Stracone złudzeniaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Honoré de Balzac

Stracone złudzenia

przełożył Tadeusz Boy-Żeleński

Saga

Stracone złudzeniaprzełożył Tadeusz Boy-Żeleński Zdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1837, 2019 Honoré de Balzac i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726235746

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

OD TŁUMACZA

Komedja Ludzka Balzaka, w której powieść niniejsza stanowi ważne ogniwo — niemal punkt centralny — posiada, niezależnie od swoich artystycznych wartości, pierwszorzędne znaczenie historyczno-obyczajowe. Wszystkie bez wyjątku siły składające nowoczesne społeczeństwo znajdują w niej swój wyraz, a ujęcie ich staje się tem ciekawsze, przez to, iż pisarz miał sposobność śledzić je i odmalować w samych zaczątkach, w momencie kształtowania. W epoce objętej Komedją ludzką (lata 1815—1848), warsztat społeczny wylania się stopniowo w swej nowożytnej, niemal współczesnej nam strukturze, a nie jest jeszcze tak skomplikowany technicznie, aby zmuszać pisarza do rozdrabniania się na utrudniające syntezę szczegóły. Taką siłą rodzącą się dopiero, a przeznaczoną w przyszłości do potężnej roli, była prasa.

Omawiając na innem miejscu 1salon XVIII w., zaznaczyłem nikłość funkcyj jakie pełniła wówczas prasa, skrępowana tysiącznymi względami cenzury; miejsce prasy zastępowały ulotne pamflety, broszury obiegające bezimiennie, często wychodzące z pod. pióra największych pisarzy (Wolter, Diderot); dalej korespondencja prywatna, i wspomniane już salony paryskie, będące wówczas niemal instytucją. Dziennikarz zawodowy — zelżywie nazwany folliculaire — otoczony dość powszechną wzgardą, znajdował się poza nawiasem społeczeństwa. Zrozumiałem jest, iż, pod żelazną ręką Napoleona, prasa, mimo iż wzmożona w sobie, nie mogła oddychać pełną piersią; dopiero Restauracja, dająca początek konstytucyjnym i parlamentarnym rządom pod berłem obłaskawionych już Burbonów, stworzyła również potęgę tego przyszłego „mocarstwa“.

Stosunki jednak panujące w królestwie prasy były dość osobliwe. Nie mogąc, jakby niewątpliwie tego pragnął, prasy zdusić, Dwór starał się ją kneblować i trzymać w zależności ograniczeniem przywileju na dziennik: zbytecznem dodawać, iż przywilej taki uzyskiwali najczęściej nie ludzie etycznie stojący najwyżej, ale najbardziej sprytni i nieprzebierający w środkach. Ta ograniczona ilość organów publicznych, w których skupiała się opinja i interesy całego wielkiego kraju, wytworzyła kastę kondotjerów pióra, toczących z sobą zajadłe walki, ale, równocześnie, zdolnych, w razie potrzeby, porozumieć się z sobą dla wspólnej korzyści. Nie odrazu zresztą i dziennikarze zorjentowali się w swojej rosnącej z każdym dniem potędze. Ta zgraja utalentowanych głodomorów, mających nieraz w ręku losy olbrzymich przedsięwzięć politycznych i finansowych, nie odrazu posiadła technikę wybijania dla siebie samych monety z własnego wpływu. Dziennikarze, przeważnie młodzi chłopcy (w gorączkowym tym zawodzie ludzie spalają się szybko), więcej dbali o wyzyskiwanie swej „wszechmocy“ za kulisami bulwarowego teatrzyku niż za kulisami Giełdy i wielkiego przemysłu; z czasem dopiero, w miarę jak posuwająca się demokratyzacja coraz większą rolę przyznawała t. zw. opinji publicznej, i dziennikarstwo przeszło na właściwy sobie i szerszy teren działania.

Te wszystkie światy, grawitujące około dziennika i potrzebujące go; te najrozmaitsze możne, wpływowe i wykwintne osobistości, zabiegające się o względy dziennikarzy i „nastrajające“ ich zapomocą uczt i festynów, tworzą, w połączeniu z cygańskim temperamentem wykolejeńców literatury, ów tak mistrzowsko odmalowany obraz fantastycznego życia, w którym najohydniejsza nędza ociera się o przepychy rafinowanego zbytku. Dlatego też, w tej powieści, nie opuszczając ściśle realnego gruntu, mógł Balzac przedstawić kilka miesięcy życia młodego Lucjana niby cudowną feerję, w której zaklęty pierścień lub jakaś lampa Aladyna otwiera mu na chwilę wrota paryskich Sezamów. Równocześnie wydana po polsku powieść Balzaka p. t. Muza z zaścianka stanowi jakby dopełnienie obrazu, i ukazuje nam to życie w chwili gdy go nie złoci już swymi promieniami błogosławiona beztroska młodości.

Balzac nie lubił i nie szanował prasy, i, nawzajem, nie cieszył się jej względami. W jednem ze swych wysoce romantycznych opowiadań p. t. Historya trzynastu, wymarzył pisarz związek trzynastu niepospolitych, a bezwzględnie sobie, w razie potrzeby, oddanych jednostek, i roił jak olbrzymią potęgą byłaby taka asocjacja. Życie przekonało go rychło, że instytucja taka istnieje, tylko składa się nie z trzynastu wybitnych, ale z trzydziestu, trzystu, czy trzech tysięcy miernych jednostek, które, bez żadnych regulaminów i porozumień, instynktownie a solidarnie współdziałają z sobą. Otóż, do tej asocjacji Balzac nigdy nie umiał się nagiąć; za sztywny miał kark do takich kompromisów; przerzynał się przez życie literackie Paryża sam, li tylko siłą talentu i pracy. Nie iżby nie chciał iść po łatwiejszej drodze sukcesu; chciał zapewne, jak tego dowodzą różne, z dziecięcą naiwnością podejmowane próby, ale nie mógł: imperatyw talentu był zanadto kategoryczny. Cichy pracownik d’Arthez, przeciwstawiony zgrai szarlatanów, pół-talentów i spekulantów literackich, oto człowiek, jakim Balzac rad przedstawia się własnym oczom. Tylko własnym zresztą, dla nas bowiem, bujna, rabelesowska indywidualność Balzaka bezwarunkowo nie mieści się w tym arcy-szlachetnym prymusie literatury.

Sąd o ówczesnej prasie wypadł zapewne za czarno — sama postać Teofila Gautier starczyłaby za odpowiedź bezwzględnym oszczercom tego rzemiosła — ale, tak w opisie uczt u Floryny i Koralii, jak w posiedzeniu redakcji małego dzienniczka, rozsiane są rysy, które, w jednem zdaniu nieraz, genjalnie streszczają istotę pewnego typu dziennikarstwa. Dzisiaj, brukowe dzienniki paryskie, rozchodzące się w miljonach egzemplarzy, posiadają agendy równające się, co do rozmiarów i zakresu, nieraz agendom jakiego ministerjum, i niewiele mają już wspólnego z temi, sympatycznie myszką trącącemi stosunkami, gdzie redaktor wpływowego pisma „przechwala się“ że ma dwa tysiące abonentów, i gdzie poważną rubrykę jego dochodów stanowi handel „egzemplarzami recenzyjnemi“ książek i gratisowemi biletami do teatru. Dużo natomiast podobieństwa odnalazłoby się, z zachowaniem wszelkiej proporcji, między tym obrazem a naszymi stosunkami, jeżeli nie dzisiejszej (wydawcy naszych Kurjerków z politowaniem patrzyliby dzisiaj na mikroskopijne dla nich operacje ówczesnych paryskich Finotów!), to wczorajszej doby. Nie wskazując nikogo palcem, znalazłbym w Polsce z łatwością model — i niejeden — dla takiego np. Stefana Lousteau, którego „wiek męzki, wiek klęski“ maluje nam Muza z Zaścianka.

Cóż to za kapitalna, żywa figura ów Stefan Lousteau! Współczesna fama wskazywała głośnego feljetonistę Juliusza Janin jako prototyp tej postaci; parę ustępów w korespondencji Balzaka każę raczej dopatrywać się pod nią Juljusza Sandeau, wspólnika doli George Sand, czyli Aurory Dudevant, w czasie pierwszych jej lat paryskich. Ale, przedewszystkiem, to jest typ: to dziennikarstwo, ujęte ze swej niskiej, małej, niemoralnej strony, z zachowaniem całej gibkości i błyskotliwości intellektu, tak uwodzicielsko działających na młodego Lucjana.

Każda zresztą z figur tej galerji ma swoją bardzo odrębną fizjognomję. Zapuszczając się głębiej w dzieło Balzaka, będzie miał czytelnik niejednokrotnie sposobność spotkać się z niemi i ściślej jeszcze wyodrębnić je od tła. Tak naprzykład, Córka Ewy będzie monografją duchową Natana, tego fałszywego wielkiego człowieka, którego tu widzimy w pierwszych blaskach zwodniczej sławy; tam też, i gdzieindziej zresztą, odnajdziemy jedną z najsympatyczniejszych figur literackiego świata, Blondeta, do którego Balzac, mimo jego sceptycznej bierności i nihilizmu duchowego, ma widoczną słabość i którego nawpół-cygańską karjerę wieńczy w końcu wspaniałomyślnie świetnem małżeństwem z hrabiną de Montcornet. W innej znowu powieści, zapoznamy się bliżej z panną des Touches, wzorowaną w wielu rysach na postaci George Sand, oraz z Klaudjuszem Vignon, nieskazitelnym kapłanem krytyki, do którego za model posłużył Gustaw Planche, ów nieszczęśliwie a wytrwale George Sand oddany wielbiciel.

Osobliwej zaprawy dodają obrazowi dziennikarskiego światka figury starych Napoleończyków, zamięszane między tych nowoczesnych kondotjerów idei. Paradny ten konkubinat, cyganerji wojskowej szukającej naturalnego schronienia wśród cyganerji literackiej, z którą wszystko ją dzieli oprócz skłonności do kieliszka, aktorek i łatwego życia, zaznaczony jest już mimochodem w Kawalerskiem gospodarstwie; odnajdujemy też tutaj znajomą nam figurę kapitana Giroudeau, pogłębioną rysami wzgardliwego i filozoficznego poddania się duchowi epoki, dającej w rękę fantastyczną potęgę tym „kramikom myśli“, dla których rozpędzenia „wystarczyłoby Cesarzowi kaprala na czele kilku ludzi“. A komizmowi tej symbiozy nie ustępuje z pewnością ta, którą powaby kulis stwarzają pomiędzy lekkomyślnymi żonglerami paradoksu a co najgęstszą śmietaną osiadłego paryskiego mieszczaństwa.

Wśród utworów Balzaka, powieść ta należy do najcelniejszych. Mistrzowska analiza psychologiczna reakcji jaką w parze prowincjonalnych kochanków powoduje przeniesienie na teatr Paryża; iskrząca werwa w przedstawieniu krótkiej wędrówki Lucjana przez świat dziennikarski; rozsypane rysy gryzącej a trafnej satyry; wreszcie tragiczny patos zakończenia, tworzą z powieści tej dzieło przelewające się od bogactwa treści. Faktura powieści Balzaka przedstawia zazwyczaj proces powolnego rozpalania pod kotłem olbrzymiej machiny; tutaj — co rzadko się u niego zdarza — wchodzimy in medias res, dzięki temu, iż powieść ta posiada ścisły związek z opowiadaniem p. t. Dwaj poeci. Trzecia część, Cierpienia wynalazcy, zamyka tę trylogję 2 objętą w wielu wydaniach Balzaka wspólnym tytułem Stracone złudzenia, przyczem niniejsza część posiada podtytuł: Wielki człowiek z prowincji w Paryżu. Dla zorjentowania się w całości Komedji Ludzkiej powieść ta jest bardzo pomocną; cały ów światek który tutaj naznacza sobie schadzkę, kręcąc się, bliżej lub dalej, około dziennika lub teatru, to uprzywilejowane typy Balzaka, które, niemal wszystkie, zjawiają się i w innych jego powieściach. Każdy z nich powtarzać się będzie w różnych epokach życia, różnych planach i przekrojach, wciąż pogłębiając uczucie zdumienia nad tą jedyną w swoim rodzaju nowoczesną epopeją.

 

Boy.

Kraków, w marcu 1919.

Panu Wiktorowi Hugo.

Ty, który, dzięki przywilejom Rafaelów i Pitt’ów, byłeś już wielkim w wieku w którym ludzie są jeszcze tak mali, i Ty musiałeś, jak Chateaubriand, jak wszystkie prawdziwe talenty, walczyć przeciw zawiści ukrytej poza kolumnami dziennika lub też przyczajonej w jego podziemiach. Toteż, pragnę, aby Twoje zwycięskie nazwisko dopomogło do zwycięstwa temu dziełu które ci poświęcam, a które, zdaniem niektórych osób, jest w równej mierze aktem odwagi, co pełną prawdy historją. Czyż dziennikarze nie byliby, jak markizi, finansiści, lekarze i adwokaci, tematem dla Moliera i jego talentu? Czemu tedy dla KOMEDJI LUDZKIEJ, która castigat ridendo mores, miałaby stanowić wyjątek jedna potęga, skoro prasa paryska nie uznaje za nietykalną żadnej?

Szczęśliwy jestem, drogi Panie, iż, przy tej sposobności, mogę się nazwać

Twoim szczerym wyznawcą i przyjacielem,

de Balzac.

Ani Lucjan, ani pani de Bargeton, ani Gentil, ani pokojowa Albertyna, nie wspominali nigdy o wydarzeniach tej podróży 3 ; ale można mniemać, iż ustawiczna obecność służby zepsuła ją kochankowi, który spodziewał się pełnych rozkoszy wykradzenia. Lucjan, który podróżował pocztą pierwszy raz, zdumiewał się, widząc że droga z Angoulême do Paryża pochłonęła niemal tyle, ile on przeznaczał na życie przez cały rok. Jak ludzie którzy łączą wdzięk dzieciństwa z siłą talentu, popełniał ten błąd, iż, na widok rzeczy tak dla siebie nowych, wyrażał naiwne zdziwienie. Mężczyzna powinien dobrze poznać kobietę, nim odsłoni przed nią z całą prostotą swoje wzruszenia i myśli. Tkliwa i szlachetna kochanka uśmiecha się z tych dzieciństw i rozumie je; ale, jeśli jest istotą bodaj trochę ambitną, nie przebaczy kochankowi, iż okazał się dziecinny, próżny i mały. Często kobiety wkładają w swój kult tyle przesady, iż chcą wciąż znajdować bóstwo w swoim fetyszu; tylko te, które kochają mężczyznę dla niego bardziej jeszcze niż dla siebie, ubóstwiają jego małostki narówni z jego wielkością. Lucjan nie wiedział jeszcze, że u pani de Bargeton miłość narodziła się z dumy. Popełnił tę omyłkę, że nie umiał zrozumieć pewnych uśmieszków Luizy w ciągu tej podróży, kiedy, zamiast panować nad sobą, dawał folgę pustotom młodego szczura który wydobył się z jamy.

Podróżni stanęli o świcie w hotelu Gaillard-Bois, przy ulicy de l’Echelle. Byli oboje tak zmęczeni, że Luiza przedewszystkiem chciała się położyć, poleciwszy Lucjanowi wziąć pokój o piętro wyżej. Obudzono go na obiad; dowiedziawszy się która godzina, ubrał się spiesznie i zastał Luizę w jednym z owych ohydnych pokojów, stanowiących hańbę Paryża, gdzie, mimo tylu uroszczeń elegancji, niema jeszcze ani jednego hotelu, w którym majętny podróżny mógłby odnaleźć dom. Lucjan, mimo iż jeszcze niezupełnie rozbudzony, nie poznał swej Luizy w tym pokoju zimnym, bez słońca, o spłowiałych firankach, gdzie licho zapuszczona posadzka świeciła ubóstwem, gdzie meble były wytarte, w złym smaku, stare lub przygodnie kupione. Istnieją osoby, które zmieniają swój wygląd i swoją wartość, skoro je oddzielić od postaci, rzeczy, miejsca, które im służyły za ramę. Fizjognomje posiadają właściwą sobie atmosferę, tak jak światłocień flamandzkich obrazów potrzebny jest tworom genjuszu malarza. Mieszkańcy prowincji należą prawie wszyscy do tego typu. Przytem, pani de Bargeton zdawała mu się sztywniejsza, bardziej zadumana, niżby wypadało w chwili gdy zaczynało się szczęście bez przeszkód. Lucjan nie mógł wynurzyć swoich żalów: Gentil i Albertyna kręcili się po pokoju. Obiad nie miał już owego charakteru obfitości i przedniej dobroci, jakie cechują prowincję. Ściśle odmierzone dania pochodziły z sąsiedniej restauracji: chudo przybrane, trąciły skąpo obliczoną porcyjką. Paryż nie jest ładny w tych małostkach, na które skazuje ludzi o miernych środkach. Lucjan czekał końca obiadu, aby pomówić swobodniej z Luizą, której odmiany nie umiał sobie wytłómaczyć. Nie mylił się. Ważne wydarzenie — refleksje bowiem są wydarzeniami życia duchowego — zaszło gdy on spał.

Około drugiej popołudniu, Sykstus du Châtelet zjawił się w hotelu, kazał obudzić Albertynę, oświadczył iż pragnie mówić z panią, i wrócił zostawiwszy pani de Bargeton czas ogarnięcia się trochę. Anais, której ciekawość podrażniła ta osobliwa wizyta pana du Châtelet (wierzyła w swoje najściślejsze inkognito), przyjęła barona około trzeciej.

— Pędziłem za panią narażając się na nosa od moich władz, rzekł składając ukłon: przewidywałem to co się stało. Ale, choćbym ja miał stracić miejsce, przynajmniej pani nie będzie stracona.

— Co pan ma na myśli? wykrzyknęła pani de Bargeton.

— Widzę, że pani kocha Lucjana, ciągnął z tkliwą rezygnacją, bo trzeba kochać, aby się nie zastanawiać nad niczem, aby zapomnieć o wszystkich konwenansach: i to pani, która znasz je tak dobrze! Czy myślisz, droga, ubóstwiana Nais, że przyjmą cię u pani d’Espard, albo w jakimkolwiek salonie w Paryżu, z chwilą gdy będzie wiadomo, że poprostu uciekłaś z Angoulême z młodym chłopcem, zwłaszcza po pojedynku pana de Bargeton z panem de Chandour? Pobyt męża pani w Escarbas trąci separacją! W podobnych okolicznościach, ludzie honoru najpierw biją się za swą żonę, a potem zwracają jej wolność. Kochaj pana de Rubempré, opiekuj się nim, rób co ci się podoba, ale nie mieszkajcie razem! Gdyby kto wiedział, że odbyliście podróż w jednym powozie, byłabyś wyklęta w tym świecie w którym chcesz szukać oparcia. Zresztą, Nais, nie rób takich ofiar dla młodego chłopca, którego jeszcze nie porównałaś z nikim, którego nie poddałaś żadnej próbie, i który może tu zapomnieć o tobie dla pierwszej Paryżanki, skoro mu się wyda lepszą dźwignią dla jego ambicji. Nie chcę szkodzić człowiekowi którego pani kocha, ale pozwolisz mi, abym wyżej stawiał twoje dobro. Powiem ci tedy: „Przyjrzyj mu się! Poznaj wprzód całą doniosłość swego kroku“. Jeśli znajdziesz wszystkie drzwi zamknięte, jeśli żadna kobieta nie zechce cię przyjąć, nie czuj przynajmniej żalu za tyle ofiar, przekonana że ten, dla którego je uczyniłaś, będzie ich zawsze godny i zrozumie je. Pani d’Espard jest tem surowsza i tembardziej uważająca, ile że sama żyje w separacji z mężem, mimo iż świat nie zdołał przeniknąć przyczyn ich niezgody: ale rodziny Navarreins, Blamont-Chauvry, Lenoncourt, wszyscy jej krewni opowiedzieli się za nią, kobiety najdrażliwsze na punkcie cnoty bywają u niej i przyjmują ją, tak iż margrabia d’Espard ponosi w oczach świata całą winę 4 . Od pierwszej wizyty u niej, uznasz słuszność mych ostrzeżeń. Mogę to pani przepowiedzieć, ja, który znam Paryż: przestąpiwszy próg margrabiny, będzie pani w rozpaczy, na myśl iż mogłaby się dowiedzieć, że mieszkasz w hotelu Gaillard-Bois z synem aptekarza, mimo iż przemianowanym na pana de Rubempré. Znajdziesz tu rywalki trochę chytrzejsze i bardziej podstępne niż Amelja: postarają się skwapliwie o wiadomości kto pani jesteś, gdzie jesteś, skąd przybywasz i co robisz. Liczyła pani, jak widzę, na inkognito; ale należysz do osób, dla których inkognito nie istnieje. Czy nie spotkasz tu Angoulême na każdym kroku? to posłowie, którzy przybywają na otwarcie Izby; to generał, który spędza urlop w Paryżu. Wystarczy jednego mieszkańca Angoulême który cię tu zobaczy, aby twoje życie określiło się w szczególny sposób: staniesz się już tylko kochanką Lucjana. Jeśli mnie pani będzie potrzebowała w jakiejbądź sprawie, mieszkam u generalnego poborcy, ulica du Faubourg-Saint-Honoré, dwa kroki od pani d’Espard. Znam natyle marszałkową de Carigliano, panią de Sérizy i prezydenta ministrów aby panią przedstawić w tych domach; ale spotka pani tyle osób u pani d’Espard, że nie będziesz mnie potrzebowała. Zamiast by pani miała pragnąć wstępu do tego lub owego salonu, sama będziesz upragniona we wszystkich.

Châtelet mógł mówić bez obawy aby pani de Bargeton mu przerwała: trafność jego obserwacji oszołomiła ją, Królowa Angoulême liczyła w istocie na inkognito.

— Masz słuszność, drogi przyjacielu, rzekła, ale jak zrobić?

— Pozwól mi pani, rzekł Châtelet, wyszukać sobie umeblowany, przyzwoity apartamencik; w ten sposób życie będzie cię kosztowało taniej niż w hotelu, a będziesz u siebie. Jeżeli mnie pani zechce posłuchać, przeniesiesz się jeszcze dziś.

— Ale jak się pan dowiedział o moim adresie? rzekła.

— Nietrudno było poznać powóz: zresztą, jechałem w pani ślady. W Sèvres, pocztyljon który panią odwiózł, powiedział mojemu adres. Czy pozwoli mi pani być jej kwatermistrzem? Prześlę niebawem wiadomość, gdzie panią ulokowałem.

— Dobrze więc, proszę, rzekła.

To słówko zdawało się niczem a było wszystkiem. Baron du Châtelet odezwał się językiem świata do światowej kobiety. Ukazał się w całej elegancji paryskiego wykwintu; ładny kabrjolecik zaprzężony w zgrabnego konika czekał nań pod bramą. Przypadkowo, pani de Bargeton zbliżyła się do okna aby się zastanowić nad położeniem i spostrzegła podstarzałego dandysa w chwili gdy odjeżdżał. W chwilę potem, Lucjan, spiesznie zbudzony, spiesznie ubrany, ukazał się jej w zeszłorocznych nankinowych pantalonach, w lichej surducinie. Był piękny, ale śmiesznie ubrany. Ubierzcie Apollina Belwederskiego albo Antinousa za tragarza, czy poznacie wówczas boski twór greckiego lub rzymskiego dłuta? Oczy porównują, nim serce zdoła sprostować ten machinalny wyrok. Kontrast między Lucjanem a Sykstusem był zbyt gwałtowny aby uszedł oczu Luizy. Kiedy, koło szóstej, skończyli obiad, pani de Bargeton dała znak Lucjanowi aby siadł przy niej na mizernej kanapie — czerwony perkal w żółte kwiaty — gdzie sama też usiadła.

— Mój Lucjanie, rzekła, czy nie jesteś zdania, iż, jeśli popełniliśmy szaleństwo jednako zabójcze dla obojga, trzeba myśleć nad tem aby je naprawić? Nie możemy, drogie dziecko, ani mieszkać wspólnie w Paryżu, ani też pozwolić się domyślać iż przybyliśmy tu razem. Twój los wiele zależy od mojej pozycji, nie powinnam jej narażać w żadnym sposobie. Tak więc, jeszcze dziś wieczór, znajdę mieszkanie o parę kroków stąd; ty zostaniesz w hotelu; wówczas będziemy się mogli widywać codzień i nikt nie znajdzie nic do zarzucenia.

Luiza wyłożyła kodeks świata Lucjanowi, który szeroko otwierał oczy. Nie wiedział jeszcze, iż kobieta, która trzeźwieje z szaleństwa, trzeźwieje tem samem z miłości, ale zrozumiał, że nie jest już dawnym Lucjanem z Angoulême. Luiza mówiła mu tylko o sobie, o swoich interesach, o swojej reputacji, o świecie; aby usprawiedliwić swój egoizm, próbowała wytłumaczyć mu, że chodzi o niego. Nie miał żadnych praw wobec Luizy, która tak szybko przedzierżgnęla się w panią de Bargeton i, rzecz o wiele ważniej, sza! nie miał wobec niej żadnej mocy. Nie mógł też powstrzymać wielkich łez, które zakręciły mu się w oczach.

— Jeżeli ja jestem twoją chlubą, ty jesteś dla mnie czemś więcej jeszcze, jesteś mą jedyną nadzieją i przyszłością. Sądziłem, iż, jeżeli masz dzielić moje tryumfy, winnaś dzielić i moje niedole: i oto już się rozłączamy.

— Sądzisz moje postępowanie, rzekła, nie kochasz mnie więc.

Lucjan spojrzał na nią tak boleśnie, iż dodała:

— Drogie dziecko, zostanę, jeśli chcesz, ale zgubimy się oboje i zostaniemy bez oparcia. Ale, kiedy będziemy oboje jednako nędzni i samotni; kiedy niepowodzenie (trzeba wszystko brać w rachubę) wygna nas do Escarbas, pamiętaj, kochanie, że przewidy. wałam ten koniec i że radziłam iść do celu wedle praw świata, okazując się im posłusznym.

 

— Luizo, odparł obejmując ją, przeraża mnie twój rozsądek. Pomyśl, że jestem dzieckiem, że zawierzyłem się ze wszystkiem twojej dobrej woli. Co do mnie, chciałbym ujarzmić świat i ludzi siłą; ale, jeśli mogę szybciej dojść z twoją pomocą, szczęśliwy będę za. wdzięczając tobie całą mą dolę. Przebacz! za wiele nadziei położyłem w tobie, abym się mógł nie lękać... Dla mnie, rozłąka jest zwiastunem opuszczenia; a opuszczenie, to śmierć.

— Ależ, drogie dziecko, świat żąda od ciebie bardzo niewiele, rzekła. Chodzi tylko o to, abyś sypiał tutaj, a zresztą możesz przebywać cały dzień u mnie, bez zarzutu z czyjejkolwiek strony.

Trochę pieszczot uspokoiło Lucjana. W godzinę potem, Gentil przyniósł bilecik, którym Châtelet donosił, iż znalazł mieszkanie na ulicy Neuve-de-Luxemburg. Pani de Bargeton kazała sobie objaśnić położenie tej ulicy, niezbyt oddalonej od hotelu, i rzekła do Lucjana:

— Jesteśmy sąsiadami.

W dwie godziny później, Luiza wsiadła do powozu, który jej przysłał Châtelet, aby się udać do siebie. Apartament, jeden z tych które tapicerzy meblują i wynajmują zamożnym posłom lub innym znacznym osobom przybyłym na krótko do Paryża, był bogaty, ale niewygodny. Lucjan wrócił o jedenastej do swego hotelu, ujrzawszy z Paryża jedynie kawałek ulicy św. Honorjusza, łączący owe dwie ulice. Ułożył się do snu w nędznym pokoiku, który, mimowoli, porównał w myśli ze wspaniałym apartamentem Luizy. W chwili gdy wychodził od pani de Bargeton, zjawił się baron du Châtelet, prosto z wieczoru u ministra spraw zagranicznych, w całym blasku balowej tualety. Przybył zdać sprawę z zamówień, jakie poczynił w imieniu pani de Bargeton. Luiza była zaniepokojona, przerażał ją ten zbytek. Prowincja wycisnęła na niej swoje piętno; stała się drobiazgowa; była tak gospodarna, że w Paryżu musiała uchodzić za skąpą. Wzięła z sobą przekazy bankowe blisko na dwadzieścia tysięcy, przeznaczając tę sumę na nadwyżkę wydatków na przeciąg czterech lat; obawiała się już, że jej to nie wystarczy i że wejdzie w długi. Châtelet objaśnił ją, że mieszkanie będzie kosztowało tylko sześćset franków miesięcznie.

— Nędza, drobiazg, dodał widząc żachnięcie się Nais. Ma pani na rozkazy powóz za pięćset franków na miesiąc: razem, pięćdziesiąt ludwików. Pozostają jedynie tualety. Kobieta, która bywa w świecie, nie może urządzić się inaczej. Jeżeli chce pani wykroić z pana de Bargeton generalnego poborcę, lub uzyskać dlań posadę na Dworze, nie powinnaś wyglądać na osobę potrzebującą. Tutaj, dają tylko bogatym. Bardzo szczęśliwie, dodał, że ma pani Gentila i Albertynę, służba w Paryżu to istna ruina. Jadać u siebie będzie pani rzadko, skoro raz wpłyniesz na szerokie wody.

Zaczęli rozmawiać o Paryżu. Châtelet opowiedział nowinki, tysiąc drobnostek które trzeba znać, jeśli się chce być Paryżaninem. Udzielił rad co do magazynów; wskazał adres krawcowej; słowem, dał Luizie odczuć potrzebę odangulemizowania się. Następnie, światowiec pożegnał ją ze swobodnym żarcikiem na ustach.

— Jutro, rzekł od niechcenia, będę miał zapewne lożę do jakiegoś teatru; wstąpię aby zabrać panią i pana de Rubempré. Pozwoli pani, że będę wam robił honory Paryża.

— To szlachetniejszy charakter niż mniemałam, rzekla w duchu pani de Bargeton.

W czerwcu, ministrowie nie wiedzą co począć ze swemi lożami: posłowie prawicy i ich mandanci pilnują żniw lub winobrania, znajomi siedzą na wsi lub podróżują: to też, w tej epoce, w najświetniejszych lożach widzi się typy dziwnego nabożeństwa, nieznane bywalcom teatrów i dające publiczności wygląd spłowiałego obicia. Châtelet pomyślał, iż, dzięki tej okoliczności, będzie mógł, bez wielkich wydatków, dostarczyć Nais uciech najłakomszych mieszkańcom prowincji. Nazajutrz, zjawiwszy się pierwszy raz, Lucjan nie zastał Luizy. Pani de Bargeton wyszła dla paru niezbędnych sprawunków. Udała się, wedle wskazówek barona, na naradę z poważnymi i dostojnymi autorytetami w sprawach damskiej tualety: napisała już bowiem o swym przyjeździe do margrabiny d’Espard. Mimo iż pani de Bargeton posiadała to zaufanie w siebie jakie daje długie panowanie, drżała iż wyda się parafianką. Miała dość taktu, aby rozumieć jak bardzo stosunki między kobietami zależą od pierwszego wrażenia. Mimo że czuła się na siłach aby zrównać się szybko z poziomem, zgadywała, iż, w początkach, trzeba jej będzie życzliwości; nie chciała zwłaszcza pominąć żadnej z szans powodzenia. Dlatego była niezmiernie wdzięczna baronowi, że jej wskazał środki dostrojenia się do paryskiego świata. Szczególnym zbiegiem okoliczności, margrabinie było, w danej sytuacji, niezmiernie na rękę, że mogła oddać przysługę komuś z rodziny męża. Bez wyraźnej przyczyny, margrabia d’Espard usunął się: nie zajmował się ani interesami, ani sprawami publicznemi, ani rodziną, ani żoną. Stawszy się w ten sposób panią swojej woli, margrabina czuła potrzebę aprobaty świata: była więc rada, iż może w tej okoliczności zastąpić margrabiego, występując jako protektorka jego krewnych. Pragnęła nawet dać temu patronatowi pewną ostentację, aby tem więcej podkreślić winę męża. Tegoż samego dnia, napisała do pani de Bargeton, z domu Nègrepelisse, jeden z owych bilecików, w których forma jest tak ładna, iż trzeba wiele czasu nim się dojrzy pod nią brak treści:

„Czuje się szczęśliwą z okoliczności, zbliżających ją do osoby o której słyszała i którą zdawna życzyła sobie poznać, przyjaźń bowiem w Paryżu nie jest czemś tak trwałem, aby mogła nie pragnąć posiadania jeszcze kogoś bliskiego sercu; gdyby się to nie miało ziścić, będzie to jedno złudzenie więcej do pogrzebania z innemi. Oddaje się cała do rozporządzenia kochanej kuzynki, którą byłaby pośpieszyła odwiedzić, gdyby niedyspozycja nie zatrzymała jej w domu; ale uważa się już za zobowiązaną pani de Bargeton, za to że pomyślała o niej“.

W czasie pierwszej swej włóczęgi przez bulwary i ulicę de la Paix, Lucjan, jak wszyscy nowoprzybyli, zajmował się o wiele więcej rzeczami niż ludźmi. W Paryżu, zrazu pochłaniają uwagę masy: sklepy, domy, pojazdy, sprzeczności jakie nastrzęcza krańcowy zbytek z krańcową nędzą, uderzają przedewszystkiem. Zdumiony tym tłumem któremu był zupełnie obcy, Lucjan, obdarzony żywą wyobraźnią, uczuł jakgdyby straszliwe pomniejszenie samego siebie. Osoby, które cieszą się na prowincji jakimś mirem i które spotykają tam na każdym kroku dowód swej ceny, nie mogą się oswoić z tą zupełną i nagłą zniżką. Być czemś w swojem miasteczku a nie być niczem w Paryżu, to dwa stany które wymagają przejścia; ci, którzy przechodzą z jednego do drugiego zbyt gwałtownie, popadają w rodzaj unicestwienia. Młodemu poecie, nawykłemu znajdować echo dla wszystkich uczuć, powiernika dla wszystkich myśli, duszę dzielącą najmniejsze wrażenia, Paryż musiał się zdać straszliwą pustynią. Nie pomyślał o tem aby się przebrać w odświętny niebieski fraczek, tak iż, udając się o umówionej godzinie do pani de Bargeton, uczuł się zawstydzony ubóstwem, żeby nie powiedzieć nędzą swego stroju. Zastał barona, który zabrał oboje na obiad do Rocher de Cancale. Lucjan, oszołomiony paryskim wirem, nie mógł nic szepnąć Luizie, byli bowiem w powozie we troje; ścisnął ją za rękę, ona zaś odpowiedziała przyjaźnie myślom które wyrażal w ten sposób. Po obiedzie, Châtelet zaprowadził swoich gości do teatru Vaudeville. Lucjana drażnił potajemnie widok Châteleta, przeklinał los który go zawiódł do Paryża. Dyrektor podatków złożył cel podróży na swoje ambicje: ma nadzieję (mówił) że otrzyma stanowisko generalnego sekretarza, i wejdzie, jako referendarz, do Rady Stanu; przybył upomnieć się o dotrzymanie obietnic jakie mu poczyniono. Człowiek taki jak on nie może być wiecznie dyrektorem podatków; woli raczej niczem nie być, zostać posłem, wrócić do dyplomacji. Starał się powiększyć w oczach pani de Bargeton; Lucjan odczuwał w starym fircyku wyższość światowca zaprawionego w życiu paryskiem; wstyd mu było zwłaszcza, iż z jego łaski kosztuje wielkomiejskich przyjemności. Tam, gdzie poeta był nieswój i zakłopotany, dawny sekretarz czuł się jak ryba w wodzie. Châtelet uśmiechał się z wahań, zdumień, zapytań, drobnych niezręczności w które brak obycia wtrącał jego rywala, jak stare wilki morskie dworują sobie z fryców, którzy nie przebyli jeszcze równika.