyraźnie do zrozumienia, że otrzymuje tantiemy od patentu czy czegoś takiego, ale ja podejrzewam, że stary hipis żyje z tego, co zostało z rodowego majątku Cauldhame’ów.

 

O ile wiem, Cauldhame’owie mieszkają w tej części Szkocji od co najmniej dwustu lat i niegdyś nasza rodzina miała tu dużo ziemi. Teraz pozostała nam tylko wyspa — bardzo mała, w czasie odpływu nawet nie wyspa. Drugim i ostatnim śladem naszej dawnej świetności jest nazwa najruchliwszego miejsca w całym Porteneil, obskurnego starego pubu zwanego „Cauldhame Arms”, do którego czasem zachodzę, choć wciąż jestem niepełnoletni. Tam właśnie lokalna młodzież udaje zespoły punkowe. I tam właśnie spotkałem po raz pierwszy i wciąż spotykam jedyną osobę, którą nazwałbym swym przyjacielem: karła Jamiego, któremu pozwalam siadać na moich ramionach, by widział grające kapele.

— Hm, pewnie mu się nie uda uciec daleko — powtórzył ojciec po długiej chwili zadumy. — Zgarną go po drodze.

Wstał, by wypłukać szklaneczkę.

Zanuciłem sobie pod nosem melodię; zawsze tak robię, gdy mam ochotę się uśmiechnąć lub roześmiać, lecz się hamuję.

Ojciec spojrzał na mnie.

— Idę do pracowni — rzekł. — Nie zapomnij pozamykać.

— W porządalu — odparłem.

— Dobranoc.

Wyszedł z kuchni. Zerknąłem na mój rydel, Ostrokieł. Przylgnęły do niego drobinki piasku, starłem je więc dłonią. Pracownia. Jedno z moich ostatnich niespełnionych marzeń to wejść do pracowni staruszka. W piwnicy już byłem, nawet kilka razy, znam wszystkie pomieszczenia na parterze, pierwszym i drugim piętrze, poddasze jest moim królestwem, terenem Fabryki Os. Tylko pracowni nie znam, nigdy w niej nie byłem.

Wiem jednak, że ojciec trzyma tam jakieś chemikalia, i podejrzewam, że wykonuje doświadczenia albo coś podobnego, ale jak wygląda samo pomieszczenie i co dokładnie on w nim robi — nie mam zielonego pojęcia. Moja wiedza o pracowni kończy się na dochodzących z niej osobliwych woniach i stukocie ojcowskiej laski.

Pogłaskałem długi trzonek rydla, zastanawiając się, czy ojciec nazwał jakoś swą laskę. Chyba nie. On nie przywiązuje takiej wagi do przedmiotów. Ja wiem, że są ważne.

Sądzę, że pracownia kryje jakąś tajemnicę. Ojciec nieraz dawał mi to do zrozumienia dostatecznie wyraźnie, by wzbudzić we mnie ciekawość, doskonale więc zdaje sobie sprawę, że korci mnie, by zapytać. Nie pytam jednak, bo nie otrzymałbym żadnej sensownej odpowiedzi. Jeżeli w ogóle bym coś od niego usłyszał, byłby to stek kłamstw, ponieważ gdyby powiedział prawdę, tajemnica przestałaby być tajemnicą, a przecież zdaje sobie sprawę — podobnie jak ja — że w miarę mego dorastania ma nade mną coraz mniejszą przewagę, pragnie ją więc utrzymać wszelkimi sposobami. Nie jestem już dzieckiem. Marne resztki władzy rodzicielskiej pozwalają mu sądzić, że w pełni kształtuje wzorowe wedle swego mniemania stosunki między ojcem a synem. W gruncie rzeczy to żałosne, niemniej za pomocą swych gierek, sekretów i raniących mnie uwag broni się przed utratą poczucia bezpieczeństwa.

Oparłem się wygodnie i wyciągnąłem na drewnianym krześle. Lubię wonie kuchni. Żywność oraz błoto na naszych gumiakach, a czasem lekki odór kordytu dochodzący z piwnicy są dla mnie źródłem miłego, silnego, ekscytującego doznania, gdy o nich myślę. Inaczej pachnie, gdy pada i ubrania są mokre. Zimą duży, czarny piec roztacza ciepło oraz zapach torfu i drewna z plaży, wszystko paruje, deszcz wali w szyby. Wtedy właśnie ogarnia mnie przyjemne, zwarte uczucie, od którego człowiekowi robi się przytulnie jak kocurowi owiniętemu we własny ogon. Czasem chciałbym, abyśmy mieli kota. Dotąd miałem tylko koci łeb, w dodatku porwały go mewy.

Poszedłem do ubikacji na końcu holu, żeby się wysrać. Sikać mi się nie chciało, bo odlałem się na Pale Ofiarne za dnia, obdarzając je moją wonią i mocą.

Siedziałem na sedesie i rozmyślałem o Ericu, któremu przydarzyło się nieszczęście. Biedny, stuknięty skurwiel. Zastanawiałem się — nie pierwszy już raz — jak ja bym sobie poradził w jego sytuacji. Nie mnie się to jednak przydarzyło. Ja zostałem w domu, to Eric wyjechał i wszystko stało się gdzie indziej, koniec, kropka. Ja to ja, a tu jest tu.

