Jak trudno jest kochać?

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

Rozdział dwudziesty drugi

Rozdział dwudziesty trzeci

Rozdział dwudziesty czwarty

Rozdział dwudziesty piąty

Rozdział dwudziesty szósty

Rozdział dwudziesty siódmy

Rozdział dwudziesty ósmy

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Rozdział trzydziesty

Rozdział trzydziesty pierwszy

Rozdział trzydziesty drugi

Rozdział trzydziesty trzeci

Rozdział trzydziesty czwarty

Rozdział trzydziesty piąty

Rozdział trzydziesty szósty

Rozdział trzydziesty siódmy

Podziękowania

Tytuł oryginału: HOW HARD CAN LOVE BE?

Przekład: ERNEST KACPERSKI

Redaktor prowadzący: ANNA KUBALSKA

Redakcja: KATARZYNA MALINOWSKA

Korekta: JULIA TOPOLSKA

Okładka: KAMIL PRUSZYŃSKI

DTP: KATARZYNA PIĄTEK

First published in the UK in 2016 by Usborne Publishing Ltd.

Text © Holly Bourne, 2016

Author photo © L. Bourne

Cover design reproduced by permission of Usborne Publishing Limited.

Copyright © 2016 Usborne Publishing Ltd.

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

Warszawa 2019

All rights reserved

Wydanie I

ISBN 978-83-8154-355-2

Wszystkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

00-807 Warszawa, Al. Jerozolimskie 94

tel. 22 379 85 50, fax 22 379 85 51

e-mail: wydawnictwo@zielonasowa.pl www.zielonasowa.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dla Connie

za dwukrotne wakacje, po których

codziennie za tobą tęsknię

.

Taka sytuacja:

rekordowy kac gigant

+

dziesięciogodzinna podróż samolotem

+

miejsce w klasie ekonomicznej

+

metr osiemdziesiąt wzrostu

Rozdział pierwszy

Nie zwymiotuj na dzieci... Nie zwymiotuj na dzieci...

Ich główki podskakiwały przede mną w kolejce przed wejściem do samolotu. Ponownie ścisnęło mnie w żołądku. Chwyciłam się za brzuch. Jeśli złapię się wystarczająco mocno, być może jelita nie wyrzucą treści wprost na podekscytowane dzieciaki. Nie byłam pewna, ale zwymiotowanie na niczemu winne maluchy mogłoby dość poważnie zagrozić mojej dalszej podróży. Dlaczego skusiłam się wczoraj na jeszcze jedną kolejkę? Dlaczego? DLACZEGO?!

Obsługa lotu sprawdziła bilet kolejnego pasażera i poprosiła o następny paszport. Kolejka przesunęła się powoli w bezlitośnie jarzącym świetle hali odlotów. Samolot znajdował się za szybą sięgającą od podłogi po sam sufit. Wyglądał zdecydowanie na zbyt mały, żeby móc przetransportować do Ameryki tylu podróżnych. Był biały jak rączy koń, na którym rycerz w bajce pędzi, żeby uratować księżniczkę. Tymczasem ja żadną księżniczką nie byłam i dziękuję bardzo, ale potrafiłam zająć się sobą bez niczyjej pomocy. Chciałam tylko, żeby ten samolot przerzucił mnie na drugą stronę oceanu, jak najdalej od złej macochy. Gdy tylko przypomniałam sobie nasze pożegnanie, natychmiast szarpnęło mnie w żołądku.

– Zobacz, w jakim ona jest stanie – powiedziała moja macocha Penny, tak żeby usłyszeli to wszyscy stojący w kolejce do kontroli bezpieczeństwa.

Byliśmy na tym nerwowym etapie procedury lotniskowej, kiedy pasażerowie uświadamiali sobie, że nie mogą zabrać ze sobą żadnych płynów. Zaczynało się więc przekładanie buteleczek do przezroczystych plastikowych torebek.

– Wiesz, że stoję tuż obok? – Przewróciłam oczami, ponieważ wiedziałam, jak bardzo ją to zirytuje, a potem dopiłam resztkę wody z butelki.

Zignorowała mnie.

– Nie wpuszczą jej do samolotu.

