Podróże doktora Dolittle’aTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

[no image in epub file]

Tytuł oryginału:

The Voyages of Doctor Dolittle

Przekład:

Adam Zabokrzycki

na podstawie wydania angielskiego

Redakcja:

Aleksandra Klimkowska

Ilustracje i okładka:

Jacek Skrzydlewski

Skład:

Barbara Wieczorek

© Copyright by Siedmioróg

ISBN 978-83-66837-55-3

www.siedmiorog.pl

Opracowanie wersji elektronicznej

Anton Gaitanzhy – WhiteLabel 2021

Wrocław 2021

Spis treści

WSTĘP

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział pierwszy. Syn szewca

Rozdział drugi. Dowiaduję się o wielkim przyrodniku

Rozdział trzeci. Dom doktora

Rozdział czwarty. Wiff-Waff

Rozdział piąty. Polinezja

Rozdział szósty. Zraniona wiewiórka

Rozdział siódmy. Mowa skorupiaków

Rozdział ósmy. Czy jesteś spostrzegawczy?

Rozdział dziewiąty. Ogród marzeń

Rozdział dziesiąty. Prywatne zoo

Rozdział jedenasty. Polinezja – moja pani profesor

Rozdział dwunasty. Mój genialny pomysł

Rozdział trzynasty. Przybycie podróżnika

Rozdział czternasty. Podróż Czi-Czi

Rozdział piętnasty. Asystent doktora

CZĘŚĆ DRUGA

Rozdział pierwszy.Załoga statku „Kulik Wielki”

Rozdział drugi. Pustelnik Luke

Rozdział trzeci. Jip i tajemnica

Rozdział czwarty. Bob

Rozdział piąty. Mendoza

Rozdział szósty. Pies sędziego

Rozdział siódmy. Koniec tajemnicy

Rozdział ósmy. Trzykrotne hip, hip, hurra!

Rozdział dziewiąty. Purpurowy Rajski Ptak

Rozdział dziesiąty. Długa Strzała, syn Złotej Strzały

Rozdział jedenasty. Podróż w nieznane

Rozdział dwunasty. Przeznaczenie i miejsce przeznaczenia

CZĘŚĆ TRZECIA

Rozdział pierwszy. Trzeci załogant

Rozdział drugi. W drogę!

Rozdział trzeci. Początek naszych kłopotów

Rozdział czwarty. Kłopotów ciąg dalszy

Rozdział piąty. Polinezja ma plan

Rozdział szósty. Właściciel sklepu z Monteverde

Rozdział siódmy. Doktor zakłada się z Don Enrique

Rozdział ósmy. Wielka Korrida

Rozdział dziewiąty. Zabieraj forsę i w nogi

CZĘŚĆ CZWARTA

Rozdział pierwszy. Język skorupiaków raz jeszcze

Rozdział drugi. Historia srebrnego kręciołka

Rozdział trzeci. Załamanie pogody

Rozdział czwarty. Rozbitkowie!

Rozdział piąty. Ziemia!

Rozdział szósty. Jabizri

Rozdział siódmy. Jastrzębia Góra

CZĘŚĆ PIĄTA

Rozdział pierwszy. Wielka chwila

Rozdział drugi. Mieszkańcy Ruchomej Krainy

Rozdział trzeci. Ogień

Rozdział czwarty. Dlaczego wyspa pływa

Rozdział piąty. Wojna!

Rozdział szósty. Generał Polinezja

Rozdział siódmy. Pokój papug

Rozdział ósmy. Wiszący kamień

Rozdział dziewiąty. Wybory

Rozdział dziesiąty. Koronacja króla Jonga

CZĘŚĆ SZÓSTA

Rozdział pierwszy. Nowy Popsipetel

Rozdział drugi. Tęsknota za domem

Rozdział trzeci. Nauka Długiej Strzały

Rozdział czwarty. Wąż Morski

Rozdział piąty. Ostateczne rozwiązanie tajemnicy skorupiaków

Rozdział szósty. Ostatnie posiedzenie gabinetu

Rozdział siódmy. Decyzja doktora

WSTĘP

Wszystko, co do tej pory napisałem o doktorze Dolittle’u, słyszałem lata po tym, jak to się stało, od tych, którzy go znali – no i większość tych wydarzeń miała miejsce, zanim przyszedłem na świat. Teraz jednak zamierzam opisać tę część życia wielkiego doktora Dolittle’a, której sam byłem świadkiem.

Otrzymałem na to osobistą zgodę doktora wiele lat temu. Cóż, gdy wówczas obaj byliśmy tak zajęci wojażami dookoła świata, doświadczaniem niesamowitych przygód i sporządzaniem obszernych notatek przyrodniczych, że w zasadzie nigdy nie znajdowałem czasu, by zasiąść przy biurku i opisać nasze ówczesne życie.

Teraz, oczywiście, gdy jestem już leciwym gentlemanem, moja pamięć nie jest aż tak dobra jak dawniej. Ale ilekroć mam luki w pamięci czy tylko wątpliwości, zawsze zwracam się do Polinezji, mojej papugi.

Ten niesamowity ptak (obecnie liczy sobie bez mała dwieście pięćdziesiąt wiosen) zazwyczaj przesiaduje na blacie mego biurka, nucąc pod nosem żeglarskie piosenki, podczas gdy ja piszę dla was tę książeczkę. I – jak każdy, kto ją kiedykolwiek spotkał – wiem, że Polinezja ma tak wspaniałą pamięć jak nikt na świecie. Jeżeli trafia się jakieś wydarzenie, co do którego mam niejakie wątpliwości, ona zawsze potrafi naprowadzić mnie na właściwą drogę, powie mi, jak to właściwie było, kto brał w tym udział i wszystko inne na ten temat. W sumie to czasami mam wrażenie, że ta książka została napisana bardziej przez Polinezję niż przeze mnie samego.

No dobrze, to w takim razie zaczynamy. Ale zanim ta historia zacznie się na dobre, muszę wam powiedzieć co nieco o sobie i o tym, jak udało mi się poznać doktora.

 

CZĘŚĆ pierwsza

Rozdział pierwszy

Syn szewca

Nazywam się Tommy Stubbins i jestem synem Jacoba Stubbinsa, szewca z Puddleby. Miasteczko to leży nad rzeką Marsh. W tamtych czasach Puddleby było jedynie małą mieściną, przez środek której przepływała rzeka, a nad tą rzeką zbudowany był stary kamienny most zwany Mostem Królewskim, łączący rynek z przykościelnym cmentarzem. Miałem wówczas dziewięć i pół roku.

Do rzeki wpływały dalekomorskie żaglowce i zarzucały kotwice w pobliżu mostu. Chodziłem często na nabrzeże i przyglądałem się, jak marynarze wyładowywali towar ze statków. Ciągnąc liny, śpiewali oni nieznane mi pieśni, a ja uczyłem się ich na pamięć. Siedziałem często na nabrzeżu i machając nogami nad wodą, śpiewałem wraz z marynarzami, udając przy tym przed samym sobą, że jestem jednym z nich.

W tamtym czasie stale marzyłem, by wypłynąć w morze na jednym z tych wspaniałych statków, kiedy odwracały się rufami do kościoła w Puddleby, by ponownie płynąć w dół rzeki przez rozległe i puste bagniska ku otwartemu morzu. Marzyłem, by popłynąć z marynarzami w daleki, nieznany świat do Afryki, Indii, Chin i Peru! Kiedy woda niknęła z pola widzenia i statki mijały już zakręt rzeki, nadal rzucały się w oczy ich strzeliste, brązowe maszty górujące nad dachami domów, posuwające się przed siebie pomału niby jakieś łagodne olbrzymy snujące się bezgłośnie pomiędzy wznoszącymi się wzdłuż brzegów domami. Jakież to niesamowite rzeczy musiały one widzieć, myślałem sobie, kiedy następnie powracały, by zakotwiczyć przy Moście Królewskim! I marząc o nieznanych lądach, siedziałem tam i patrzyłem, aż znikały z pola widzenia.

W tamtych czasach miałem trzech wspaniałych przyjaciół w Puddleby. Jednym z nich był Joe, poławiacz małż i ostryg, który mieszkał nad samą wodą w maleńkiej chatce pod mostem. Mimo podeszłego wieku Joe dysponował parą najzręczniejszych rąk na świecie. Nikt nie mógł się z nim równać. Naprawiał zrobione przeze mnie stateczki, które puszczałem po rzece, budował wiatraki z desek ze skrzyń i obręczy beczek. Potrafił też wyczarowywać najwspanialsze latawce ze starych parasolek.

Joe zabierał mnie niekiedy w swojej łodzi podczas odpływu i wiosłowaliśmy wtedy w dół rzeki aż do morza, aby wyławiać małże i homary na sprzedaż. I tam widywaliśmy stada lecących dzikich gęsi, kuliki, brodźce krwawodziobe i mnóstwo innych gatunków ptaków żyjących na wybrzeżu wśród morskiego kopru i wysokich traw porastających słone mokradła. I kiedy następował przypływ, wracaliśmy zmęczeni, płynąc w górę rzeki, mając przed oczyma światła na Moście Królewskim, które migotały o zmierzchu, przypominając nam o wieczerzy i cieple domowego ogniska.