Nadstawiłem ucha, by sprawdzić, co robi ojciec. Prawdopodobnie poszedł od razu do łóżka. Częściej śpi w pracowni niż w wielkiej sypialni na drugim piętrze, gdzie znajduje się i mój pokój. Może w sypialni czyha na niego zbyt wiele niemiłych (lub miłych) wspomnień? Nie usłyszałem chrapania.

Nie cierpię siadać ciągle na sedesie. Z powodu mej niemocy jestem do tego zmuszony, jak gdybym, cholera, był kobietą, i nienawidzę tego z całego serca. Czasem w „Cauldhame Arms” staję przy pisuarze, ale większość moczu ścieka mi po rękach i nogach.

Natężyłem się. Pac, plusk. Woda bryznęła do góry i trafiła mnie w tyłek. Właśnie wtedy zadzwonił telefon.

— Zasrane szczęście — mruknąłem i zaraz się roześmiałem z własnych słów. Wytarłem pospiesznie dupę i podciągnąłem spodnie. Szarpnąłem za łańcuszek i wygramoliłem się na hol. Pobiegłem szerokimi schodami na półpiętro, gdzie znajduje się telefon. Wiercę bez przerwy ojcu dziurę w brzuchu, abyśmy zainstalowali więcej aparatów, ale on odpowiada, że nie trzeba, bo rzadko kiedy korzystamy z linii. Zdążyłem, nim dzwoniący zwątpił. Ojciec się nie pokazał.

— Halo, Porteneil 531 — odezwałem się.

Rozmowa z publicznego aparatu.

— Skraaauuuaaak! — doszedł mnie krzyk.

Odjąłem słuchawkę od głowy i spojrzałem na nią skrzywiony. Dobiegały z niej wrzaski. Gdy ucichły, przyłożyłem ją z powrotem do ucha.

— Halo — odezwałem się oschle.

— Frank! Frank! To ja! Ja! Cześć! Cześć!

— Czy na linii odbija się echo, czy mówisz wszystko dwa razy? — zapytałem. Rozpoznałem głos Erica.

— Jedno i drugie, chi, chi, chi!

— Cześć, Eric. Gdzie jesteś?

— Tutaj, a ty?

— Tutaj.

— Skoro obaj jesteśmy tutaj, to po co nam telefon?

— Powiedz, gdzie jesteś, bo skończą ci się pieniądze.

— Ale przecież wiesz, gdzie jestem, skoro jesteś tu, gdzie ja. Nie wiesz, gdzie sam jesteś? — Eric zachi­chotał.

— Przestań się wygłupiać — powiedziałem spokojnie.

— Wcale się nie wygłupiam. Nie powiem ci, gdzie jestem, bo zaraz wypaplasz Angusowi, a on policji i z powrotem wsadzą mnie do tego kurewskiego szpitala.

— Nie klnij, wiesz, że tego nie lubię. Ojcu nic nie powiem.

— „Szpital” to nie przekleństwo, to niewinne słowo na… na siedem liter. Siedem. Czy to nie twoja szczęśliwa liczba?

— Nie. Słuchaj, powiesz mi wreszcie, gdzie jesteś? Chciałbym wiedzieć.

— Powiem ci, jeżeli ty mi powiesz, jaka jest twoja szczęśliwa liczba.

— „E”

— „E” to nie jest liczba. To litera.

— Właśnie że liczba. To liczba przestępna: 2,718 i tak dalej.

— Oszukujesz! Chodziło mi o liczby całkowite.

— Trzeba było od razu tak mówić — odparłem z westchnieniem, tymczasem na linii zaczęło pikać. Eric wrzucił więcej monet do automatu. — Może chcesz, żebym ja do ciebie zadzwonił?

— Ej, ej, nie myśl, że jestem taki głupi. A tak w ogóle jak się masz?

— W porządku. A ty?

— Obłędnie, oczywiście — rzekł oburzonym tonem.

Nie mogłem się powstrzymać od uśmiechu.

— Posłuchaj, zakładam, że zamierzasz wrócić. Jeśli tak, to proszę cię, nie podpalaj psów po drodze, dobra?

— O czym ty mówisz? To ja, Eric. Ja nie podpalam psów! — wrzasnął. — Ja, kurwa, nie podpalam żadnych psów! Za kogo, do cholery, mnie bierzesz? Przestań mnie oskarżać o takie rzeczy, ty skurwielu! Skurwielu!

— Dobrze, Eric, już dobrze, przepraszam — powiedziałem szybko. — Ja tylko martwię się o ciebie. Uważaj, bądź ostrożny, nie narażaj się ludziom. Wiesz, ludzie potrafią być okropnie drażliwi…

— No tak… — rzekł. Sapał przez chwilę, następnie odezwał się zmienionym głosem: — Tak, wracam do domu. Na chwilę tylko, żeby zobaczyć, jak się obaj macie. Pewnie ciągle sami, ty i staruszek?