Spojrzałam na ojca rozpaczliwym wzrokiem, błagając go o pomoc. Ten tylko powstrzymał uśmiech.

– Spokojnie, Penny. Pomyśl, że każdego dnia na pokład samolotów wpuszczają stado zapijaczonych kawalerów, którzy lecą do Vegas świętować ostatnie chwile wolności.

– Ja nie jestem zapijaczona! – zaprotestowałam na tyle głośno, że kilkanaście różnych osób zatrzymało się i zerknęło w moją stronę.

Tata roześmiał się i objął mnie mocno. Wtuliłam się w ojcowskie ramię, wdychając jego zapach. Pomogło na mdłości.

– Oczywiście, że nie jesteś. Prawda, szkrabie? To tylko kac. Miałaś dość upojną imprezę pożegnalną. Trochę czuć. – Ostentacyjnie wciągnął powietrze nosem i odsunął mnie od siebie. – Fuuuj!

– Myłam się rano!

Nie kłamałam, chociaż w drodze na lotnisko zdążyłam wypocić trochę włoskiego likieru anyżowego wypitego poprzedniej nocy.

– W takim razie chodź! – Tata przycisnął mnie ponownie.

I byłaby to chwila pełna czułości, gdyby nie obecność Penny, która miała obsesję bycia zawsze w pobliżu, jakby bała się na jedną sekundę zostawić mnie samą z ojcem. Pewnie dlatego, żebym przypadkiem mu nie uświadomiła, jaką jest wredną suką. I mówiąc szczerze, zrobiłabym to. Oczywiście był też z nami Craig, kolejny niszczyciel pięknych chwil. Skoro już ma się typową złą macochę, nie można zapomnieć o stereotypowym przybranym rodzeństwie. Jak na komendę Craig zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów.

– Śmierdzisz jak twoja matka – wypalił.

Jak śmiał? JAK ŚMIAŁ? Jakśmiałjakśmiałjakśmiał? Jak ON śmiał? Szkarłatna mgła przyćmiła nawet mojego kaca. Zobaczyłam mroczki i odruchowo kopnęłam go z całej siły w piszczel. Zawył i rzucił się teatralnie na ziemię. Tata i Penny przeszli w tryb obrony. Zapanował potworny chaos.

– NATYCHMIAST GO PRZEPROŚ, MŁODA DAMO.

– CRAIG, NIC CI NIE JEST? NIE PŁACZ.

– Wariatka! Taka sama jak ona! – dorzucił Craig z podłogi.

– Amber, nie! – Tata odsunął mnie na bok, kiedy już chciałam skoczyć na Craiga.

 

Targały mną nerwy. Penny asekuracyjnie zasłoniła syna, ciskając we mnie gromy. Jakbym zaatakowała go bez żadnego powodu. Jakby nie słyszała, co przed chwilą powiedział. Ludzie patrzyli na nas, włącznie z pracownikami ochrony. Tata szemrał mi uspokajająco do ucha, głaszcząc po włosach.

– Cofnij to! Cofnij to! – krzyczałam.

– Już dobrze, Amber. Spokojnie, bo naprawdę cię nie wpuszczą.

Rozejrzałam się. Przez tłum przeciskał się umundurowany mężczyzna. Penny dostrzegła go w tym samym momencie. Widziałam, jak bije się z myślami: kazać mi się przymknąć czy zrobić scenę? Wybrała to pierwsze.

– Cicho! – rzuciła do nas obojga.

Craig i ja spojrzeliśmy na siebie, wyprostowaliśmy się i udawaliśmy, że nic się nie stało. Ochroniarz zatrzymał się, łypnął na nas i po chwili wrócił do budki, z której wcześniej się wyłonił. Odetchnęłam. Było mi tak niedobrze. Chciałam tylko się pożegnać z tatą. Tylko z nim. Cisnęłam pustą butelkę do kosza i wbiłam wzrok w ziemię.

– Przeproś, młoda damo – naciskała Penny.

Ściągnęłam mocniej paski plecaka. Byłam naprawdę wściekła. Na głupią macochę. Na debilnego przybranego brata. Na ojca. Na to, że nie nawrzeszczałam na Craiga. Że nigdy nie nawrzeszczałam...

