RoseTekst

Z serii: Rose #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Przeklinając w myślach ten dziwny, magiczny dom, Rose położyła dłoń na okrągłej klamce. Uchwyt był lodowato zimny, a jednak gdy przekręcała gałkę, poczuła, że ją niemal parzy. Szybko pchnęła drzwi, żeby jej stopy nie zdążyły zerwać się do ucieczki.

Freddie stał na środku pokoju. Przyciskał do piersi kota Gustavusa i obaj trwali nieruchomo, jak skamieniali. Oczy mieli okrągłe ze strachu, co nie jest niczym dziwnym u kota, ale u chłopca – owszem.

Wokół nich kłębił się dziwny czarny cień... a może to był dym lub jakiś wyziew? Rose nie umiałaby powiedzieć, co to takiego, zwłaszcza że zdawało się zmieniać, gdy na nie patrzyła. Z nagłym dreszczem uświadomiła sobie, że to coś ma oczy. A teraz spoglądały na nią.

Upiorna mgła wypełniła pokój i ruszyła w stronę Rose. Dziewczynka odruchowo podniosła dłonie, żeby osłonić twarz, i zamknęła oczy...



Autorką książek o Rose jest ceniona pisarka Holly Webb, która swoją popularność zawdzięcza między innymi sprawnemu warsztatowi pisarskiemu. Zostały one napisane wartkim językiem i mimo że akcja dzieje się pod koniec XIX albo na początku XX wieku, nie ma w nich niezrozumiałych dla młodego czytelnika anachronizmów. Atutem opowieści jest aura tajemniczości, którą udało się oddać niemal perfekcyjnie.

First published in 2009 by Orchard Books

Tytuł oryginału – Rose

Tłumaczenie: TERKA – Patrycja Zarawska

Adiustacja: TERKA – Ewa Kosiba

Korekta: TERKA – Joanna Łagoda

Skład: TERKA – Remigiusz Dąbrowski

Text © Holly Webb 2009

Cover Artwork copyright Lisa Evans/FOLIOART 2010

Polish edition © Publicat S.A. MMXV (wydanie elektroniczne)

All rights reserved

Wydanie I elektroniczne

ISBN 978-83-245-2094-7


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Wykorzystanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

Publicat S.A

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: papilon@publicat.pl

www.publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


Spis treści

Dedykacja

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

***

Przypisy


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Rose[1] wyglądała przez szybkę w dolnym rogu okna i z zainteresowaniem patrzyła na przechodzące ulicą dwie dziewczynki z nianią. Były pięknie ubrane w pasujące do siebie bladoróżowe płaszczyki i naprawdę przyciągały wzrok. Rose zastanawiała się, jak można nosić taki jasny płaszczyk i go zachować w czystości. Przypuszczała, że tym małym panienkom nie wolno nawet patrzeć na brud. Kroczyły statecznie chodnikiem i Rose wspięła się na palce, żeby je widzieć aż do końca, kiedy skręcą za róg. Odwrócone do góry dnem wiadro, na którym stała, zachybotało się i zabrzęczało alarmująco, toteż pośpiesznie zeskoczyła, mając nadzieję, że nikt tego nie słyszał. Wszystkie okna z oprawionymi w ołów szybkami w Domu dla Opuszczonych Dziewcząt imienia Świętej Brygidy były wstawione bardzo wysoko, żeby młode mieszkanki nie miały pokusy zerkania na zewnątrz. Gdyby któraś z opiekunek odkryła, że Rose znalazła sposób na wyglądanie przez okno, na pewno dołożyłaby starań, aby jej to uniemożliwić, ponieważ widok ulicy zagraża cnocie dziewcząt. Być może nawet zakazano by używania wiader – tak na wszelki wypadek.

Rose poprawiła na sobie brązowy bawełniany fartuszek i szybko pobiegła pustym korytarzem do magazynku, żeby odstawić wiaderko na miejsce. Ostrożnie ustawiła je na drewnianym regale, mieszczącym inne wiadra, szczotki i ścierki. W razie gdyby ktoś ją przy tym zobaczył, zamierzała powiedzieć, że je czyściła.

– Pssst! Rose! – przyciszony głos dobiegł ją, kiedy zmierzała już do drzwi magazynku. Zdenerwowana odwróciła się raptownie i przycisnęła plecami do ściany.

Spod najniższej półki, zza wielkiej blaszanej balii kiwała na nią czyjaś szarawa ręka.

– Chodź, zobacz!

Rose wzięła głęboki wdech, oszalałe serce zaczęło bić spokojniej. Nikt nie zauważył, jak pożyczyła sobie wiadro bez pozwolenia. To tylko Maisie[2].

– Co tutaj robisz? – zapytała Rose, rzucając zaniepokojone spojrzenie na drzwi. – Napytasz sobie biedy. Wychodź zaraz.

– Zobacz – szept przybrał błagalny ton i szare palce pod półką pomachały czymś kusząco.

– Och, Maisie – westchnęła Rose. – Wiesz, że już to widziałam. Pokazywałaś mi w zeszłym tygodniu. – Lecz mimo to kucnęła i wcisnęła się pod półkę obok przyjaciółki.

Było niedzielne popołudnie. U Świętej Brygidy oznaczało to, że dziewczęta siedzą w biurze panny Lockwood[3] i oglądają Pamiątki. Rose nie miała żadnych Pamiątek, dlatego mogła wykorzystać ten czas na pożyczanie sobie wiader. Nawet gdyby ktoś ją przy tym zobaczył, zapewne miałby głowę zbyt zajętą niemądrymi marzeniami, żeby powziąć jakieś podejrzenie.

– Myślisz, że to mogło służyć do przechowywania pukla włosów? – zagadnęła tęsknie Maisie. – Albo może w środku była czyjaś podobizna?

Rose z namysłem przyjrzała się poobijanemu blaszanemu medalionowi. Wyglądał, jakby go ktoś nadepnął czy wręcz zakopał w czymś obrzydliwym, ale był to najcenniejszy skarb jej przyjaciółki, a właściwie jedyna jej własna rzecz, ponieważ nawet ubrania nosiła wypożyczone.

– Och, czyjaś podobizna, na pewno – powiedziała stanowczo do Maisie i objęła jej kościste ramiona.

Tak naprawdę nie miała pojęcia, do czego służył medalion, ale wiedziała, że Maisie marzy o nim przez cały tydzień, a ta chwila w niedzielę, kiedy może go wziąć do ręki, jest dla niej szczególnym czasem, i Rose nie umiałaby jej tego zepsuć.

– Może to był portret mojej mamy. Albo może medalion należał do niej i w środku nosiła wizerunek mojego taty. Tak, tak właśnie mogło być. Założę się, że był przystojny – ciągnęła Maisie rozmarzonym tonem.

– Yhm – mruknęła Rose dyplomatycznie. Jej przyjaciółka właściwie nie była brzydka, tylko bardzo chuda, a poza tym nikt nie wygląda zbyt ładnie, mając włosy obcięte krótko z obawy przed wszami. Trudno było sobie jednak wyobrazić, żeby któreś z jej rodziców zachwycało urodą.

Wszystkie koleżanki Rose spędzały niedziele w świecie marzeń. Były w nim zaginionymi książęcymi córkami, po które pewnego pięknego dnia zajedzie czterokonna karoca, aby je zabrać do pałacu, gdzie odzyskają utracone dziedzictwo.

Co dziwne, Rose w przeciwieństwie do nich wszystkich nie marzyła. Nie miała żadnych Pamiątek, na których mogłaby oprzeć takie fantazje, ale nie było to głównym powodem. Kilka innych dziewcząt też nie posiadało osobistych skarbów, co nie przeszkadzało im w snuciu marzeń. Rose po prostu chciała jak najszybciej wydostać się od Świętej Brygidy. Nie żeby to było złe miejsce – przełożona czytała im mnóstwo umoralniających książek o dzieciach, które nie miały na tyle szczęścia, aby się znaleźć w takim domu. Mieszkały na ulicy i zawsze spotykały je najgorsze rzeczy z powodów, których nigdy wyraźnie nie wyjaśniano. Dziewczęta u Świętej Brygidy miały co jeść, choć ani razu nie było tego na tyle, żeby się nasycić, jedynie wystarczało do przeżycia. Dostawały ubrania do noszenia, nawet niedzielny komplet do kościoła, a co roku robiono im fotografię. A najważniejsze, że przyuczano je do zawodu służby domowej, tak że opuszczając sierociniec w odpowiednim wieku, mogły zarabiać na życie. Jeżeli Rose w ogóle marzyła, to właśnie o tym. Nie chciała być panią w wielkim domu. Myślała raczej, że rozpocznie służbę w takim miejscu, będzie sprzątać i dostawać za to pieniądze. I może raz na miesiąc dadzą jej wolne popołudnie, chociaż nie miała pojęcia, co mogłaby wtedy robić.

