3 książki za 35 oszczędź od 50%
Za darmo

Sekrety księżnej de Cadignan

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Podczas pierwszych ładnych dni maja 1833, margrabina d'Espard i księżna kręciły się – nie można powiedzieć przechadzały – po jedynej ścieżce biegnącej dokoła trawnika, w blasku ostatnich promieni słonecznych, około drugiej po południu. Wygrzane słońcem mury tworzyły ciepłą atmosferę w tej małej przestrzeni, którą napełniały swą wonią kwiaty, dar margrabiny.

– Stracimy niebawem de Marsaya – rzekła pani d'Espard – a razem z nim uniknie ostatnia nadzieja losu dla diuka de Maufrigneuse; od czasu bowiem jak go tak dobrze wystrychnęłaś na dudka, ten wielki polityk rozkochał się w tobie na nowo.

– Mój syn nie pogodzi się nigdy z Orleanami – rzekła księżna – choćby miał umrzeć z głodu, choćbym ja miała pracować na niego. Ale Berta de Cinq-Cygne nie wydaje mu się niechętna.

– Dzieci – rzekła margrabina d'Espard – nie mają tych samych zobowiązań co ojcowie.

– Nie mówmy o tym – rzekła księżna. – O ile nie zdołam urobić margrabiny de Cinq-Cygne, ostatecznie mogę ożenić syna z jaką córką kowala, jak zrobił ten smarkacz d' Esgrignon!

– Czyś go kochała? – spytała margrabina.

– Nie – odparła poważnie księżna. – W naiwności d'Esgrignona było coś z prowincjonalnego dudka, na czym spostrzegłam się nieco za późno lub za wcześnie, jeżeli wolisz.

– A de Marsay?

– De Marsay bawił się mną jak lalką. Byłam taka młoda! Nie kochamy nigdy mężczyzn, którzy występują w roli guwernerów, nadto urażają nasze próżnostki. Oto niebawem trzy lata zupełnej samotności, i wierz mi, ten spokój nie miał w sobie nic przykrego. Tobie jednej ośmielę się powiedzieć, że tutaj czułam się szczęśliwą. Byłam znudzona adoracjami, zmęczona bez przyjemności, drażniona powierzchownymi wzruszeniami, którym serce było obce. Wszyscy mężczyźni, których znałam, wydali mi się mali, płascy, powierzchowni; żaden nie sprawił mi najlżejszej niespodzianki, żaden nie miał prostoty, wielkości, delikatności. Byłabym pragnęła spotkać kogoś, kto by mi zaimponował.

– Czyżby z tobą było tak jak ze mną – spytała margrabina – czyżbyś mimo chęci kochania nigdy nie napotkała miłości?

– Nigdy – odparła księżna, kładąc rękę na ramieniu margrabiny.

Usiadły na prostej drewnianej ławce, pod krzakiem rozkwitłego jaśminu. Obie wyrzekły słowa uroczyste dla kobiet w ich wieku.

– Tak samo jak ty – ciągnęła księżna – wzbudziłam może więcej miłości niż inne kobiety; ale wśród tylu przygód, czuję to, nie poznałam szczęścia. Popełniłam dużo szaleństw, ale miały one cel, a ten cel oddalał się w miarę, jak się posuwałam! W zestarzałym moim sercu czuję niewinność, której nikt nie uszczknął. Tak, pod tyloma doświadczeniami spoczywa pierwsza miłość, którą można by obudzić; tak samo jak, mimo tylu skaz i udręczeń, czuję się młodą i ładną. Można kochać, nie będąc szczęśliwą, można być szczęśliwą i nie kochać; ale kochać i posiąść szczęście, skojarzyć te dwie olbrzymie rozkosze, to cud. Ten cud nie ziścił się dla mnie.

– Ani dla mnie – rzekła pani d'Espard.

– Prześladuje mnie w moim schronieniu okropny żal: bawiłam się, ale nie kochałam.

– Cóż za nieprawdopodobny sekret! – wykrzyknęła margrabina.

– Och, droga – odparła księżna – takie sekrety możemy powierzyć tylko sobie wzajem: nikt w Paryżu nie uwierzyłby nam.