Drugim moim przyjacielem był Matthew Mugg, handlarz mięsem dla kotów. Był to zabawny, stary jegomość z potwornym zezem. Wyglądał raczej nieszczególnie, ale naprawdę dobrze się z nim rozmawiało. Znał wszystkich ludzi w Puddleby, podobnie jak i wszystkie psy oraz koty. W tamtych czasach handlowanie mięsem dla kotów to było normalne zajęcie. Niemal codziennie widywało się kogoś, jak szedł przez miasteczko z drewnianą tacą pełną kawałków mięsa nabitych na szpikulce i krzyczał na całe gardło: „Mięso! M-I-Ę-S-O!”. Ludzie płacili Muggowi, by jak najlepiej karmić swe psy i koty, zamiast dawać im sucharki dla psów czy odpadki ze stołu.

W sumie to nawet przyjemnie było towarzyszyć Matthew w jego codziennej trasie i widzieć te wszystkie psy pędzące do ogrodowej furtki, gdy tylko usłyszały jego głos. Czasami pozwalał mi karmić zwierzęta samemu i była to dla mnie nie lada przyjemność. Wiedział ogromnie dużo na temat psów i opowiadał mi o różnych rasach, gdy tak szliśmy przez miasto. Sam miał kilka psów; charcica angielska potrafiła biegać naprawdę bardzo szybko i stary Matthew wygrywał dzięki niej liczne nagrody w sobotnich gonitwach za zwierzyną. Inny terier był niezrównany w polowaniu na szczury. Dzięki niemu handlarz mięsem dla kotów zgarniał niezły grosz za łapanie szczurów u młynarzy i farmerów, jako dodatek do głównego zajęcia – sprzedawania mięsa.

Moim trzecim wielkim przyjacielem był Luke zwany Pustelnikiem. Ale o nim opowiem wam więcej nieco później.

Do szkół nie chodziłem, bo mój ojciec był na to za biedny. Bardzo lubiłem natomiast zwierzęta. Dlatego wiele czasu poświęcałem na kolekcjonowanie ptasich jaj i motyli, łowienie ryb w rzece, włóczenie się po okolicy w poszukiwaniu jeżyn i grzybów. Pomagałem też staremu Joe’mu naprawiać sieci.

Tak, bez wątpienia wiodłem w tamtych dawnych czasach bardzo przyjemne życie, choć – oczywiście – wówczas tak nie uważałem. Miałem dziewięć i pół roku i – jak wszyscy chłopcy – chciałem koniecznie być dorosły, nie mając pojęcia, jakim jestem szczęściarzem, żyjąc beztrosko, wolny od wszelkich kłopotów i zmartwień. Cały czas marzył mi się moment, w którym będę już mógł opuścić dom mojego ojca i wyruszyć na jednym z tych wspaniałych statków, żeglując w dół rzeki przez spowite mgłą moczary na pełne morze i w daleki świat, by tam poszukać szczęścia.

Rozdział drugi

Dowiaduję się o wielkim przyrodniku

Pewnego wczesnego wiosennego poranka, kiedy spacerowałem po wznoszących się na tyłach Puddleby wzgórzach, natknąłem się na jastrzębia trzymającego w szponach wiewiórkę. Drapieżnik przysiadł na skale, a biedna wiewiórka walczyła ze wszystkich sił o swoje życie. Jastrząb tak się przestraszył na mój zupełnie niespodziewany widok, że puścił biedne stworzonko i odleciał w popłochu. Wziąłem wiewiórkę na ręce i stwierdziłem, że ma ciężko pokiereszowane przednie łapki. Zaniosłem ją zatem do miasta. Kiedy dotarłem do mostu, poszedłem do chatki starego Joego i spytałem, czy nie mógłby w jakiś sposób pomóc małej wiewiórce. Joe nałożył okulary i obejrzał stworzenie ze wszystkich stron. Po chwili potrząsnął głową.

– Twój zwierzaczek ma złamaną łapkę – zawyrokował – a drugą mocno pokaleczoną. Potrafię ci, Tommy, naprawić twoje stateczki, ale nie mam ani narzędzi, ani wiedzy, by „naprawić” twoją wiewiórkę. To jest robota dla chirurga i do tego musi to być nie byle jaki chirurg… No i tyle. Jest tylko jeden człowiek, jakiego znam, który może tu pomóc i uratować zwierzątku życie. Nazywa się John Dolittle.

– A kto to jest John Dolittle? – spytałem. – Czy to jest weterynarz?

– Nie – odpowiedział stary Joe. – On nie jest weterynarzem. Doktor Dolittle jest naturalistą.


– Co to znaczy naturalista?

– Przyrodnik – odpowiedział Joe i odłożywszy okulary, zaczął nabijać sobie fajkę. – Jest to człowiek, który wie wszystko o zwierzętach, motylach, roślinach i skałach. John Dolittle jest bardzo znanym naturalistą. Dziwi mnie, że nigdy o nim nie słyszałeś – ty, który masz takiego bzika na punkcie zwierząt. A jak się zna na małżach i homarach…Przekonałem się o tym, gdy go słuchałem. To bardzo spokojny człowiek i za wiele nie mówi, ale ludzie gadają, że to największy przyrodnik na świecie.

– A gdzie on mieszka? – spytałem.

– Za ulicą Oxenthorpe, na drugim krańcu miasta. Nie wiem dokładnie, który to dom, ale – jak sądzę – każdy, kogo spotkasz, będzie potrafił ci wskazać, gdzie on mieszka. Idź do niego, to wspaniały człowiek.

Podziękowałem więc staremu Joe’mu i zabrawszy wiewiórkę, ruszyłem w kierunku ulicy Oxenthorpe.

Pierwsze, co usłyszałem, przechodząc przez rynek, to było wołanie: „Mięso! M-I-Ę-S-O dla kotów!”.

„O, jest Matthew Mugg – powiedziałem do siebie. – On będzie wiedział, gdzie ten doktor mieszka. Matthew zna tu wszystkich”.

Przebiegłem zatem przez rynek, by go dogonić.

– Matthew – zagadnąłem – czy ty znasz doktora Dolittle’a?

– Czy ja znam Johna Dolittle’a? – powtórzył zdziwiony. – No cóż, wydaje mi się, że tak! A tak szczerze, to znam go tak dobrze jak własną żonę, czasami myślę, że nawet lepiej. To wielki człowiek. Bardzo wielki.

– Czy możesz mi pokazać, gdzie on mieszka? Chcę zabrać do niego tę wiewiórkę. Ma złamaną łapkę.

– Oczywiście – odrzekł handlarz mięsem dla kotów. – Będę przechodzić koło jego domu. Chodź ze mną, to ci pokażę.

No i poszliśmy razem.

– Och, znam Johna Dolittle’a naprawdę kopę lat – powiedział Matthew, gdy szliśmy przez rynek. – Ale jestem prawie pewien, że nie ma go w domu. Przebywa teraz gdzieś w zamorskiej podróży. Spodziewany jest jednak lada dzień z powrotem. Pokażę ci jego dom, żebyś już wiedział, dokąd się udać, by go znaleźć, gdy wróci.

Przez całą drogę w dół ulicy Oxenthorpe, Matthew nie przestawał rozpływać się nad swoim wielkim przyjacielem doktorem Johnem Dolittlem, doktorem medycyny. Mówił tak wiele, że całkiem zapomniał, by wołać „MIĘSO”, dopóki obaj nie zauważyliśmy, że za nami podąża cierpliwie cała procesja psów.

– A dokąd to doktor udał się w tę podróż? – spytałem, podczas gdy Matthew częstował psiaki mięsem.

– Tego akurat nie wiem – odpowiedział handlarz mięsem dla kotów. – Nikt nigdy nie wie, dokąd udaje się w podróż, ani kiedy wyjeżdża, ani kiedy wraca. Mieszka samotnie w otoczeniu swych zwierzaków. Odbył już szereg wypraw na nieznane lądy i dokonał wielu cennych odkryć. Ostatnim razem, gdy wrócił, opowiedział mi, jak odkrył na Oceanie Spokojnym plemię Czerwonych Indian, którzy zamieszkują dwie wyspy. Mężowie mieszkają na jednej, a żony na drugiej. Rozsądni ludzie, mimo że niby dzicy. Spotykają się raz do roku, kiedy mężowie odwiedzają żony. Dzieje się to najprawdopodobniej w czasie Świąt Bożego Narodzenia, które obchodzone są niezwykle i wystawnie. Taki to wspaniały człowiek, ten nasz doktor. A co do zwierząt, no cóż, nikt na świecie nie wie o nich tyle, co on.

– A w jaki sposób poznał on je aż tak dobrze? – spytałem.

Handlarz mięsem dla kotów przystanął i pochylił się, szepcząc mi do ucha:

– On mówi w ich języku – wyszeptał ochrypłym, tajemniczym głosem.

– W języku zwierząt?! – wykrzyknąłem z niedowierzaniem.

– A jak – odparł Matthew, wzruszając ramionami. – Wszystkie zwierzęta mają jakiś tam swój język. Jedne mówią więcej, inne mniej, niektóre tylko porozumiewają się na migi, jak głuchoniemi. Ale nasz doktor… On je wszystkie rozumie… Ptaki i inne zwierzęta. Jednak trzymamy to w tajemnicy, ja i doktor, bo ludziska tylko się śmieją, gdy im o tym powiedzieć. No a on przecież potrafi nawet pisać w języku zwierząt. Czyta na głos swoim zwierzakom. Napisał książki historyczne w języku małp i wiersze w języku kanarków, i śmieszne piosenki śpiewane przez sroki. To przecież fakt. Teraz uczy się języka małż, krabów i innych tam raków. Ale mówi, że to strasznie trudna praca i parę razy paskudnie się przeziębił, trzymając tak długo głowę pod wodą. To wielki człowiek.

– Bez wątpienia – odpowiedziałem. – Jakże bym chciał, żeby był teraz w domu – mógłbym go poznać.

– No i jesteśmy. Patrz! To właśnie jest jego dom – oznajmił handlarz mięsem dla kotów. – Ten mały domek przy zakręcie drogi, tamten wysoko, jak gdyby siedział na murze powyżej ulicy.

Doszliśmy już teraz poza obrzeża miasteczka. A dom, na który wskazał Matthew, był wręcz maleńki i stał zupełnie na uboczu. Wokół niego roztaczał się wielki ogród i był on położony znacznie wyżej niż droga, więc trzeba było przejść po schodkach do góry, by dostać się do frontowej furtki. Widać było, że w ogrodzie jest mnóstwo dorodnych drzew owocowych, bo ich gałęzie zwisały miejscami ponad murem. Ale sam mur był tak wysoki, iż nie dało się zobaczyć wiele więcej.

Kiedy dotarliśmy pod dom, handlarz mięsem dla kotów ruszył w górę po schodkach, ja zaś posłusznie za nim. Sądziłem, że idzie prosto do ogrodu, ale furtka była zamknięta na klucz. Z domu wybiegł nam na powitanie pies i poczęstował się kilkoma kawałkami mięsa, które Matthew podał mu przez kratę furtki. Zabrał też oferowane torby papierowe z ziarnem i otrębami. Zauważyłem od razu, że zwierzak ten nie zatrzymał się, by zjeść mięso, jak zrobiłby na jego miejscu każdy inny pies, tylko zabrał wszystko do domu i po chwili zniknął nam z oczu. Miał jakąś dziwną obrożę na szyi. Wyglądała, jakby była zrobiona z mosiądzu albo czegoś podobnego. Zaraz potem poszliśmy stamtąd.

 

– Doktor jeszcze nie wrócił – oznajmił Matthew. – Inaczej bramka nie byłaby zamknięta na klucz.

– A co było w tych papierowych torbach, które dałeś psu?

– Ach, w tych, to był prowiant – odrzekł handlarz mięsem dla kotów. – No wiesz, jedzenie dla zwierzaków. W domu doktora jest ich pełno. Gdy doktor jest w podróży, to daję te rzeczy psu, a on rozdziela je między pozostałych lokatorów domu.

– A co to za dziwna obroża na szyi tego psa?

– To jest obroża ze szczerego złota – wyjaśnił Matthew. – Dostał ją za uratowanie żony pewnego gentlemana. Było to podczas jednej podróży z doktorem… Dawno temu.

– Jak długo doktor ma tego psa?

– Och, mnóstwo czasu. Jip już się mocno zestarzał. Dlatego doktor nie bierze go już więcej na żadne wojaże. Zostawia go, by opiekował się domem. W każdy poniedziałek i czwartek przynoszę jedzenie do furtki i podaję Jipowi przez kraty. On nigdy nikogo nie wpuszcza za furtkę w czasie nieobecności doktora, nawet mnie, choć przecież bardzo dobrze wie, kim jestem. Ale zawsze wiadomo, czy doktor już wrócił, czy nie, ponieważ jeżeli już wrócił, to furtka zawsze jest otwarta.

Tak więc wróciłem do domu mojego ojca i położyłem wiewiórkę spać w starej drewnianej skrzynce wysłanej słomą. I tam ją pielęgnowałem, i opiekowałem się nią najlepiej, jak tylko mnie było stać, do czasu, gdy wróci doktor. Codziennie chodziłem do małego domku z wielkim ogrodem na obrzeżach miasta i chwytałem klamkę, by sprawdzić, czy furtka nie jest otwarta. Czasami przybiegał do mnie pies Jip. Ale chociaż zawsze machał ogonem i zdawał się cieszyć na mój widok, nigdy nie pozwolił mi wejść do ogrodu.

Rozdział trzeci

Dom doktora

Pewnego popołudnia w końcu kwietnia ojciec polecił mi zanieść buty, które właśnie naprawił, do domu na drugim krańcu miasta. Buty były własnością pułkownika Bellowesa. Gentleman ten należał do bardzo kapryśnych klientów.

Odnalazłem dom i zadzwoniłem do drzwi frontowych. Otworzył sam pułkownik. Wychylił tylko głowę i purpurowy na twarzy powiedział:

– Idź naokoło do wejścia dla służby… do drzwi na tyłach domu. – To rzekłszy, zatrzasnął z hukiem drzwi.

Przez moment chciałem nawet cisnąć buty na środek klombu z kwiatami. Jednak wyobraziłem sobie, jakby to rozgniewało ojca i dałem za wygraną. Poszedłem zatem potulnie na tył domu i tam otworzyła mi drzwi żona pułkownika i odebrała ode mnie buty. Wyglądała na nieśmiałą, drobną kobiecinę, a ręce miała całe w mące, jak gdyby właśnie wyrabiała ciasto na chleb. Wydawało się, że okropnie boi się swego męża, którego gniewne kroki nadal słychać było gdzieś w głębi domu, chrząkającego ze wzburzenia, że ośmieliłem się przyjść do drzwi frontowych. Po chwili kobieta spytała mnie szeptem, czy nie skusiłbym się na drożdżówkę ze szklanką mleka. A ja odpowiedziałem:

– Tak. Z przyjemnością.

Po zjedzeniu bułeczki popiłem ją mlekiem i podziękowawszy pani pułkownikowej, udałem się w drogę powrotną. Zaraz jednak pomyślałem, że przed pójściem do domu wypada sprawdzić, czy w międzyczasie nie wrócił doktor Dolittle. Tego ranka byłem już przed jego domem, ale teraz stwierdziłem, że nie zaszkodzi spróbować raz jeszcze. Stan zdrowia mojej wiewiórki nie poprawiał się ani na jotę i to coraz bardziej nie dawało mi spokoju.

Skręciłem więc w ulicę Oxenthorpe i ruszyłem w kierunku domu doktora.

Po drodze zauważyłem, że niebo zaciągnęło się szarymi chmurami i wyglądało, jakby zaraz miał lunąć deszcz. Sprawdziłem ręką furtkę i niestety była nadal zamknięta. Zacząłem tracić nadzieję. Przychodziłem już tam codziennie od tygodnia. Pies Jip przyszedł do furtki, machając ogonem, jak to miał w zwyczaju, i po chwili usiadł, obserwując mnie bacznie, pilnując, bym nie próbował wejść.

Byłem pełen obaw, że moja wiewiórka umrze, zanim powróci doktor. Odwróciłem się zasmucony, zszedłem w dół po schodkach na drogę i skręciłem w kierunku domu.

Zastanawiałem się przez chwilę, czy to już czasem nie jest pora kolacji. Oczywiście nie miałem wtedy zegarka, ale zauważyłem gentlemana zmierzającego w moim kierunku i kiedy podszedł bliżej, rozpoznałem pułkownika Bellowesa, który właśnie odbywał wieczorny spacer. Pułkownik okutany był w kilka eleganckich płaszczy, takich samych szalików, a na rękach miał jaskrawo kolorowe rękawice. Dzień nie był jakoś szczególnie zimny, ale on miał na sobie tyle ubrań, że wyglądał jak poduszka zawinięta w grube koce. Spytałem go grzecznie o godzinę.

Zatrzymał się, chrząknął i spojrzał na mnie groźnie z góry, a jego twarz zrobiła się jeszcze bardziej purpurowa. A kiedy się w końcu odezwał, zabrzmiało to jak korek wyskakujący z butelki piwa imbirowego.


– Czy ty naprawdę wyobrażałeś sobie, choć przez chwilę – eksplodował pułkownik – że nie mam nic innego do roboty, jak tylko rozpinać te wszystkie guziki, aby powiedzieć, która godzina, takiemu pędrakowi jak ty?

I ruszył w dół ulicy, tupiąc i mamrocząc pod nosem jeszcze głośniej niż wcześniej.

Stałem nieruchomo przez dobrą chwilę, spoglądając za nim i zastanawiając się, ile lat musiałbym mieć, żeby on pofatygował się i wyciągnął zegarek, by powiedzieć mi, która godzina. I właśnie w tamtym momencie, zupełnie znienacka, lunęło jak z wielu cebrów naraz.

Jeszcze nigdy nie widziałem takiej ulewy. Zrobiło się ciemno, zupełnie jak w nocy. Zerwał się huraganowy wiatr, po niebie przetoczył się pierwszy grzmot i rozbłysły błyskawice. Już po chwili przydrożne rynsztoki zamieniły się w rwące strumienie. Nie było najmniejszych szans, by znaleźć jakieś schronienie, więc pochyliłem nisko głowę i ruszyłem pędem w kierunku domu, nie bacząc na porywisty wiatr. Nie zdążyłem się jeszcze zbytnio oddalić, kiedy wyrżnąłem głową w coś miękkiego i aż usiadłem na chodniku. Spojrzałem do góry, by sprawdzić, z kim się zderzyłem. I oto przede mną na mokrym chodniku siedział, tak samo jak ja, mały okrągły jegomość o bardzo sympatycznym obliczu. Na głowie miał mocno sfatygowany cylinder, a w ręku trzymał małą czarną torbę podróżną.

– Najmocniej przepraszam – wybąkałem. – Biegłem z pochyloną głową i nie widziałem, jak pan nadchodził.

Ku memu ogromnemu zdziwieniu, zamiast się zezłościć, że został powalony na mokry chodnik, ten niepozorny człowieczek wybuchnął śmiechem.

– Wiesz co – powiedział – to przypomina mi przygodę z mojego pobytu przed laty w Indiach. Tak samo podczas burzy, biegnąc ile sił w nogach, wpadłem na pewną kobietę. Ale ona niosła na głowie dzban pełen melasy i w rezultacie miałem później przez kilka tygodni włosy posklejane tym lepkim syropem, a muchy ani na krok nie dawały mi spokoju. Nie uderzyłem cię chyba zbyt mocno, prawda?

– Ależ skąd. Nic mi nie jest.

– Prawdę mówiąc, to w takim samym stopniu moja wina, jak i twoja – powiedział nieduży człowieczek. – Ja także miałem spuszczoną głowę. Ale słuchaj, nie możemy przecież tak rozmawiać, siedząc na mokrych kamieniach. Skoro ja jestem, to przecież i ty musisz być całkiem przemoknięty. Jak daleko masz do domu?

– Mieszkam na drugim końcu Puddleby – odpowiedziałem, gdy pozbieraliśmy się na równe nogi.

– Mój Boże, ależ ten chodnik był mokry! – zawołał. – A ja dobrze wiem, co mówię: ulewa jak jeszcze nigdy do tej pory. Chodź do mnie do domu, żeby się wysuszyć. Ta burza nie będzie przecież trwać wiecznie.

Złapał mnie za rękę i ruszyliśmy pędem z powrotem tam, skąd się tu znalazłem. Kiedy tak biegliśmy, zastanawiałem się, kim jest ten zabawny mały jegomość i gdzie może mieszkać. Byłem dla niego zupełnie obcy, a jednak postanowił zabrać mnie do swego domu, bym mógł się wysuszyć. Taka odmiana po tym starym pułkowniku z purpurową twarzą, który nawet nie raczył mi powiedzieć, która godzina! Wkrótce się zatrzymaliśmy.

– Oto jesteśmy – oznajmił mi nieznajomy.

Podniosłem głowę, by zobaczyć, gdzie jesteśmy – i oto znajdowałem się u stóp schodków, które wiodły do małego domku z wielkim ogrodem! Mój nowy przyjaciel dobiegł już do furtki i otwierał ją kluczami, które wydobył z kieszeni.

„No nie, ja chyba śnię – pomyślałem – przecież to nie może być słynny doktor Dolittle we własnej osobie!”.

Przypuszczam, że nasłuchawszy się tyle o doktorze, spodziewałem się bardziej postawnego mężczyzny, kogoś wysokiego, silnego, pełnego majestatu. Aż trudno było uwierzyć, że ten niepozorny człowieczek o ujmującym uśmiechu na pucułowatej twarzy to może być właśnie ON. A jednak oto miałem go przed oczyma, bez dwóch zdań. Oto biegnie po schodach i otwiera furtkę, którą sprawdzałem w ostatnim czasie przez tyle dni!

W jednej chwili nadbiegł pies Jip i natychmiast, bez żadnych wstępów, zaczął skakać na swojego pana, ujadając ze szczęścia jak szalony. A z nieba lało się jeszcze mocniej niż wcześniej.

– Czy pan jest TYM doktorem Dolittlem? – spytałem, gdy biegliśmy po krótkiej ogrodowej ścieżce prowadzącej do domu.

– Tak, jestem doktorem Dolittlem – odpowiedział, otwierając drzwi frontowe tym samym pękiem kluczy. – Wchodź natychmiast! Nie zawracaj sobie głowy wycieraniem butów. Trochę błota w domu to żaden problem. Byle szybciej spod deszczu!

Wskoczyłem do środka, a Jip za mną. Po chwili doktor zatrzasnął drzwi za całą naszą trójką.

Z powodu burzy na zewnątrz panował półmrok, ale w domu, po zamknięciu drzwi było tak ciemno jak w najczarniejszą noc. Zaraz też dał się słyszeć najbardziej niesamowity hałas, jaki kiedykolwiek przyszyło mi usłyszeć. Brzmiał jak wszelkie możliwe odgłosy dżungli, jakby wszystkie gatunki zwierząt i ptaków ryczały, kwiczały, skrzeczały równocześnie. Słyszałem łoskot kopyt na schodach i rumor spieszących łap po korytarzach. Gdzieś w ciemnościach kwakała kaczka, piał kogut, gruchała synogarlica, pohukiwała sowa, beczało jagnię i szczekał Jip. Czułem jak ptasie skrzydła trzepoczą i wachlują w pobliżu mojej twarzy. Coś nieprzerwanie obijało się o moje nogi tak, że o mało nie straciłem równowagi. Cała sień zdawała się wypełniać zwierzętami. Zgiełk, jaki powstał na korytarzu, w połączeniu z rykiem wiatru i szumem ulewnego deszczu, był czymś zupełnie niesamowitym i zaczynałem już czuć się bardzo nieswojo, gdy zorientowałem się, że doktor trzyma mnie za ramię i krzyczy mi do ucha.

– Nie denerwuj się. Naprawdę nie ma się czego bać. To tylko kilkoro z moich ulubieńców. Nie było mnie trzy miesiące i teraz one cieszą się, że znów jestem z nimi w domu. Stój tam, gdzie jesteś, i poczekaj, aż zapalę światło. Boże drogi, ale burza! Posłuchaj tylko tych piorunów!

No i stałem tak w egipskich ciemnościach, a wszystkie zwierzęta, duże i małe, których w żaden sposób nie byłem w stanie zobaczyć, kłębiły się wokół moich nóg i rozpychając się, potrącały mnie raz po raz i czyniły przy tym nie lada rwetes. Było to i straszne, i śmieszne. Wcześniej często się zastanawiałem, spoglądając przez kratę zamkniętej furtki, jak też będzie wyglądać doktor Dolittle i co mieści wnętrze tego małego bajkowego domku. Ale nigdy nie przypuszczałem, że zastanę w nim taką menażerię. Jednak, gdy tylko poczułem na ramieniu rękę doktora, mój strach minął, ale zmieszanie pozostało. To wszystko wglądało na jakiś dziwaczny sen i zaczynałem już powątpiewać, że dzieje się to naprawdę, kiedy znów usłyszałem głos doktora:

– Ach, te przeklęte zapałki. Zamokły doszczętnie. Są zupełnie do niczego. Nie masz przypadkiem jakichś przy sobie?

– Nie, niestety nie noszę zapałek – odkrzyknąłem w ciemnościach.

– Trudno. Może Dab-Dab zdoła nam znaleźć jakieś światło.

Teraz doktor zacmokał zabawnie językiem i usłyszałem, jak ktoś człapie do góry po schodach i zaraz też zaczyna kręcić się po pokojach nad nami.

Po chwili nastąpiła cisza i czekaliśmy dobrą chwilę, ale nic się nie działo.

– Czy światło będzie prędko? – zapytałem. – Jakieś zwierzę siedzi na mojej nodze i czuję, że drętwieją mi palce.

– Pewnie za minutę. Ona zaraz powinna być z powrotem.

I właśnie wtedy ujrzałem pierwszą smugę światła gdzieś na szczycie schodów. Natychmiast wszystkie zwierzęta ucichły.

– Myślałem, że mieszka pan sam – powiedziałem do doktora.

– Bo tak w istocie jest. To Dab-Dab niesie światło.

Spojrzałem w górę schodów. Nie było widać zbyt dokładnie, co się dzieje na półpiętrze, ale usłyszałem za to najdziwniejsze kroki na samej górze, jakby ktoś zeskakiwał ze schodka na schodek, używając do tego tylko jednej nogi.

Kiedy światło znalazło się niżej, w górze zrobiło się jaśniej i na ścianach pojawiły się jakieś dziwne podskakujące cienie.