 

Od czasu do czasu dziewczęta, które mieszkały niegdyś u Świętej Brygidy, wracały, żeby pokazać, jak im się wiedzie. Opowiadały rozchichotane o tym, jak się do nich zaleca młodszy lokaj, i miały ładne ubrania, których przed nimi nie używało sześć starszych dziewcząt, tak jak czarną niedzielną sukienkę i płaszczyk, które przypadły Rose. Wiedziała o poprzednich użytkowniczkach, ponieważ ich imiona wszyto w szew u góry. Dwie z nich nosiły nawet znane, ważne nazwiska. A Rose miała tylko imię, i to nadane przez pannę Lockwood. Kiedy pastor przyniósł dziewczynkę do Świętej Brygidy, w maleńkim ogródku koło sierocińca zakwitła właśnie żółta róża i dlatego dziecku dano na imię Rose. Maleńką znaleziono na kościelnym podwórku – siedziała w koszyku na ryby pod pomnikiem poległych żołnierzy i zanosiła się płaczem. Gdyby teraz miała marzyć jak jej koleżanki, mogłaby sobie wyobrazić, że jej ojciec był bohaterem wojennym, który zginął w szlachetnej walce, a jej umierająca matka nie mogła się już dłużej zajmować córką, więc ją zostawiła pod pomnikiem poległych w nadziei, że ktoś zaopiekuje się biednym dzieckiem żołnierza. Rose jednak doszła do wniosku, że jej rodzina zapewne miała coś do czynienia z rybami.

Nie cierpiała ryb. Rzecz jasna, w sierocińcu dzieci jedzą to, co dostają, a jeśli się tylko nadarzy okazja, podkradają z talerza innym. Rose wiedziała, że żadna wielka dama nie zgłosi się po nią jako po dawno zaginioną córkę. Zapewne tamtego roku ryby nie dopisały, to wszystko. Nie przejmowała się przeszłością, ale tym bardziej trzymała się postanowienia, że ułoży sobie życie, kiedy opuści sierociniec.

– Jak myślisz, kim byli? – odezwała się Maisie błagalnie.

Rose miała dar opowiadania. W jakiś sposób jej historie rozświetlały ciemne zakamarki domu sierot, w których dziewczynki zaszywały się, żeby jej posłuchać. Westchnęła. Była zmęczona, ale w oczach Maisie ujrzała tyle nadziei. Wyciągnęła się pod półką jak najwygodniej, wciskając sukienkę pod stopy, żeby było cieplej. W magazynku panowały wilgoć i chłód, a do tego czuć było mokrymi szmatami. Utkwiła rozmarzony wzrok w lśniącej smudze na boku blaszanej balii.

– Byłyście dwie, kiedy przyszłyście do Świętej Brygidy, prawda? – rozpoczęła. – Obie już w takim wieku, że chodziłyście i biegałyście... Taak. Była niedziela, rodzice zabrali was do parku, żebyście puściły swoją łódeczkę na wodę w fontannie.

– Łódeczkę! – zgodziła się radośnie Maisie.

– Tak, taką z żaglami i linami, jak prawdziwy żaglowiec, tylko mały. – Rose przypomniała sobie ilustrację z Umoralniających opowiastek dla młodzieży, jednej z książek przechowywanych w sali lekcyjnej. W tamtej historyjce dwaj mali chłopcy pokłócili się o to, który z nich pierwszy będzie puszczał łódkę, i oczywiście jeden utonął w fontannie. Większość umoralniających opowieści kończyła się w ten sposób. Rose nieźle się bawiła, próbując odgadnąć, w którym momencie bohaterowie przekroczą ostateczną granicę. Na ogół przypieczętowywali swój los, kłamiąc, żeby dostać więcej dżemu.

– Miałaś na sobie swój najlepszy różowy płaszczyk, ale mama się nie gniewała, jeśli się zamoczył. – W głosie Rose zabrzmiała nutka wątpliwości. Nie umiała się oprzeć, musiała włączyć w opowieść różowe ubranie, ale to takie niemądre... Nagle zdała sobie sprawę, że Maisie wpatruje się tęsknie w bok balii.

– Tak, popatrz, Rose, ten płaszczyk ma guziczki w kształcie kwiatków! Czy to różyczki?

Rose z trudem przełknęła ślinę.

– Nie jestem pewna – wymamrotała, gapiąc się szeroko otwartymi oczyma w wizję migoczącą na polerowanym metalu.

– Chyba stokrotki...