– I – rzekła margrabina – gdybyśmy nie przekroczyły obie trzydziestu sześciu lat, nie uczyniłybyśmy sobie może tego zwierzenia.

– Tak, kiedy jesteśmy młode, miewamy bardzo niemądre próżności! – Rzekła księżna. – Podobne jesteśmy nieraz do tych ubogich młodych ludzi, którzy bawią się wykałaczką, aby wmówić w publiczność, że jedli dobry obiad.

– Ostatecznie, żyjemy jeszcze – odparła z wyzywającym wdziękiem pani d'Espard, czyniąc prześliczny gest świadomej niewinności – i żyjemy, jak sądzę, na tyle, aby umieć znaleźć sobie odwet.

– Kiedyś mi powiedziała swego czasu, że Beatrix wyjechała z Contim, myślałam o tym całą noc. Trzeba być bardzo szczęśliwą, aby poświęcić w ten sposób pozycję, przyszłość i wyrzec się na zawsze świata.

– To gąska – odparła poważnie pani d'Espard. – Panna des Touches była uszczęśliwiona, iż pozbyła się Contiego. Beatrix nie domyśliła się, jak bardzo ta rezygnacja niepospolitej kobiety, która nie broniła ani przez chwilę rzekomego szczęścia, wskazywała na nicość Contiego.

– Będzie tedy nieszczęśliwa?

– Już jest – odparła pani d'Espard. – Po co rzucać męża? Czyż to nie jest u kobiety przyznanie się do niemocy?

– Przypuszczam zatem, że pobudką pani de Rochefide nie była chęć kosztowania w spokoju doskonałej miłości, tej miłości, której słodycze są dla nas obu jeszcze tylko marzeniem?

– Nie, małpowała po prostu panią de Beauseant i panią de Langeais, które, mówiąc między nami, w epoce mniej pospolitej niż nasza byłyby, jak i ty zresztą, postaciami równie wielkimi jak la Valliere, Montespan, Diana de Poitiers, księżna d'Estampes i de Chateauroux.

– Tylko bez króla, moja droga. Ach! Chciałabym móc wywołać te kobiety i spytać ich, czy…

– Ależ – rzekła margrabina, przerywając – nie potrzeba świadectwa zmarłych, znamy kobiety żyjące, które są szczęśliwe. Oto już więcej niż dwadzieścia razy wyciągam na zwierzenia hrabinę de Montcornet, która od piętnastu lat jest najszczęśliwszą w świecie ze swoim Emilkiem Blondet: ani najlżejszej niewierności, ani jednej postronnej myśli; są tak, jak byli pierwszego dnia; podczas gdy nam zawsze przeszkadzano, przerywano w najbardziej zajmującym momencie. Te długie przywiązania, takie jak Rastignaka i pani de Nucingen, jak twojej kuzynki, pani de Camps i jej Oktawa, mają jakąś tajemnicę, a tej tajemnicy my, moja droga, nie znamy… Świat czyni nam niezmierny zaszczyt, aby nas brać za rozpustnice godne dworu Regenta, podczas gdy jesteśmy niewinne jak dwie pensjonarki.

– Szczęśliwa byłabym jeszcze z takiej niewinności – wykrzyknęła szyderczo księżna – ale nasza jest gorsza, upokarzająca. Cóż chcesz? Ofiarujmy Bogu to umartwienie jako pokutę za nasze bezowocne poszukiwania; nie jest bowiem prawdopodobne, moja droga, abyśmy w jesieni życia znalazły piękny kwiat, którego nam brakło w czasie wiosny i lata.

– Nie w tym kwestia – odparła margrabina po pauzie pełnej zadumy. – Jesteśmy jeszcze dość piękne, aby obudzić miłość; ale nie przekonamy nigdy nikogo o naszej niewinności ani cnocie.

– Gdyby to było kłamstwo, nic łatwiejszego jak ozdobić je komentarzem, podać z ładną zaprawą, która je czyni wiarogodnym i pozwala przełknąć niby rozkoszny owoc; ale kazać uwierzyć w prawdę! Och! Najwięksi ludzie załamali się na tym – dodała księżna z owym głębokim uśmiechem, który zdołał oddać jeden tylko pędzel Leonarda da Vinci.

– Głuptasy umieją niekiedy dobrze kochać – podjęła margrabina.

– Ale – zauważyła księżna – na to nawet głuptas nie jest dość łatwowiernym.

– Masz słuszność – rzekła, śmiejąc się, margrabina. – Ale bo też nie głupca ani nawet nie człowieka z talentem trzeba nam szukać. Aby rozwiązać podobny problem, trzeba nam człowieka genialnego. Geniusz jedynie posiada dziecięcą wiarę, religię miłości i pozwala sobie chętnie wiązać oczy. Otóż jeżeli spotykałyśmy niekiedy ludzi genialnych, byli oni może zbyt daleko od nas, zbyt zajęci, a my zbyt puste, zbyt rozbawione, zbyt pochłonięte…

– Ach! Nie chciałabym jednak rozstać się ze światem, nie poznawszy rozkoszy prawdziwej miłości – wykrzyknęła księżna.

– Budzić miłość to nic – rzekła pani d'Espard – chodzi o to, aby ją czuć. Znam wiele kobiet, które są jedynie pretekstem uczucia, zamiast być równocześnie jego przyczyną i skutkiem.

– Ostatnia namiętność, jaką wzbudziłam, to była święta i piękna rzecz – rzekła księżna – miała przyszłość. Przypadek dał mi w ręce tym razem owego genialnego człowieka, do którego mamy prawo, a którego tak trudno pochwycić, ponieważ więcej jest ładnych kobiet niż geniuszów. Ale diabeł wmieszał się w tę sprawę.

– Opowiedz, droga, to coś dla mnie zupełnie nowego.

– Spostrzegłam się na tej pięknej miłości dopiero w zimie 1829 r. Co piątek, w operze, widziałam w parterowych krzesłach młodego człowieka lat około trzydziestu, przybyłego tam dla mnie, zawsze w tej samej stalli, wpatrującego się we mnie oczyma z płomienia, ale często zasmuconego oddaleniem między nami lub może też i brakiem wszelkiej nadziei.

– Biedny chłopiec! Kto kocha, robi się bardzo niemądry – rzekła margrabina.

– Prawie w każdym międzyakcie wsuwał się w korytarz – podjęła księżna, uśmiechając się z przyjacielskiego docinku margrabiny – czasem, aby mnie widzieć lub aby zwrócić na siebie uwagę, przykładał twarz do szybki w loży naprzeciw mojej. Kiedy przychodził ktoś do mnie, widziałam, jak czatował tuż u drzwi: wówczas mógł mi rzucić ukradkowe spojrzenie; nauczył się w końcu poznawać moich znajomych, szedł za nimi, kiedy się kierowali w stronę loży, aby wyzyskać moment uchylenia drzwi. Biedny chłopiec dowiedział się zapewne niebawem, kim jestem, znał bowiem z widzenia p. de Maufrigneuse i mego teścia. Od tego czasu widywałam tajemniczego nieznajomego we Włoskim, w stalli, z której podziwiał mnie prosto w twarz w naiwnym zachwyceniu: bajeczny był po prostu! Przy wyjściu z opery, tak samo jak z farsy, widziałam go wciśniętego w tłum, w nieruchomej postawie; popychano go, poszturchiwano, nie drgnął. Oczy jego zasnuwały się mgłą, gdy mnie widział wspartą na ramieniu jakiego oblubieńca. Poza tym ani słowa, żadnego listu, znaku. Przyznaj, że to było w dobrym guście. Niekiedy, wjeżdżając rano do pałacu, widziałam nieznajomego siedzącego na kamiennym słupku koło bramy! Wielbiciel ten miał bardzo ładne oczy, długą i gęstą brodę w kształcie wachlarza, wąsy i faworyty; widać było jedynie białe policzki i ładne czoło; prawdziwa głowa antyczna. Jak ci wiadomo, książę w czasie dni lipcowych bronił Tuillerii od strony wybrzeża. Wrócił wieczorem do Saint-Cloud, kiedy wszystko było stracone. „Wiesz, moja droga, rzekł, omal mnie nie zabito około czwartej; mierzył do mnie jeden z powstańców, kiedy młody człowiek z długą brodą, którego, zdaje mi się, widywałem we Włoskim i który prowadził atak, odwrócił lufę”. Strzał ugodził nie wiem już kogo, jakiegoś kwatermistrza, dwa kroki od męża. Ten młody człowiek musiał być tedy republikaninem. W r. 1831, kiedy osiedliłam się tutaj, spotkałam go opartego plecami o mur tego domu; zdawał się rad z moich nieszczęść, które, być może, dawały mu nadzieję zbliżenia; ale od czasu sprawy w Saint-Merry nie widziałam go już: zginął tam. W wilię pogrzebu generała Lamarque wyszłam piechotą z synem; republikanin towarzyszył nam to z tyłu, to przed nami, od św. Magdaleny aż do pasażu Panoramy.

 

– To wszystko? – rzekła margrabina.

– Wszystko – odparła księżna. – A! Prawda: w dzień zdobycia Saint-Merry jakiś chłopiec zażądał koniecznie widzieć mnie samą; oddał mi list kreślony na pospolitym papierze, podpisany nazwiskiem nieznajomego.

– Pokaż mi go – rzekła margrabina.

– Nie, moja droga. Zbyt wielką i zbyt świętą była miłość tego człowieka, abym pogwałciła jego tajemnicę. Ten krótki i straszliwy list szarpie mi serce, kiedy pomyślę o nim. Ten nieboszczyk przyprawia mi więcej wyrzutów niż wszyscy żywi, często myślę o nim.

– A nazwisko jego? – spytała margrabina.

– Och! Bardzo pospolite, Michał Chrestien.

– Dobrze, żeś mi je powiedziała – odparła żywo pani d'Espard – często słyszałam o nim. Ów Michał Chrestien był przyjacielem sławnego człowieka, którego już kiedyś chciałaś poznać, Daniela d'Arthez6: bywa u mnie raz albo dwa razy w ciągu zimy. Ów Chrestien, który w istocie padł w Saint-Merry, miał sporo przyjaciół. Słyszałam zdanie, że był to jeden z tych wielkich polityków, którym, jak de Marsayowi, brakło jedynie balonu okoliczności, aby się stali od razu tym, czym być mieli.

– Lepiej w takim razie, że umarł – rzekła księżna melancholijnym tonem, pod którym ukryła swą myśl.

– Chcesz spotkać się któregoś wieczora z d'Arthezem u mnie? – spytała margrabina; porozmawiasz o swoim upiorze.

– Chętnie, moja droga.

W kilka dni po tej rozmowie Blondet i Rastignac, którzy znali d'Artheza, przyrzekli pani d'Espard, iż nakłonią go, aby przyjął zaproszenie na obiad. Przyrzeczenie to byłoby z pewnością nierozważne, gdyby nie nazwisko księżnej, której spotkanie nie mogło być wielkiemu pisarzowi obojętne.

Daniel d'Arthez, jeden z rzadkich za naszych czasów ludzi, którzy łączą charakter z talentem, uzyskał już wprawdzie nie całą popularność, jaką miały mu zjednać jego dzieła, ale pełne szacunku uznanie wybranych dusz. Rozgłos jego niewątpliwie urośnie jeszcze, ale wówczas dosięgnął w oczach znawców swego szczytu: istnieją autorowie, którzy wcześniej lub później zajmują swe prawdziwe miejsce i już się zeń nie ruszają. Szlachcic z rodu, ale biedny, zrozumiał epokę i liczył wyłącznie na osobiste talenty. Walczył przez długi czas na arenie paryskiej, wbrew woli bogatego wuja, który przez sekret łatwej do zrozumienia próżności, zostawiwszy go długo na pastwę nędzy, zapisał sławnemu człowiekowi fortunę, której odmawiał nieznanemu pisarzowi. Ta nagła zmiana nie zmieniła obyczajów Daniela: wiódł dalej swoje prace z prostotą godną starożytności i nałożył sobie nowe, przyjmując mandat do Izby, gdzie zajął miejsce po prawicy. Od czasu dojścia do sławy pokazywał się niekiedy w świecie. Jeden z jego starych przyjaciół, wielki lekarz, Horacy Bianchon7, zapoznał go z baronem de Rastignac, podsekretarzem stanu w ministerstwie i przyjacielem de Marsaya. Ci dwaj politycy zgodzili się dość wspaniałomyślnie, aby Daniel, Horacy i kilku bliskich przyjaciół Michała Chrestien przenieśli ciało republikanina do kościoła w Saint-Merry i uczcili je pogrzebem. Wdzięczność za przysługę, która stanowiła kontrast z represjami owej epoki gwałtownych namiętności politycznych, związała, można powiedzieć, d'Artheza z Rastignakiem. Podsekretarz stanu i znakomity minister byli zanadto zręczni, aby nie skorzystać z tego; toteż zjednali sobie kilku przyjaciół Michała Chrestien, którzy nie dzielili zresztą jego poglądów i którzy zbliżyli się z nowym rządem. Jednego z nich, Leona Giraud, zamianowano zrazu referendarzem, potem radcą stanu. D'Arthez pochłonięty jest całkowicie pracą, widuje społeczeństwo jedynie urywkami, jest ono dlań niby sen. Dom jego to klasztor, w którym pędzi życie benedyktyna; ta sama surowość, ta sama regularność. Przyjaciele jego wiedzą, że aż dotąd kobieta była dlań jedynie przygodnym zjawiskiem zawsze budzącym lęk; nadto się jej przyglądał, aby się nie miał jej obawiać; ale tak długo ją studiował, aż w końcu przestał zupełnie ją znać, podobny w tym do owych głębokich taktyków, zawsze ponoszących klęskę na nieprzewidzianym terenie, gdzie ich pewniki naukowe ulegają zmianom i sprzecznościom. Ten najprzenikliwszy obserwator został zarazem najnaiwniejszym dzieckiem. Ten kontrast, na pozór niemożliwy, bardzo jest zrozumiały dla tych, którzy zdołali pojąć głębię dzielącą myśl od uczucia: jedna pochodzi z głowy, drugie z serca. Można być wielkim człowiekiem i niegodziwcem, jak można być głupcem i cudownym kochankiem. D'Arthez jest jednym z tych uprzywilejowanych, u których bystrość inteligencji, pojemność mózgu, nie wykluczają siły ani głębi uczuć. Jest mocą rzadkiego daru równocześnie człowiekiem czynu i myśli. Życie jego prywatne jest szlachetne i czyste. Jeżeli starannie uciekał przed miłością aż dotąd, to dlatego, iż znał się dobrze; wiedział z góry, jaką władzę zdobyłaby nad nim namiętność. Przez długi czas wyczerpujące prace, za pomocą których przygotował pewny grunt dla swoich chlubnych dzieł, jak również chłód nędzy, były cudownym środkiem ochronnym. Kiedy przyszedł dostatek, d'Arthez zawiązał najbardziej pospolity i niezrozumiały stosunek z kobietą dość ładną, ale niskiej klasy, bez wykształcenia, bez obycia; który to stosunek ukrywał zresztą starannie przed ludźmi. Michał Chrestien przyznawał genialnym ludziom władzę przeobrażenia najbardziej gnuśnych istot w sylfidy, gęsi w kobiety rozumne, chłopek w markizy: im bardziej kobieta jest doskonała, tym więcej traci w ich oczach; wówczas bowiem – mówił – wyobraźnia nie ma nic do roboty. Aby usprawiedliwić d'Artheza, powoływał się na przykład Rafaela i Fornariny. Byłby mógł podać jako przykład samego siebie, on, który widział anioła w księżnej de Maufrigneuse. Dziwaczny kaprys d'Artheza można było zresztą usprawiedliwić rozmaicie; może zwątpił zasadniczo w spotkanie tu na ziemi kobiety, która by odpowiadała rozkosznej chimerze, jaką każdy człowiek wyższy śni i pieści; może miał serce zbyt drażliwe, zbyt delikatne, aby się wydać w ręce światowej damy; może wolał dać upust naturze, a zachować w duszy swój ideał; może usunął ze swego życia miłość jako niedającą się pogodzić ze swymi pracami, z regularnością mniszego trybu, w którym namiętność byłaby wszystko zburzyła. Od kilku miesięcy d'Arthez był przedmiotem drwin Blondeta i Rastignaka, którzy mu wytykali, że nie zna ani świata, ani kobiet. Wedle ich sądu zdziałał już dosyć, aby sobie pozwolić na rozrywkę: miał ładny majątek, a żył jak student; nie używał niczego, ani swego złota, ani sławy; nie znał słodyczy szlachetnego i delikatnego uczucia, jakie tylko kobiety dobrze urodzone i wychowane umieją obudzić lub odczuwać; czyż to nie jest niegodne jego, znać jedynie najgrubszą stronę miłości! Miłość, sprowadzona do tego, czym czyni ją natura, była w ich oczach rzeczą najgłupszą w świecie. Jedną z chwał społeczeństwa jest to, iż wyhodowało kobietę tam, gdzie natura stworzyła samicę; iż stworzyła ciągłość pragnienia tam, gdzie natura myślała jedynie o ciągłości gatunku; słowem, iż wymyśliła miłość, najpiękniejszą ludzką religię. D'Arthez nie znał owych uroczych delikatności języka, owych nieustających całopaleń uczucia; owych wysubtelnionych pragnień, anielskich kształtów, jakich wytworne kobiety umieją jej użyczyć. Znał może kobietę, ale nie znał bóstwa. Aby osiągnąć ideał miłości, trzeba u kobiety niesłychanie dużo sztuki, pięknych tualet duszy i ciała! Słowem, sławiąc rozkoszne duchowe deprawacje paryskiej zalotności, kusiciele ubolewali nad d'Arthezem, który żył zdrowym i prostym pokarmem, iż nie kosztował jeszcze rozkoszy wysokiej kuchni paryskiej i podniecali żywo jego ciekawość. Doktór Bianchon, przed którym d'Arthez się wywnętrzał, wiedział, iż ta ciekawość obudziła się wreszcie. Długi stosunek tego wielkiego pisarza z pospolitą kobietą nie tylko nie wyrodził się w powab przyzwyczajenia, ale był mu nieznośny; wstrzymywała go tylko nadmierna nieśmiałość, której pastwą stają się wszyscy samotnicy.

