Stracone złudzeniaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

— Niech się pan spyta, kto jest ten laluś, wyglądający jak manekin z magazynu gotowych ubrań.

Châtelet szeptał chwilę do swego towarzysza, odciągnąwszy go jakgdyby dla odnowienia wspomnień i z pewnością oskubał rywala do nitki. Lucjan był zdumiony ciętością, przytomnością umysłu z jaką ci ludzie formułowali swoje odpowiedzi, oszołomiony błyskotliwością ich dowcipu, zwłaszcza lekkością słowa i swobodą wzięcia. Zbytek, który rano przeraził go w szczegółach zewnętrznych, teraz odsłaniał mu się w dziedzinie myśli. Zapytywał sam siebie, zapomocą jakiego sekretu ludzie ci znajdują na końcu języka trafne odpowiedzi, spostrzeżenia jakie on byłby zdolny wysmażyć chyba po długiem rozmyślaniu. A potem, u tych pięciu światowców czuło się swobodę nietylko w słowach, ale i w stroju: nie mieli na sobie nic nowego ani nic starego. Nic w nich nie błyszczało, a wszystko wabiło oko. Zbytek ich robił wrażenie czegoś codziennego, wrodzonego. Lucjan czul, iż wygląda na człowieka, który się ubrał po raz pierwszy w życiu.

— Patrzno, patrz, rzekł de Marsay do Feliksa de Vandenesse, ten hultaj Rastignac pomyka jak kula karabinowa! ot, widzisz go u margrabiny de Listomère, robi postępy, lornetuje nas! Zapewne musi znać pana... ciągnął dandys zwracając się do Lucjana, ale nie patrząc nań.

— Trudno przypuścić, odparła pani de Bargeton, aby nazwisko wielkiego człowieka, z którego jesteśmy dumni, nie doszło do Pana de Rastignac: siostra jego słyszała niedawno pana de Rubempré, jak nam czytał bardzo piękne wiersze.

Feliks de Vandenesse i de Marsay pożegnali margrabinę i przeszli do pani de Listomère, siostry Vandenessów. Zaczął się drugi akt; pani d’Espard, kuzynka jej i Lucjan zostali sami. Jedni spieszyli wytłumaczyć postać pani de Bargeton kobietom zaintrygowanym jej obecnością, drudzy obwieścili przybycie poety i żartowali z jego stroju. Canalis udał się do loży księżnej de Chaulieu i już nie wrócił. Lucjan był wielce rad, iż uwaga zwróciła się na przedstawienie. Obawy pani de Bargeton co do Lucjana wzmogły się pod wrażeniem względów jakie kuzynka okazała baronowi du Châtelet: przyjęcie to miało zupełnie inny charakter niż protekcjonalna grzeczność wobec Lucjana. Podczas drugiego aktu, w loży pani de Listomère zostało pełno gości, bohaterami zaś rozmowy byli pani de Bargeton i Lucjan. Młody Rastignac widocznie zabawiał całe towarzystwo, dawał tempo owemu paryskiemu śmiechowi, który, rzucając się co dnia na inne pożywienie, spieszy coprędzej wyczerpać swój przedmiot, czyniąc zeń w jednej chwili coś starego i zużytego. Pani d’Espard, niespokojna, wiedząc iż świat nie zwykł długo zostawiać interesowanych osób w nieświadomości obmowy, czekała końca aktu. Kiedy uczucia raz zaczną analizować same siebie, jak u Lucjana i u pani de Bargeton, wówczas dzieją się osobliwe rzeczy w niedługim czasie: przewroty moralne spełniają się na mocy praw działających z nieubłaganą szybkością. Luiza miała w pamięci wytrawne słowa, jakiemi Châtelet oświetlił jej Lucjana wracając z Vaudeville. Każde było proroctwem; Lucjan wziął sobie jakby za zadanie aby je ziścić wszystkie. Tracąc złudzenia co do pani de Bargeton, jak pani de Bargeton co do niego, biedny chłopiec, którego losy podobne były nieco do losów Jana Jakóba Rousseau, naśladował go do tego stopnia, iż dał się olśnić urokowi pani d’Espard i zadurzył się w niej w jednej chwili. Ludzie młodzi, albo ci którzy pamiętają wzruszenia młodości, zrozumieją iż uczucie to było czemś nader prawdopodobnem i naturalnem. Tysiąc wykwintnych drobiazgów w obejściu, delikatny sposób mówienia, szlachetny dźwięk głosu, ta kobieta tak wiotka, tak dumna, tak wysoko postawiona, budząca tyle zazdrości, ta królowa, olśniła poetę tak, jak pani de Bargeton olśniła go w Angoulême. Wrażliwość charakteru popchnęła go rychło do zamarzenia o tem wysokiem oparciu; najpewniejszem środkiem byłoby zdobyć tę kobietę, wówczas miałby wszystko! Powiodło mu się w Angoulême, czemuż nie miałoby się powieść w Paryżu? Bezwiednie, mimo tak nowych dla niego czarodziejstw Opery, spojrzenia jego, urzeczone przez tę wspaniałą Celimenę, kierowały się do niej; im więcej na nią patrzał, tem więcej pragnął patrzeć! Pani de Bargeton podchwyciła jarzący błysk oczu Lucjana; zaczęła go obserwować, i spostrzegła że więcej zajęty jest margrabiną niż przedstawieniem. Byłaby się zgodziła ustąpić Lucjana pięćdziesięciu córom Danausa; ale, kiedy spojrzenie bardziej ambitne, bardziej namiętne i wymowne od innych wytłumaczyło jej co się dzieje w sercu Lucjana, uczuła się zazdrosna, nietyle o przyszłość, co o przeszłość.

— Nigdy tak na mnie nie patrzał, pomyślała. Mój Boże, Châtelet miał słuszność!

Poznała wówczas swą omyłkę. Kiedy kobieta dojdzie do tego iż żałuje swej słabości, przeciąga niby gąbkę po całem życiu aby wymazać zeń wszystko. Mimo iż każde spojrzenie Lucjana przepełniało ją gniewem, zachowała spokój. W międzyakcie, zjawił się de Marsay, prowadząc pana de Listomère. Poważny człowiek i młody wietrznik uświadomili niebawem dumną margrabinę, że ów wyświeżony drużba którego miała nieszczęście wpuścić do loży, tak samo nie nazywa się de Rubempré, jak żyd nie posiada chrzestnego imienia. Lucjan jest synem aptekarza, nazwiskiem Chardon. Pan de Rastignac, doskonale znający Angoulême, ubawił już dwie loże kosztem mumji którą margrabina nazywa swą kuzynką, oraz przezorności z jaką ta dama prowadzi ze sobą aptekarza, zapewne by, zapomocą elixirów, podtrzymywać swoje sztuczne życie. Wreszcie, de Marsay powtórzył kilka próbek z owego tysiąca żarcików jakie komponują w lot Paryżanie, i które, ledwie rzucone, giną w zapomnieniu, ale poza któremi krył się Châtelet, twórca tej iście punickiej zdrady.

— Moja droga, szepnęła z pod wachlarza pani d’Espard, powiedz mi, jeśli łaska, czy twój protegowany nazywa się w istocie de Rubempré?

— Przyjął nazwisko matki, rzekła Anais zakłopotana.

— A nazwisko ojca?

— Chardon.

— I co robił ten Chardon?

— Był aptekarzem.

— Byłam pewna, moja droga, że cały Paryż nie może sobie drwić z kobiety którą ja wprowadzam. Nie mam ochoty czekać aż przyjdą tu żartownisie, zachwyceni iż widzą mnie w towarzystwie aptekarskiego synka; jeśli nie masz nic przeciw temu, wyjdziemy, i to natychmiast.

Pani d’Espard przybrała minę dość impertynencką, tak iż Lucjan próżno łamał sobie głowę, w czem mógł dać powód do tej odmiany. Pomyślał że kamizelka jego jest w złym smaku, co było prawdą; że krój fraka grzeszy przesadą, co było również prawdą. Przejrzał, z tajemną goryczą, iż trzeba się ubierać u dobrego krawca i przyrzekł sobie udać się nazajutrz do najsławniejszego, aby móc, w najbliższy poniedziałek, rywalizować z gośćmi margrabiny. Mimo iż tonął w refleksjach, oczy jego, przykute trzecim aktem, nic opuszczały sceny. Wpatrzony w przepych tego jedynego w święcie widowiska, oddawał się marzeniu o pani d’Espard. Czuł się zgnębiony jej nagłym chłodem, będącym w osobliwej sprzeczności z żarem wyobraźni, z jakim on rzucał się w nową miłość, bez troski o trudności które spostrzegał i które przyrzekał sobie zwyciężyć. Ocknął się z głębokiej zadumy, aby spojrzeć na swe nowe bóstwo; ale, obróciwszy głowę, ujrzał się sam. Usłyszał lekki szelest; drzwi zamykały się właśnie, pani d’Espard uprowadzała kuzynkę. Lucjan zdumiał się tem nagłem zniknięciem, ale nie myślał o niem długo, właśnie dlatego iż było niewytłumaczonem.

Kiedy obie panie wsiadły do powozu, który potoczył się przez ulicę Richelieu ku dzielnicy St. Honoré, margrabina rzekła z ledwie hamowanym gniewem:

— Moje drogie dziecko, co ty wyrabiasz? ależ zaczekaj aż syn aptekarza naprawdę będzie sławny, aby się nim interesować. Księżna de Chaulieu nie przyznaje się jeszcze do Canalisa, który jest sławny i który jest szlachcic. Ten chłopak nie jest ani twoim synem, ani kochankiem, prawda? rzekła ta pyszna kobieta, obrzucając kuzynkę badawczem i jasnem spojrzeniem.

— Cóż za szczęście, że trzymałam smarkacza na wodzy i nie dopuściłam go do niczego! pomyślała pani de Bargeton.

— Więc dobrze, podjęła margrabina, która wzięła wyraz jej oczu za odpowiedź, zostawże go, zaklinam cię. Uzurpować sobie świetne nazwisko!... ależ to zuchwalstwo, godne najcięższej kary! Chcę wierzyć, że to nazwisko matki; ależ pomyśl, moja droga, że tylko król ma prawo przyznać, dekretem swoim, nazwisko de Rubempré synowi córki tego domu. Jeśli popełniła mezaljans, łaska byłaby ogromna; aby ją uzyskać, trzeba ogromnej fortuny, ważnych usług, wysokiego poparcia. Wygląd wystrojonego na niedzielę sklepikarza świadczy, że ten chłopiec nie jest ani bogaty ani szlachcic; jest przystojny, ale wydaje mi się bardzo ograniczony, nie umie ani zachować się, ani odezwać; słowem, nie jest wychowany. Jakimż trafem ty się nim zajmujesz?

Pani de Bargeton, która zaparła się Lucjana, jak Lucjan zaparł się w duszy jej, uczuła przeraźliwy lęk aby kuzynka nie dowiedziała się prawdy.

— Droga kuzynko, jestem doprawdy w rozpaczy że cię skompromitowałam.

— Mnie się nie kompromituje, rzekła z uśmiechem pani d’Espard. Myślę jedynie o tobie.

— Ale zaprosiłaś go na obiad.

— Będę cierpiąca, rzekła żywo margrabina, uprzedzisz go o tem, i wpiszę go, pod dwoma nazwiskami, na czarną listę u szwajcara.

Lucjan udał się w międzyakcie do foyer, dokąd widział iż wszyscy spieszyli. Przedewszystkiem, żadna z osób które odwiedziły lożę pani d’Espard, nie pozdrowiła go, ani nie zwracała nań uwagi, co wydało się prowincjonalnemu poecie bardzo dziwne. Następnie, Châtelet, o którego próbował się zaczepić, śledził go z pod oka i wymykał mu się nieustannie. Doszedłszy do przekonania, przez porównanie z mężczyznami krążącymi po foyer, że strój jego jest dość komiczny, Lucjan wcisnął się z powrotem w kąt loży i wytrwał do końca, kolejno pochłonięty wspaniałym baletem, obrazem sali po której spojrzenie jego wędrowało od loży do loży, i własnemi refleksjami, które, w obliczu paryskiego społeczeństwa, nabrały osobliwej głębi.

 

— Oto moje królestwo, rzekł do siebie, oto świat który muszę pokonać!

Wrócił pieszo, przetrawiając powiedzenia osób które poznał w loży; ich wzięcie, ruchy, wszystko odbijało się w jego pamięci z zadziwiającą wiernością. Nazajutrz, koło południa, pierwszem jego staraniem było udać się do Stauba, wówczas najgłośniejszego krawca. Uzyskał, siłą próśb i potęgą gotowizny, iż krawiec obiecał wykończyć suknie na ów sławny poniedziałek. Staub posunął się w ustępstwach tak daleko, iż przyrzekł, na ów dzień rozstrzygający, prześliczny redengocik, kamizelkę i pantalony. Lucjan zamówił koszule, chustki, słowem całą wyprawkę, i wziął miarę na trzewiki i półbuciki u słynnego szewca. Kupił u Vediera ładną laskę, rękawiczki i guziki do koszuli u pani Irlande, słowem, starał się wspiąć do wyżyn dandysów. Kiedy zaspokoił swe marzenia, udał się na ulicę Neuve-de-Luxembourg, gdzie nie zastał Luizy w domu.

— Pani będzie na obiedzie u pani d’Espard i wróci aż późno, rzekła Albertyna.

Lucjan spożył dwufrankowy obiad w garkuchni w Palais-Royal i położył się wcześnie spać. W niedzielę, o jedenastej, udał się do Luizy; jeszcze nie wstała. Wrócił o drugiej.

— Pani nie przyjmuje jeszcze, rzekła Albertyna; ale dała mi list dla pana.

— Nie przyjmuje jeszcze? powtórzył Lucjan. Ależ ja nie jestem obcy...

— Nie wiem, rzekła Albertyna z impertynencką miną.

Lucjan, mniej zdumiony odpowiedzią Albertyny niż tem że otrzymuje list od pani de Bargeton, wziął bilecik i przeczytał na ulicy te okrutne słowa:

„Pani d’Espard jest niezdrowa, nie będzie mogła przyjąć pana w poniedziałek. Ja także nie czuję się dobrze; mimo to, ubiorę się aby jej dotrzymać towarzystwa. Jestem bardzo zmartwiona tą drobną przeciwnością, ale pańskie talenty dodają mi otuchy; nie wątpię, iż wybijesz się bez szarlatanerji“.

— Niema nawet podpisu! rzekł do siebie Lucjan, który znalazł się w Tuillerjach nie wiedząc kiedy.

Dar jasnowidzenia, jaki posiadają niekiedy artyści, pozwolił mu przewidzieć katastrofę którą zwiastował ten chłodny bilecik. Szedł, zatopiony w myślach, przed siebie, patrząc na pomniki zdobiące plac Ludwika XV. Była pogoda. Strojne powozy przejeżdżały nieustannie przed oczyma Lucjana, kierując się ku Polom Elizejskim. Wmieszał się w tłum przechodniów i ujrzał kilka tysięcy powozów, które, każdego pogodnego dnia, napływają w to miejsce. Oszołomiony zbytkiem koni, tualet i liberji, szedł wciąż dalej, i zaszedł aż do rozpoczętej budowy Łuku tryumfalnego. Cóż się w nim działo, kiedy, wracając, ujrzał zbliżającą się ku niemu panią d’Espard i panią de Bargeton w prześlicznie zaprzężonym pojeździe. Ujrzał powiewające z tyłu pióra Strzelca, którego poznał po zielonej, haftowanej złotem liberji. Sznur powozów zatrzymał się z powodu natłoku. Lucjan mógł się przyjrzeć Luizie w nowem przebraniu; była nie do poznania. Kolory dobrane były w sposób uwydatniający cerę; suknia zachwycająca; włosy ułożone ze smakiem; kapelusz, w najlepszym guście, nie tracił nawet przy kapeluszu pani d’Espard, która dawała ton modzie. Jest pewien nieokreślony sposób noszenia kapelusza: włóżcie kapelusz nieco w tył, wyraz twarzy będzie bezczelny; zanadto naprzód, ponury; na bok, mina zawadjacka; kobiety dystyngowane kładą kapelusz jak chcą i zawsze wyglądają dobrze. Pani de Bargeton odrazu rozwiązała ten szczególny problem. Ładny pasek uwydatniał smukłą kibić. Przejęła ruchy i zachowanie kuzynki; siedząc podobnie jak ona, igrała wytwornym łańcuszkiem, pokazując, niby bez zamiaru, ładną rękę w zgrabnej rękawiczce. Słowem, upodobniła się do pani d’Espard, nie naśladując jej niewolniczo; okazała się godną krewniaczką margrabiny, która widocznie była dumna z uczenicy. Przechodnie spoglądali na świetny powóz o herbach d’Espard i Blamont-Chauvry, których godła zespolone były na tarczy. Lucjan patrzył ze zdumieniem ile osób kłaniało się obu paniom; nie domyślał się, że cały ten Paryż, który mieści się w dwudziestu salonach, wiedział już o ich pokrewieństwie. Młodzi jeźdźcy, między którymi Lucjan zauważył de Marsaya i Rastignaca, przyłączyli się do pojazdu, aby przeprowadzić panie do lasku. Łatwo było Lucjanowi poznać, po ruchach obu fircyków, iż komplementowali panią de Bargeton za jej metamorfozę. Pani d’Espard promieniowała wdziękiem i zdrowiem: zatem, niedomaganie było pozorem aby nie przyjąć Lucjana! Poeta, wściekły, zbliżył się wolnym krokiem do pojazdu, i, kiedy osądził iż mogą go spostrzec, ukłonił się. Pani de Bargeton udała że nie widzi, margrabina spojrzała przez szkiełka i nie oddała ukłonu. Ostracyzm arystokracji paryskiej inny był niż dąsy potentatów z Angoulême; siląc się zranić Lucjana, tamci szlachetkowie uznawali jego potęgę i uważali go za człowieka; gdy dla pani d’Espard nawet nie istniał. To nie był wyrok, to było przejście nad nim do porządku. Śmiertelne zimno przeniknęło biednego poetę, kiedy de Marsay zwrócił nań swoje szkiełka; lew paryski upuścił lornetkę tak szczególnym ruchem, iż zdało się Lucjanowi że to spada nóż gilotyny. Powóz minął. Wściekłość, pragnienie zemsty, wstrząsnęły wzgardzonym chłopcem; gdyby miał w rękach panią de Bargeton, udusiłby ją; wcielał się w myślach w jakiegoś Fouquier-Tinville aby sycić się rozkoszą wysłania pani d’Espard na rusztowanie; byłby chciał poddać de Marsaya wyrafinowanym torturom wymyślonym przez dzikich. Ujrzał Canalisa na koniu: wykwintny, jak przystało najpieszczotliwszemu z poetów, witał ukłonem najpiękniejsze damy.

— Boże! złota za wszelką cenę! mówił sobie Łucjan, złoto jest jedyną potęgą przed którą ten świat pada na kolana. (Nie! mówiło mu sumienie, ale sława, a sława, to praca! Praca! to było hasło Dawida). Mój Boże! poco ja tu jestem? Ale doczekam się tryumfu! Przejadę po tej alei w karocy ze strzelcem! Będę miał margrabiny d’Espard.

Rzucał te słowa, spożywając dwufrankowy obiad u Hurbaina. Nazajutrz, o dziewiątej, udał się do Luizy z zamiarem wypomnienia jej tego barbarzyństwa; nietylko pani de Bargeton nie było dlań w domu, ale nawet odźwierny nie pozwolił mu wejść na górę. Stał na ulicy na czatach, aż do południa. O południu, wyszedł Châtelet, spostrzegł przez ramię poetę i ominął go. Lucjan, dotknięty do żywego, pospieszył za rywalem; przyciśnięty do muru, Châtelet odwrócił się i ukłonił z widocznym zamiarem minięcia go.

— Jeśli łaska, rzekł Lucjan, racz mi pan poświęcić sekundę czasu, dwa słowa. Okazał mi pan przyjaźń, odwołuję się do niej aby go prosić o nader drobną przysługę. Wychodzi pan od pani de Bargeton, niech mi pan wytłómaczy przyczynę mej niełaski u niej i u pani d’Espard.

— Panie Chardon, odparł Châtelet z fałszywą dobrodusznością, czy wiesz, czemu te panie wyszły kiedyś z loży?

— Nie, rzekł biedny poeta.

— Otóż, pan de Rastignac podstawił panu, w samych początkach, nogę. Skoro go spytano o pana, młody dandys powiedział poprostu i bez ogródek, że pan się nazywa Chardon a nie de Rubempré, że pańska matka czuwa przy położnicach, że ojciec był za życia aptekarzem w Houmeau; że pańska siostra, zresztą urocza panienka, cudownie prasuje koszule i ma wyjść za mąż za drukarza nazwiskiem Séchard. Oto świat. Wystarczy wypłynąć na widownię, a już zaczynają człowieka nicować. Pan de Marsay przyszedł do loży pobawić się nieco pańskim kosztem, i natychmiast te panie uciekły, uważając iż pańskie towarzystwo jest kompromitujące. Niech pan nie próbuje dotrzeć do której z nich. Pani de Bargeton straciłaby wstęp do kuzynki, gdyby pana nadal przyjmowała. Masz pan talent, staraj się w przyszłości o odwet. Świat tobą gardzi, gardź światem. Zagrzeb się na poddaszu, stwórz arcydzieła, chwyć w ręce jakąbądź władzę, a ujrzysz świat u swoich nóg; oddasz mu wówczas z nawiązką rany jakie ci zadał. Im więcej pani de Bargeton okazywała panu sympatji, tem więcej będzie czuła do pana niechęci. Tak się toczą uczucia kobiet. Ale nie chodzi w tej chwili o to, aby odzyskać przyjaźń Anais; chodzi o to aby nie mieć w niej wroga, i dam panu sposób. Pisywała do pana, odeślij jej wszystkie listy, ujmie ją ten postępek godny szlachcica, i później, jeżeli będziesz jej potrzebował, nie będzie panu stała na zdradzie. Co do mnie, mam tak wysokie mniemanie o pańskiej przyszłości, że wszędzie pana broniłem; tak samo nadal, jeżeli mogę co zrobić dla pana, znajdziesz mnie zawsze gotowym do usług.

Lucjan był tak zmartwiały, tak blady, tak zmieniony, że nie oddał staremu fircykowi odmłodzonemu przez Paryż oschle-grzecznego ukłonu, jakim Châtelet go uraczył. Wrócił do hotelu, gdzie zastał samego Stauba, przybyłego nietyle dla miary, ile dla wywiedzenia się od gospodyni hotelu jak przedstawia się finansowo ten nieznany klient. Lucjan przybył pocztą, pani de Bargeton odwiozła go z Vaudeville powozem. Relacje były dobre. Staub zamianował Lucjana „panem hrabią“ i zwrócił mu uwagę na zręczność, z jaką uwydatnił jego śliczne kształty.

— Młody człowiek tak ubrany, rzekł, może iść prosto na przechadzkę do Tuilleryj, i zaślubi bogatą Angielkę nim miną dwa tygodnie.

Ten żarcik niemieckiego krawca, wytworność ubrań, delikatność materji, wdzięk jaki Lucjan podziwiał w samym sobie oglądając się w lustrze, wszystkie te drobiazgi rozprószyły nieco jego smutek. Powiedział sobie od niechcenia, że Paryż jest stolicą trafu i uwierzył na chwilę w traf. Czyż nie posiada w rękopisie tomu poezyj i wspaniałego romansu Gwardzista Karola IX-go? Nabrał wiary w los. Staub przyrzekł redengocik i resztę kostjumu na jutro. Nazajutrz, przybyli szewc, bieliźniarka i krawiec, wszyscy uzbrojeni w rachunki. Lucjan nieświadom sposobu odprawienia ich z kwitkiem, Lucjan jeszcze pod ciśnieniem obyczajów prowincji, wyrównał należność; ale, po zapłaceniu, z dwóch tysięcy, zostało mu ledwie trzysta sześćdziesiąt franków: był w Paryżu tydzień! Mimo to, ubrał się i wyszedł się przejść po Tuillerjach. Tu czekał go odwet. Był tak dobrze ubrany, tak zręczny, tak piękny, iż wszystkie kobiety patrzały nań z zainteresowaniem; parę nawet, uderzonych jego urodą, odwróciło się. Lucjan studjował chód i zachowanie młodych ludzi, i przeszedł kurs dobrych manier, wciąż myśląc o swoich trzystu sześćdziesięciu frankach. Wieczorem, skoro się znalazł sam w pokoiku, przyszło mu na myśl wyjaśnić problem swego życia w hotelu Gaillard-Bois, gdzie jadał śniadanie złożone z najprostszych potraw, w mniemaniu iż na tem oszczędza. Poprosił o rachunek, jak człowiek który ma się wyprowadzić, i dowiedział się, że jego dług wynosi około stu franków. Nazajutrz pobiegł w „krainę łacińską“, którą Dawid polecał mu dla jej taniości. Po długiem szukaniu, znalazł wreszcie, przy ulicy Cluny, opodal Sorbony, nędzny hotelik, gdzie wynajęto mu pokój za możliwą cenę. Natychmiast zapłacił należność w hotelu, i zainstalował się przy ulicy Cluny tego samego dnia. Przeprowadzenie kosztowało go tylko kurs dorożki.

Objąwszy w posiadanie swój biedny pokoik, zgromadził wszystkie listy pani de Bargeton, położył ten pakiet na stole, i, nim się jął pisania, zaczął rozpamiętywać ów fatalny tydzień. Nie powiedział sobie, iż on sam, pierwszy, nieopatrznie sprzeniewierzył się swej miłości, nie wiedząc czem jego Luiza stanie się w Paryżu; nie widział swoich win, widział jedynie obecne położenie: zwalił je na panią de Bargeton: zamiast mu być przewodniczką, zgubiła go. Zakipiało w nim, duma uderzyła mu do głowy; i, w paroksyzmie gniewu, skreślił następujący list:

„Co powiedziałaby pani o kobiecie, której spodobało się biedne, nieśmiałe pacholę, pełne szlachetnych wierzeń, nazywanych później, w dobie rozczarowań, złudzeniami, i która roztoczyła uroki zalotności, bogactwa umysłu i najpiękniejsze pozory macierzyńskiego uczucia, aby uwieść to niedoświadczone dziecko? Nie kosztują jej nic ani kuszące obietnice, ani zamki z kart którymi migoce mu przed oczyma; porywa go, zagarnia, łaje za brak zaufania, to znów karmi pochlebstwem. Kiedy dziecko opuszcza rodzinę i idzie za nią ślepo, prowadzi go na brzeg olbrzymiego morza, z uśmiechem każę mu wsiąść w wątłe czółenko i rzuca go samego, bez pomocy, w wir burz; następnie, ze skały na której została sama, zaczyna śmiać się i życzy mu szczęśliwej podróży. Ta kobieta, to ty, pani; to dziecię, to ja. W rękach tego dziecka znajduje się pamiątka, która mogłaby zdradzić zbrodnie twego dobrodziejstwa i okrucieństwo twej odmiany. Może przyszłoby ci zarumienić się, spotkawszy to dziecię borykające się z falami, gdybyś pomyślała, żeś je trzymała na łonie. Kiedy przeczytasz ten list, pamiątka ta znajdzie się w twoich rękach. Masz pełną swobodę zapomnienia o wszystkiem. Po pięknych nadziejach, jakie palec twój ukazał mi w niebie, spostrzegam rzeczywistość nędzy w błocie Paryża. Gdy ty, świetna i ubóstwiana, będziesz kroczyć wśród tego świata na którego próg mnie przywiodłaś, ja będę drżał od zimna na nędznem poddaszu kędyś mnie rzuciła. Ale może, na łonie uczt i zabaw, zdejmie cię troska; może pomyślisz o dziecku które wtrąciłaś w przepaść. Proszę cię, pani, myśl o niem bez wyrzutu! Z otchłani swej nędzy, ofiaruje ci ono jedyną rzecz jaka mu została: przebaczenie. Tak, pani, dzięki tobie, nie zostało mi nic. Nic! czyż to nie jest materjał, z którego powstał świat? Genjusz winien naśladować Boga: chcę mieć jego wspaniałomyślność, nie wiedząc czy posiądę jego siłę. Zadrżeć trzebaby ci jedynie wówczas, gdybym szedł ku złemu: wówczas, byłabyś wspólniczką moich błędów. Niestety! żal mi cię, iż straciłaś wszelkie prawo do udziału w sławie, do której będę dążył wiedziony przez pracę“.

 

Napisawszy ten list, napuszony, ale pełen owej posępnej godności, w jaką lubi się stroić dwudziestoletni artysta, Lucjan przeniósł się myślą w krąg rodziny. Ujrzał znów ładne mieszkanko, które Dawid przystroił mu kosztem tylu ofiar, objął oczyma wizję spokojnych, skromnych, mieszczańskich radości jakich tam kosztował. Cienie matki, siostry, Dawida zbliżyły się ku niemu, ujrzał na nowo łzy, jakie wylewali w chwili jego wyjazdu; i zapłakał, był bowiem w Paryżu sam, bez przyjaciół, bez opiekunów.

W kilka dni potem, Lucjan pisał do siostry:

„Droga Ewo, siostry mają ten smutny przywilej, iż, dzieląc egzystencję braci-artystów, poznają więcej zgryzot niż radości; to też, zaczynam się obawiać, iż stanę ci się wielkim ciężarem. Czyż nie nadużyłem już dotąd was wszystkich, którzyście się dla mnie poświęcili? To wspomnienie przeszłości, pełne tak słodkich uciech, dodaje mi mocy w obecnem osamotnieniu. Z szybkością orła wracającego do gniazda przebyłem odległość jaka nas dzieli, aby się znaleźć w sferze prawdziwego przywiązania, doświadczywszy pierwszych nędz i zawodów paryskiego świata! Czuliście to? Czy matka powiedziała może: „Lucjan myśli o nas?“ Czy Dawid odpowiedział: „Zmaga się ze światem i z ludźmi?“ Ewo moja, piszę ten list tylko do ciebie jednej. Tobie jednej odważę się zawierzyć dobre i złe które mnie spotka, rumieniąc się za jedno i za drugie, tutaj bowiem dobre jest tak rzadkie jak rzadkiem powinno być złe. Usłyszysz wiele rzeczy w niewielu słowach: pani de Bargeton powstydziła się mnie, zaparła, odprawiła, odtrąciła dziewiątego dnia po przybyciu. Widząc mnie, odwróciła głowę: a ja, aby podążyć za nią w świat w który mnie chciała wprowadzić, wydałem tysiąc siedmset franków, z dwóch tysięcy przywiezionych z Angoulême i zdobytych z takim trudem! „Na co?“ powiesz. Moja droga siostrzyczko, Paryż, to osobliwa czeluść: można tu dostać obiad za ośmnaście su, najskromniejszy zaś posiłek w wykwintnej jadłodajni kosztuje pięćdziesiąt franków; są kamizelki i pantalony po cztery i po dwa franki; ale modni krawcy nie robią ich niżej stu franków. Płaci się grosz aby przejść przez rynsztok kiedy deszcz pada. Wreszcie, najmniejszy kurs dorożką kosztuje trzydzieści dwa su. Z pierwotnego mieszkania w najpiękniejszej dzielnicy, znalazłem się obecnie przy ulicy de Cluny, jednej z najciemniejszych uliczek Paryża, wciśniętej między stare budynki Sorbony. Mam pokoik na czwartem piętrze; mimo że brudny i nagi, płacę za niego piętnaście franków. Na śniadanie jem niedużą bułkę chleba za dwa su wraz z mlekiem za su, ale za to jem porządny obiad za dwadzieścia dwa su u niejakiego Flicoteaux, na placu Sorbony. Do zimy, wydatki nie przekroczą sześćdziesięciu franków na miesiąc, przynajmniej mam nadzieję. W ten sposób, moje dwieście czterdzieści franków wystarczą na pierwsze cztery miesiące. Do tego czasu, sprzedam z pewnością Gwardzistę Karola IX-go albo Stokrotki. Nie troskajcie się więc o mnie. Jeśli teraźniejszość jest zimna, naga, licha, przyszłość jest błękitna, bogata i wspaniała. Iluż wielkich ludzi przeszło tę nędzę! Plaut, wielki komedjopisarz, był młynarczykiem. Machiawel pisał Księcia wieczorami, spędziwszy cały dzień wśród ciżby robotników. Wielki Cerwantes wreszcie, który stracił ramię pod Lepanto przyczyniając się do zwycięstwa w owym słynnym dniu, nazwany swego czasu przez pismaków starym, podłym mańkutem, musiał, z braku wydawcy, czekać dziesięć lat z drugą częścią swego wspaniałego Don Kiszota. Nie jest tak źle dzisiaj. Strapienia i nędza mogą być losem tylko nieznanych talentów, ale, skoro raz pisarz zabłyśnie, rychło zdobywa bogactwo, i ja też będę bogaty. Żyję jedynie myślą, spędzam pól dnia w bibljotece św. Genowefy, uzupełniając braki wykształcenia, bez czego nie zaszedłbym daleko. Czuję się dziś prawie szczęśliwy. Od kilku dni nauczyłem się brać wesoło moje położenie. Oddaję się od rana pracy którą kocham; utrzymanie mam zapewnione; wiele myślę, studjuję; czuję się silny od chwili gdy wyrzekłem się świata, gdzie próżność moja cierpiała ustawiczne męki. Ludzie, którzy mają być chlubą swej epoki, powinni żyć na uboczu. Czyż nie są niby ptaki leśne? śpiewają, czarują naturę, a nikt nie powinien ich widzieć. Tak uczynię, jeśli wogóle będzie mi dane urzeczywistnić me ambitne plany. Nie żałuję już pani de Bargeton. Kobieta, która postępuje w ten sposób, nie zasługuje na wspomnienie. Nie żałuję również iż opuściłem Angoulême. Ta kobieta miała słuszność, że mnie rzuciła w Paryż, zostawiając mnie własnym siłom. Oto prawdziwy kraj pisarzy, myślicieli, poetów. Tu jedynie wyrasta sława, a widzę dokoła, jakie plony wydaje ona dzisiaj. Tu tylko pisarz może znaleźć, w muzeach i zbiorach, żywe dzieła dawnych genjuszów, które rozgrzewają i podsycają wyobraźnię. Tu tylko, bez przerwy, olbrzymie bibljoteki dostarczają duchowi wiadomości i pokarmu. Słowem, w Paryżu, w jego powietrzu, w najmniejszych szczegółach, jest duch, którym się oddycha i który przesiąka twory literackie. Można się więcej nauczyć w pół godziny z rozmowy w kawiarni, w teatrze, niż na prowincji w dziesięć lat. Tutaj naprawdę wszystko jest widowiskiem, porównaniem i nauką. Nadzwyczajna taniość, przeraźliwa drożyzna, oto Paryż, gdzie każda mrówka znajdzie swą komórkę, gdzie każda dusza przyswaja sobie to co jej odpowiada. Jeśli tedy cierpię w tej chwili, nie żałuję niczego. Przeciwnie, wspaniała przyszłość roztacza się przedemną i cieszy moje serce udręczone przez chwilę. Bądź zdrowa, droga siostro. Nie spodziewaj się regularnych listów; jedną z właściwości Paryża jest, że, w istocie, nie wiadomo w jaki sposób czas mija. Życie toczy się tu z przerażającą szybkością. Ściskam matkę, Dawida i ciebie, czulej niż kiedykolwiek“.

Flicoteaux jest to nazwisko, zapisane w pamięci wielu. Mało jest studentów, zamieszkałych w dzielnicy Łacińskiej w pierwszych dwunastu latach Restauracji, którzyby nie poznali tej świątyni głodu i nędzy. Obiad z trzech dań kosztował ośmnaście su z karafeczką wina lub flaszką piwa, dwadzieścia dwa z butelką wina. Jeśli co przeszkodziło temu przyjacielowi młodzieży zrobić kolosalny majątek, to ten punkt programu, wypisany wielkiemi czcionkami na afiszach: Chleb darmo bez ograniczenia. Wiele sław wykarmiło się na łonie ojca Flicoteaux. Zaiste, serce niejednego sławnego człowieka musi doznawać rozkoszy tysiąca niewymownych wspomnień na widok wystawy o małych szybkach wychodzącej na plac Sorbony i na ulicę Neuve-de-Richelieu, którą to wystawę Flicoteaux II-gi lub III-ci uszanował aż do dni lipcowych. Ciemne jej barwy, stary i czcigodny wygląd, wszystko to tchnęło wzgardą dla szarlatanizmu, jaki uprawiają prawie wszyscy dzisiejsi restauratorzy. W miejsce stert wypchanej zwierzyny, w miejsce fantastycznych ryb usprawiedliwiających koncept Arlekina: „Widziałem ładnego karpia, może mi się uda kupić go za tydzień“, w miejsce wątpliwych nowalij układanych w kuszące sterty ku rozkoszy kaprali i ich krajanek, uczciwy Flicoteaux wystawiał skromne drutowane salaterki, w których stosy gotowanych śliwek cieszyły oko konsumenta, pewnego iż słowo deser, zbyt hojnie zwiastowane na innych szyldach, nie jest takiem samem złudzeniem jak Konstytucja Burbonów. Trzyfuntowe bułki chleba, pocięte na cztery kawałki, dodawały wiary w obietnicę chleba „bez ograniczenia“. Flicoteaux istnieje, będzie istniał tak długo, jak długo będą na świecie studenci. Je się tam aby żyć, nie mniej, nie więcej; ale je się tak, jak się pracuje, z posępną lub radosną skrzętnością, wedle charakterów lub okoliczności. Słynny ten zakład obejmował wówczas dwie długie, ciasne i niskie sale, wychodzące jedna na plac Sorbony, druga na ulicę Neuve-de Richelieu; obie zastawione stolami pochodzącemi z jakiegoś klasztornego refektarza, długość ich bowiem ma coś monastycznego. Każdy stały gość posiada serwetkę w numerowanej metalowej obrączce. Flicoteaux I-szy zmieniał obrus jedynie w niedzielę; ale Flicoteaux II-gi namyślił się podobno zmieniać go dwa razy w tygodniu, odkąd konkurencja zaczęła zagrażać dynastji. Ta restauracja, to warsztat, a nie sala biesiadna przeznaczona dla rozkoszy stołu; każdy opuszcza ją co rychlej. Wewnątrz panuje olbrzymi ruch. Chłopcy biegają bez wytchnienia, wszyscy zajęci, wszyscy potrzebni. Potrawy są mało urozmaicone. Ziemniaki są tam wieczne, mogłoby nie być ani jednego ziemniaka w Irlandji, mogłoby ich braknąć wszędzie, u Flicoteaux znalazłyby się jeszcze. Pojawiają się, od trzydziestu lat, w owym kolorze blond ulubionym przez Tycjana, upstrzone zieleninką, i cieszą się przywilejem budzącym zazdrość w kobietach: takie jak się je widziało w roku 1814, takie są i w roku 1840. Kotlety baranie, filety wołowe są na karcie owego zakładu tem co bażanty, pulardy na karcie Very’ego: potrawy nadzwyczajne, które zamawia się od rana. Samica wołu króluje tu, nieletni zaś jej syn objawia się pod nader urozmaiconemi postaciami. Kiedy merlany, makroty nawiedzają wybrzeża Oceanu, roi się od nich u Flicoteaux. Wszystko tu jest w związku z kolejami rolnictwa i kaprysami pór roku. Można się tam dowiedzieć o rzeczach o których nie mają pojęcia bogacze, próżniacy, ludzie obojętni na fazy natury. Student zamknięty w dzielnicy Łacińskiej posiada najdokładniejszą świadomość czasu: wie kiedy obrodziła fasolka i groszek, kiedy Hale zalane są kapustą i czy urodzaj na buraki zawiódł. Odwieczna potwarz, powtarzana w chwili gdy Lucjan tam bywał, uporczywie przypisywała pojawienie się befsztyków jakiejś śmiertelności wśród rasy końskiej. Mało restauracyj paryskich przedstawie równie powabny wygląd. Tam jedynie spotkasz młodość i wiarę, tam jedynie nędzę dźwiganą z humorem, mimo że nie brak i twarzy żarliwych i poważnych, posępnych i niespokojnych. Stroje przeważnie zaniedbane. To też zwraca uwagę każdy bywalec, gdy, przypadkowo, zjawi się starannie ubrany. Wszyscy wiedzą, że ten nadzwyczajny strój oznacza schadzkę, teatr lub dystyngowaną wizytę. Zawiązywały się tam, jak powiadają, częste przyjaźnie między studentami, którzy później dochodzili do sławy, jak się to pokaże w tem opowiadaniu. Bądź co bądź, z wyjątkiem kółek krajanów, skupionych na końcu stołu, zwykle biesiadnicy zachowują powagę która niełatwo się rozchmurza, może z przyczyny katolicyzmu wina, nie sprzyjającego zbytniej rozlewności. Ci, którzy uczęszczali do Flicoteaux, mogą sobie przypomnieć wiele ponurych i tajemniczych osobistości, zawiniętych w mgły najmroźniejszej nędzy, które mogły tam jadać dziesięć lat, i zniknąć tak, iż żadne światło nie oświeciło tych błędnych ogników Paryża w oczach najciekawszych bywalców. Przyjaźnie naszkicowane u Flicoteaux, pieczętowało się w sąsiednich kawiarniach przy płomyku ponczu lub pół-szklaneczce czarnej kawy, zakropionej jakimś likworem.