Czy to jej dzieło? Wiedziała, że wymyślane przez nią historyjki są dobre – dziewczynki dopraszały się ich, więc o czymś to świadczyło – ale nigdy nie pojawiały się przy tym wizje. Ruchome obrazki. Maleńka, pulchniutka Maisie podskakiwała i klaskała w dłonie u boku eleganckiego pana, który puszczał łódeczkę na wodę perlistej fontanny. Białe spodnie! W wizję Rose z niesmakiem wdarł się jej zdrowy rozsądek. Czy ta rodzina nie mogłaby się ubierać praktyczniej?

– Ojej, obrazek gaśnie! Nie, nie, przywróć go, Rose! Chcę zobaczyć mamę! – zawodziła Maisie.

– Ciii! Nie wolno nam tutaj siedzieć, Maisie, ktoś nas przyłapie.

Dziewczynka jednak nie słuchała.

– O, Rose, było tak ślicznie! Ja byłam taka śliczna! Chcę to znowu zobaczyć...

– Dziewczęta! – przerwał jej ostry głos. – Co tu robicie? Wychodźcie, ale już!

Rose podskoczyła i uderzyła się głową w półkę. Wizja natychmiast całkiem znikła, a Maisie wybuchnęła płaczem.

– Wychodzić mi stamtąd! Które to? Rose? I ty, Maisie! Co tu, do licha, robicie?

Rose z całej siły starała się nie rozpłakać. Głowa bolała ją mocno, straszliwie, pulsująco, przyprawiając o mdłości. Że też musiało tak się skończyć! Tak to bywa, gdy człowiek zaczyna wywoływać wizje na blaszanych baliach. Panna Lockwood wyglądała na rozdrażnioną.

– Maisie, wiesz, że nie powinnaś była wynosić tego z biura – rzekła ostro. Wyciągnęła rękę i chwyciła medalion. Cienki łańcuszek zerwał się i Maisie zaniosła się jeszcze głośniejszym płaczem, ciągnąc za urwany koniec.

Rose widziała przerażenie panny Lockwood. Dyrektorka tak naprawdę nie chciała zabrać medalionu – wiedziała, jaki to skarb dla dziewczynki. Ale teraz nie mogła się już wycofać.

– Głupia dziewczyno! Widzisz? Zniszczyłaś! I właśnie na to zasługujesz. – Czerwona na twarzy, wsunęła medalion do wiszącej kieszeni, którą nosiła przy pasku, i odwróciła się do wyjścia. – Idźcie natychmiast do łóżek! Żadna z was nie dostanie kolacji! – ogłosiła wyniośle przy drzwiach.

– Cóż, mała strata – mruknęła Rose i objęła ramieniem przyjaciółkę. Maisie wciąż rozpaczliwie szlochała.

– Ona... urwała... mój... łańcuszek!

– Tak – przyznała łagodnie Rose. – Ale jestem pewna, że uda się go naprawić. W następną niedzielę. Pomogę ci, obiecuję. I myślę, że nie chciała. Maisie, wydaje mi się, że jej teraz przykro. Mogła nam nakazać stać w klasie na baczność przez cały wieczór z książkami na głowie. Tak jak Florence[4] tydzień temu. Brak kolacji to nie koniec świata. Tylko kawałek chleba i mleko.

– Może i tak. – Maisie pociągnęła nosem. – Ale mogło być dzisiaj ciasto – dodała ponuro.

Rose wzięła ją za rękę i w posępnym nastroju powlokły się do sypialni.

– Maisie, zawsze dostajemy tylko chleb i mleko! Ciasto było z okazji koronacji prawie trzy lata temu. – Rose westchnęła. Cóż poradzić, była zła na przyjaciółkę za to, że ją wciągnęła w kłopoty, ale nie bardzo zła. Bądź co bądź, sama kusiła los, wyglądając przez okno. Maisie, taka drobniutka i krucha, zawsze wzbudzała w niej współczucie. – Chcesz, żebym ci coś opowiedziała? – zaproponowała z rezygnacją, kiedy się przebierały w koszule nocne.

– A wyczarujesz znów obrazki? – zapytała Maisie i oczy jej zapłonęły.

– Nie wiem – odpowiedziała szczerze Rose. – Nigdy dotąd tak się nie zdarzyło. I jeśli ktoś nas przyłapie, będą kłopoty. Nie jestem pewna, czy to dozwolone.

– Nie ma o tym nic w Regulaminie. – Maisie aż sapnęła z przejęcia. – Ani słowa.

Panna Lockwood czytała im Regulamin co niedziela przed wyjściem do kościoła, wysłuchały go więc i dziś rano. Rose musiała przyznać, że Maisie ma rację – sama też nie mogła sobie przypomnieć zasady, która zabraniałaby wywoływania wizji na balii. To dziwne... zapewne czynność ta należała do rzadkości, ponieważ Regulamin obejmował wszystko, co tylko możliwe. Nawet dokładnie określał długość paznokci sierot.

– Po prostu mam wrażenie, że raczej nikt na to nie pozwoli... – powiedziała Rose. „I dlatego jest tak zabawnie”, miała ochotę dodać. – Och, no dobrze. Ale żeby zadziałało, chyba potrzebujemy czegoś błyszczącego.

Rozejrzała się uważnie. Wspólna sypialnia dziewcząt, długa i wąska, zajmowała poddasze starego budynku. Wszystko tu było bardzo czyste, ale nic nie lśniło. Całą przestrzeń zajmowały wąskie, nakryte szarymi kocami łóżka, ledwie można się było między nimi przecisnąć, nie zostawało miejsca na meble z połyskiem. Maisie też przeszukiwała wzrokiem zakamarki pokoju.

– Moje buty błyszczą! – zawołała odkrywczo.

Rose już miała powiedzieć, że to niemożliwe, ale uświadomiła sobie, że przyjaciółka ma rację. Wszystkie buty dziewczynek robili i naprawiali chłopcy z mieszczącego się za murem sierocińca imienia Świętego Bartłomieja. Mieli tam warsztat szewski, tak jak u dziewcząt była pralnia, po to by dzieci mogły zdobyć pożyteczny zawód. Buty Maisie właśnie wróciły z naprawy, były więc lśniąco czarne, chociaż łatano je tak często, że niewiele zostało z pierwotnej skóry. Jeżeli udało się wywołać wizję na balii, to czemu nie na trzewiku?

Dziewczynki, tuląc się pod kocami, usiadły razem na łóżku Rose i wlepiły wzrok w wypolerowaną skórę.

– Nawet jeśli zadziała, obraz będzie o wiele mniejszy – ostrzegła Rose.

– Nie szkodzi. – Maisie nie odrywała oczu od buta. – Chcę zobaczyć, co było dalej.

– To się nie wydarzyło naprawdę... – przypomniała jej Rose. – Ja tylko wymyślam tę historię, wiesz przecież, prawda?

– Tak, tak. – Przyjaciółka poklepała ją niecierpliwie po ręce. Rose była pewna, że Maisie jej tak naprawdę nie słucha. – Pokaż mi!

Potem Rose długo leżała w łóżku, nie mogąc zasnąć. Maisie płakała żałośnie przed snem, załamana migotliwym ruchomym obrazkiem, na którym jej maleńka postać biegała z rozpaczą po parku, nie mogąc odnaleźć mamy. Pozostałe dziewczynki kładły się wśród wesołych rozmów, a Rose wciąż nie spała.

Czy naprawdę sama to wymyśliła? Wizja wydawała się taka rzeczywista... „A jeśli się stałam wróżbitką?” – zamartwiała się w duchu. Nie wierzyła w przepowiadanie przyszłości. Ale oczywiście to był jej pomysł, zwłaszcza te różowe płaszczyki, które podpatrzyła dzisiaj przez okno. A skoro historia nie była prawdziwa, dlaczego Maisie tak ją przeżyła? Czemu uwierzyła w nią bardziej niż w jej poprzednie opowieści? „Obrazy” – Rose odpowiedziała sobie w duchu. To przez nie historia stała się zbyt realna. „Sama też chciałam w nią uwierzyć. Więcej tego nie zrobię”.

Maisie, leżąca na łóżku obok, wciąż łkała i wzdrygała się przez sen. Jej szczupłymi ramionami wstrząsał szloch, jak gdyby we śnie przeżywała wszystko od nowa, wierząc, że jest tą małą dziewczynką, która biegała dokoła perlistej fontanny, by złapać swą łódkę, a gdy się odwróciła, nie zobaczyła już rodziców.

Rose nie miała pojęcia, jak tego dokonała. Do tej pory, kiedy opowiadała swoje historyjki, nic takiego się nie zdarzało. Nie przypominała sobie, żeby coś zrobiła inaczej niż zwykle. Lecz za nic w świecie nie może pozwolić, by znów do tego doszło. Była pewna, że wszystko to zmyśliła – lub prawie pewna – ale gdy Maisie ujrzała wizję, ta stała się dla niej rzeczywistością. Dziewczynka zapamięta ją na zawsze.

„A jednak – rozmyślała Rose, zamknąwszy w końcu oczy – gdyby to była prawda, łódka znajdowałaby się w biurze panny Lockwood razem z innymi Pamiątkami...”. Więc nic takiego się nie wydarzyło. To tylko historyjka. Tyle że dotąd własne opowieści nigdy jej nie przerażały.


Rose obudziła się, czując, że nie jest tak zimno jak zwykle. W sypialni na poddaszu zazwyczaj można było zamarznąć, z wyjątkiem około dwóch tygodni w lecie, kiedy dziewczynki smażyły się w skwarze. Rozmyślała przez chwilę, aż Maisie znów zaczęła się wiercić i wtedy Rose zrozumiała, że właśnie to wyrwało ją ze snu.

 

Buty Maisie stały pod jej łóżkiem, tam gdzie Rose ustawiła je równiutko wieczorem. Zerknęła na nie ostrożnie, zastanawiając się, czy wizje znów się pojawią. „Może po prostu powinnam unikać lśniących powierzchni – przyszło jej do głowy. I zaraz potem: – Będę bezużyteczna jako pomoc domowa”.

– Opowiesz mi znów tę historię? – Przyjaciółka opierała się na łokciu, wpatrując się w nią błagalnie.

Rose usiadła wyprostowana na łóżku, aż spadły jej koce.

– Nie! – Wzdrygnęła się i pośpiesznie sięgnęła po osuwającą się pościel, żeby zachować z trudem wywalczone ciepło. – Oczywiście, że nie.

– Ale dlaczego? – dopraszała się Maisie. – Wspaniale to robisz. Nikt inny nie umie wywoływać obrazków. Rose, to takie piękne!

– Ale przecież płakałaś – przypomniała jej Rose, marszcząc brwi. – Płakałaś i płakałaś w nieskończoność.

Maisie wzruszyła ramionami.

– To nie znaczy, że mi się nie podobało – wyjaśniła, jakby Rose miała kłopoty z rozumieniem najprostszych rzeczy. – Teraz chyba nie mamy czasu, zaraz obudzi się reszta. Śniło mi się to. Było cudownie – westchnęła.

Rose pomyślała, że Maisie nadal jest w swoim świecie snów i marzeń. Poniedziałek był u Świętej Brygidy dniem prania. Rose przez cały ranek wykonywała zarówno swoje prace, jak i przyjaciółki. Kiedy ją przyłapała na wyżymaniu spódnicy, którą miała na sobie, wystraszyła się, że dziewczynka zrobi sobie krzywdę. Ukryła ją więc za wielkim kotłem i dała jej pończochy do sortowania. Przez następne dwa tygodnie wszystkie dziewczęta w sierocińcu nosiły pończochy nie do pary, ale Rose już tam wtedy nie było, nie musiała się tym przejmować.

Na długo przed południem przez pralnię przebiegły ożywione szepty. Panna Lockwood stała przy drzwiach z kimś nieznajomym. Setka dziewcząt wyciągała szyje i nadstawiała uszu, choć wszystkie udawały, że wciąż pracują. Goście u Świętej Brygidy należeli do rzadkości i nawet jeśli przychodziła kontrola, stanowiła nie lada wydarzenie. Jedna z najmłodszych dziewczynek, czteroletnia Lily[5], była tak podekscytowana, że wpadła do kosza z praniem. Trzeba ją było stamtąd wyciągnąć i ukryć za stosem pościeli, do czasu aż przestanie chichotać.

– Jak myślisz, czy to inspektor? – szepnęła któraś obok Rose.

– Nie, nie zapowiadano inspekcji. Kiedy ma przyjść inspektor, każą nam założyć czyste fartuszki – skojarzyła jakaś starsza dziewczynka.

– No to może jakiś darczyńca! – pisnęła Maisie zza kotła.

Byłoby to bardzo emocjonujące, ponieważ ostatni hojny ofiarodawca podarował dziewczętom trzy bukiety jedwabnych róż i bujanego konia, którego ustawiono w sali lekcyjnej. Tylko najmłodszym wolno było na nim siadać, ale i tak wszystkie były niezmiernie dumne z konika, któremu dano na imię Albert – na cześć króla. Sztuczne róże zniknęły w niewyjaśnionych okolicznościach.

– To kobieta! Ma piękną czarną suknię. I kapelusik z aksamitnymi wstawkami.

– Jeśli jest ubrana na czarno, to nie przyszła z darami. Pewnie pracuje w dobroczynności. Te panie zawsze noszą czarne ubrania. Chociaż nie mają takich ładnych kapeluszy...

Szepty ucichły, gdy panna Lockwood i jej nieznajoma towarzyszka przeszły wolnym krokiem przez pralnię. Wszystkie mieszkanki sierocińca starały się wyglądać na bardzo zapracowane i jednocześnie nie tracić ani słowa z toczącej się rozmowy.

– Oczywiście, zazwyczaj trzymamy dziewczynki, aż nieco podrosną... – tłumaczyła coś panna Lockwood.

– Rozumiem, ale wolę sama szkolić swoje pokojówki. Szukam dziewczynki dziesięcio-, jedenastoletniej. Przede wszystkim rozsądnej.

Rose zauważyła, że kobieta w czerni ma bardzo bystre oczy. Zdawała się widzieć wszystko. Dostrzegła Maisie wychylającą głowę zza kotła i uśmiechnęła się do niej. Dziewczynka natychmiast ukryła się z powrotem i oblała szkarłatnym rumieńcem.

Szepty podniosły się znowu, znacznie głośniejsze niż przedtem, i po pralni rozniosła się fascynująca wieść. Ta pani chce kogoś zabrać! Rose żałowała, że nie zna dokładnie swojego wieku. Miała około dziesięciu lat, tylko tego była pewna. I wiedziała, że jest rozsądna. Starała się wyglądać rozsądnie, ale dręczyło ją okropne uczucie, że jej mina równie dobrze może być oznaką kłopotów żołądkowych.

Panna Lockwood z namysłem wodziła wzrokiem po pomieszczeniu.

– Lucy. Ruth. I ty, Elizo...

Rose westchnęła. Nie jest wystarczająco rozsądna. Gdyby panna Lockwood nie przyłapała ich wczoraj w magazynku! Przez chwilę czuła prawdziwą nienawiść do Maisie, ale zaraz ukłucie gniewu minęło i pochyliła się ze smutkiem nad wyżymarką, by wcisnąć między wałki kolejną porcję ociekających wodą rzeczy.

– O, i może jeszcze Rose – dodała panna Lockwood. – Dziewczęta, chodźcie do mojego biura, żeby panna Bridges[6] mogła się wam przyjrzeć.

Rose rozdziawiła buzię jak ryba i osłupiała, tak że Maisie i Ellen musiały ją wypchnąć z pralni i wysłać za innymi.

Dziewczynce nie przeszło przez myśl, że to dziwne: dać się tak oglądać, jak gdyby były towarem, a pani w czarnym kapeluszu przyszła tu na zakupy. Rose martwiła się tylko, że jej spłowiała brązowa sukienka nie leży na niej zbyt dobrze. Uwierała ją pod pachami. Dama w czerni mogła pomyśleć, że to dziecko dużo je. Rose wciągnęła więc policzki i z całych sił starała się nie myśleć o swoich historiach. W biurze panny Lockwood było wiele lśniących przedmiotów i dziewczynka, choć tego nie chciała, widziała w nich samą siebie ubraną w zgrabny drukowany fartuszek i biały czepek.

Panna Bridges przechadzała się tam i z powrotem wzdłuż krótkiego szeregu sierot. Zapytała Elizę, ile ma lat, i skinęła głową, gdy ta wymamrotała:

– Dwanaście.

Rose mimowolnie pomyślała, że w jej głosie brzmiała jakaś zaciętość. A Lucy[7] nie chce być pokojówką, Ruth zaś nic, tylko w kółko chichocze. „Może wybierze mnie...”.

Wtem panna Bridges zatrzymała się właśnie przed nią. Spojrzała jej w oczy.

– Na pewno masz dziesięć lat? Wydajesz się bardzo mała.

Rose głośno przełknęła ślinę.

– Myślę, że mam – odpowiedziała niepewnie. – Jestem tu od dziewięciu lat, proszę pani, a kiedy mnie przyjęli, wpisali jako roczne dziecko. Umiem pracować – dodała. – Jestem bardzo silna, naprawdę. – Bezwiednie stanęła na palcach.

– Nie chcesz zostać w sierocińcu? – zapytała z zaciekawieniem panna Bridges. Posłała uśmiech pannie Lockwood.

Rose z kolei rzuciła jej zaniepokojone spojrzenie, a gdy odpowiadała, utkwiła wzrok w przestrzeni między obiema paniami.

– Nie chodzi o to, że nie chcę zostać – bąknęła. – Wolałabym sama na siebie zarabiać.

– Bardzo chwalebnie, moja droga – pochwaliła ją panna Lockwood. – Rose jest pracowita, panno Bridges. Czasami nieco lekkomyślna, ale to grzeczna dziewczynka.

Rose poczuła, że palą ją uszy. Czy to prawda? Nikt jej nigdy tego nie mówił.

– Czy mogę ją wziąć od razu? – spytała panna Bridges, tak jakby Rose była nowym kapeluszem.

– Od razu! Cóż, sądzę, że tak. – Panna Lockwood wyglądała na nieco wstrząśniętą. – Zazwyczaj wypuszczamy dziewczęta w odpowiednim ubiorze i z Biblią, a teraz, obawiam się, nie mamy nic gotowego.

– Nic się nie stanie – zapewniła panna Bridges. – Zaopatrzymy ją we wszystko, co potrzebne. I możemy odesłać jej obecny... ee... ubiór, jeśli to pani odpowiada.

– Cóż, tak... – Panna Lockwood zgodziła się z niejaką bezradnością. – Tak, rzeczywiście. To bardzo uprzejmie z pani strony... Od razu?

– Od razu.

Od razu! Rose zacisnęła pięści w kieszeniach fartuszka, żeby nie skakać z radości. Jasne, że będzie jej brakowało koleżanek – nie chciała teraz myśleć o Maisie – ale to właśnie o odejściu marzyła skrycie, nie spodziewając się, że nastąpi.

Lucy potajemnie wśliznęła dłoń do jej kieszeni i uścisnęła jej rękę.

– Powodzenia i szczęścia! – szepnęła.

Rose uśmiechnęła się do niej, lecz na jej twarzy malowała się determinacja. Szczęście pewnie jej się przyda, ale nie zamierzała zbytnio na nie liczyć.

Panna Bridges szła szybko i Rose musiała co chwila podbiegać, by za nią nadążyć. Niechcący wciąż zostawała w tyle, ponieważ co krok dostrzegała coś interesującego. Dziewczęta bardzo rzadko wychodziły z sierocińca. Jedynie co niedziela maszerowały do kościoła – całą setką, równym krokiem, prawie jak wyćwiczone wojsko.

Dziś jednak panna Bridges po wyjściu z budynku od razu skierowała się w prawo. Rose stanęła jak wryta na ostatnim schodku i wpatrywała się w nią zdumiona. Panna Bridges zdała sobie sprawę, że dziewczynka nie podąża za nią, i odwróciła się.

– Wszystko w porządku, drogie dziecko? Wyglądasz na zaniepokojoną. Zmieniłaś zdanie? Nie chcę cię zabierać wbrew twojej woli.

Rose energicznie potrząsnęła głową, zeskoczyła ze stopnia i podbiegła do niej.

– Ale ja chcę, naprawdę. Przepraszam, proszę pani. Tylko że nigdy nie chodzimy tą drogą.

Panna Bridges uniosła brwi.

– A co jest złego w tej drodze?

– No, nic, tylko do kościoła idzie się w przeciwną stronę. Widzi pani, z sierocińca chodzimy tylko do kościoła – odpowiedziała prosto Rose.

– Nie wiedziałam. – Dama w czerni spojrzała na drepczącą obok niej dziewczynkę w brązowej sukience i szarym szalu. Czepek miała zdecydowanie za mały, przy każdym kroku groziło, że spadnie jej z głowy. – Czy naprawdę nigdy nie byłaś nigdzie indziej?

Rose pokręciła głową.

– Nie przypominam sobie, proszę pani.

Sierociniec mieścił się w niezbyt eleganckiej części miasta. Po drodze do kościoła niewiele było sklepów do oglądania, a poza tym w niedzielę i tak niczego w nich nie sprzedawano. Lecz teraz panna Bridges prowadziła dziewczynkę bardziej modnymi ulicami. Był poniedziałek, zbliżało się południe, dokoła kręciło się mnóstwo ludzi robiących zakupy, załatwiających sprawunki albo zwyczajnie spacerujących. Wszystko to fascynowało Rose, a już zupełnie nie mogła się oprzeć widokowi dzieci w swoim wieku.

– Skręcamy tutaj, na ten plac – uprzedziła panna Bridges. – Dom pana Fountaina znajduje się po przeciwnej stronie, w tamtym rogu.

Rose przypatrywała się wysokim kamiennym budynkom o błyszczących szybach w promieniach słońca. Pośrodku placu rozciągał się skwer z posągami. Wśród zieleni trzech małych chłopców bawiło się drewnianym konikiem. Było tu zadziwiająco spokojnie w porównaniu z ruchliwymi ulicami, które zostawiły za sobą. Rose nie pamiętała, czy kiedykolwiek w życiu znalazła się tak blisko jakiegoś drzewa.