– On też powinien przeprosić za to, co powiedział.

– Powiedziałem, co myślę! – krzyknął zza pleców matki.

Tata ponownie musiał mnie powtrzymać przed rzuceniem się na niego.

– Wiecie co? Mam to wszystko gdzieś!

Odwróciłam się i ruszyłam prosto do kontroli, wiedząc, że nie mogą za mną pójść.

– Amber? AMBER! – krzyczał tata.

Zignorowałam go i szłam przed siebie.

– Amber, wróć, pożegnaj się ładnie.

– Żegnam się ładnie – cisnęłam przez ramię i ustawiłam się w kolejce z przygotowaną kartą pokładową.

Były to ostatnie słowa, jakie powiedziałam do niego przed sześciotygodniową rozłąką.

Nie zwymiotuj na dzieci. Nie zwymiotuj na dzieci.

Dwie dziewczynki przede mną były błogo nieświadome czyhającego pawiowego niebezpieczeństwa. Wymieniały się różowymi kartami ze szczeniaczkami, podczas gdy ich zaaferowani rodzice nieustannie sprawdzali, czy paszporty wciąż są w kieszeni.

Byłam wściekła na ojca. Wściekła razy dziesięć milionów. Najgorsze, że scena, która się rozegrała, nie była niczym nadzwyczajnym. Zwykła codzienna wymiana zdań między mną a Craigiem, mną a Penny... Tatą, który zamiast stanąć po stronie jedynej córki, wolał starania na rzecz pokoju. Byłam wyczerpana walką. Wyczerpana poczuciem odtrącenia. Wyczerpana tęsknotą za mamą...

Kolejka posunęła się do przodu, każdy zrobił pół kroku, ciągnąc za sobą walizkę. Zabulgotało mi w brzuchu. Gorzkie żale po gumowatych jajkach ze sklepu wolnocłowego, które zjadłam, płacząc cicho w surowym świetle neonu lotniskowej restauracji. Żebym tylko nie puściła pawia... Żeby tylko wpuścili mnie na pokład. I zaczną się wakacje. Będę z mamą. Zrozumiem, co poszło nie tak. Dowiem się, jak nakłonić ją do powrotu. Znów będziemy razem.

Nadeszła kolej na rodzinę przede mną. Dziewczynki kręciły się przy nogach rodziców, dopytując personel o to, jak szybko i jak wysoko będzie leciał samolot, a także czy na pokładzie będą jakieś filmy Disneya. Niestety nie zapytały o najważniejsze: „Czy ta mizernie wyglądająca pani z tyłu nie zwróci swojej treści żołądkowej na nasze głowy?”.

Przeszły dalej, wydostając się poza pole rażenia. Moja kolej. Wzięłam głęboki oddech, odgarnęłam włosy z czoła i zrobiłam krok naprzód, wyciągając paszport.

Wyglądaj przyzwoicie. Wyglądaj przyzwoicie. Wyglądaj przyzwoicie.

Kobieta obsługująca bramkę miała na sobie tyle makijażu, że właściwie nie byłam w stanie ocenić jej fizjonomii. Skoncentrowałam się na jej policzkach obtoczonych podkładem. Wzięła ode mnie dokument w czerwonej skórze i się uśmiechnęła. Jej twarz niemal zatrzeszczała.

– Pierwsza podróż w pojedynkę? – spytała tym samym głosem, którym zwracała się do dzieci. Bałam się otworzyć usta, więc tylko przytaknęłam. – Jeśli będziesz czegoś potrzebowała, nie krępuj się poprosić.

– Dziękuję – wymamrotałam.

– Wszystko w porządku? – Spojrzała na mnie troskliwie. – Wyglądasz na wystraszoną.

Tak, boję się latać na największym kacu świata...

– Mały lęk przed lataniem – wypaliłam. – Nic mi nie będzie.

– Wyglądasz tak blado.

– Choroba lokomocyjna!

Byłam dumna z tego genialnego pomysłu. Tłumaczył wszystko.

– Daj znać, jeśli będziemy mogli coś dla ciebie zrobić. Siedemnaście lat to wciąż młody wiek na samotne podróże.

Posłała mi promienny uśmiech, a ja pomyślałam, że powinni zakazać emanowania szczęściem o tak wczesnej porze.

Ból głowy uderzył w chwili, gdy wcisnęłam się na swoje siedzenie przy oknie.

– O matko! – syknęłam głośno, trącając potężnego mężczyznę, który właśnie mościł się obok na swoim miejscu, zwinięty w kłębek; kolanami niemal dotykał swojej twarzy.

Z braku przestrzeni już zaczęły mnie boleć nogi. Sięgnęłam do torby po ibuprofen i połknęłam go na sucho. Wyciągnęłam telefon. Miałam dwie wiadomości. Jedną od Lottie, drugą od Evie. Pierwszy raz tego ranka się uśmiechnęłam.

Lottie: PRZEPRASZAM, ŻE TAK CIĘ UPIŁAM. TO BYŁ DIABELSKI FORTEL, ŻEBYŚ ZOSTAŁA Z NAMI CAŁE LATO. ŻYYYYYYJESZ?

Evie: Nie opuuuuuuuszczaaaaj nas!!!!!!!

Mój uśmiech zgasł. Tak bardzo będzie mi ich brakowało! Myślami wróciłam do poprzedniego wieczoru.

JUTRO O TEJ PORZE BĘDĘ W CHMURACH.

Po tym, jak wyrzucono nas z baru, wzięłyśmy taksówkę do Dovelands Hill. To było nasze wzgórze. Pierwszy raz poszłyśmy tam, kiedy zostałyśmy przyjaciółkami. Stanęłam na ławce, odchyliłam głowę i patrzyłam na atramentową czerń ponad nami, prawie spadając na ziemię. Evie przytrzymywała mnie za rękę.

– Amber, złaź stamtąd. Jestem zbyt drobna, żeby cię złapać.

– AMERYKO, PRZYBYWAM!

Lottie rozłożyła szeroko ramiona i zaczęła tańczyć w rytm niesłyszalnej muzyki na zboczu porośniętym trawą.

– Amber, będę za tobą tęsknić! Weźmiesz mnie ze sobą w walizce? – spytała, kręcąc się, kręcąc, kręcąc, aż w końcu upadła z głuchym hukiem na ziemię i zaniosła się śmiechem.

– Ludzie, litości! – krzyknęła Evie. – Nie upilnuję was. Jesteście zbyt narąbane. Amber, daj rękę.

Jeszcze raz spojrzałam w niebo, a później wpadłam jej w ramiona i pozwoliłam poprowadzić się na trawę. Zwaliłam się obok Lottie, która leżała na plecach. Evie westchnęła i dołączyła do nas. Z głową przy głowie wszystkie trzy patrzyłyśmy w niebo. Gwiazdy wirowały.

– Mam nadzieję, że żadna z nas nie ma wszy – odezwała się Evie.

– Tylko ty mogłaś na to wpaść – stwierdziła Lottie.

I miała rację.

Zaśmiałam się i obserwowałam rozciągający się nad nami wszechświat.

– Chciałabym już zobaczyć mamę – powiedziałam cicho, czując w brzuchu dziwną błogość. – Będzie cudownie.

– Ile czasu minęło? – spytała Lottie.

– Dwa lata...

Gwiezdny wir, wir, wir, wir, wir...

– To elegancko.

– Tak, wiem.

Przegoniłam natrętne myśli w rodzaju: Nawet nie zaprosiła mnie na ślub. Albo: To był twój pomysł, żeby do niej pojechać, a nie jej. I jeszcze: Dlaczego musiała cię zostawić, żeby dojść do siebie?

Alkohol jak zawsze okazał się pomocny.

– Przed nami sześć pełnych tygodni – powiedziałam w niebo. – Sześć doskonałych tygodni.

– Ostrożnie – uspokoiła mnie Evie, a jej włosy połechtały mnie po twarzy. – Nic nie jest doskonałe.

– Szczególnie wtedy, gdy pracujesz na obozie w otoczeniu zgrai nadpobudliwych amerykańskich dzieciaków – dodała Lottie.

– Cicho już, pesymistki jedne.

Przymknęłam oczy i uśmiechnęłam się, kiedy wyobraziłam sobie twarz mamy po moim przylocie.

Symbol zapięcia pasów jeszcze się nie zapalił, więc pomyślałam, że zdążę odpisać przed startem.

Jaki kac! Co ja robię w samolocie?! Pomocy! Głowa mi pęka!

Zamknęłam oczy, wsłuchując się w odgłosy maszyny. Przerywane piski, niskie buczenie klimatyzacji, fałszywie uprzejmi ludzie upychający bagaże w schowkach nad głowami. Moi współpasażerowie. Przez dziesięć godzin ściśnięci ze mną w latającej puszce. Później nigdy więcej się nie spotkamy. Latanie jest dziwne. Boli mnie głowa. Jak to będzie znów móc zobaczyć mamę? Czy zechce mi coś wyjaśnić? Boli mnie głowa. Zapiszczał telefon. Dwa razy.

Lottie: Nie wierzę, że będziesz się zajmować dziećmi! I to amerykańskimi! Ciekawe, jak będą mówić.

Evie: Będzie dobrze! Pomyśl, że każda ciekawa historia zaczyna się w chwili, gdy ktoś w naszym wieku wsiada do samolotu.

Nie chciałam żadnych ciekawych historii. Pragnęłam tylko spędzić czas z mamą. I za wszelką cenę nie słyszeć dręczącego głosu w głowie, który przypominał, że jeśli chodzi o nią, nic nie jest takie proste.

.

Taka sytuacja:

wzruszające spotkanie

+

matka i córka na bakier z emocjami

+

dwa lata rozłąki

Rozdział drugi

Spałam w samolocie. Albo cud, albo zwykła biologia. Moje wykręcone nogi zniosły to chyba tylko dlatego, że byłam nieprzytomna. A może to kac wiedział, co będzie dla mnie najlepsze. W każdym razie zasnęłam błogo zaraz po posiłku, którym były kiełbaski wyglądające jak kupki dziecka cierpiącego na zaparcie.

Po obudzeniu czułam się osiem trylionów razy lepiej. Ziewnęłam i spróbowałam się przeciągnąć. Potarłam obolały kark. Po bólu głowy nie było śladu. Żadnych mdłości. Dzieci z lotu numer 105HWSF mogły się czuć bezpiecznie. Pomajstrowałam przy fotelu i wyciągnęłam pilota do systemu rozrywki pokładowej. Postukałam w niego, aż na ekranie pokazał się status lotu. Zrobiło mi się słabo. Pomiędzy mną a praktycznie wszystkimi, których znałam, rozciągał się ocean. Sylwetka rysunkowego samolotu przecinała bezmierną przestrzeń północno-zachodniej Ameryki. Według aktualnych danych niedługo powinniśmy lądować.

Podniosłam się bez ostrzeżenia. Pilot odbił się od siedzącego obok wysokiego mężczyzny i zawisł na przewodzie, stuknąwszy o fotel.

– Przepraszam, muszę do toalety.

Prawie biegiem dotarłam do mikroskopijnej ubikacji i zamknęłam drzwi. Oparłam się i wzięłam haust powietrza przesiąkniętego wonią moczu i chemikaliów. Przy drugim oddechu nos zaczął się przyzwyczajać do gryzącego odoru.

Oddychaj, Amber, oddychaj spokojnie. To tylko twoja mama. Kobieta, która wydała cię na świat i która kocha cię bezwarunkowo. To nic, że postanowiła wyjechać ponad osiem tysięcy kilometrów od kraju i nie pomyślała, żeby zabrać cię ze sobą.

Przecież to nie był jej wybór, prawda? Wszystko przez tego dupowatego Kevina o dupowatym amerykańskim podbródku. Dobrze wiedział, że mama jest wrażliwa. Zrobił jej pranie mózgu i zmusił do wyjazdu. Nie mówiąc o etycznie wątpliwym przystawianiu się do kogoś, kogo miało się leczyć.

Spłukałam wodę. Przerażająco głośny, zasysający świst pochłonął moje zdenerwowanie. Przede mną sześć tygodni. Sześć tygodni na naprawienie tego, co zniszczył. Na odzyskanie matki. Sześć tygodni na zrozumienie tego, co się wydarzyło. Co takiego zrobiłam, że wyjechała? Kiedy doszłam do siebie i wróciłam na miejsce, było już za późno na oglądanie filmu. Sięgnęłam do torby i wyciągnęłam szkicownik. Spomiędzy kartek wyfrunęło zdjęcie mamy ze mną i wylądowało mi na kolanach.

Kopiowałam je cały ostatni tydzień. Podniosłam fotografię i zaczęłam ją oglądać. Widok matki sprawił, że poczułam, jakby ktoś zaczął grać moimi jelitami w kocią kołyskę. Tata zrobił to zdjęcie, kiedy ostatnim razem przyjechała nas odwiedzić. Byliśmy w ogrodzie, rozpoznałam rosnący z tyłu krzew różany. Przypomniałam sobie napastliwe słowa Penny (Nie rozumiem, dlaczego mam znosić w MOIM domu obecność TEJ kobiety). Obie uśmiechałyśmy się do obiektywu, ale wiem, że tamtego dnia czułam się fatalnie. Kiedy powiedziała „do widzenia”, wybuchłam niekontrolowanym płaczem. Oznajmiła, że wylatuje do Kalifornii. Nadzieja, że ten dupowaty Kevin już mi jej nie odbierze, umarła gwałtowną i okrutną śmiercią. „Nie martw się – powiedziała. – Będę często przyjeżdżać”.

Minęły dwa lata i to ja do niej jadę. Z walizką wyładowaną kremami z filtrem 50, ubraniami turystycznymi i pytaniami bez odpowiedzi. Wyciągnęłam ulubiony ołówek 2B i zaczęłam rysować. Jak zawsze, kiedy chciałam przegonić natrętne myśli.

Lądowanie było dość twarde. Nie należę do strachliwych, ale kiedy samolot dał nura, szarpnął raptownie i przyziemił niemal na płasko, nieświadomie chwyciłam się swojego wysokiego sąsiada, po czym zaczęłam wylewnie go przepraszać.

 

– Czy my umrzemy? – spytałam, ściskając jego ramię. – Dlaczego pilot chce nas zabić?

– To przez mgłę – odparł spokojnie, z amerykańska przeciągając samogłoski. – San Francisco zawsze tonie w chmurach, a samoloty tego nie lubią.

Kiedy bezpiecznie znaleźliśmy się na pasie, wyjrzałam przez okno. Ameryka powitała mnie co najmniej... wylewnie. Szarość, wszędzie szarość. Na szybie cętki mżawki.

– Myślałam, że to Kalifornia! – Odwróciłam się do Wysokiego. – A tu jest gorzej niż w Anglii.

Zaśmiał się z amerykańskim akcentem, jeśli to w ogóle możliwe. Chociaż teraz to ja byłam tą, która miała akcent. Przedziwna osobliwość latania. W ciągu dziesięciu godzin następuje całkowita zmiana tych, którzy mówią z obcym akcentem.

– Nie słyszałaś, jak mówiłem, że nigdy nie spędziłem gorszej zimy niż latem w San Francisco? – zapytał.

Nie do końca zrozumiałam, co miał na myśli, ale uśmiechnęłam się uprzejmie i ponownie spojrzałam w okno.

– Przynajmniej moje piegi nie eksplodują – wymamrotałam.

Samolot powoli pustoszał. Pożegnałam się z Wysokim, dziękując za wsparcie moralne, i ruszyłam w długą drogę po odbiór bagażu. Tata przestrzegał mnie przed upiorną kontrolą graniczną w Ameryce, dlatego wstępowałam do wszystkich napotkanych po drodze toalet i w każdej z nich zmywałam z twarzy resztki ostatniej nocy.

Kontrola, tak jak zapowiadał, była przerażająca. Facet miał broń. Prawdziwą. I zauważył moją drżącą dłoń, kiedy podawałam mu paszport. Otworzył go agresywnie, jakby dokument właśnie obraził jego matkę. Wbił wzrok w moje zdjęcie. Od razu poczerwieniałam. Było okropne. