Dusze z ciemności i światłaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla Kingi i Maksa, dwóch świateł, które pokazały mi, że to najmniejsze akty troski rozświetlają najgłębsze ciemności.

Dziękuję także moim dziadkom, dzięki którym na zawsze zapamiętam, że miłości, wiary i wsparcia nie da się wycenić ludzką miarą.

SPIS TREŚCI

Wstęp

Prolog. Tak to zapamiętano

Rozdział I. Mogiła Diabła

Rozdział II. Pierwiastek śmierci

Rozdział III. Polowanie na czarty

Rozdział IV. Gniew ojca

Rozdział V. Rozmowy do poduszki

Rozdział VI. Rada Wyższości

Rozdział VII. Bolesne więzi

Rozdział VIII. Bicze Pięciogrotu

Rozdział IX. Preludium cierpienia

Rozdział X. Symfonia szeptów

Rozdział XI. Przodowniczka

Rozdział XII. Jam Żniwiarz, wasz zbawca!

Rozdział XIII. Furia

Rozdział XIV. Listy do T.

Rozdział XV. Mistrzowskie posunięcie

Rozdział XVI. Jak brat z siostrą

Rozdział XVII. Stary „znajomy”

Rozdział XVIII. Pierwszy z wielu

Rozdział XIX. Póki śmierć nas nie połączy

Rozdział XX. Zima Świata

Rozdział XXI. Nowy świat

Epilog

WSTĘP

Była przy nas od samego początku. Ta, która rządzi światem. Ona i jej wszechwładni bogowie. Jako sztylet ukryty w cieniu. Jako trucizna penetrująca żyły. Gdy ostrze wroga pruje demoniczne trzewia, on przybywa. Grimogod Kosiarz, co z półksiężycem dzierżonym w martwych szponach wyrusza na żniwa. Milczącymi ustami ostatni oddech łapie i gdy już nic poza skorupą rogatą się nie ostanie, dalej idzie. Wtedy w ziemię twe szczątki oddaje, gdzie trawić cię będą czerwie. Rotamoniusz dogląda gnicia twych mięśni i trzewi, aż nie zostanie po tobie choćby cień dawnej istoty. Zostawisz bliskich przez bezmyślną walkę, przez bój ze śmiercią przy pomocy śmierci. Nie zostawisz po sobie nic poza raniącym ciało oraz ducha bólem i żalem. Lament i tęsknota silniejsza niż chęć istnienia pchną twych bliskich w ramiona cierpienia. I trawić ich serca będzie Kirgotha okrutna, co istotą jest z niej zrodzoną. Nie oprą się zemście, nie odmówią gniewowi i prędzej czy później w śmierci objęcia ruszą.

Na wieki na swych tronach nad nami zasiadają i nie opuszczają nas nigdy. Czuwają od zmroku do brzasku i od zmierzchu do świtu. Nieść ją będą aż po kres istnienia. Tę, która liście z drzew strąca, co rogi wykrusza i włosy pobiela. Przed którą uciekamy, mimo iż przy każdym kroku czyha. Co kręgów przemijania i czasu jest napędzającym smarem. Przedwieczną i wieczną, wszechwładną i wszechogarniającą. Niezniszczalną. Potężną. Piękną jak mrok i gwiazdy na nieba tarczy. Ucz nas i prowadź przez życia mgliste stulecia, wołaj do siebie, by cel życia ziścić, ukierunkuj naszą bezcelowość i prowadź do spełnienia. Początku i końcu. My, wierni ci do końca, będziemy iść do ciebie, walczyć dla ciebie i czekać na twe przyjście. A gdy wszyscy i wszystko zniknie z tego świata, zostaniesz tylko ty. Spokojna i patrząca na nasz upadek. Nasze życie. Naszą śmierć. Na siebie…

Fragment Życia dla śmierci

Maranalaka Mroczny

PROLOG

TAK TO ZAPAMIĘTANO

Świat Derre, od niepamiętnych czasów pozbawiony waśni i niezgody, stworzony jako zacisze wśród niezliczonych światów przesyconych wojną, od zawsze był zamieszkiwany przez niemal tę samą liczbę żywych istot. Mniej lub bardziej rozumne dzieci Stworzenia starały się żyć w harmonii ze sobą i ziemią, na której przyszło im się urodzić. Ludzie, najliczniejsi spośród ras posługujących się mową, wierzyli, że świat ten został stworzony przez Boginię Matkę, Kochającą, niemającą imienia, które da się wymówić w jakimkolwiek z dialektów tego świata. Według nich wszystko, co robią, każdą ich decyzję, każdy czyn lub myśl zawdzięczają błogosławieństwu swej Bogini. To jej zamysł na los, jaki im przypada, jest tym jedynym, słusznym ponad wszelką wątpliwość. Oddanie nagradza spokojem ducha, przychodzi do nich nocą w snach, a jej ciepły matczyny dotyk sprowadza szczęście oraz poczucie bezpieczeństwa. Dopóki są jej wierni i nie przynoszą wstydu, bezczeszcząc świat, który stworzyła, dopóty będą żyli długo i szczęśliwie. Tak było i tak ma pozostać na wieki, póki wszystkie gwiazdy nie zgasną.

Derre było także domem wielu innych ras rozumnych, żyjących nieraz według doktryny ludzi, ale większość miała jednak własne poglądy na świat oraz genezę jego stworzenia. Elfy, wielbiące wszystko, co daje im ziemia i wzrasta pod słońcem, wierzyły w Pierwsze Ziarno. Według nich przed niezliczonymi mileniami na Derre spadło z niebios Ziarno, z którego zrodził się cały ogrom życia tej krainy. Dzięki niemu pojawili się także ludzie, dlatego, mimo ich odmiennych poglądów, Elfy uważały, że nie mają prawa krzywdzić ich w żaden sposób. Obserwowały, badały i broniły owoców Ziarna jako rasa protektorów wybranych przez Pierwotną Łąkę. Były pierwszymi stworzeniami, jakie się z niej wyłoniły, aby rozsiewać ziarno życia po całym Derre. Tak było i tak miało pozostać na wieki, póki wszystkie gwiazdy nie zgasną.

Krasnoludowie, niski i prostoduszny lud, żyjący w podziemnych królestwach przez setki pokoleń, nie znali światła słonecznego. Dzięki temu doskonale widzieli w ciemnościach oraz twardo stąpali po ziemi, nie patrząc w niebo w poszukiwaniu bóstw i sensu istnienia. Znali tylko ziemię, kamień oraz ogień. Krew Derre pozwalającą na tworzenie niezwykłych cudów, których nie znali mieszkańcy powierzchni. Mieli więc wiele dóbr, którymi przekonali do siebie ludzi i elfy, ci zaś uznali, że tak jak wszystko, co żyje, tak i oni korzystają z owoców Ziarna i cudów świata podarowanego im przez Boginię. Ich wynalazki, z entuzjazmem przyjęte przez pozostałe rasy, napędziły postęp technologii. Wciąż jednak to krasnoludowie byli mistrzami rzemiosła i tak miało pozostać na wieki, póki wszystkie gwiazdy nie zgasną.

Halki były najmniej liczną i co za tym idzie najbardziej tajemniczą rasą rozumną Derre. Pokryty futrem lud przypominający skrzyżowanie reniferów z ludźmi żył na trudno dostępnych, górskich szczytach, stroniąc od kontaktów z pozostałymi rasami tego świata. Niekiedy pojedyncze jednostki postanawiały żyć między innymi rasami, ale nawet wtedy niechętnie mówiły o swojej kulturze i wierzeniach. Zdradzały jednakże zamiłowanie do parzenia najróżniejszych wonnych naparów na każdą okazję, interesowały się modą pod każdą postacią, a także pieśniami, w układaniu i wykonaniu których nie była w stanie doścignąć ich żadna inna rasa. Mówi się, że halki, nawet gdy świat będzie się kończył, będą śpiewać, póki wszystkie gwiazdy nie zgasną.

Czas płynął w Derre, nie plącząc dróg losu ludzi, elfów, krasnoludów i halek przez niezliczoną liczbę pokoleń. Najstarsi pradziadowie od swych pradziadów słyszeli najwyżej o niesnaskach sąsiedzkich, kłótniach rodzinnych i uprzedzaniach do obcych ras, które jednak nigdy nie znajdowały odzwierciedlenia w agresywnych czynach. Mieszkańcy Derre nie znali wojen, zawistnych podbojów ani zbrodni ludobójstwa. Złodzieje, mordercy i gwałciciele byli usuwani ze społeczeństwa raz na zawsze poprzez wysłanie ich z powrotem do Bogini, aby ta ich osądziła. Zdarzało się to jednak stosunkowo rzadko, albowiem nikt, kto uznawał się za dziecko Matki, nie śmiał przynieść jej wstydu i narazić się na boski gniew. Niestety wszystko, co dobre, musi się prędzej czy później skończyć. Derre bardzo długo udawało się unikać widma zła goszczącego w sercach śmiertelników. Tym potężniejszy wstrząs ich czekał, gdy nieboskłon, na którym zasiadała Bogini, pękł niczym trzaśnięty kafarem i niebiosa zapłakały nad każdym, kto w nie patrzył.

Pierzaste łzy nieba spadały na Derre w niezliczonej liczbie. Byli to aniołowie, piękni i wiecznie młodzi, skrzydlaci wojownicy niosący światłość wszędzie, gdzie tylko byli w stanie dotrzeć. W oczach ludzi niemal natychmiast stali się wysłannikami Bogini, mającymi naprawić wszystkie błędy, jakie popełniali mieszkańcy Derre, i nauczyć ich, jak jeszcze lepiej oddawać cześć i służyć ich Matce. Anioły, ciepło przyjęte przez ludzi i nielicznych wyznawców Bogini innych ras, sprawiały wrażenie, że osiedlają się w Derre na stałe. Uważani z początku za czyste, nieskalane jakimkolwiek zepsuciem dzieci Matki, stali się w oczach jej wyznawców wzorem ideału. Jednakże bardzo szybko skrzydlaci wojownicy ujawnili, że mają odmienne wierzenia niż ich wielbiciele. Byli bowiem dziećmi nie Bogini, ale jednego z najstarszych bogów władającego światłością i ładem – Devinitusa, Najwyższej Światłości. Z początku ludzie opierali się zmianom, ale nie trzeba było długo czekać na pojawienie się wieszczy i proroków głoszących, że sama Bogini zesłała im sny, w których ogłasza, że także ona pochodzi od Devinitusa. Aniołowie, nie chcąc tracić czasu na spory, zgodzili się na te słowa pod warunkiem, że ludzkość i inni wyznawcy Bogini Matki będą stawiać Najwyższą Światłość ponad wszystko inne. Znalazło się jednakże wielu, którzy nie ufali aniołom i nie wierzyli w ich słowa ani dobre intencje. Bezbożni krasnoludowie, neutralne halki, a tym bardziej elfy nie przyjmowali do wiadomości słów wojowników światłości. Odmawiali wchodzenia z nimi w interakcje, a nawet stawiali czynny opór. Niestety anioły nie podzielały pacyfistycznych poglądów mieszkańców Derre. Nie wierzyły w utrzymanie spokoju ducha poprzez bezczynność, czczenie ziemi, po której stąpają i szacunek do wszystkiego, co po niej chodzi bez względu na wyznanie. Najwyższa Światłość wymagała od swych wyznawców tylko jednego. Mieli zniszczyć wszelkie przejawy ciemności, zepsucia i chaosu. Żaden świat nie był nieskazitelny przed ich przybyciem, a Devinitus był JEDYNĄ odpowiedzią. WSZYSTKO miało zostać oczyszczone!

 

Wtedy stało się to, co stać się musiało. Świat nieznający wojen i masowego zniszczenia spłynął krwią. Anioły z fanatycznym zapałem i konsekwencją egzekwowały słowa swego boga. Tylko ci, którzy bezsprzecznie mu podlegali, byli bezpieczni. Cała reszta, nieważne, czy to człowiek, elf, krasnolud czy halka, była karana bez uprzedzenia czy sądu. Z aniołami nie można było dyskutować. Nie dało się ich ubłagać ani przekupić. Byli mieczem Światłości, który nie miał uczuć, nie odczuwał litości ani strachu. Ci, przeciw którym się skierowali, stworzyli zorganizowaną armię ruchu oporu, lecz skrzydlaci wojownicy nie pozostali im dłużni. Z wyznawców Bogini stworzyli zakon, który walczył po ich stronie z wszelkim przejawem herezji, innowierstwa i zepsucia. Pancerni Święci, bo tak ich nazwano, zostali nauczeni anielskiej magii, zarówno ofensywnej, jak i defensywnej, co dało im niezrównaną przewagę. Wynik wojny był już niemal przesądzony. Przeciwników aniołów, Bogini i Devinitusa czekała zagłada, a Derre miało się stać świątynią Światłości i ładu. Nikt jednak nie przewidział tego, co stało się później.

Od przybycia aniołów minęły przeszło dwa lata, gdy do Derre przybyły kolejne postacie mające wziąć udział w tym wielkim konflikcie. Ziemia pod nogami walczących drżała i rozdzierała się. Wyczuleni już na magię mieszkańcy Derre czuli nadciągającą potęgę, gdy niebiosa czerniały od mrocznej magii. Pierwszy raz ich oczom ukazał się widok niesłychany i napawający niemożliwą do okiełznania trwogą. Strach malujący się na twarzach aniołów, a zaraz po nim to, co go wywołało. Srogie rogate twarze ukazały się zszokowanym mieszkańcom Derre. Potężne istoty czystej magii przybyły do tego świata i na zawsze naznaczyły go swą demoniczną naturą. Natychmiast zaczęły walkę z aniołami w chaotycznym wirze magii, mieczy i pazurów. Nie tłumaczyły swych poczynań, nie próbowały przekonać do siebie mieszkańców Derre ani nie potrzebowały ich pomocy. Miały tylko jeden cel. Wyrżnąć anioły. Wszystkie. Powód takiego działania znały tylko anioły i demony. Skrzydlaci wojownicy nie opowiedzieli bowiem swym podwładnym całej swojej historii. O krainie, którą zaatakowali wieki temu. O Acheruzie i wojnie z demonami, którą niemal przegrali. Tam toczyli bitwy przez całe stulecia. Coś jednak zmusiło ich do ucieczki. Nie mogli wrócić do swojego domu, do Devinis, dlatego przybili tu, licząc na to, że demony nie podążą za nimi. Mylili się jednak, co potwierdziło ich najgorsze obawy. Jeden z demonów odwrócił bowiem bieg wojny tak diametralnie, że anioły zostały zmuszone do radykalnych działań. Dzieci Acheruzu, używając plugawej magii, powołały do życia pierwszego w historii demona z zaklętą w nim esencją boga śmierci Grimogoda, Pożeracza Dusz i Władcy Umarłych. Z ust aniołów zaczęło padać napawające grozą imię dowódcy armii demonów: Żniwiarz. Przez pierwsze stulecia swej egzystencji pełnił on funkcję generała sił chaosu i zła. Potęga demonów okazała się nie do pokonania i anioły postanowiły uciec. Przekroczona raz brama między światami pozostała jednak otwarta i życiodajna magia Acheruzu zaczęła ulatniać się do Derre, niszcząc tym samym powoli świat demonów. Istota umierania pozwoliła Wcielonemu przekraczać bariery między światami bez naruszania równowagi między nimi. Przybył więc za aniołami, ściągając ze sobą elitę demonów i skazując zarazem Derre na nieodwracalne zmiany.

Wojna między Pancernymi Świętymi a resztą świata zeszła na drugi plan, lecz oczywiście nie odeszła kompletnie w zapomnienie. Legiony demonów zaczęły polować na anioły, więc priorytetem Świętych stała się ich obrona przed istotami zrodzonymi z czystego zła. Wszystkie inne rasy razem wzięte były niczym w porównaniu z potęgą Żniwiarza i jego armii. Gdy Pancerni Święci starli się wreszcie z demonami, rozpoczęła się wojna, poza którą anioły i ich mroczni wrogowie nie znali niemal niczego. Wybuchła Pierwsza Wojna Sferyczna.

Cały dotychczasowy świat został bezpowrotnie odmieniony. Istoty takie jak elfy i halki okazały się niezwykle podatne na magię. Tę dobrą, jak i tę złą. Elfy, dotąd neutralni łowcy i zielarze, zyskały niebywałą więź z ich ukochanymi lasami, a nawet częściową władzę nad nimi. Doszły do wniosku, że anielska i demoniczna magia obudziła Ziarno, a one, jako jego obrońcy, mają obowiązek wykorzystać je w tej wojnie. Część z nich uległa jednak mrocznym mocom demonów. Czarna magia zmieniła je w istoty zwane potocznie mrocznymi elfami lub elfami nocy. One same nazywały siebie drołami. Magia, którą władały, była niemal identyczna, jak ich niezdeprawowanych krewnych. Zostały jednakże przez nie wyparte i obrzucone największą pogardą. Rytuały krwi i wypaczające naturę praktyki zostały uznane za zgniliznę toczącą Ziarno i musiały zostać natychmiast wyplenione. Elfy nie miały więc wrogów jedynie w ludziach, aniołach i demonach, ale także we własnych szeregach. Po ich dawnej sile miało zostać jedynie smutne wspomnienie.

Halki, jako niezwykle dobroduszny lud, nie uległy złemu wpływowi magii demonów. Odznaczyły się za to niezwykłą umiejętnością leczenia wszelkich ran. Anioły używały w tym celu specjalnych maści, a tylko niekiedy zaklęć, halkom zaś wystarczyła jedynie ich obserwacja i zaledwie jedna próbka leczącej substancji skrzydlatych. Pomógł im fakt, że substancja ta składała się w większości z górskich minerałów i ziół, a halki, jako rasa żyjąca w górach, znały się na nich lepiej niż ktokolwiek inny, dlatego też szybko zdołały sporządzić jej niemal idealną kopię.

Tak mijały miesiące nieustannych walk. Każda ze stron prześcigała się w wynajdowaniu nowych zaklęć i broni. Huśtawka sił była ciągle w ruchu i nic nie wskazywało na to, że kiedykolwiek będzie inaczej. Całe stworzenie toczyło ze sobą walkę jeszcze przez dziesięć lat. Każda ze stron ponosiła ogromne straty, a świat, jaki znali kiedyś mieszkańcy Derre, został na zawsze naznaczony magią. Trupy, magia i wrogowie nie dopuszczali snu do ich umysłów, a gdy już przychodził, mroczne wizje przyszłości i lament Bogini szybko ich z niego wyrywał. Jednakże walki były coraz rzadsze, coraz mniej było też aniołów i demonów. Wszyscy widzieli zbliżający się koniec wojny.

Archanioł Gabriel, ostatni ze swojego rodu, zebrał cały zakon Pancernych Świętych i ruszył na spotkanie ze Żniwiarzem, który przebywał akurat na świętej ziemi wszystkich wyznawców Bogini, Madelis. Niegdyś tropikalny raj pośrodku pustyni Kaleth, teraz zrujnowane połacie resztek budynków i śladów po bitwach. Po wielogodzinnym marszu Święci stanęli na obrzeżach pobojowiska. Stosy trupów i fragmentów zbroi ciągnęły się aż po horyzont. Srebrnowłosy anioł odziany w lśniącą zbroję ze złotymi wykończeniami stanął na czele swej armii i spojrzał przed siebie. Następnie odwrócił się i patrząc na nią, nie dostrzegł nawet cienia strachu, zwątpienia czy słabości. Wszyscy doskonale ukrywali emocje. Wtedy wydał im jeszcze ostatnie rozkazy, udzielił wskazówek i dodał nieco otuchy. Potem ponownie odwrócił się w stronę pola bitwy i wyjął długi, zdobiony złotymi runami miecz z osadzonym w rękojeści lśniącym różowym kryształem. Uniósł go ku niebu, by po chwili bez słowa opuścić, wskazując czarne chmury przed sobą. Zostawszy w tyle, wbił miecz w ziemię i ukląkł.

Devinitus paptes, hedro careus towego humbolis servo – powiedział (co znaczyło: „Ojcze Devinitusie – ochraniaj, proszę, swe pokorne sługi”), jak to ludzie mają w zwyczaju, i w mgnieniu oka wzbił się w powietrze. Lecąc na spotkanie ze Żniwiarzem, wyglądał jak najjaśniejsza gwiazda świecąca w samo południe.

Dalej, za horyzontem, rozgrywał się istny karnawał okrucieństwa. Postać mroczna niczym gęsty las w bezksiężycową noc kroczyła po ziemi, która zdawała się umierać pod jej stopami. Blada twarz o martwym wyrazie odznaczała się od czarnej niczym smoła zbroi, a jej ruchy przypominały tkającego sieć pająka. Dokładne, precyzyjne, hipnotyzujące. Na polu walki, teraz już usianym trupami, pozostało niewiele demonów. Zaledwie trochę ponad tuzin, lecz była to elita sił zła, potężni dowódcy demonicznych legionów, budzący postrach wśród nawet najdzielniejszych Świętych. Dobijali rannych i szukali tych, którym udało się schować. Jednak dla ludzi bolesna śmierć nie była najgorszym sposobem na zakończenie życia. Cięcie miecza lub potężny czar były niczym w porównaniu z losem, jaki mógł im zgotować Żniwiarz. Był on bowiem w stanie użyć martwych ciał pokonanych jako nośników dla demonów. On sam musiał najpierw opętać człowieka, aby móc przybyć do Derre. Demony bowiem, w przeciwieństwie do aniołów, nie mogły samoistnie egzystować poza Acheruzem. To sprawiało, że walka z demonami była jeszcze bardziej przerażająca. Każdy zabity stawał się potencjalnym wzmocnieniem ich armii. Wielu ludzi prześladował widok bliskich, mężów, żon, a nawet dzieci, wstających z martwych, aby bez sprzeciwu dołączyć do armii Żniwiarza. Procesowi temu zawsze towarzyszył czarny dym przecinany co rusz szmaragdową błyskawicą. Wtedy, w Madelis, całe pole walki spowijały mroczne wyziewy magii.

– Lordzie, nadlatuje anioł. Jest z nim chyba cały zakon Pancernych Świętych – doniósł niewielki demon wysokim, skrzekliwym głosem, wybiegając z czarnej mgły.

– Wrrr… Czy to Gabriel? – spytał Żniwiarz, odrywając się od zwłok, które miał w ręku.

– Nie może być inaczej.

– Więc skończmy to raz na zawsze. – Wyprostował się, ale nie odwrócił do podwładnego. – Zbierz wszystkich. Ja idę się przywitać. I pożegnać – dodał, wyszczerzając zęby w diabolicznym uśmiechu, i ruszył na spotkanie ze Świętymi.

Tymczasem anioł, lecąc po niebie, wyczuł mobilizację wrogich sił. Odkryli nas. Już po ataku z zaskoczenia – pomyślał i zaklął pod nosem. Przełknął ślinę z ogromnym trudem, jakby serce, które podeszło mu do gardła, je zatkało. Postanowił się jednak nie wycofywać. Byłby to akt zdrady wobec Świętych, a także poległych braci i sióstr.

Nim zdążył się zastanowić nad konsekwencjami swej decyzji, runął na niego Żniwiarz. Posłał go na ziemię z taką siłą, że w miejscu upadku powstała ogromna dziura. Połowa Świętych otoczyła anioła, a druga część ich wojska zwróciła się w stronę demona. Nawet bez dowódcy doskonale wiedzieli, co robić. Żniwiarz stał i przyglądał się armii przed sobą. Widać było, jak puszczają im nerwy i ogarnia ich strach. Jak odczuwają potęgę demona, który czerpał ogromną satysfakcję z terroryzowania ich. Wiedział, że przybyli tu pełni odwagi oraz pewni siebie, ale z każdą chwilą ich postawa słabnie i niedługo dojdą do granicy stanu, w którym zechcą rzucić broń i zwiewać gdzie pieprz rośnie.

– Gabrielu! – ryknął wreszcie Żniwiarz. – Nie wygłupiaj się, Gabrielu! Przecież wiem, że nie pójdzie mi tak łatwo! – dodał, śmiejąc się.

Gabriel wstał z trudem, a armia między nim a demonem się rozstąpiła. Patrząc w oczy Żniwiarza, czuł, że zbliża się do otchłani, z której nie ma powrotu, a im bardziej się do niej zbliżał, tym większa rozpacz go ogarniała. Zebrał się jednak w sobie i zwrócił do wroga:

 

– Zabiliście moich braci, wyrżnęliście tylu ludzi i rozpoczęliście wojnę! Nie przynosicie nic prócz zniszczenia i zła wszędzie, gdzie się pojawicie! Zasługujecie tylko na śmierć!

– Bezczelny, świętoszkowaty, opierzony hipokryto! – odpowiedział demon z pogardą. – Masz się za lepszego, bo masz tu poparcie?! Sami nie byliście lepsi, kiedy próbowaliście nas wszystkich pozabijać, a gdy wam się nie udało, porzuciliście swą chwalebną misję, skazując Acheruz na zatracenie! Daliście ludziom magię, na którą nie byli gotowi, i co zrobiliście tutaj?! Próbowaliście wyrżnąć w pień całą populację tego świata, która nie zgadzała się na indoktrynację! Starasz się zgrywać stróża, podczas gdy jesteś katem! Ty i twoi pobratymcy! Szkoda, że nie potrafiliście ocenić swoich umiejętności! Ani tu, ani w Acheruzie! Mogliście to załatwić pokojowo! Poddać się bez przelewu krwi, opuścić nasz świat i nigdy nie wrócić, ale wybraliście ścieżkę wojny i śmierci! – Rozłożył ręce i wyszczerzył zęby zadowolony z siebie. – I tak oto sprowadziłeś śmierć we własnej osobie na cały swój ród, na siebie, na Acheruz i ten świat także.

– Co?! – wrzasnął anioł.

– Nie udawaj głupszego, niż jesteś. To już nie jest wojna między aniołami i demonami. Wciągnąłeś ich w to i teraz to także wojna o ludzkie dusze. Acheruz podjął już decyzję. Szczerze mówiąc… – Demon przerwał i w mgnieniu oka znalazł się przy Gabrielu, szepcząc mu coś do ucha.

Ten natychmiast go odrzucił, po czym zamarł. Wyraz twarzy anioła zaczął się zmieniać, jakby każdy mięsień żył własnym życiem. Strach. Złość. Zdziwienie. Wszystko naraz.

– Kłamiesz! Musisz kłamać! Nie pozwolę, żebyś sprowadził na ten świat to samo piekło, które zgotowaliście nam w Acheruzie. Słyszysz?! Nie pozwolę! Powstrzymam cię, choćbym miał paść trupem!

– Da się zrobić – odpowiedział spokojnie Żniwiarz.

Podniósł rękę do góry i wezwał do siebie swoich towarzyszy. Cały czas patrzył na armię przed sobą z żądzą śmierci w oczach. Z chmury za nim wyłoniło się piętnaście postaci. Na przód wystąpiła kobieta-demon odziana w czarną, doskonale przylegającą do ciała zbroję z czerwonymi elementami. Miała delikatne rysy twarzy i nieskazitelną, perłową cerę, z którą kontrastował czarny makijaż oczu i kuszących, delikatnych ust. Ciemne, nastroszone włosy sięgające do żuchwy miała ściągnięte do tyłu tak, że odsłaniały gładką szyję i obrożę z czarnej koronki z lśniącym rubinem pośrodku. Nie tylko jej twarz, ale i całe ciało było wręcz hipnotyzująco piękne. Długie nogi, zgrabna talia, idealnie wypełniające zbroję piersi, drobne, delikatne dłonie. To wszystko w połączeniu z chodem pełnym gracji sprawiało, że niejednemu żołnierzowi robiło się ciasno pod zbroją. Szybko jednak się opamiętywali. Przeklęte sukkubusy. Uosobienia pożądania. Jednak Bethrezelda była demonem gniewu. Niezrównanym, zaklętym w niezwykle urodziwą niewiastę i władającym wynaturzoną potęgą.

Podeszła do Żniwiarza, objęła jego ramię jedną ręką, a drugą pogłaskała przeciwny policzek.

– Co rozkażesz, mój władco? – spytała.

Jej głos brzmiał jak melodia łapiąca widownię za serca, zmuszająca do zamknięcia oczu i kusząca, by się w niej rozpłynąć.

Żniwiarz ściągnął jej rękę ze swojej twarzy jakby zirytowany i powiedział:

– Zajmij się tymi ludźmi. Gabriela zostawcie, jest mój. – Na te słowa demonica odsunęła się, radośnie robiąc obrót, i gdy już chciała zawołać resztę demonów, Żniwiarz dodał: – Tylko nie wkurzaj się za bardzo. Popsujesz innym zabawę.

Beth się uśmiechnęła, po czym spojrzała na Świętych gotowych do walki. Jej oczy, dotąd wyglądające jak dwa lśniące agaty z białą otoczką, zapłonęły czerwienią. Były niczym zalane krwią, wypełnione furią i zwiastujące rzeź, którą zaraz rozpęta ich właścicielka.

I ruszyli, aby ciąć, palić i niszczyć ostatnich obrońców ludzkości, a Gabriel został sam na sam ze Żniwiarzem. Miał mierzyć się z wcieleniem boga, a taką siłą anioły nie dysponowały. Wiedział, że prawdopodobnie zginie. Czuł to w głębi ducha, ale był na to gotów. Chciał poświęcić wszystko, aby pozbyć się demonów. Nie dysponował siłą zdolną dokonać tego czynu, ale miał jeszcze ostatniego asa w rękawie. Zacisnął dłonie na rękojeści miecza, a klejnot w niej osadzony zalśnił.

– Czy to…? – zszokował się Żniwiarz.

Anioł rzucił się na niego, nim przeciwnik skończył zdanie. Raz. Muszę trafić tylko raz! – powtarzał sobie w myślach. Atakował wroga najlepiej, jak potrafił, a on blokował ciosy gołymi rękami. Zrozpaczony wojownik nieba nie wierzył w to, co się dzieje. Potęga Żniwiarza przekraczała jego oczekiwania po wielokroć. Wiele słyszał o sile demona od braci i sióstr, którzy mieli nieprzyjemność go spotkać, ale dziś po raz pierwszy osobiście przyszło mu się z nim mierzyć. Gniew i rozpacz ogarniały go coraz bardziej. Zalewały niczym fale, aby potem wciągnąć go w mroczną głębię. Widział opanowanie na twarzy demona i słyszał krzyki niewyobrażalnego cierpienia ludzi, których przywiódł tu ze sobą. Wszystko stracone.

Wymienili jeszcze kilka ciosów i zanim Gabriel zdążył zareagować, Żniwiarz wykonał miażdżący kontratak. Nawet przez zbroję anioł poczuł, jak pękają mu żebra i przemieszczają się narządy wewnętrzne. Padł na kolana, a z ust trysnęła mu krew. Ledwie oddychał i z trudem utrzymywał przytomność, ale demon nie dał mu ani chwili wytchnienia. Chwycił go za gardło i podniósł do góry tak, że ich oczy były na równi, a nogi anioła zwisały bezwładnie nad ziemią. Spojrzał mu prosto w pełną rozpaczy twarz wykrzywioną z bólu i przeszył go swoim martwym spojrzeniem, jakby chciał przemówić prosto do jego duszy.

– Czemu walczysz z takim ślepym zaangażowaniem? Po co zbratałeś się z tymi… ludźmi? Wszyscy twoi przyjaciele zostali zabici przez wasz głupi upór. Teraz my to wszystko naprawimy. Stworzę tu nowy, lepszy świat.

– Świat demonów – wykrztusił Gabriel.

– A co czyni cię lepszym od nas?! Co o nas wiecie?! Widzieliście nasze miasta i życie w nich?! Nasze dzieci i kobiety?! – wykrzyczał demon, machnąwszy ręką w stronę Bethrezeldy trzymającej w ręku ludzkie serce. – Niech zgadnę. Nie pomyśleliście nawet o darowaniu życia istotom zamieszkującym Derre? Posłuszeństwo albo śmierć, co?

Gabriel chciał coś powiedzieć, ale nie wydał z siebie ani jednego dźwięku. Może przez miażdżący uścisk Żniwiarza, a może przez to gorzkie ziarno prawdy w jego słowach. Aniołowie popełnili wiele grzechów, a Święci wcale nie byli tacy święci. Niemal wyrzekli się swojej Bogini i po raz pierwszy w dziejach wzięli udział w wojnie, mordując, zamiast pielęgnować życie. Jednak demony to krwiożercze bestie bez serca. Okrutne i nieczyste na duchu i umyśle. O wiele gorsze od nich.

Korzystając z chwili uniesienia Żniwiarza, Gabriel zdołał przysunąć mu miecz do boku. Teraz albo nigdy!

Mimo że demon był szybki, nie zdołał umknąć przed ciosem. Padł na ziemię raniony anielskim, runicznym ostrzem i pociągnął Gabriela ze sobą. Bez chwili namysłu anioł wyciągnął miecz i wbił z powrotem w bestię. Tym razem prosto w serce. Skuteczne przeciwko każdej innej istocie, ale nie demonowi czystej krwi. Ich ciała są zazwyczaj od dawna martwe i podtrzymywane czystą magią. Wystarczyło to jednak do przygwożdżenia demona do ziemi.

– Wiele gadasz, bestio, ale sam wyrządziłeś tu więcej szkód niż ja przez całe życie. Nie ujdziesz stąd żywy! – powiedział, pocierając kamień w rękojeści. – Wiesz, co to jest, prawda?

– Nie ośmielisz się.

– Odejdziemy stąd obaj i ten świat wróci z czasem do normy. Bez aniołów i demonów, tak jak miało być od wieków. Zadbam o to. Przepadniesz i odejdziesz w zapomnienie. – Anioł wyjął kryształ z rękojeści i przystawił do czoła Żniwiarza. – Zniewalam twą duszę i wiążę ją swoją własną. Będziesz na wieczność uwięziony bez mocy i szans na powrót. Twe sługi upadną w nicość, a ty staniesz się tylko przykrym przypisem do historii tego świata.

Żniwiarz starał się go z siebie strącić, ale runiczna magia miecza anioła już krążyła w jego ciele, skutecznie go osłabiając. Gdy Gabriel wypowiedział zaklęcie i umieścił kamień z powrotem w mieczu, rozległ się mrożący krew w żyłach śmiech. Kiedy ich dusze były wyrywane z ciał, Żniwiarz zdobył się na wypowiedzenie swoich ostatnich słów:

– To się tu nie skończy. Odwlekasz to, co nieuniknione. Będę wolny i zrobię to, co zamierzam. – Spojrzał aniołowi w oczy z uśmiechem. – Na twoim miejscu uważałbym na to, co zostawiam w spuściźnie ludziom i jak bardzo ten świat jest teraz na nas podatny.

Gabriel zrobił niepewną minę, po czym nagle zamarł i spojrzał w przestrzeń. Coś do niego dotarło. Wykrzywił twarz z wściekłości, bezsilności i wstydu. Gdy zniknęli w eksplozji światła, dało się słyszeć tylko rozpaczliwy wrzask anioła oraz opętańczy śmiech Żniwiarza.

Blask znikł, a ich ciała rozwiały się na wietrze tak samo jak ciała sług demona. Pozostał tylko miecz anioła wbity w ziemię i garstka niedobitków, która przez kolejne lata odzyskiwała siły. Ten dzień przeszedł do historii jako triumf życia w Derre oraz wyznacznik nowej ery. Nastała era magii. Jednak tak jak przepowiedział anioł, świat szybko wrócił do normy. Do wojen, podziałów i uprzedzeń. Taka jest teraz natura ludzka…