Dżender domowy i inne historieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Postypie

New romantic

Er

Mur

Alibi

Pączuś Piłat od rana ma dobry hummus

Dżender domowy

Po sezonie

Inne powieści Huberta Klimko-Dobrzanieckiego

Opracowanie redakcyjne: ANNA KOŁAT

Korekta: JAN JAROSZUK, JANINA ZGRZEMBSKA

Projekt okładki: WITOLD SIEMASZKIEWICZ

Skład i łamanie: PLUS 2 Witold Kuśmierczyk

Copyright © text by Hubert Klimko-Dobrzaniecki 2017

by arrangement with Agencja Literacka Syndykat Autorów

For the Polish Edition © 2017, Noir sur Blanc, Warszawa

ISBN 978-83-65613-44-8

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o.

ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa

e-mail: nsb@wl.net.pl księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Postypie

.

1

Ilekroć jechał windą, nachodziły go myśli samobójcze. Mieszkał wysoko. Na dwudziestym piątym piętrze luksusowego budynku, w centrum. Zawsze chciał być w centrum, i to nie tylko stolicy. Po latach ciężkiej pracy zadomowił się wysoko. Choć nie na samym szczycie. Od szczytu dzieliły go cztery mieszkalne piętra i kilku kolesi, którzy mieli szersze plecy. Plecy odziedziczyli. On musiał sam się ich dorabiać. Aby kupić mieszkanie na ostatnim piętrze, też były potrzebne. Apartament na samej górze nabył znany aktor. Dla tej młodszej o trzydzieści lat dupy z twarzą bez wyrazu, małymi piersiami i wałeczkami tłuszczu na biodrach. Spotykał ją czasami. W windzie. Dzień dobry. Do widzenia. Dobry wieczór. Dobranoc. Cała konwersacja. Jak umierać, to samotnie. Spadać w dół ze smarkulą i jej kieszonkowym pieskiem? To ocierało się o drwinę. Znany i ceniony scenarzysta oraz partnerka znanego i cenionego aktora, i mniej ceniony piesek kieszonkowy, ponieśli śmierć w spadającej windzie! Tyle już nakręcono filmów, w których spadały windy. Z ludźmi. Z psami. Z ludźmi i psami. Same windy również spadały. Na robotników, na przykład. Nie powtarzać znanych scen. Nigdy nie powtarzać. Wejście do windy bez windy. To też było. Wszystko ponoć było... Za każdym razem, kiedy siadał do nowego scenariusza, bał się, że popełni niezamierzony plagiat. Kurwa, ci Hindusi za dużo kręcą. Na szczęście Indie mają atomówkę. Pakistan też ją ma. Pewnego dnia ktoś wkurwiony naciśnie guzik i problem się sam rozwiąże. Oby w miarę szybko, bo za dużo, dużo za dużo, filmów produkują.

Czarno-białe lubił najbardziej. Spierał się często z tymi, którzy w braku kolorów upatrywali ślepą uliczkę. W braku kolorów? Bzdura, wykrzykiwał. Nie zdajecie sobie sprawy, jak bardzo kolorowa jest czerń, o bieli nie wspominając. Więc nie pierdolcie, że widz się nudzi na czarno-białych filmach. Nie dawał za wygraną i w sumie udało mu się przekonać kilku reżyserów, a tamci producentów, żeby przenieść jego scenariusze na ekran w kolorach – czarnych i białych. Z powodzeniem zresztą. Krytycy byli zachwyceni. Widzowie też. Po kilku produkcjach środowisko nadało mu przydomek – Zebra. Z czasem się przyzwyczaił i tak właśnie zaczął się przedstawiać. Zebra jestem. I szufla. Zebra jestem. I cmok. Zebra jestem. Niech pan nie pitoli, że pan już gdzieś widział taką scenę. Zebra jestem, ale nie dam przez siebie przejść. Zebra jestem, ale nie osioł. Dymać to sobie pan może początkujących scenarzystów. Tyle i tyle, a jak nie, to nic! No i się uzbierało na to luksusowe mieszkanie. W luksusowym budynku. W centrum. W stolicy. Prawie w niebie. Prawie...

2

Zadzwonił telefon. Akurat poprawiał scenę miłosną i ostry dźwięk momentalnie podniósł mu ciśnienie. Postanowił kontynuować. Nie odbierać. Aby nie otrzeć się o kicz. Aby nie otrzeć się o kicz, pomyślał. Telefon nie przestawał dzwonić. Dobrze, najpierw kogoś opierdolę, a potem dokończę, nie ma innego wyjścia.

– Zebra! Słucham! – krzyknął. I już szykował się do wielkiej opierdolki natręta, a opierdalać oraz siarczyście przeklinać to on potrafił, kiedy usłyszał w słuchawce spokojny głos. Głos jakby znajomy.

– Tutaj doktor Białek. Pan pewnie nie kojarzy. – Przed oczami przeleciały mu obrazki z dzieciństwa. Mieszkanie w bloku. Matka, z którą nie rozmawiał od wielu lat. Miasteczko, z którego uciekł zaraz po maturze. Pierwsza komunia święta i akcja Milicji Obywatelskiej, która interweniowała w sprawie żony... A właśnie! W sprawie żony doktora Białka. Jakiś koleś wparował do ich mieszkania pod nieobecność doktora, związał biedaczkę i chciał wymusić okup oraz helikopter, żeby zwiać do Berlina Zachodniego. Tak, dokładnie pamiętał ten dzień. Nie wyszedł do kościoła na swoją pierwszą komunię. Milicja zabroniła wychodzenia na zewnątrz. Czy po latach winił MO, że słabo mu szło z Panem Bogiem? Za to matka... Właśnie, matka... Ludzie nie żyją wiecznie, a ona zbliżała się do osiemdziesiątki. Matka? Poczuł gęsią skórkę na udach.

– Tak, panie doktorze. Poznaję głos. Czy coś się stało?

– Mam pański numer telefonu od dozorcy.

– Rozumiem. Dałem go kiedyś mojemu synowi. Pewnie dlatego... Czy coś się stało? – powtórzył.

– Znaleźliśmy mamę nieprzytomną. Odwodnioną... No...

– Nie żyje?

– Powiem tak: stan jest ciężki. Leży w szpitalu na Cichej. Pan pamięta, gdzie to jest?

– Tak.

– Pan się tam urodził. Odbierałem pana.

– Tego nie pamiętam...

– Radziłbym, jak najszybciej przyjechać. Każda minuta jest cenna. O ile ceni pan czas.

– Doktorze, dziękuję za telefon. Zaraz ruszam.

– Szerokiej drogi.

– Dziękuję.

Wyłączył komputer. Wstał i wyjął z kieszeni spodni pogiętą paczkę papierosów. Drżały mu dłonie. Czuł się tak, jak wtedy, dawno temu, kiedy pierwszy raz w życiu rozpinał biustonosz. Potem właścicielka stanika została jego żoną. Urodziła syna. Rozstali się. Niby w zgodzie. Zapalił papierosa. Palił nerwowo. Zebrało mu się na wymioty. Nie dokończył papierosa. Pobiegł do łazienki. Zwymiotował. Spłukał i spojrzał w lustro. Miał pięćdziesiąt lat, choć jego twarz wyglądała młodziej. Jakoś udało się uniknąć fizycznej harówki, która niejednemu w jego wieku dodała głębokich zmarszczek. Umył zęby. Zwymiotował jeszcze raz. Za drugim razem obtarł tylko usta ręcznikiem. Wrócił do pokoju. Włączył komputer i skończył poprawiać zarzuconą scenę. Dopisał kawałek drżącymi rękami. Rozpinanie biustonosza... Tego właśnie brakowało. Scena mu się podobała, toteż poczuł się o niebo lepiej. Istnieją przynajmniej dwa światy, pomyślał. Ten, w którym żyjemy, i ten, który nadaje się do opisania. Coś, co ma miejsce, i coś, co może mieć miejsce. Po tym, kiedy ponownie wyłączył komputer, powrócił do świata, w którym przyszło mu żyć. Wystukał na komórce numer.

– Z matką źle. Muszę jechać.

– O Boże, coś poważnego?

– Chyba tak.

– Chcesz, żebym pojechała z tobą?

– Poradzę sobie.

– Wiesz, w takich chwilach...

– Jesteś kochana, ale to naprawdę zbyteczne.

– Jak chcesz. Na długo?

– Tego jeszcze nie wiem. Na miejscu się okaże.

– Gdybyś jednak... Zadzwoń, daj znać. Przyjadę.

– Całuję. Do usłyszenia.

Czekał na windę. Jechała z dołu i po drodze zatrzymywała się na różnych piętrach. Kiedy drzwi się otworzyły, nikogo w niej nie było. W windzie można się zabić, tylko jadąc w dół. Chyba że ma się przy sobie pistolet, to można i w górę, pomyślał, ale i tak zwiozą cię potem na parter. Winda była duża. Mogłoby do niej wejść śmiało kilka osób. W środku były lustra. Zanim zjechał na parter, obejrzał się z kilku stron. Niemiecka robota. Schindler. To się, do kurwy nędzy, nigdy nie zepsuje. Żadnych niespodzianek. W górę i w dół. W dół i w górę. Ta winda przeżyje mnie, innych, którzy przyjdą po mnie, po nas. Schindler przeżyje całe to miasto, do jasnej cholery. Dlaczego ci Niemcy produkują tak sprawnie działające urządzenia? Gdybym mieszkał w Rosji, mógłbym liczyć na to, że coś się teraz spierdoli, że nie dojadę w całości. Życie mogłoby się wtedy całkiem inaczej potoczyć.

3

Była piąta rano, kiedy dojechał do miasteczka. Człowiek nie ma wpływu na miejsce urodzenia. A czy ma na miejsce śmierci? Niektórym się udaje, pomyślał, i zaparkował samochód przed szpitalem. Tutaj, w tym miejscu, w tym budynku się urodził, a teraz... W środku śmierdziało lizolem. Boże, a jednak niewiele się zmieniło, niewiele się zmienia. Lizol, zapach komuny... Trafił do dyżurki pielęgniarek. Otyła kobieta siedziała przy stoliku i jadła kanapkę. Początkowo nie zwróciła na niego uwagi. Chrząknął.

– Dzień dobry – powiedział cicho.

 

– Kto pana tu wpuścił?

– Nikt.

– Cholera, ten z ochrony znowu gdzieś przepadł, niedługo wszyscy będą mogli tu wejść. Co pan tak o piątej rano? Wizyty są po obiedzie.

– Przywieziono tu wczoraj moją mamę.

– Nazwisko?

– Dobrowolska. Maria Dobrowolska.

– A pan kto?

– No, przecież powiedziałem, że mamę wczoraj przywieziono.

– Pan się nie wymądrza. Wy wszyscy zaczynacie się martwić, jak już jest za późno.

– Za późno?

– Żyje, żyje, ale jest słabo. Sąsiad ją znalazł. Lewostronny paraliż. Odwodnienie i całkowite wycieńczenie. To cud, że żyje. Pan telefonu nie ma?

– Mam.

– No, to jak? Nie dzwonił pan do starszej osoby mieszkającej samotnie? Się wstydzić pan powinien. Zjawiacie się potem nad ranem i udajecie zatroskanych i kochających.

– Czy mogę ją zobaczyć?

– Zasadniczo nie, ale w sumie tak.

– Czyli jak?

– Dwieście dwanaście. Tylko szybko. Nie męczyć pacjentki. Aha, pan powinien o czternastej godzinie zobaczyć się z lekarzem.

– Tak.

– Jeszcze jedno – dodała, kiedy Zebra szykował się do wyjścia – pan pojedzie do apteki i kupi dwie paczki pampersów dla dorosłych. Szpital biedny, a mama dużo sika, i robi pod siebie.

– Dobrze.

W takiej sytuacji warto mieć brata albo siostrę, a najlepiej brata i siostrę, ale był jedynakiem, wychowywanym przez samotną matkę. Od piątego roku życia aż do momentu, kiedy zwiał z miasteczka. Wiedział, że ojciec żyje. Nie wyjechał, nie ożenił się ponownie, przeprowadził się dwa bloki dalej. Do swojej matki. W pewnych sytuacjach odległość między dwoma blokami to kosmiczny dystans, inna galaktyka.

Nad drzwiami do sali tliło się czerwone światełko. Wszedł. Poczuł zapach moczu. Stanął przy łóżku. Zaczynało świtać. Zobaczył niewyraźną postać. Małego, kruchego człowieczka podłączonego do elektronicznych urządzeń, których migające diody przypominały tandetne lampki choinkowe. Bóg się rodzi, moc truchleje... i te wszystkie Wigilie, które przyszło im spędzać razem. Radosne święto, a u nich, każdego roku, aż do chwili jego wyjazdu, zamieniało się w stypę. Pochylił się. Złapał matkę za rękę.

– Mamo – powiedział szeptem. – Mamo, to ja. Słyszysz mnie? – Dłoń się poruszyła. – Jeśli słyszysz, jeśli rozumiesz, uściśnij moją rękę dwa razy. – Poczuł jeden, a po chwili drugi, silniejszy uścisk. – Mamo, przepraszam. Ja musiałem wyjechać. Nie mogłem tutaj żyć. Gdybym został, pewnie bym się powiesił. Przecież matki nie rodzą dzieci po to, żeby je potem pochować. Przepraszam, mamo. Mamo, jak się tylko twój stan poprawi, to zabiorę cię do siebie. Jest dużo miejsca, będziesz miała swój pokój. Pielęgniarki załatwię. Ty nigdy nie chciałaś tu mieszkać, ty się tu nie urodziłaś. To jest straszne miasteczko. Mamo, no daj znak, powiedz, że nie chcesz tutaj zostać. Zabiorę cię. – Znowu poczuł uścisk dłoni. – Mamo, ja już muszę iść. Zostawię cię na chwilę, przyjdę znowu za kilka godzin. Porozmawiam z lekarzem. Ustalimy, co dalej robić. Mamo, będzie dobrze. Daj znak, powiedz, że chcesz, żebym cię stąd zabrał. – Po chwili poczuł mocny uścisk.

Szarówka zamieniała się w jasność. Teraz widział matkę wyraźnie. Miała zamknięte oczy i nie wiedział, czy spokój malujący się na jej twarzy oraz lekki uśmiech były skutkiem wylewu, czy też tego, co się przed chwilą między nimi wydarzyło. Zanim wyszedł, pocałował ją w czoło. Mocno, prawdziwie.

Wsiadł do samochodu i pojechał na osiedle, gdzie się wychował. Przesiedział w aucie dwie godziny. Obserwował ludzi idących z siatkami do sklepu, tego samego sklepu, do którego wysyłała go matka. Widział zatroskanie na twarzach małomiasteczkowych obywateli, widział, jak się zmniejszają, jak z kroku na krok stają się jeszcze bardziej małomiasteczkowi, żałował ich i nie żałował wcale. Potem wyszedł na zewnątrz i stanął przed drzwiami wejściowymi. Na domofonie odnalazł nazwisko lekarza.

– Tak, słucham?

– To ja, panie doktorze. Pan do mnie dzwonił. Chodziło o mamę. Mógłby mnie pan wpuścić?

– Już otwieram. Proszę.

Zawsze przypominał świętego mikołaja. Tyle że się postarzał, a długa broda pokryła się srebrem.

– Jeszcze raz dziękuję za telefon.

– Trzeba sobie pomagać.

– Niewiele się pan zmienił.

– Przesadza pan. Wy, artyści... Oglądaliśmy z żoną wszystkie filmy, do których napisał pan scenariusz. Świetne. Miasto jest z pana dumne. No, przynajmniej ja i żona jesteśmy. Ale przecież nie będziemy tak w progu. Proszę wejść do środka.

To tak wygląda mieszkanie człowieka, który przyjmował mnie na świat... Cholera, miałem jednak szczęście, pomyślał. Swego czasu w miasteczku chodziły słuchy, że nie tylko przyjmował na świat...

– Kawa? Herbata? Woda?

– Woda.

Wyszedł do kuchni i po chwili wrócił z pełną szklanką. Postawił ją przed Zebrą.

– Taaa... Przykra sprawa, ale wie pan, wszyscy się starzejemy. Taki los. Ja, na szczęście, mam żonę. Młodszą. Nie jestem sam, ktoś poda szklankę wody. – Uśmiechnął się. – Widział pan mamę?

– Tak. Nie mówi, ale i tak porozmawialiśmy. Kontaktuje. Chyba pierwszy raz w życiu porozmawialiśmy od serca, szczerze. Dawała znaki. Dłonią.

– Przykra sprawa, przykra sprawa, ale co zrobić. Pan tam, ona tu... Umówiła się z koleżanką do lekarza. I nie przyszła. Dwa dni nie odbierała telefonów. Na trzeci dzień mąż tej koleżanki zadzwonił do dozorcy, który miał klucze do jej mieszkania. Wie pan, dała mu drugą parę, w razie czego... Leżała w łóżku nieprzytomna. Przyszli po mnie. Nie wyglądało to dobrze. Zadzwoniliśmy po pogotowie. Potem ja do pana. Cud, że jeszcze żyła. Widocznie chciała się z panem spotkać. Udało się. To dobrze... Będzie jakiś nowy film?

– Mam nadzieję, doktorze. Mam nadzieję. Kończę scenariusz. – Dopił wodę. Doktor uważnie mierzył go wzrokiem. – Muszę się zbierać.

– Oczywiście. Trudne dni przed panem. Aha, proszę zajść do pana Marka. Ma klucze od mamy mieszkania.

Pan Marek, który był od Zebry niewiele starszy, mocno się zdziwił, gdy otworzył drzwi. Na jego twarzy malowała się troska pomieszana z chęcią dania Zebrze w mordę.

– Złoto schowałem do pudełka po ptasim mleczku – powiedział.

– Złoto?

– No, złoto, kurwa. Złoto ze złota. Takie żółte. Jak znaleźliśmy mamę, to miała na sobie złoto. Pierścionki i łańcuszek. Moją matkę te chuje z pogotowia obrobili, jak ją zabierali. W karetce, kurwa. Mnie przy tym nie było, jak ją zabierali. Ale matka zawsze nosiła złoto. A jak przyjechałem do szpitala, to ni chuja. Goła, panie. Obrobili. Tylko ślady po pierścionkach na palcach. To se pomyślałem, że ni chuja, tym razem w chuja nie dam się zrobić, i se przynajmniej na sąsiadce odbiję. No i kurwa, zanim przyjechali, złoto z pana mamy zdjąłem i do tego pudełka po ptasim mleczku. Na lodówce leży. No, tak było. A tu klucze. Zamknąłem na górę i dół.

– Dziękuję.

– W szpitalu pan był?

– Tak, przed chwilą.

– Pan się musi przygotować na najgorsze.

– Tak?

– Tak. Moją mamę to samo zwinęło. Po tygodniu poszła do nieba.

– Aha. No, ja już pójdę. Dziękuję.

– Nie ma za co. Pan ma syna, tak?

– Tak.

– Pan se zrobi jakieś lepsze stosunki z synem, bo też pana kiedyś może dorwać samotność. A jak samotność, to już chuj. Samotność jest chujowa. Prawda?

– Prawda.

– Do widzenia.

– Do widzenia.

4

Zadzwonił telefon. Pośpiesznie wyjął go z kieszeni. Odebrał i oparł się o poręcz.

– I co tam u ciebie? Co z mamą? Chcesz, żebym przyjechała?

– Pogadaliśmy trochę.

– Czyli nie jest aż tak źle?

– Ja mówiłem. Ona dawała znaki. Odezwę się niedługo. Muszę iść do mieszkania. Stoję na klatce.

– Dobrze. Trzymaj się. Do usłyszenia.

– Pa.

Upiorny zapach ekskrementów uderzył go w nozdrza. Pokój, który dawno temu był jego pokojem, gdzie stało łóżko, które kiedyś było jego łóżkiem, przypominał teraz małą graciarnię. Starsi ludzie lubią gromadzić niepotrzebne przedmioty... Młodsi też. Różnica polega tylko na tym, że ci drudzy ich używają. Na parapecie zamiast kwiatków stały trzy zakurzone czajniki i sterta gazet. A na stoliku obok łóżka równie zakurzone gipsowe figurki Matki Boskiej. Na ścianach wisiały kiczowate malunki. Jeden z nich przykuł jego uwagę. Był to obrazek przedstawiający anioła prowadzącego małego chłopca. Anioł, ma się rozumieć, miał skrzydła i odziany był w białą albę, a chłopiec w niebieski garnitur. Pod scenką widniał napis „Pamiątka pierwszej komunii świętej”. Załatwiła sobie... Ona wszystko swego czasu potrafiła załatwić, pomyślał. Nawet komunię, której nie było...

Zapach moczu i kału był nie do wytrzymania. Kierując się nosem, jak pies, szybko zlokalizował epicentrum smrodu. Podniósł z łóżka wymiętą kołdrę i zobaczył rozmazaną na prześcieradle żółć zmieszaną z ciemnymi brązami. Zebrało mu się na wymioty. Pobiegł do łazienki. Oddał z siebie wszystko... Potem wyszedł z mieszkania i w sklepie – w tym samym sklepie, w którym sto lat temu robił zakupy – nabył czarne plastikowe worki. Wrócił do mieszkania. Poupychał do worków kołdrę, prześcieradło i cienki materac. Otworzył okno, a następnie wystawił porządnie zawiązane worki na korytarz.

Wszedł do dużego pokoju. Usiadł na sofie. A więc to tak... Złapało ją w łóżku. Pewnie podczas snu. Nie mogła się z nikim skontaktować, telefon jest tutaj, w tym właśnie pokoju, wydedukował, patrząc na staromodny czerwony aparat. Rozejrzał się wokół. Masa oprawionych zdjęć. On u niej na kolanach. On po zdanej maturze w granatowym studniówkowym ubraniu, w którym wyglądał jak muzealny cieć. On trzymający na barana syna. Zdjęcia byłych żon. Pierwszej. Drugiej... Przyjaźniły się. Matka, która nie znosiła Pierwszej, naraz staje się jej najlepszą przyjaciółką po tym, jak syn żeni się drugi raz. I zaczyna nienawidzić tej Drugiej, która później też staje się jej najlepszą przyjaciółką, gdy oni się rozstają, a syn żeni się ponownie. Jak to jest? Gdyby się rozwiódł z Trzecią, Małą, też by się stała jej przyjaciółką?

Wstał i poszedł do kuchni. Na lodówce leżało opakowanie po ptasim mleczku. Otworzył je i uniósł plastikową foremkę. Wsadził łańcuszek i pierścionki do kieszeni. Spojrzał na zegarek. Do wizyty u ordynatora pozostały dwie godziny. Zaczął przeglądać książki. Na półkach odnalazł nagrody za dobrą naukę. Tak, Opowieści o pilocie Pirxie znał na pamięć, bo gdy je dostał za świadectwo z czerwonym paskiem, przeczytał pięć razy. Otworzył szufladę. W środku, na teczkach, leżały dwa pudełka. Więc ją docenili? Przypomniał sobie natychmiast przepychanki w środowisku i to, że ludzie byli w stanie własne gówno zjeść dla kawałka blaszki. Gloria Artis... Odznaczył się sam. Jeden krzyż wpiął w lewą, a drugi w prawą klapę marynarki. Poszedł do łazienki i przejrzał się w lustrze.

Wrócił do pokoju. Z szuflady wyjął teczki, na których wcześniej leżały pudełeczka. Sznurowane teczki starego typu pękały w szwach, toteż żeby im ulżyć, porozwiązywał je, nie zaglądając do środka. Przeszedł się po pokoju i usłyszał dźwięk muchy, która wleciała przez otwarte okno zwabiona zapachem kupy. Muchy ciągnie do gówna, tak samo jak innych ciągnie do medali. Tak, tak, są gówna z gówna oraz gówna z blachy, a niektóre gówna są pozłacane... Natomiast złoto ze złota nie jest z gówna... Święta racja, panie Marku, pomyślał i wsadził rękę do kieszeni, w której trzymał złoto ze złota. Mucha kompletnie zwariowała. Krążyła po pokoju w tę i we w tę. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie przyłożyć jej jedną z tych ciężkich książek. Czymś lżejszym jednak... Z pewnością w teczkach były jakieś papiery. Otworzył jedną z nich. Bardzo się zdziwił, bo ze środka patrzyła na niego jego własna twarz. Następna, następna, aż powyjmował wszystkie. Powycinane artykuły, o nim. Wywiady, z nim. Recenzje filmów, do których napisał scenariusze. Więc to tak... Na bieżąco. Wiedziała wszystko. No, prawie wszystko... Zaczął na nowo, teraz z większą uwagą przeglądał zadrukowane kartki. Odnalazł recenzję tego niedorobionego pedała z Poznania, który nie zostawił na nim suchej nitki. I tak jak przed laty zdenerwował się okrutnie, więc nerwowo uformował z kartki kulkę i cisnął nią w muchę, ale nie trafił. Wstał, spojrzał na zegarek i wyszedł do przedpokoju. Otworzył drzwi wejściowe. Wyniósł na klatkę schodową czarne worki. Zamknął drzwi. Zniósł worki do śmietnika. Wsiadł do samochodu. Ruszył do szpitala.

5

W poczekalni do gabinetu ordynatora siedziało kilka osób. Zapytał, kto jest ostatni, i spoczął na niebieskim plastikowym krześle. Przez chwilę miał wrażenie, że ludzie przyglądają mu się z zaciekawieniem. Ostatecznie na prowincji też chodzą do kina. Jeśli matka uzbierała całą stertę wiadomości na jego temat, to tamci też mogli go rozpoznać. Z tymi z małych miasteczek jest zawsze kłopot. Niby przy wódce gadają, że temu a temu się udało, ale jak do czegoś dojdzie, to tylko się gapią. Ludzie z poczekalni, o twarzach przedwcześnie postarzałych, ogorzałych od grilla, gorzały, nie byli inni. Kolejka szła szybko, więc czekanie zajęło mu raptem pół godziny.

 

– Proszę spocząć – powiedział lekarz i ruchem ręki wskazał miejsce po drugiej stronie biurka.

– Ja w sprawie mamy. Jest sparaliżowana. Jakie są szanse na... – Nie dokończył zdania.

– Pan się spóźnił.

– Ależ panie doktorze, byłem piąty w kolejce. Przyszedłem na czas.

– Pan się spóźnił. Bardzo mi przykro.

– To znaczy, że...

– Tak...

– Dobrze, to ja wyjdę i przyjdę jutro, jeśli pan już nie ma dla mnie czasu.

– Pan nie zrozumiał. Pańska mama zmarła dwie godziny te...

– Co? Jak to? Przecież... To... Dlaczego nikt do mnie nie zadzwonił?

– Nie zostawił pan numeru telefonu. Dodzwoniliśmy się do syna. Jest w drodze.

– I...

– Proszę przyjąć wyrazy współczucia. Ale miał pan trochę szczęścia.

– Szczęścia?

– Pielęgniarki powiedziały, że zdążył pan jeszcze zobaczyć mamę.

– Co mam teraz...

– Proszę iść do dyżurki. Dostanie pan instrukcje. – Lekarz podał mu rękę na pożegnanie, pytając: – W Warszawie teraz taka moda?

– Moda? Nie rozumiem. – Ordynator wskazał na klapy marynarki.

– Tak. Taka moda. – Gdy wyszedł, zdjął odznaczenia matki.

– Chodzi o mamę. Zmarła kilka godzin temu...

– Ach tak – powiedziała zatroskanym głosem pielęgniarka. – Bardzo mi przykro. Taaak. Pan nie jest miejscowy, to już wiemy. To jak robimy?

– Jak robimy? – powtórzył za nią.

– No, z ciałem. Mama leży w kostnicy. Za chwilę będzie mógł pan tam iść. Pożegna się pan w spokoju, ale musimy dostać wytyczne, i to szybko, bo jeśli nie ma pan specjalnych życzeń czy innych pomysłów, to my tu mamy firmę, która wszystko załatwi. Pan tylko podpisze. Pogrzeb będzie na cmentarzu parafialnym. Oni wszystko załatwią, pan tylko da zgodę i ustali szczegóły.

Przecież dawała mu znaki. Umówili się. Obiecał.

– Nie macie tutaj jakiegoś krematorium?

– Krematorium? Hanka, u nas nie ma krematorium, nie?

– U nas nie ma, ale w tamtym roku całkiem nowe otwarli w Radzikowicach. Dwadzieścia kilometrów stąd. Czytałam w gazecie, że mają dobry piec. Włoski taki. Ponoć nic nie śmierdzi, bo ludzie się burzyli, kiedy je budowali. Ta nasza firma też to załatwia. – Pielęgniarka podała Zebrze wizytówkę przedsiębiorstwa pogrzebowego. – „Hades – kompleksowe usługi pogrzebowe”. Czynne dwadzieścia cztery na dobę. Numer telefonu.

– Pan do nich zadzwoni. Tylko szybko. Pan zadzwoni, a potem pan pojedzie do proboszcza i z nim załatwi.

– Do proboszcza?

– Pan, to widać, z innego świata. Pan chce spopielić mamę i ją gdzieś zabrać, tak czy nie?

– Tak.

– U nas w mieście proboszcz urn nie chowa, urny tylko na wysyłkę. No, to pan podjedzie na parafię, zapłaci mu za zgodę na przeniesienie pogrzebu do obcej parafii. A najpierw to pan zadzwoń na cmentarz w swoim mieście i zapytaj, kogo tam trzeba, żeby urnę przyjęli. Przecież se ją pan nie postawisz za telewizorem. To nie Czechy. W Czechach różne rzeczy wyrabiają z tymi urnami. Czytałam taki artykuł.

– Gdzie jest kostnica?

– Pan wyjdzie od nas. Potem w prawo. Prosto korytarzem i na dół, do piwnicy. Tam pan Henio siedzi. Otworzy panu.

Pan Henio siedział na drewnianym krzesełku obok metalowych drzwi, na których przyczepiony był napis „Kostnica szpitalna”. Starszy człowiek o twarzy bez wyrazu, ubrany w biały fartuch, chyba jako pierwszy z wielu ostatnio spotkanych miał go głęboko gdzieś.

– Chciałem pożegnać się z mamą – powiedział cichym głosem Zebra.

Postać bardzo niskiego wzrostu wstała z krzesła, podciągnęła spodnie i sięgnęła do kieszeni po klucze. Pan Henio bez słowa wsadził je do zamka i przekręcił. Otworzył drzwi. Ręką wskazał drogę. W pomieszczeniu panował półmrok. Białe metalowe łóżko na kółkach unosiło na sobie coś, co przypominało papierową makietę łagodnych gór. Z jednej strony zarysowywał się pojedynczy, ledwo widoczny szczyt, potem, idąc w drugą stronę lekkim płaskowyżem, natrafić można było na dwa dużych rozmiarów kopce, a kończyło się to wszystko odkrytymi palcami stóp. Matka miała duże piersi. Karmiła go aż do drugiego roku życia. Zsunął prześcieradło z głowy. Odniósł wrażenie, że mina, w której zastygła, mówiła, że jest dobrze. Pocałował ją w czoło, potem w policzek, na końcu w usta. Zimny kamień. Zrolował prześcieradło do samych stóp. Dotknął ręką jej dłoni. Chciał zapłakać, wypadałoby w takim momencie. Nie mógł. Nie potrafił. Nie miał w sobie łez. Był świadkiem awantur w domu. Bał się, że rodzice się pozabijają, i jego zabiją przy okazji. Wtedy płakał, aż wszystkie łzy wypłakał, dlatego potem już nigdy nie mógł. A ludzie brali go za twardziela.

– Nie udało się, mamo... przepraszam. Zabiorę cię stąd, tak jak obiecałem. Wszystko załatwię. Nie martw się. Nie dam cię pochować w tym zasranym miasteczku. Nie dam. Słowo. Wiesz, w życiu z kobietami tak mi się jakoś średnio układało. A ty chciałaś, żebym tu został. W dyrektory ogólniaka poszedł. To był słaby pomysł. Dwa razy nie wyszło, ale jak to mówią, do trzech razy sztuka. Z Małą idzie dobrze. Mała mnie kocha. Powinnaś się cieszyć. Dobra dziewczyna. Bardzo dobra dziewczyna. – Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale poczuł dotyk na plecach i przeszły go ciarki ze strachu. Znieruchomiał. – Mamo, to ty? – Po chwili z trudem się odwrócił. Nie usłyszał, kiedy pan Henio ponownie otworzył drzwi i wpuścił do kostnicy młodego mężczyznę.

– Cześć, tato.

– Jesteś?

– Tak, zadzwonili po mnie. Mama czeka na zewnątrz. Przyjechaliśmy razem.

– To dobrze, że jesteś. – Poklepał go po plecach.

– Masz fajki?

– Mam. To ty palisz?

– No, jak mam, to palę.

– Przecież twoja matka nie pali?

– Sam się nauczyłem. Ty myślisz, że do wszystkiego potrzebna jest matka?!

– Nie pyskuj!

– Dobra, daj papierosa, bo nie kupiłem. Masz zapalniczkę?

– Mam.

– Z tobą tak zawsze, nawet przy umarłej babci nie można normalnie pogadać.

– Przepraszam. Jestem w szoku.

– Taaa. Ty to zawsze te swoje szoki na filmy przerabiasz. Nawet nie wiesz, że jak raz babcia poszła do kina na twój film, to ją pogotowie zabrało. Tak się wystraszyła.

– Tak? Ona chodziła do kina?

– No masz... Ty oczywiście nic nie wiesz. A jaki dziś mamy dzień?

– Nie wiem.

– No widzisz...

– Słuchaj, chcesz z babcią pogadać chwilę na osobności?

– No.

– Dobra, to ja wychodzę. Muszę wykonać ważny telefon. – Pochylił się nad zwłokami. Jeszcze raz pocałował matkę w czoło i wyszedł z kostnicy.

Przed szpitalem zapalił papierosa. Palił łapczywie. Przez chwilę szukał wzrokiem śmietnika. Nie znalazłszy go, niedopałek wcisnął butem w trawnik. Wyjął komórkę i wybrał numer.

– Cześć, Mała. To ja. Mama nie żyje.

– To straszne!

– Wiem, ale jest taka sprawa, potrzebna mi twoja pomoc.

– To straszne! – powtórzyła raz jeszcze.

– Słuchaj. Przejdź się, proszę, do nas na cmentarz, czy do kogo trzeba, bo ja zabieram mamę.

– Jak to?

– No, obiecałem jej. Nie pochowam jej tutaj. W urnie ją zabiorę. I powiedz im tam, że będę miał to pozwolenie od proboszcza.

– Od proboszcza?

– No tak, jest takie pozwolenie potrzebne, żeby pochować w innej parafii. Przejdź się też do księdza u nas. Ty mądra jesteś. Pomożesz mi?

– Oczywiście, że ci pomogę.

– Dobra, muszę kończyć. Mam tutaj kocioł i jeszcze Pierwsza z synkiem przyjechała...

– Zaprosisz ją, prawda?

– Na co?

– Na pogrzeb. One się kumplowały.

– Nie wiem.

– Zebra, nie świruj, tak wypada.

– No, dobra. Pomyślę.

– To idę załatwiać.

– Cześć.

Gdy szedł w stronę samochodu, spotkał pierwszą żonę. Gadała od rzeczy, jak zwykle. Tak, tak, tak, powtarzał w kółko. A potem ją przeprosił i ponownie zadzwonił.

– Hades. Słucham.

– Mama leży w kostnicy. Na Cichej. Maria Dobrowolska. Chodzi o to, że nie robimy pogrzebu na miejscu. Państwo jesteście w stanie załatwić kremację, prawda?

– Proszę zabrać ze szpitala kartę zgonu. Z tą kartą podjedzie pan do urzędu stanu cywilnego, u nas w ratuszu. Wydadzą panu od ręki akt zgonu. No i o proboszczu proszę nie zapomnieć. Jak będzie miał pan te wszystkie papierki, to proszę podjechać do nas do zakładu. Razem zabierzemy ciało ze szpitala. Potem załatwimy resztę.

– Dziękuję. Do zobaczenia.

Kiedy schował telefon, pierwsza żona znowu rzuciła mu się na szyję i szlochając, zaczęła wykrzykiwać, że go nie zostawi w tych ciężkich chwilach, że mu pomoże, że wszystko razem załatwią, że będzie przy nim.

Wieczorem wszyscy razem siedzieli w Hadesie. Za biurkiem urzędowała starsza pani, a za nią stały przeszklone szafy z urnami. Zebra przedstawił wszelkie potrzebne zaświadczenia. Pani podrapała się po nosie. Wyjęła z szuflady biurka białą kartkę i zapytała: