Stracone złudzeniaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W pierwszych dniach instalacji w hotelu Cluny, Lucjan, jak każdy neofita, przestrzegał nieśmiałych i regularnych obyczajów. Po smutnej próbie życia na wielką stopę które pochłonęło jego kapitały, rzucił się w pracę z owym pierwszym zapałem tak szybko rozpraszającym się pod wpływem trudności i rozrywek, jakie Paryż nastręcza wszystkim egzystencjom, najzbytkowniejszym i najuboższym, a których pokonanie wymaga zaciekłej energji prawdziwego talentu lub posępnej a wytrwałej ambicji. Lucjan wpadał do Flicoteaux około wpół do piątej, zauważywszy korzyści pierwszeństwa; potrawy były nieco bardziej urozmaicone; łatwiej było spotkać swoje ulubione dania. Jak wszystkie poetyczne natury, upodobał sobie jedno miejsce, a wybór jego świadczył o bystrej orjentacji. Od pierwszego dnia zauważył, koło bufetu, stolik, przy którym fizjognomje, jak również chwytane w lot rozmowy, zdradziły mu kolegów po piórze. Zresztą, instynkt szeptał mu, iż, sadowiąc się blisko bufetu, łatwiej będzie mógł nawiązać dyplomatyczne stosunki z zarządem. Z biegiem czasu, wytworzy się znajomość, i, w dobie finansowej niedoli, zdoła z pewnością uzyskać niezbędny kredyt. Usiadł tedy w pobliżu bufetu, przy kwadratowym stoliku, gdzie spostrzegł jedynie dwa nakrycia, zdobne czystemi serwetkami bez obrączki, przeznaczone widocznie dla przygodnych gości. Vis-à-vis Lucjana stanowił szczupły i blady młody człowiek, najwyraźniej równie biedny jak on. Piękna twarz, już przywiędła, świadczyła, iż zawiedzione nadzieje znużyły jego czoło i zostawiły w duszy bruzdy, w których nie wschodziło płodne ziarno. Te ślady poezji, oraz jakaś nieprzeparta sympatja, pchnęły Lucjana ku nieznajomemu.

Ten młody człowiek, pierwszy z którym poeta z Angoulême, po tygodniu drobnych grzeczności, półsłówek i uwag, mógł wreszcie nawiązać rozmowę, nazywał się Stefan Lousteau 8 . Jak Lucjan, i on opuścił swą prowincję, miasteczko w Berri, przed dwoma laty. Jego wymowne gesty, błyszczące spojrzenie, niekiedy zwięzłe słowo, zdradzały gorzką znajomość literackiego życia. Stefan przybył z Sancerre, z tragedją w kieszeni, znęcony tem, co wabiło Lucjana: sławą, władzą i pieniądzem. Ten młody człowiek, który zrazu przychodził na obiad kilka dni z rzędu, później pokazywał się jedynie od czasu do czasu. Po kilku dniach nieobecności, spotkawszy raz znowu swego poetę, Lucjan miał nadzieję, iż ujrzy go nazajutrz; ale nazajutrz zajął miejsce jakiś nieznajomy. Kiedy dwaj młodzi ludzie widują się stale, ogień rozmowy utrzymuje się z dnia na dzień; ale te przerwy zmuszały Lucjana do łamania lodów za każdym razem na nowo i opóźniały zażyłość, która też, w pierwszych tygodniach, niewielkie uczyniła postępy. Zasięgnąwszy języka u bufetowej, Lucjan dowiedział się, iż jego przyszły druh jest współpracownikiem jakiegoś dzienniczka, że pisuje recenzje z książek i sprawozdania ze sztuk grywanych w Ambigu-Comique, w Gaieté, w Panorama drmatique. Młody człowiek urósł w oczach Lucjana. Poeta postanowił wdać się z nim w poufniejszą rozmowę i uczynić wszystko, aby zyskać przyjaźń tak cenną dla nowicjusza. Dziennikarz nie pojawił się przez dwa tygodnie. Lucjan nie wiedział jeszcze, że Stefan jadał u Flicoteaux jedynie wówczas kiedy był goły, co dawało mu ten posępny i gorzki wyraz, ten chłód, któremu Lucjan napróżno przeciwstawiał pochlebne uśmiechy i uprzejme słówka. Bądź co bądź, znajomość ta wymagała dojrzałego zastanowienia, ile że ten pokątny dziennikarz zdawał się prowadzić życie kosztowne, przeplatane kieliszeczkami likieru, kawą, ponczem, teatrem i kolacyjkami. Otóż, przez pierwsze dni nowej instalacji, Lucjan kulił się niby biedne dziecko oszołomione doświadczeniami paryskiego życia. Rozpatrzywszy się w cenach tych skromnych wybryków i zważywszy swą sakiewkę, Lucjan nie odważył się wejść w ślady Stefana, lękając się nanowo wpaść w błędy których jeszcze żałował. Ciągle był pod uciskiem prowincjonalnych wierzeń; Ewa i Dawid, dwa opiekuńcze anioły, stawali mu przed oczami przy najmniejszej złej myśli, przypominali położone w nim nadzieje, szczęście jakie był winien starej matce, wszystkie obietnice jego talentu. Spędzał ranki w bibljotece św. Genowefy studjując historję. Pierwsze studja uświadomiły mu straszliwe błędy w Gwardziście Karola IX-go. Po godzinach bibljotecznych, wracał do zimnego i wilgotnego pokoiku, aby poprawiać swoje dzieło, przerabiać, wyrzucać cale rozdziały. Zjadłszy obiad u Flicoteaux, szedł do pasażu Handlowego, czytał, w publicznej czytelni Blosse’a, płody współczesnej literatury, dzienniki, przeglądy, poezje, aby się obznajmić ze współczesnym ruchem. Około północy, zdążał do swego nędznego hotelu, nie zużywszy drzewa ani światła. Lektury te tak ogromnie przeobraziły jego pojęcia, że wziął na nowo do ręki zbiór sonetów, swoje drogie Stokrotki, i przerobił je tak gruntownie, że ani sto wierszy nie pozostało w dawnej postaci. Tak tedy, z początku, Lucjan wiódł niewinne i czyste życie biednych chłopców z prowincji, dla których Flicoteaux jest zbytkiem w porównaniu z codziennym trybem rodzinnego domu. Biedacy ci przechadzają się po alejach Luxemburgu, przyglądając się pięknym kobietom z pod oka i z sercem nabrzmiałem krwią; nie wychodzą poza dzielnicę łacińską i oddają się święcie pracy, myśląc o przyszłości. Ale Lucjan, urodzony poeta, oblegany niezmierzonemi pragnieniami, uczuł się niebawem bezsilny wobec pokus teatru. Komedja Francuska, Vaudeville, Varietés, Opera komiczna dokąd chodził na parter, wydarły mu jakie sześćdziesiąt franków. Któryż student mógłby się oprzeć szczęściu oglądania Taimy w jego wielkich rolach? Teatr, ta pierwsza miłość poetycznych dusz, oczarował Lucjana. Aktorzy imponowali mu bez granic; nie wyobrażał sobie możliwości przekroczenia rampy i oglądania ich zbliska. Ci twórcy jego uciech byli dlań cudownemi istotami; toć dzienniki poświęcały im tyleż miejsca co najważniejszym sprawom państwowym. Być autorem dramatycznym, być granym, cóż za marzenie, które paru odważnych, jak Kazimierz Delavigne, zdołało urzeczywistnić! Te płodne myśli, te chwile wiary w siebie, po których następowała rozpacz, pobudzały Lucjana i utrzymywały go na świętej drodze pracy i oszczędności, mimo głuchych szemrań niejednego frenetycznego pragnienia. Przez heroizm rozsądku, zabronił sobie wstępu do Palais Royal, owego miejsca zguby, gdzie, w ciągu jednego dnia, wydał pięćdziesiąt franków u Very’ego, a blisko pięćset na stroje. To też, kiedy ulegał pokusie oglądania Fleurego, Taimy, obu Baptystów lub Michota, nie zapuszczał się dalej niż w ciemną galerję, gdzie trzeba było stać w długim szeregu od wpół do szóstej i gdzie spóźnieni musieli kupować za pół franka miejsce w ogonku do kasy. Często, po dwugodzinnem wystawaniu, słowa: Niema już biletów! rozlegały się w uchu niejednego zawiedzionego studenta. Po przedstawieniu, Lucjan wracał ze spuszczonemi oczyma, nie patrząc na ulicę wybrukowaną, o tej godzinie, żywemi pokusami. Może zdarzyła mu się, tu i owdzie, jakaś przygoda niezmiernie prosta, ale zajmująca wiele miejsca w młodej i lękliwej wyobraźni. Przerażony ubytkiem kapitału, jednego dnia, obliczywszy swój skarbczyk, Lucjan oblał się zimnym potem. Konieczność znalezienia jakiegoś księgarza i szukania płatnej pracy stała się nagląca. Młody dziennikarz, którego mianował, we własnej wyobraźni, swoim przyjacielem, nie pokazywał się w jadłodajni. Lucjan czekał przypadku, i czekał napróżno. W Paryżu, przypadek istnieje jedynie dla ludzi bardzo ruchliwych; ilość stosunków powiększa szanse powodzenia: przypadek jest również po stronie silniejezych bataljonów 9 . Zachowawszy jeszcze przezorność mieszkańców prowincji, Lucjan nie chciał czekać chwili, gdy mu zostanie tylko kilka talarów: postanowił zmierzyć się z księgarzami.

W chłodny wrześniowy poranek, z dwoma rękopisami pod pachą, puścił się ulicą la Harpe, dotarł do wybrzeża, przeszedł kilkadziesiąt kroków spoglądając kolejno na Sekwanę i na sklepy księgarzy, jak gdyby dobry genjusz radził mu się rzucić raczej w wodę niż w literaturę. Po okresie piekących wahań, po bacznym przeglądzie więcej lub mniej łagodnych, wesołych, życzliwych, chmurnych lub smutnych twarzy widzianych przez szyby lub na progu, zauważył dom, przed którym chłopcy sklepowi w pośpiechu pakowali książki. Widocznie przygotowywano je do ekspedycji, mury bowiem pokryte były afiszami:

WYSZŁY Z DRUKU:

Samotnik, przez wicehrabiego d’Arlincourt, wydanie 3-cie.

Leonidas, przez Wiktora Ducange, 5 tomów in 12°, na wytwornym papierze. Cena 12 fr.

Wnioski moralne, przez Kératry.

— Szczęśliwcy! wykrzyknął Lucjan.

Afisz, nowa i oryginalna kreacja słynnego Ladvocata, kwitnął wówczas pierwszy raz na murach. Niebawem naśladowcy tego nowego sposobu ogłaszania się, będącego źródłem jednego z dochodów publicznych, zaleli cały Paryż. Wreszcie, z sercem wezbranem krwią i niepokojem, Lucjan, niegdyś tak wielki w Angoulême a tak mały w Paryżu, przesunął się pod domami i zebrał odwagę aby wejść do sklepu zapchanego pomocnikami, klientami, księgarzami... „I może autorami!“ pomyślał Lucjan.

— Chciałbym mówić z panem Vidal albo panem Porchon, rzekł do subjekta.

Wyczytał na szyldzie, wielkiemi literami: VIDAL I PORCHON, księgarnia komisowa na Francję i zagranicę.

— Zajęci, odparł subjekt.

— Zaczekam.

Zostawiono poetę w sklepie, gdzie przyglądał się paczkom; spędził tak dwie godziny patrząc na tytuły, otwierając książki, czytając tu i ówdzie jaką stronicę. Wreszcie oparł się o małą szybkę ozdobioną zielonemi firaneczkami, za którą przeczuwał iż kryje się Vidal albo Porchon, i usłyszał następującą rozmowę:

— Bierze pan pięćset? Dam po pięć franków, plus trzynasty gratis.

— Toby wyniosło po ile?

— Szesnaście su mniej.

 

— Cztery franki cztery su, rzekł Vidal lub Porchon do ofiarującego książki.

— Tak, odparł sprzedający.

— Na rachunek? spytał kupiec.

— Stary kawalarz! i namyślisz się pan zapłacić za półtora roku, wekslami z rocznym terminem?

— Nie, płatne zaraz, odparł Vidal lub Porchon.

— Jaki termin? dziewięć miesięcy? spytał księgarz lub autor, który widocznie ofiarowywał książkę.

— Nie, drogi panie, rok, odparł jeden zksięgarzy komisowych.

Nastała chwila milczenia.

— Zarzynasz mnie pan, rzekł nieznajomy.

— Ale czyż my pozbędziemy w ciągu roku pięćset Leonidasów? odparł księgarz komisowy wydawcy Wiktora Ducange. Gdyby książki szły tak jak pragną wydawcy, bylibyśmy miljonerami, drogi panie; ale idą tak jak sobie życzy publiczność. Romanse Walter Scotta można mieć po ośmnaście su za tom, trzy franki dwanaście su egzemplarz, i pan chcesz abym sprzedawał pańską książkę drożej? Jeżeli pan żąda abym pchał ten romans, dajcie mi dobre warunki. — Vidal!

Otyły człowiek opuścił kasę i zbliżył się z piórem zatkniętem za ucho.

— Ile pozbyłeś Ducange’a w ostatniej podróży? spytał Porchon.

— Dwieście Staruszków z Calais; ale, żeby je wpakować, trzeba było zarżnąć dwie inne książki, na których nie dawano nam takiego opustu i które, dzięki temu, poszły na marynatę.

Później, Lucjan dowiedział się że marynatą nazywają księgarze dzieła, które pleśnieją w skrzyniach, w głębokiej samotności magazynów.

— Wiesz zresztą, odparł Vidal, że Picard gotuje nowe powieści. Obiecują nam dwadzieścia procent od zwykłej ceny księgarskiej aby wziąć szturmem rynek.

— Więc dobrze, na rok, odparł żałośnie wydawca, zmiażdżony ostatnią poufną uwagą Vidala do Porchona.

— Zatem, porozumieliśmy się? spytał Porchon nieznajomego.

— Tak.

Księgarz wyszedł. Lucjan usłyszał, jak Porchon mówił do Vidała:

— Mamy zamówionych trzysta egzemplarzy, przeciągniemy mu termin, sprzedamy Leonidasy po równych pięć franków, z płatnością półroczną, i...

— I, rzekł Vidal, zgarniemy tysiąc pięćset franków na czysto.

— Och! widziałem dobrze, że koło niego ciasno.

— Zarzyna się! płaci Ducangowi cztery tysiące za dwa tysiące egzemplarzy.

Lucjan zatrzymał Vidala, zagradzając wyjście z klatki.

— Panowie, rzekł, mam zaszczyt przedstawić się...

Księgarze zaledwie kiwnęli głową.

— Jestem autorem romansu historycznego w rodzaju Walter Scotta, pod tytułem Gwardzista Karola IX-go, i ofiaruję panom nabycie dzieła.

Porchon objął Lucjana chłodnem spojrzeniem, kładąc równocześnie pióro na pulpicie. Co do Vidala, ten spojrzał brutalnie na autora i odparł:

— Panie łaskawy, nie jesteśmy księgarnią wydawniczą, ale komisową. Jeżeli wydajemy coś na nasz rachunek, robimy jedynie w nazwiskach gotowych. Kupujemy zresztą tylko książki poważne, historje, kompendja...

— Ale moja książka jest bardzo poważna: chodzi o odmalowanie w prawdziwem świetle walki katolików, oświadczających się za władzą absolutną, a protestantów którzy chcieli stworzyć republikę...

— Panie Vidal! krzyknął subjekt.

Vidal wymknął się.

— Nie wątpię, iż pański utwór może być arcydziełem, rzekł Porchon czyniąc gest dość niegrzeczny, ale my się zajmujemy jedynie książkami gotowemi. Idź pan do tych, którzy kupują rękopisy: stary Doguereau, ulica du Coq, koło Luwru: to jeden z tych, którzy robią w powieści. Gdyby się pan zjawił wcześniej, był tu właśnie Pollet, konkurent starego Doguereau i księgarzy z Galerji drewnianej.

— Mam także zbiór poezyj...

— Panie Porchon! rozległ się głos.

— Poezyj! zakrzyknął Porchon w gniewie. Za kogo mnie pan bierze? dodał śmiejąc mu się w nos i znikając w czeluściach kantoru.

Lucjan przebył Nowy-Most, oblegany tysiącem refleksyj. Dostępne dlań urywki handlowej gwary dały mu odgadnąć, że, dla tych księgarzy, książki były tem, czem filcowe kapelusze dla kapeluszników: towarem, który się drogo sprzedaje, tanio nabywa.

— Omyliłem się, powiedział sobie, uderzony brutalną i kramarską postacią pod jaką objawiła mu się literatura.

Spostrzegł, przy ulicy du Coq, skromny sklepik, koło którego już przechodził, a nad którym, żóltemi literami na zielonem tle, namalowane były słowa: DOGUEREAU, KSIĘGARZ. Przypomniał sobie, iż widział tę firmę na okładce romansów czytanych u Blosse’a. Wszedł, nie bez onego wewnętrznego drżenia, jakie u wszystkich ludzi obdarzonych wyobraźnią wywołuje pewność walki. Ujrzał w sklepie dziwnego starca, jedną z najoryginalniejszych postaci przemysłu księgarskiego za Cesarstwa. Doguereau miał na sobie czarny frak o wielkich kwadratowych połach, gdy moda ścinała wówczas frak spiczasto. Na kamizelce z pospolitej materji w różnokolorowe kwadraty, zwisał stalowy łańcuszek i mosiężny kluczyk, tańcząc po obszernych czarnych płudrach. Zegarek musiał być grubości cebuli. Kostjum ten uzupełniały grube pończochy stalowego koloru, oraz trzewiki ze srebrnemi sprzączkami. Starzec miał golą głowę, strojną szpakowatemi włosami w dość poetycznym nieładzie. Frak, pludry i trzewiki dawały staremu Doguereau, jak go nazwał Porchon, coś z profesora literatury, kamizelka zaś, zegarek i pończochy coś z kupca. Fizjonomja nie przeczyła temu osobliwemu skojarzeniu: wyraz miał profesorski, dogmatyczny, pooraną bruzdami twarz profesora retoryki, żywe zaś oczy, podejrzliwe usta, nieokreślony niepokój księgarza.

— Pan Doguereau? rzekł Lucjan.

— Tak, panie.

— Jestem autorem romansu, rzekł Lucjan.

— Bardzo pan młody, rzekł księgarz.

— Ależ, panie, wiek mój nie ma tu nic do rzeczy.

— Słusznie, rzekł stary księgarz, biorąc rękopis. Tam do licha! Gwardzista Karola IX-go, dobry tytuł. No, młodzieńcze, opowiedz mi w dwóch słowach treść.

— Jest to dzieło historyczne w rodzaju Walter Scotta. Walka między protestantami a katolikami ujęta jest jako ścieranie się dwóch form rządu, w którem tron jest poważnie zagrożony. Ja wziąłem stronę katolików.

— Ba, młodzieńcze, to myśl. Więc dobrze, przeczytam rękopis, przyrzekam. Wołałbym romans w rodzaju pani Radcliffe; ale, jeśli umiesz pracować, jeśli masz trochę stylu, poglądów, myśli i umiejętności podania, niczego więcej nie pragnę jak być panu użytecznym. Czegóż nam trzeba?... dobrych rękopisów.

— Kiedy będę mógł wstąpić?

— Jadę dziś wieczór na wieś, wrócę pojutrze, przeczytam pańską powieść, i, jeśli mi się nada, porozumiemy się tego samego dnia.

Lucjan, uwiedziony tą dobrodusznością, wpadł na fatalną myśl wydobycia rękopisu Stokrotek.

— Panie, mam także zbiorek wierszy...

— A, pan poeta! Nie chcę już pańskiej powieści, rzekł stary, oddając rękopis. Wierszoroby kiepsko się sprawiają kiedy się wezmą do prozy. W prozie niema kwiatków, trzeba koniecznie coś powiedzieć.

— Ależ, panie, Walter Scott także pisał wiersze...

— To prawda, rzekł Doguereau, który złagodniał, odgadł trudne położenie poety i zatrzymał rękopis. Gdzie pan mieszka? zajdę do pana.

Lucjan podał adres, nie podejrzewając ukrytej myśli starca; nie odgadł w nim księgarza dawnej szkoły, z czasu kiedy księgarze pragnęliby trzymać na strychu i pod kluczem Woltera i Monteskiusza umierających z głodu.

— Wracam właśnie przez dzielnicę Łacińską, rzekł stary, przeczytawszy adres.

— Zacny człowiek! pomyślał Lucjan, żegnając księgarza. Spotkałem tedy przyjaciela młodzieży, człowieka który rozumie się na czemś. To mi człowiek! Mówiłem Dawidowi, talent łatwo wybije się w Paryżu.

Wrócił lekki i szczęśliwy, marzył o sławie. Nie myśląc już o złowrogich słowach jakie obiły się o jego uszy w kantorze Vidala i Porchona, pieścił w myśli przynajmniej tysiąc dwieście franków. Tysiąc dwieście franków, to rok pobytu w Paryżu, rok przez który przygotuje nowe dzieła. Ileż projektów zbudowanych na tej nadziei! Ileż słodkich marzeń na widok perspektywy życia wspartego na pracy! Wynajął (w myśli) mieszkanie, urządził się, niewiele brakło aby poczynił jakieś większe wkłady. Ledwie zdołał oszukać swą niecierpliwość, zakopując się gorączkowo w książki w czytelni. W dwa dni później, Doguereau, zdziwiony bogactwem stylu, zachwycony przesadą charakterów, dopuszczalną dzięki odległej epoce, uderzony rozmachem z jakim młody autor kreśli zawsze pierwszy projekt, — zacny ojciec Doguereau nie był wybredny! — przybył do hotelu gdzie mieszkał jego przyszły Walter-Skocik. Gotów był zapłacić tysiąc franków za zupełną własność Gwardzisty Karola IX-go i związać Lucjana umową na szereg utworów. Widząc hotel, stary lis rozmyślił się.

— Młody człowiek, który tak mieszka, musi mieć upodobania skromne, lubi naukę, pracę; dam mu tylko ośmset.

Gospodyni, zapytana o pana Lucjana de Rubempré, odparła:

— Na czwartem.

Księgarz zadarł nos i ujrzał nad czwartem piętrem tylko niebo.

— Ten młody człowiek, pomyślał, hm! ładny chłopiec, nawet bardzo piękny; gdyby zarabiał zbyt wiele, zacząłby się lampartować, nie pracowałby. We wspólnym interesie, ofiaruję mu sześćset; ale gotówką, bez akceptów.

Wdrapał się na schody, zapukał trzy razy do Lucjana, który podbiegł otworzyć. Pokój przedstawiał obraz rozpaczliwej nagości. Na stole stal garnuszek mleka i dwugroszowa bułka. Ta nędza uderzyła starego Doguereau.

— Niech zachowa, pomyślał, te proste obyczaje, wstrzemięźliwość, skromność potrzeb. Milo mi pana widzieć, rzekł do Lucjana. Oto, drogi panie, jak żył Jan Jakób, z którym pan posiadasz niejedno podobieństwo. W takich właśnie mieszkaniach błyszczy ogień genjuszu i tworzą się tęgie dzieła. Oto, jak powinniby żyć ludzie pióra, miast oddawać się hulance po kawiarniach, restauracjach, tracić swój czas, talent i nasze pieniądze.

Usiadł.

— Młodzieńcze, romans jest niezgorszy. Byłem profesorem retoryki, znam historję Francji, są tam wyborne rzeczy. Słowem, masz przyszłość.

— Och, panie!

— Tak, powiadam panu, będziemy mogli robić interesa. Kupuję pański romans...

Serce Lucjana rozpłynęło się, drżał z rozkoszy, miał wejść w świat literacki, miał być wreszcie drukowany!

— Kupuję go za czterysta franków, rzekł słodko Doguereau, z miną mającą oznajmiać wysiłek wspaniałomyślności.

— Tom? rzekł Lucjan.

— Nie, powieść, rzekł Doguereau, nie zaskoczony zdziwieniem Lucjana. Ale, dodał, płacę gotówką. Zobowiążesz się dostarczać mi dwa takie rocznie przez sześć lat. Jeżeli pierwszy wyczerpie się w pól roku, zapłacę następne po sześćset. Tak więc, przy dwóch powieściach na rok, będziesz miał sto franków miesięcznie, zapewnione życie, będziesz szczęśliwy. Mam autorów, którym płacę tylko po trzysta. Daję dwieście franków za tlómaczenie z angielskiego. Dawniej była to cena wręcz niesłychana.

— Nie porozumiemy się, proszę pana o rękopis, rzekł Lucjan, zmrożony.

— Służę, rzekł stary księgarz. Nie rozumie się pan na interesach. Wydając pierwszy romans młodego autora, księgarz musi ryzykować tysiąc sześćset franków za druk i papier. Łatwiej napisać romans, niż znaleźć podobną kwotę. Mam u siebie sto rękopisów, a nie mam stu sześćdziesiciu tysięcy w kasie. Niestety! nie uciułałem tyle przez dwadzieścia lat jak jestem księgarzem. Nie robi się majątku na wydawaniu powieści! Vidal i Porchon biorą je na warunkach które stają się z każdym dniem uciążliwsze. Pan ryzykujesz tylko czas, ja muszę wyłożyć dwa tysiące franków. Jeśli nas czeka zawód, habent sua fata libelli, tracę dwa tysiące; co do pana, wystarczy ci wypalić odę przeciw głupocie publiczności. Rozważywszy sobie to co mam zaszczyt powiedzieć, wrócisz pan do mnie. Wrócisz, powtórzył księgarz z mocą, w odpowiedzi na dumny gest Lucjana. Zamiast znaleźć księgarza któryby zaryzykował dwa tysiące dla nieznajomego młodzieńca, nie znajdziesz ani subjekta któryby zadał sobie trud odczytania pańskich gryzmołów. Ja, który je odczytałem, mogę panu podkreślić sporo błędów językowych... Piszesz naprzykład oczekiwać na kogoś, gdy mówi się oczekiwać kogoś, a czekać na kogoś.

Lucjan stał w milczeniu jak winowajca.

— Kiedy się zobaczymy znowu, stracisz pan sto franków, dodał; wówczas dam już tylko trzysta.

Podniósł się, ukłonił, ale na progu rzekł jeszcze:

— Gdybyś pan nie miał talentu, przyszłości, gdybym się nie interesował młodymi ludźmi, nie ofiarowałbym ci tak pięknych warunków. Sto franków na miesiąc! Zastanów się. Ostatecznie, romans w szufladzie, to nie to co koń w stajni, nie zjada chleba. Co prawda też, i nie daje!

 

Lucjan wziął rękopis i rzucił go o ziemię, wołając:

— Wolę raczej spalić!

— Et, poeta! rzekł stary.

Lucjan pochłonął chleb, wypił duszkiem mleko i zeszedł na dół. Pokój nie był dość obszerny, musiał się kręcić w kółko, niby lew w Ogrodzie Botanicznym w klatce. W bibljotece św. Genowefy, dokąd zamierzał się udać, Lucjan zauważył, zawsze w tym samym kącie, młodego człowieka lat około dwudziestu pięciu, pracującego z ową niezłomną wytrwałością, której nic nie jest w stanie oderwać ani rozprószyć, a po której poznaje się prawdziwych bojowników literatury. Młody człowiek bywał tam zapewne od dłuższego czasu, urzędnicy i nawet sam bibljotekarz mieli dla niego względy; wolno mu było brać książki do domu. Pracowity nieznajomy, w którym Lucjan poznał brata po nędzy i nadziei, zabierał je skrzętnie i odnosił nazajutrz. Mały, szczupły i blady ten pracownik ukrywał piękne czoło pod gęstą, czarną, dość licho utrzymaną czupryną, miał ładne ręce, i uderzał pewnem podobieństwem do Bonapartego na rycinie Roberta Lefebre. Rycina ta, to cały poemat pełnej żaru melancholji, hamowanej ambicji, ukrytej gorączki czynu. Przyjrzyjcie się dobrze: ujrzycie genjusz, powściągliwość, przebiegłość i wielkość. Oczy iskrzą się sprytem jak oczy kobiety. Spojrzenie chciwe przestrzeni, żądne przeszkód i walki. Gdyby nawet nie widniało u dołu nazwisko Bonapartego, i tak patrzylibyście nań równie długo. Młody człowiek, który wcielał tę rycinę, nosił zazwyczaj spodnie wpuszczone w grube trzewiki, surdut z pospolitego sukna, czarny krawat, pstrokatą kamizelkę pod szyję i tani kapelusz. Wzgarda jego dla wszelkiego zbytku była widoczna. Ten tajemniczy nieznajomy, naznaczony piętnem jakie Duch wyciska na czole swych niewolników, zjawiał się u Flicoteaux najregularniej ze stałych gości: jadł aby żyć, nie zwracając uwagi na potrawy, pił wodę. Czy to w bibljotece, czy u Flicoteaux, miał we wszystkiem jakąś godność, która płynęła zpewnością ze świadomości życia zaprzątniętego czemś wielkiem i czyniła go niedostępnym. Spojrzenie było nabrzmiałe myślami. Medytacja zamieszkiwała piękne, szlachetnie narysowane czoło. Oczy, czarne i żywe, bystre i szybkie, świadczyły o nawyku zgłębiania rzeczy do dna. Ruchy miał proste i poważne. Lucjan czuł wobec niego mimowolny szacunek. Już kilka razy wymienili spojrzenia jakgdyby chcąc przemówić, ale żaden nie śmiał. Milczący młody człowiek zajmował miejsce w głębi sali, blisko okna wychodzącego na Plac Sorbony, Lucjan nie mógł się tedy zbliżyć, mimo iż czuł bezwiedny pociąg do tego młodego pracownika zdradzającego nieomylne oznaki wyższości. Obaj, jak to sobie wyznali później, należeli do owych dziewiczych i nieśmiałych natur, wydanych na pastwę wszystkich lęków i wzruszeń właściwych samotnikom. Gdyby nie nagłe spotkanie w chwili nieszczęścia które dotknęło Lucjana, może nie zetknęliby się nigdy. Wchodząc w ulicę des Gres, Lucjan spostrzegł młodego nieznajomego, który wracał ze św. Genowefy.

— Bibljoteka zamknięta, nie wiem z jakiej przyczyny, rzekł do Lucjana.

W tej chwili, Lucjan miał łzy w oczach; podziękował nieznajomemu gestem wymowniejszym niż wszystkie przemówienia; jednym z tych, które, między młodymi, odrazu otwierają serca. Obaj szli ulicą des Gres, w stronę ulicy La Harpe.

— Pójdę w takim razie się przejść, rzekł Lucjan. Kiedy się raz wyszło z domu, trudno wrócić pracować.

— Niema już potrzebnego skupienia, zauważył nieznajomy. Ale pan jakiś zmartwiony?

— Zdarzyła mi się szczególna przygoda, odparł Lucjan.

Opowiedział swoją wizytę w księgarni, odwiedziny starego Doguereau i jego propozycje; wymienił swoje nazwisko i wspomniał o swem położeniu. Od miesiąca, wydał sześćdziesiąt franków na życie, trzydzieści na hotel, dwadzieścia na teatr, dziesięć na czytelnię, razem sto dwadzieścia franków, zostało mu już tylko sto dwadzieścia.

— Drogi panie, rzekł nieznajomy, pańska historja jest również moją, i historją tysiąca młodych ludzi, którzy, corok, napływają z prowincji do Paryża. Nie jesteśmy jeszcze z najnieszczęśliwszych. Widzisz pan ten teatr? rzekł, pokazując wierzchołki Odeonu. Pewnego dnia, w jednym z domów wychodzących na plac, osiedlił się człowiek z talentem, pogrążony w otchłani nędzy; żonaty — nadmiar nieszczęścia, które nas obu jeszcze nie dotyka! — z kobietą którą kochał; biedny lub bogaty, jak pan woli, dwojgiem dzieci; przytłoczony długami, ale pełen ufności w swe pióro. Przedkłada Odeonowi komedję w pięciu aktach, przyjmują ją, przeznaczają do grania przed innemi, próby w toku, dyrektor nagli. Tych pięć szans, to pięć dramatów, trudniejszych do zrealizowania niż napisanie pięciu aktów. Biedny autor, gnieżdżący się na poddaszu które może pan stąd oglądać, wyczerpuje ostatnie środki aby wyżyć do dnia tryumfu, żona zastawia suknie, cała rodzina żyje tylko chlebem. W dzień ostatniej próby a wilję przedstawienia, małżeństwo dłużne było na wszystkie strony: piekarz, mleczarz, odźwierny. Poeta zachował tylko to co niezbędne; frak, koszulę, pantalony, kamizelkę i trzewiki. Pewien powodzenia, przychodzi uściskać żonę, oznajmia koniec niedoli. „Wreszcie, nic nie stoi między nami a szczęściem, wykrzyknął. — Owszem, ogień, odparła żona: patrz, Odeon się pali!“ Panie, Odeon się palił. Nie skarż się tedy. Masz ubranie, nie masz żony ani dzieci, masz za sto dwadzieścia franków możliwości w kieszeni, i nie jesteś nic winien nikomu. Sztuka miała sto pięćdziesiąt przedstawień w teatrze Louvois. Król wyznaczył autorowi pensję. Wszak Buffon powiedział, że genjusz to cierpliwość. Cierpliwość, to w istocie cnota, najbardziej zbliżona do systemu jakiego natura używa przy swoich dziełach. Czem jest sztuka? to skupiona natura.

Młodzi ludzie przemierzali w tej chwili Luxemburg. Lucjan dowiedział się niebawem nazwiska, później okrytego sławą, towarzysza który się starał go pocieszyć. Młody człowiek, był to Daniel d’Arthez 10 , dziś jeden z najznakomitszych pisarzy i jeden z rzadkich ludzi, którzy, w duchu podniosłej myśli poety, przedstawiają „zgodność pięknego talentu i pięknego charakteru“.

— Nie można być wielkim człowiekiem tanim kosztem, mówił Daniel łagodnie. Genjusz skrapia swoje dzieła własnemi łzami. Talent, to istota, która, jak wszystkie żywe stworzenia, w dziecięctwie skłonna jest do chorób. Społeczeństwo odtrąca talenty niezupełne, jak natura uprząta istoty słabe lub niedokształcone. Kto chce się wznieść nad poziom, winien się przygotować na walkę, nie cofać się przed żadną trudnością. Wielki pisarz jest męczennikiem który nie umrze, oto wszystko. Masz na czole piętno genjuszu, rzekł d’Arthez obejmując Lucjana spojrzeniem; jeżeli nie posiadasz w sercu jego woli, jego anielskiej cierpliwości, jeżeli, bez względu na odległość od celu w jakiej cię postawią igraszki losu, nie podejmiesz na nowo, jak żółwie, w jakimbądź kraju się znajdą, drogi do nieskończoności, jak one drogi do ukochanego Oceanu, daj już dziś za wygraną.

— Zatem pan gotuje się na męki? rzekł Lucjan.

— Na próby wszelkiego rodzaju, na potwarz, zdradę, niesprawiedliwość rywalów, na bezczelność, podstępy, brutalności rzemiosła, odparł młody człowiek zrezygnowanym głosem. Jeśli twe dzieło jest piękne, cóż znaczy pierwsza strata?...

— Chce pan przeczytać i osądzić?...

— Zgoda, rzekł d’Arthez. Mieszkam przy ulicy des Quatre-Vents, w domu gdzie jeden z najznakomitszych ludzi, jeden z najpiękniejszych genjuszów naszych czasów, fenomen nauki, Desplein, największy chirurg, przecierpiał lata męczeństwa, borykając się z pierwszemi trudnościami życia i sławy w Paryżu 11 . To przypomnienie wlewa mi co wieczór dawkę odwagi, jakiej potrzebuję co rano. Mieszkam w tym pokju, w którym on często jadał, jak Rousseau, chleb i wiśnie, ale bez Teresy. Przyjdź pan za godzinę, będę w domu.

Dwaj poeci rozstali się, ściskając sobie dłonie z nieopisanym wylewem melancholijnej czułości. Lucjan pobiegł po rękopis. Daniel poszedł zastawić w lombardzie zegarek i kupić dwie naręcze drzewa, aby nowy przyjaciel zastał ogień, było bowiem zimno. Lucjan stawił się punktualnie. Ujrzał dom o wyglądzie jeszcze lichszym niż jego hotel! Na końcu długiego ciemnego korytarza, domacał się równie ciemnych schodów. Pokój, na piątem piętrze, miał dwa okienka, między któremi znajdowała się zczerniała szafka, pełna opatrzonych napisami pudełek. Nędzne drewniane łóżko przypominające sypialnie w kolegjach, nowy stolik kupiony gdzieś przypadkiem i dwa włosiem kryte fotele zajmowały głąb pokoju, obitego pożółkłą od dymu i starości tapetą. Długi stół pełen papierów stal między kominkiem a oknami: naprzeciw licha mahoniowa komoda. Wypełzły dywan wyścielał całą podłogę. Ten niezbędny zbytek oszczędzał potrzebę opału. Czerwony spłowiały juchtowy fotel oraz sześć krzeseł dopełniały umeblowania. Na kominku, Lucjan ujrzał stary świecznik z abażurem, dźwigający cztery świece. Kiedy Lucjan, widząc we wszystkich szczegółach oznaki twardej nędzy, zdziwił się tym zbytkiem, d’Arthez odpowiedział, że nie znosi zapachu łojówki. Okoliczność ta zdradzała wielką delikatność zmysłów, oznakę wykwintnej wrażliwości. Czytanie trwało siedem godzin. Daniel słuchał z religijnem skupieniem, nie mówiąc słowa, nie robiąc uwag, jeden z rzadkich dowodów dobrego smaku u słuchacza.