Pułkownik ChabertTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pułkownik Chabert
Pułkownik Chabert
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 13,98  11,18 
Pułkownik Chabert
Pułkownik Chabert
Audiobook
Czyta Wiktor Korzeniewski
9,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Honoré de Balzac

Pułkownik Chabert

Saga

Pułkownik Chabertprzełożył Tadeusz Boy-Żeleński tytuł oryginału Zdjęcia na okładce: Shutterstock Copyright © 1844, 2019 Honoré de Balzac i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726235722

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Plik jest zabezpieczony znakiem wodnym

PUŁKOWNIK CHABERT

Honore de Balzac

Tadeusz Żeleński-Boy

Oho! znowu nasza stara pelerynka!

Ten wykrzyknik wydarł się pisarczykowi, z gatunku, który nazywa się w kancelarii goniaczem. Chłopak gryzł w tej chwili z apetytem pajdę chleba; urwał nieco ośrodka, zrobił kulkę i rzucił ją drwiąco przez okno, o które się opierał. Dobrze wymierzona kulka odskoczyła prawie na wysokość okna, ugodziwszy w kapelusz nieznajomego, który mijał dziedziniec domu, gdzie mieszkał adwokat Derville.

— Słuchaj no, Simonnin, nie rób no figlów ludziom, bo cię wyrzucę za drzwi. Choćby klient był najbiedniejszy, zawsze to człowiek, u diabła! — rzekł naczelny dependent, przerywając sumowanie rachunku kosztów.

Goniacz jest to zazwyczaj, jak właśnie Simonnin, chłopak trzynaste- lub czternastoletni, poddany we wszystkich kancelariach bezpośredniej władzy pierwszego dependenta, którego polecenia i bileciki miłosne załatwia roznosząc zarazem pozwy do komorników i akta do sądu. Ma coś z paryskiego ulicznika przez swoje narowy, a z palestranta przez swoje losy. Dzieciak ten jest prawie zawsze bez litości, bez hamulca, nieokiełzany, koncepciarz, kpiarz, chciwiec i leń. Mimo to prawie każdy pisarczyk ma starą matkę, mieszkającą na piątym piętrze, z którą dzieli swoich trzydzieści lub czterdzieści franków miesięcznej płacy.

- Jeżeli to człowiek, czemu go pan nazywa starą pelerynką? - rzekł Simonnin z miną uczniaka, który przyłapał swego nauczyciela.

I zabrał się na powrót do chleba z serem, opierając się o okno, odpoczywał bowiem stojąc, jak konie przy dyliżansie, z nogą założoną o nogę.

— Co to za psikusa moglibyśmy wypłatać temu mandarynowi? — rzekł z cicha trzeci dependent, nazwiskiem Godeschal, zatrzymując się w połowie argumentów, jakimi stroił podanie naszkicowane przez czwartego dependenta, z którego to podania sporządzali kopie dwaj nowicjusze z prowincji. Po czym ciągnął dalej swą improwizację: — „...Ale, w swojej szlachetnej i łaskawej mądrości, Jego Królewska Mość Ludwik XVIII (piszcie pełnymi literami; hej tam, Desroches, panie uczony, który robisz koncept!), w chwili gdy objął wodze swego królestwa, zrozumiał... (co on zrozumiał, ten stary kawalarz?) wysoką misję, do jakiej go powołała Opatrzność!...... (wykrzyknik i sześć kropek: mają w trybunale na tyle religii, aby nam je przebaczyć) i jego pierwszą myślą było, jak tego dowodzi data pomienionego dekretu, naprawić niedole zrodzone z okropnych i smutnych klęsk epoki rewolucyjnej, wracając swoim wiernym i licznym sługom („licznym" to pochlebstwo, które musi się spodobać w Trybunale) ich wszystkie dobra nie sprzedane, czy to znajdują się w posiadaniu publicznym, czy znajdują się w zwyczajnym lub nadzwyczajnym posiadaniu Korony, czy wreszcie znajdują się w dotacjach inistytucji publicznych, utrzymujemy bowiem i czujemy się w prawie utrzymywać, że taki jest duch i taka myśl owego słynnego i tak szlachetnego dekretu wydanego w..." Czekajcie - rzekł Godeschal do trzech dependentów - to szelmowskie zdanie zajęło mi cały koniec stronicy. No więc - podjął wilżąc językiem papier, aby obrócić grubą kartę stemplowego papieru - jeśli chcecie mu wypłatać kawał, trzeba powiedzieć, że pryncypał przyjmuje klientów tylko między drugą a trzecią rano; zobaczymy, czy przyjdzie, ten stary opryszek! - I Godeschal rozpoczął zaczęte zdanie: - „...wydanego w..." Macie już? - spytał.

— Tak! - krzyknęli trzej kopiści.

Wszystko szło równocześnie, podanie, gawęda i spisek.

— „Wydanego w ..." He, Boucard, jaka jest data dekretu? Trzeba kłaść kropki nad i, kroćset bomb! Z tego robią się stronice.

— „Kroćset bomb!" — powtórzył jeden z kopistów, zanim szef kancelarii Boucard odpowiedział.

— Jak to, napisałeś „kroćset bomb?" — wykrzyknął Godeschal patrząc na jednego z nowicjuszów z miną surową i jowialną zarazem.

— Ależ tak — rzekł czwarty dependent, Desroches, nachylając się nad kopią sąsiada — napisał: „Trzeba kłaść kropki nad i" i „Kroćset bąb" przez ą.

Wszyscy dependenci parsknęli śmiechem.

— Jak to, panie Huré, pan bierzesz „kroćset bomb" za termin prawny i powiadasz pan, że jesteś z Mortagne! — wykrzyknął Simonnin.

— Wymaż pan to dobrze — rzekł pierwszy dependent. — Gdyby sędzia mający taksować akty zobaczył coś podobnego, powiedziałby, że sobie kpimy ze świętego Gryzmoła. Ściągnąłby pan przykrości na pryncypała. No, niech pan już nie robi takich głupstw, panie Huré. Normandczyk nie powinien pisać podania bez głowy. Toż to jest „Prezentuj broń" palestry!

— „Wydanego w... w...?" — spytał Godeschal. — Powiedzże mi, kiedy, Boucard?

— Czerwiec 1814 - odparł pierwszy dependent nie przerywając pracy.

Pukanie do drzwi przerwało frazes tego wielomównego podania. Pięciu dependentów z ostrymi zębami, z żywymi i drwiącymi oczyma, z kędzierzawymi głowami, zadarło nosy ku drzwiom, krzyknąwszy głosem ministrantów: „Proszę". Boucard nie oderwał głowy zanurzonej w kupie aktów i dalej sporządzał rachunek.

Kancelaria był to wielki pokój, ozdobiony klasycznym piecem, który stroi wszystkie jaskinie palestry. Rury przechodziły skośnie przez pokój i biegły do ślepego kominka, na którego okapie spoczywały kawałki chleba, sera, kotlety wieprzowe, szklanki, kieliszki, butelki oraz filiżanka czekolady naczelnego dependenta. Woń tych prowiantów zlewała się tak skutecznie z zaduchem pieca rozgrzanego bez miary, z zapachem właściwym biurom i starym papierom, że nie poczułoby się tu ani fetoru lisa. Podłoga była już pełna błota i śniegu naniesionego przez dependentów. Koło okna znajdowało się biurko „naczelnego", do którego to biurka przytykał stoliczek przeznaczony dla drugiego dependenta. Drugi stawał w tej chwili w sądzie. Mogła być ósma lub dziewiąta rano. Kancelaria miała za całą ozdobę owe wielkie żółte afisze, oznajmiające zajęcia nieruchomości, sprzedaże, licytacje, przysądzenie tymczasowe lub ostateczne, chwała kancelarii! Za pierwszym dependentem znajdowała się olbrzymia półka na akty, strojąca całą wysokość ściany; każda przegroda była wypchana plikami, od których zwisała niezliczona ilość etykiet i czerwonych nitek, dających właściwą fizjonomię aktom sądowym. Niższe półki pełne były tek, pożółkłych od użycia, oklejonych niebieskim papierem; widniały na nich nazwiska „grubych" klientów, których soczyste sprawy pichciło się w tej chwili. Brudne szyby w oknach przepuszczały ledwie trochę światła. Zresztą w lutym istnieje w Paryżu bardzo mało kancelaryj, gdzieby można było pisać bez lampy przed dziesiątą. Lokale te znajdują się w stanie dość zrozumiałego zaniedbania: wszyscy tam przechodzą, nikt nie zostaje, żaden osobisty interes nie wiąże się z tym, co jest niejako niczyje; ani adwokatowi, ani stronom, ani dependentom nie zależy na wykwincie miejsca, które dla jednych jest klasą, dla drugich przejściem, dla pryncypała zaś warsztatem. Niechlujne urządzenie przechodzi z adwokata na adwokata z taką dokładnością, że niektóre kancelarie posiadają jeszcze skrzynki na papiery, worki pochodzące od prokuratorów Chlet, skrócenie słowa Châtelet, która to jurysdykcja przedstawiała w dawnym porządku rzeczy dzisiejszy trybunał pierwszej instancji. Ta kancelaria, ciemna, tłusta od kurzu, miała tedy, jak wszystkie inne, coś odpychającego dla klientów, coś, co z niej czyniło jedną z najwstrętniejszych potworności Paryża. Zaiste, gdyby nie istniały wilgotne zakrystie, gdzie modlitwy waży się i sprzedaje jak wiktuały, gdyby nie istniały tandeciarnie, w których wiszą łachy kalające wszelkie złudzenia życia, przez to iż pokazują nam, gdzie kończą się nasze zabawy, gdyby nie istniały owe dwie kloaki poezji, ze wszystkich kramów społecznych kancelaria adwokacka byłaby najokropniejsza. Ale to samo jest z domami gry, z sądem, z biurami loterii i z domami publicznymi. Czemu? Może w tych miejscach dramat, rozgrywając się w duszy człowieka, sprawia, iż akcesoria są mu obojętne, co tłumaczyłoby również abnegację wielkich myślicieli i ludzi pożeranych ambicją.

— Gdzie mój scyzoryk?

— Jem śniadanie!

— Idźże do kata, pasztet na podaniu!

— Cyt! panowie.

Wykrzykniki te rozległy się równocześnie, w chwili gdy stary klient zamknął drzwi z ową charakterystyczną pokorą, która wynaturza ruchy człowieka nieszczęśliwego. Nieznajomy próbował się uśmiechnąć, ale mięśnie jego twarzy zastygły, podczas gdy na próżno szukał jakiegoś śladu życzliwości na obojętnych twarzach sześciu dependentów. Przywykły zapewne orientować się w ludziach, zwrócił się uprzejmie do goniacza, sądząc, że ten dzieciak odpowie mu przychylnie.

— Proszę pana, czy można widzieć się z mecenasem? Złośliwy urwis odpowiedział nieborakowi, jedynie prztykając się palcami lewej ręki w ucho, jak gdyby dla powiedzenia: „Głuchy jestem".

— Czego pan sobie życzy? - spytał Godeschal, który zadając to pytanie łykał równocześnie kęs chleba wielki jak nabój armatni, potrząsał nożem i zakładał nogę na nogę, zadzierając niemal powyżej głowy tę, która była w powietrzu.

 

- Przychodzę, proszę pana, po raz piąty - odparł pacjent. - Pragnę mówić z panem Derville.

- W interesie?

- Tak, ale mogę przedstawić rzecz jedynie samemu...

- Pryncypał śpi; jeśli pan chce się go poradzić co do pewnych trudności, pracuje serio jedynie o północy. Ale gdyby pan zechciał opowiedzieć nam swoją sprawę, moglibyśmy równie dobrze...

Nieznajomy pozostał niewzruszony. Rozglądał się skromnie wkoło niby pies, który, wśliznąwszy się do obcej kuchni, boi się cięgów. Ze zrozumiałych powodów dependenci nigdy nie obawiają się złodziei, nie podejrzewali tedy człowieka z pelerynką i pozwolili mu oglądać lokal, gdzie szukał daremnie krzesła, aby usiąść, bo był widocznie znużony. Z umysłu adwokaci zostawiają niewiele krzeseł w kancelarii. Pospolity klient, zmęczony staniem, odchodzi mrucząc, ale nie zabiera czasu, który, wedle wyrażenia pewnego starego obrońcy, nie podlega taksie.

— Panie — odpowiedział — miałem już zaszczyt uprzedzić, że mogę przedstawić swoją sprawę jedynie samemu panu Derville, zaczekam, aż wstanie.

Boucard skończył sumować. Uczuł woń swojej czekolady, wstał z trzcinowego fotela, podszedł do kominka, zmierzył oczami starego człowieka, spojrzał na pelerynkę i zrobił nieopisany grymas. Pomyślał, że w jakikolwiek sposób ścisnęłoby się tego klienta, nie podobna by wydobyć zeń bodaj centyma; odezwał się tedy zwięźle, w intencji oczyszczenia kancelarii z lichego nabytku.

— Powiedziano panu prawdę. Pryncypał pracuje tylko w nocy. Jeśli pańska sprawa jest poważna, radzę panu przyjść o pierwszej z rana.

Interesant popatrzał na naczelnego dependenta z ogłupiałą miną i stał jakiś czas nieruchomy. Przywykli do wszystkich zmian fizjonomii i do charakterystycznej mimiki spowodowanej wahaniem lub zadumą, które cechują procesowiczów, dependenci jedli dalej, robiąc szczękami hałas godny koni przy żłobie, i nie zwracali już uwagi na starca.

- Dobrze, przyjdę w nocy - rzekł wreszcie stary, który wytrwałością właściwą ludziom nieszczęśliwym chciał upokorzyć ludzkość.

Jedyne szyderstwo, które dozwolone jest nędzy, to zmusić Sprawiedliwość i Dobroczynność do tego, by zadały fałsz samym sobie. Przekonawszy społeczeństwo o kłamstwie, nieszczęśliwi tym żarliwiej chronią się na łono Boga.

— Cóż za wspaniały czerep! - rzekł Simonnin, nie czekając, aż starzec zamknie drzwi.

— Wygląda, jakby go z grobu odkopano - odparł któryś dependent.

— To jakiś pułkownik, który prawuje się o zaległy żołd — rzekł naczelny.

— Nie, to eks-odźwierny — rzekł Godeschal.

— Załóżmy się, że to szlachcic! — wykrzyknął Boucard.

— Zakładam się, że był stróżem — odparł Godeschal. — Jedynie odźwiernych wyposażyła natura w surduty zniszczone, zatłuszczone i obstrzępione u dołu jak u tego starego. Czyście nie widzieli butów bez obcasów, z otwartymi paszczami, ani krawata, który mu służy za koszulę? On musiał sypiać pod mostem.

— Mógł być szlachcicem i stróżem — wykrzyknął Desroches. — Bywali tacy.

— Nie — odparł Boucard wśród powszechnego śmiechu — ja twierdzę, że on był piwowarem w 1789, a pułkownikiem za Republiki.

— Haha! zakładam się o teatr dla całej kompanii, że to nie żołnierz — rzekł Godeschal.

— Stoi — odparł Boucard.

— Panie! panie! — krzyknął smarkacz otwierając okno.

— Co ty robisz, Simonnin? — spytał Boucard.

— Wołam go, aby spytać, czy był pułkownikiem, czy odźwiernym; musi przecież wiedzieć.

Wszyscy zaczęli się śmiać. Co się tyczy starca, szedł już z powrotem po schodach.

— Co my mu powiemy? -,wykrzyknął Godeschal.

— Zostawcie to mnie - rzekł Boucard.

Biedny człowiek wszedł nieśmiało, spuszczając oczy, może aby nie zdradzić swego głodu zbyt chciwym wpatrywaniem się w prowianty.

— Szanowny panie - rzekł Boucard - czy zechce pan podać swoje nazwisko, aby pryncypał wiedział, czy...

— Chabert.

— Czy pułkownik, który zginął pod Eylau? - spytał Huré, który nie odezwawszy się dotąd nie chciał pozostać w tyle za dowcipnisiami.

— Ten sam - odparł starzec z rzymską prostotą. I wyszedł.

— Tam do licha!

— To ci dał!

— Haha!

— Hoho!

— Huhu!

— Hihi!

— A, stary ladaco!

— Hip, hip, hurra!

— Wpadliśmy!

— Panie Desroches, pójdzie pan do teatru gratis — rzekł Huré do czwartego dependenta, waląc go w grzbiet z siłą zdolną położyć nosorożca.

Powstał zgiełk krzyków, śmiechów, wybuchów, na którego oddanie trzeba by zużyć wszystkie onomatopeje naszego języka.

— Do jakiego teatru pójdziemy?

— Do Opery — odparł naczelny.

— Przede wszystkim — odparł Godeschal — teatr nie był wyszczególniony. Mogę, jeżeli zechcę, zaprowadzić was do pani Saqui.

- Pani Saqui to nie jest przedstawienie - rzekł Desroches.

- Co to jest przedstawienie? - odparł Godeschal. - Ustalmy najpierw stan faktyczny. O co się założyłem, panowie? O widowisko. Co to jest widowisko? Coś, co się widzi...

- Ależ, wedle tej teorii, mógłby się pan wypłacić pokazując nam wodę płynącą pod mostem - przerwał Simonnin.

- Co się widzi za pieniądze - ciągnął Godeschal.

- Za pieniądze widzi się wiele rzeczy, które nie są widowiskiem. Określenie nie jest ścisłe - rzekł Desroches.

- Ależ słuchajcie!

- Bredzisz, mój drogi - rzekł Boucard.

- Czy Kurcjusz to jest widowisko? - rzekł Godeschal.

- Nie - odparł naczelny - to muzeum figur woskowych.

- Zakładam się o sto franków przeciw jednemu su - odparł Godeschal - że gabinet Kurcjusza stanowi zbiór rzeczy, którym się daje miano widowiska. Zawiera rzeczy do oglądania po rozmaitych cenach, zależnie od miejsca, które się chce zająć.

— Bum cyk, bum cyk, bum cyk, cyk, cyk — zanucił Simonnin.

— Uważaj, żebyś nie oberwał po gębie, ty! — rzekł Godeschal. Dependenci wzruszyli ramionami.

— Zresztą nie jest dowiedzione, że ta stara małpa nie zakpiła sobie z nas — rzekł przerywając swój wywód, stłumiony śmiechem reszty dependentów. — Faktem jest, że pułkownik Chabert naprawdę nie żyje; żona jego wyszła powtórnie za mąż za hrabiego Ferraud, radcę stanu. Pani Ferraud jest klientką naszej kancelarii!

— Odkłada się sprawę do jutra — rzekł Boucard. — Do roboty, panowie. Kroćset bomb! Nic się tu nie robi. Kończcież swoje podanie, musi być wniesione przed sesją w czwartej Izbie. Sprawa idzie na stół dziś. Dalej, na koń!

— Gdyby to był pułkownik Chabert, czyżby nie zaaplikował kopniaka temu kawalarzowi Simonnin, kiedy mu odstawiał głuchego? — rzekł Desroches uważając tę refleksję za istotniejszą od uwag Godeschala.

— Skoro rzecz jest nie rozstrzygnięta — powiedział Boucard — zgódźmy się, że pójdziemy na drugie piętro do Komedii Francuskiej zobaczyć Talmę jako Nerona . Simonnin pójdzie na parter.

Za czym naczelny usiadł przy biurku, a wszyscy poszli za jego przykładem.

- ...„Wydanego w czerwcu roku tysiąc osiemset czternastego" (pełnymi literami) - rzekł Godeschal - macie już?

- Tak - odparli dwaj kopiści, których pióra zaczęły znów skrzypieć po stemplowym papierze, czyniąc w kancelarii hałas stu chrząszczy zamkniętych przez sztubaków w papierowej torebce.

- „I mamy nadzieję, iż Wysoki Trybunał..." - ciągnął dyktujący. - Stój! Muszę odczytać zdanie, nie rozumiem już sam siebie.

- Czterdzieści sześć... To musi się zdarzać często!... a trzy, czterdzieści dziewięć - rzekł Boucard.

- „Mamy nadzieję - podjął Godeschal odczytawszy wszystko - że Wysoki Trybunał nie okaże się mniej wielkoduszny od dostojnego twórcy dekretu i że da odprawę niewczesnym pretensjom zarządu Wielkiej Kancelarii, Legii Honorowej, ujmując rozpoznanie sprawy na szerokiej platformie, którą my tu ustalamy".

— Panie Godeschal, chce pan szklankę wody? — rzekł pisarczyk.

— Ladaco ten Simonnin! — rzekł Boucard. — Słuchaj, przygotuj swoje konie na podwójnych zolach, bierz ten pakiet i fruwaj do Inwalidów.

— „Którą tu ustalamy" — podjął Godeschal. — Dodajcie: „w interesie pani..." (pełnymi literami) „wicehrabiny de Grandlieu..."

— Jak to! — wykrzyknął naczelny. — Ty ważysz się wnosić podanie w sprawie wicehrabiny de Grandlieu przeciw legii honorowej, w sprawie na rachunek kancelarii, podjętej ryczałtem? A to z ciebie ostry ciemięga! Schowajcie zaraz do szuflady te kopie i swój koncept, zachowaj to na sprawę książąt Navarreins przeciw szpitalom. Późno już, ja zrobię naprędce małe placet z obfitym Zważywszy, i pójdę sam do sądu...

Ta scena odtwarza jedną z tysiąca uciech, które później każą wzdychać wspominając młodość: „To były dobre czasy!"

Około pierwszej po północy rzekomy pułkownik Chabert zapukał do drzwi adwokata Derville, adwokata przy trybunale pierwszej instancji departamentu Sekwany. Odźwierny powiedział mu, że pan Derville jeszcze nie wrócił. Starzec powołał się na umówioną godzinę i podążył po schodach do sławnego prawnika, który mimo swej młodości uchodził za jedną z najtęższych głów w trybunale. Zadzwoniwszy, nieufny interesant zdziwił się niemało, widząc, jak pierwszy dependent układa w jadalni pryncypała na stole liczne akta spraw przypadających na dzień następny. Dependent, nie mniej zdziwiony, skłonił się pułkownikowi prosząc, by usiadł, co też interesant uczynił.

- Na honor, myślałem, że pan żartuje wczoraj naznaczając mi tak wczesną godzinę - rzekł starzec z fałszywą wesołością bankruta, który sili się na uśmiech.

- Chłopcy żartowali i równocześnie mówili prawdę - odparł prawnik nie odrywając się od pracy. - Pan Derville obrał tę godzinę na rozpatrywanie spraw, orientowanie się w aktach, wyciąganie wniosków, rozdzielanie obrony. Jego zadziwiająca inteligencja swobodniejsza jest w owej chwili, jedynej, w której może mieć spokój i ciszę potrzebne do skupienia myśli. Pan jest, od czasu jego adwokatury, trzecim przykładem konsultacji o tej porze. Za powrotem przedyskutuje każdą sprawę, przeczyta wszystko, spędzi może cztery lub pięć godzin przy pracy; potem zadzwoni na mnie i powie mi swoje decyzje. Rano, od dziesiątej do drugiej, przyjmuje klientów; resztę dnia konferencje. Wieczorem bywa w świecie dla podtrzymania stosunków. Ma więc tylko noc na to, aby badać procesy, przetrząsać arsenał kodeksu i tworzyć plany bitwy. Nie chce przegrać ani jednej sprawy, kocha swoją sztukę. Nie przyjmuje, jak jego koledzy, każdego procesu. Oto jego życie, szalenie czynne. Toteż zarabia dużo.

Słuchając tego, starzec siedział w milczeniu, a dziwna jego twarz przybrała wyraz takiej tępoty, że dependent, spojrzawszy nań, przestał się nim zajmować. W chwilę później wszedł Derville w stroju balowym; naczelny dependent otworzył mu drzwi i wrócił do klasyfikowania aktów. Młody adwokat przystanął chwilę zdziwiony, widząc w półmroku osobliwego klienta. Pułkownik Chabert był nieruchomy jak woskowa figura w owym gabinecie Kurcjusza, dokąd Godeschal chciał zaprowadzić kolegów. Nieruchomość ta nie byłaby tak zdumiewająca, gdyby się z nią nie łączył fantastyczny wygląd tej osobistości. Stary żołnierz był kościsty i chudy. Czoło jego, rozmyślnie zakryte włosami gładkiej peruki, dawało mu coś tajemniczego. Oczy zdawały się pokryte przezroczystym bielmem; rzekłbyś, brudna perłowa masa, której odcienie migotały w blasku świec. Twarz blada, sina, o ostrych rysach, zdawała się martwa. Szyja tkwiła w czarnym jedwabnym krawacie, bardzo zniszczonym. Reszta, poniżej ciemnej linii tego łachu, była tak ukryta w cieniu, że człowiek o bujnej wyobraźni wziąłby tę starą głowę za jakąś fantastyczną sylwetkę lub za portret Rembrandta bez ramy. Rondo kryjące czoło starca rzucało ciemną smugę na górną część twarzy. Ta dziwna, mimo że naturalna gra światła i cienia uwydatniała siłą kontrastu białe zmarszczki, sine bruzdy, wyblakły ton tej trupiej fizjonomii. Wreszcie, brak wszelkiego ruchu, wszelkiego blasku w spojrzeniu godził się z wyrazem smutnego szaleństwa, z haniebnymi cechami zidiocenia, i czynił z tej postaci coś okropnego, czego żadne słowo ludzkie nie zdołałoby wyrazić. Ale obserwator, a zwłaszcza adwokat, dostrzegłby w tym złamanym człowieku oznakę głębokiej boleści, oznakę nędzy, która spodliła tę twarz, jak krople wody spadające na piękny marmur zeszpecą go stopniowo. Lekarz, powieściopisarz, poeta, sędzia odgadliby cały dramat widząc tę wspaniałą ohydę, podobną do owych fantazji, które malarze kreślą dla zabawy na ramie kamienia litograficznego, gwarząc z przyjaciółmi.

Widząc adwokata, nieznajomy wzdrygnął się konwulsyjnym ruchem podobnym gestowi poety, gdy nieoczekiwany szmer wyrwie go w ciszy nocnej z płodnej zadumy. Starzec odkrył szybko głowę i wstał, aby się skłonić młodemu adwokatowi; skóra wyściełająca wnętrze kapelusza była zapewne bardzo tłusta, tak iż bez jego wiedzy peruka przylepiła się do niej; nieznajomy błysnął nagością czaszki straszliwie zeszpeconej poprzeczną blizną, która zaczynała się w tyle głowy, a kończyła u prawego oka, tworząc na całej przestrzeni gruby, sterczący szew. Nagle uchylenie brudnej peruki, którą biedak nosił, aby ukryć swą ranę, nie zbudziło bynajmniej ochoty do śmiechu w dwóch prawnikach; widok tej rozłupanej czaszki był okropny. Pierwsza myśl, jaką budził obraz tej rany, była: «Tędy uciekła inteligencja!"

 

„Jeśli to nie jest pułkownik Chabert, musi to być tęgi wiarus!" - pomyślał Boucard.

- Proszę pana - rzekł Derville - z kim mam zaszczyt?

- Pułkownik Chabert.

- Który?

- Ten, który zginął pod Eylau - odparł starzec.

Słysząc te szczególne słowa, dependent i adwokat wymienili spojrzenie, które znaczyło: „To wariat!"

- Proszę pana - dodał pułkownik - pragnąłbym jedynie panu powierzyć tajemnicę swego położenia.

Rzeczą godną uwagi jest nieustraszoność właściwa adwokatom. Czy to nawyk przyjmowania wielu osób, czy głębokie poczucie ochrony, jakiej użycza im prawo, czy ufność w swoje posłannictwo - wchodzą oni wszędzie bez żadnej obawy, jak kapłani i lekarze. Derville dał znak Boucardowi, który znikł.

— Proszę pana — rzekł adwokat — w dzień nie rachuję się zbytnio z czasem, ale w nocy minuty są mi drogie. Zatem niech pan będzie zwięzły i treściwy. Niech pan przystąpi do rzeczy bez kołowań. Ja sam poproszę pana o wyjaśnienia, które mi się wydadzą potrzebne. Mów pan!

Usadowiwszy osobliwego klienta, młody człowiek sam usiadł przy stole, ale, słuchając bacznie nieboszczyka Chabert, przeglądał akta.

— Proszę pana — rzekł zmarły — wiadomo panu może, że ja dowodziłem pułkiem kawalerii pod Eylau. Przyczyniłem się wiele do sukcesu słynnej szarży Murata, która rozstrzygnęła o wygranej. Nieszczęściem dla mnie, śmierć moja jest faktem historycznym, zanotowanym w „Zwycięstwach i podbojach" , gdzie ją opisano szczegółowo. Rozłupaliśmy na dwoje trzy szeregi rosyjskie, które, sformowawszy się na nowo, zmusiły nas do tego, aby się przebić przez nie z powrotem. W chwili gdy, rozproszywszy Moskali, wracaliśmy do cesarza, spotkałem korpus nieprzyjacielskiej kawalerii.

Skoczyłem na tych uparciuchów. Dwaj oficerowie ruscy, dwa istne olbrzymy, rzucili się na mnie równocześnie. Jeden rąbnął mnie w głowę szablą, rozciął wszystko aż do jedwabnej czapeczki i otworzył mi głęboko czaszkę. Spadłem z konia. Murat przybiegł mi na pomoc, przejechał po mnie, on i cała jego kawaleria, tysiąc pięćset łudzi, bagatela! Oznajmiono moją śmierć cesarzowi. Cesarz, przez ostrożność (lubił mnie dosyć mój pryncypał), chciał się upewnić, czy nie ma jakich widoków ocalenia człowieka, któremu zawdzięczał ten energiczny atak. Posłał dla rozpoznania i przeniesienia mnie do ambulansu dwóch chirurgów, powiadając im, może zbyt niedbale, bo miał robotę: „Idźcie no popatrzeć, czy mój biedny Chabert przypadkiem nie dycha?" Te szelmy konowały, które widziały przed chwilą, jak po mnie przejechały całe dwa pułki, nie fatygowali się z pewnością z obmacywaniem pulsu i orzekli, że jestem trup. Akt zgonu sporządzono tedy prawdopodobnie wedle formalności wojskowych.

Słysząc, iż klient wyraża się zupełnie jasno i opowiada fakty tak prawdopodobne, mimo że szczególne, młody adwokat porzucił akta, oparł głowę na ręku i popatrzył bystro na pułkownika.

— Czy pan wie — przerwał — że ja prowadzę interesy hrabiny Ferraud, wdowy po pułkowniku Chabert?

— Mojej żony? Tak, panie. Toteż po stu daremnych krokach u prawników, którzy brali mnie wszyscy za wariata, zdecydowałem się przyjść do pana. Opowiem panu o swoich nieszczęściach później. Niech mi pan pozwoli najpierw ustalić fakty, wytłumaczyć panu raczej, jak musiały się stać, niż jak się stały. Pewne okoliczności, znane tylko Ojcu Przedwiecznemu, zmuszają mnie do przedstawienia niektórych wydarzeń w formie hipotezy. Zatem:, proszę pana, rany moje spowodowały prawdopodobnie tężec lub pogrążyły mnie w stanie zwanym, jeśli się nie mylę, katalepsją. Inaczej jak pojąć, że zostałem obyczajem wojennym odarty z ubrania i rzucony do wspólnego dołu przez grabarzy? Tutaj niech mi pan pozwoli wspomnieć pewien szczegół; mogłem się go dowiedzieć dopiero po wypadku, który trzeba nazwać moją śmiercią. Spotkałem w r. 1814, w Stuttgarcie, dawnego kwatermistrza mego pułku. Ten złoty człowiek, jedyny, który zechciał mnie poznać i o którym opowiem za chwilę, wytłumaczył mi cud mego ocalenia, powiadając, że mój koń otrzymał kulę w bok, w chwili gdy mnie raniono. Zwierzę i jeździec runęli tedy obaj jak domek z kart. Kiedym się zwalił bądź na prawo, bądź na lewo, z pewnością koń pokrył mnie swym ciałem, co mnie ocaliło od zdeptania przez inne konie lub dosięgnięcia kulą. Kiedym odzyskał przytomność, proszę pana, byłem w pozycji i w atmosferze, o której nie mógłbym panu dać pojęcia, choćbym opowiadał do jutra. Odrobina powietrza, którą oddychałem, była zgniła. Chciałem się ruszyć i nie znajdowałem miejsca. Kiedym otworzył oczy, nie ujrzałem nic. Brak powietrza był mi najgroźniejszy i oświecił mnie co do mego położenia. Zrozumiałem, że tam, gdzie tkwię, powietrze nie odnawia się i że przyjdzie mi umrzeć. Ta myśl odjęła mi poczucie niewysłowionego bólu, który mnie obudził. W uszach dzwoniło mi gwałtownie. Usłyszałem lub zdawało mi się, że słyszę - nie chcę nic twierdzić - jęki wydawane przez kupę trupów, pośród których leżałem. Mimo że świadomość tych chwil jest bardzo mglista, mimo że "wspomnienia moje są bardzo mętne, mimo pamięci głębszych jeszcze cierpień, które miałem poznać i które zmąciły moją głowę, są noce, w których wydaje mi się, że jeszcze słyszę te zdławione westchnienia!

Ale było coś okropniejszego niż krzyki; to cisza, taka, jakiej nie spotkałem nigdzie, cisza grobu. Wreszcie, podnosząc ręce, macając zmarłych, uczułem próżnię między swoją głową a nawozem ludzkim wyżej niej. Mogłem tedy zmierzyć przestrzeń, którą mi zostawił nieznany przypadek. Zdaje się, że dzięki niedbalstwu czy też pośpiechowi, z jakim rzucono nas na kupę, dwa trupy skrzyżowały się nade mną jak dwie karty wsparte o siebie przez dziecko, które układa domki. Rozpatrując się śpiesznie w położeniu, bo nie było czasu na zabawę, spotkałem na szczęście ramię, które nie trzymało się niczego, ramię herkulesowe! Grubą kość, której winien byłem ocalenie. Bez tej niespodziewanej pomocy byłbym zgubiony! Ale z wściekłością, którą pan pojmuje, zacząłem ryć się przez trupy, które mnie dzieliły od warstwy ziemi z pewnością rzuconej na nas; powiadam „na nas", tak jakby tam byli żywi! Pracowałem tęgo, proszę pana, skoro tu jestem! Ale nie wiem dzisiaj, w jaki sposób zdołałem przebić pokrywę mięsa, która tworzyła zaporę między życiem a mną. Powie pan, że miałem trzy ręce! Ta dźwignia, którą posługiwałem się zręcznie, dawała mi bądź co bądź trochę powietrza między trupami, które usuwałem; starałem się oddychać oszczędnie. Wreszcie ujrzałem światło dzienne, ale poprzez śnieg, słyszy pan! W tej chwili spostrzegłem, że mam rozciętą głowę. Na szczęście, moja krew, krew moich towarzyszy lub może okaleczona skóra mego konia, czy ja wiem co! krzepnąc opatrzyła mnie jakby naturalnym plastrem. Mimo tej skorupy zemdlałem, skoro czaszka moja zetknęła się ze śniegiem. Bądź jak bądź, odrobina ciepła, która mi pozostała, stopiła śnieg dokoła mnie; kiedym odzyskał przytomność, znalazłem się w małym otworze, przez który krzyczałem tak długo, jak mogłem. Ale w tej chwili wstawało dopiero słońce, mało było tedy widoków, aby mnie usłyszano. Czy byli już ludzie w polu? Wspinałem się czyniąc z nóg sprężynę, której punktem oparcia byli umarli mający tęgie bary. Pojmuje pan, że to nie była chwila, aby im mówić: „Cześć nieszczęśliwej odwadze!"

Krótko mówiąc, napatrzywszy się długo z bólem — jeżeli to słowo może oddać mą wściekłość — długo, och, długo! jak te przeklęte Szwaby zmykały słysząc głos, a nie widząc człowieka, doczekałem się uwolnienia. Uwolniła mnie kobiecina dość śmiała lub dość ciekawa, aby się zbliżyć do mej głowy, która wyrosła w jej oczach z ziemi niby grzyb. Poszła po męża i we dwoje przenieśli mnie do swej lepianki. Zdaje się, że tam nastąpił nawrót katalepsji (niech pan daruje to wyrażenie, określam nim stan, o którym nie mam żadnego pojęcia, ale sądzę, z relacji moich gospodarzy, że podobny jest do tej choroby). Leżałem tam pół roku między życiem a śmiercią, nie mówiąc wcale lub bredząc. Wreszcie moi gospodarze umieścili mnie w szpitalu w Heilsbergu. Rozumie pan, że wyszedłem z owej czeluści nagi, jak mnie matka porodziła, tak iż w pół roku potem, kiedy pewnego pięknego poranka przypomniałem sobie, że jestem pułkownik Chabert, i kiedy odzyskując świadomość chciałem uzyskać od pielęgniarki więcej względów, niż ich użyczała biednemu przybłędzie, towarzysze szpitalni zaczęli się ze mnie śmiać. Szczęściem dla mnie, chirurg zaręczył, przez ambicję, za moje wyleczenie; tym samym zainteresował się swoim chorym. Kiedy mu zacząłem rozsądnie mówić o swym dawnym życiu, zacny człowiek, nazwiskiem Sparchmann, kazał stwierdzić, wedle form prawnych jego kraju, cudowny sposób, w jaki wydostałem się z trupiego dołu, dzień i godzinę, w której mnie odnalazła moja dobrodziejka i jej mąż, rodzaj i dokładne umiejscowienie ran, dołączając do tych protokołów opis mej osoby.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?