– Ba – mówił Rastignac – kiedy ktoś pieczętuje się starym pikardyjskim herbem, czemu miałby sobie odmówić przyjemności pomieszczenia go na drzwiczkach pojazdu! Masz trzydzieści tysięcy renty i dochody z pióra; usprawiedliwiłeś swą dewizę, która tworzy kalambur tak poszukiwany przez naszych przodków: ARS THESaurusque virtus, i nie paradujesz w kolasce w Lasku Bulońskim! Żyjemy w epoce, w której cnota winna się pokazywać.

– Gdybyś czytywał swoje dzieła tej grubawej klempie, która ci daje kosztować ziemskich rozkoszy, darowałbym ci, że się jej trzymasz – rzekł Blondet. – Ale, mój drogi, jeżeli jesteś na suchym chlebie w znaczeniu materialnym, w zamian pod względem duchowym wcale nie masz chleba…

Ta przyjacielska wojna podjazdowa między Danielem a jego druhami trwała od kilku miesięcy, kiedy pani d'Espard poprosiła Rastignaka i Blondeta, aby ściągnęli do niej d'Artheza na obiad, dodając, iż księżna de Cadignan niezmiernie pragnie poznać tę sławę. Ciekawość taka jest dla pewnych kobiet tym, czym latarnia magiczna dla dzieci; przyjemnością dla oczu, dość ubogą zresztą i pełną rozczarowań. Im więcej utalentowany człowiek rodzi uczuć na odległość, tym mniej odpowie im z bliska; im bardziej wyobrażano go sobie błyszczącym, tym bardziej będzie matowym. Pod tym względem zawiedziona ciekawość posuwa się często aż do niesprawiedliwości. Ani Blondet, ani Rastignac nie mogli oszukać d'Artheza, ale powiedzieli mu ze śmiechem, iż nastręcza mu się najbardziej ponętna sposobność ucywilizowania swego serca oraz poznania najwyższych rozkoszy, jakie daje miłość paryskiej damy. Księżna jest w nim formalnie zakochana; wszelkie obawy są zbyteczne, może tylko zyskać na poznaniu; niepodobieństwem mu będzie zstąpić z piedestału, jaki mu wzniosła pani de Cadignan. Blondet ani Rastignac nie mieli żadnych skrupułów, ubierając księżnę w tę improwizowaną miłość; mogła udźwignąć to oszczerstwo, ona, której przeszłość była tak obfita! Na wyprzódki zaczęli opowiadać d'Arthezowi przygody księżnej: pierwszą z de Marsayem, drugą z margrabią d'Ajuda, którego odebrała żonie, mszcząc w ten sposób panią de Beauseant, trzeci stosunek z młodym d'Esgrignon, który towarzyszył jej do Włoch i straszliwie naraził się dla niej; jak potem była nieszczęśliwa ze sławnym ambasadorem, szczęśliwa z generałem rosyjskim; jak była Egerią dwóch ministrów spraw zagranicznych, etc. D'Arthez rzekł, iż wie o niej więcej, niż mogliby mu powiedzieć, a to przez swego biednego przyjaciela, Michała Chrestien, który ubóstwiał księżnę tajemnie cztery lata i omal tego nie przypłacił szaleństwem.

– Towarzyszyłem mu często – rzekł Daniel – do Włoskiego, do opery. Nieszczęśliwy biegł ze mną przez ulicę, pędząc na równi z końmi i podziwiając księżnę przez szyby karety. Tej to miłości książę de Cadignan zawdzięcza życie: Michał przeszkodził, aby go jakaś ulicznik nie zabił.

– No więc! Będziecie mieli gotowy temat – rzekł, uśmiechając się, Blondet. – Oto kobieta, jakiej ci potrzeba: będzie okrutna jedynie przez delikatność i wtajemniczy cię bardzo wdzięcznie w sekrety elegancji; ale strzeż się! Pożarła już niejedną fortunę. Piękna Diana jest jedną z tych rozrzutnic, które nie kosztują ani centyma, a dla których wydaje się miliony. Oddaj się ciałem i duszą, ale trzymaj w garści pieniądze.

Po tej rozmowie księżna zyskała w oczach artysty głąb otchłani, wdzięk królowej, zepsucie dyplomacji, tajemniczość kultu, niebezpieczeństwo syreny. Ci dwaj bywalcy, niezdolni przewidzieć następstw tego żartu, zrobili z Diany d'Uxelles najbardziej potworną Paryżankę, najzręczniejszą kokietkę, najbardziej upajającą w świecie kurtyzanę. Mimo iż mieli słuszność, kobieta, którą traktowali tak lekko, była dla d'Artheza świętą i nietykalną; zresztą ciekawość pisarza nie potrzebowała takiej podniety; zgodził się przyjść bez wahania, dwaj przyjaciele zaś nie żądali odeń czego więcej.

 

Skoro pani d'Espard miała już odpowiedź, udała się do księżnej.

– Moja droga, czy czujesz się w wenie urody, zalotności? – rzekła – przyjdź do mnie za kilka dni na obiad, a uraczę cię d'Arthezem. Nasz genialny człowiek jest co się zowie dziki, boi się kobiet i nigdy nie kochał. Zbuduj plan w tym duchu. Jest nadzwyczaj inteligentny, przy tym ma prostotę, która wprowadza w błąd, odejmując wszelką nieufność. Przenikliwość jego, na wskroś retrospektywna, działa wstecz i niweczy wszelkie rachuby. Zaskoczyłaś go dziś, jutro już przejrzał wszystko.

– Och! Gdybym miała trzydzieści lat, zabawiłabym się przednio. Czego mi brakowało aż dotąd, to genialnego człowieka, którego bym mogła wywieść w pole. Miałam zawsze tylko partnerów, a nigdy przeciwników. Miłość była grą, zamiast być walką.

– Przyznaj, droga, że jestem bardzo wspaniałomyślna? Ostatecznie bowiem… miłość bliźniego zaczyna się…

6Daniel d'Arthez – postać ta pojawia się również w innym dziele Balzaka: Stracone złudzenia. [przypis edytorski]
7Horacy Bianchon – postać ta pojawia się również w innych dziełach Balzaka: Ojciec Goriot i Muza z zaścianka. [przypis edytorski]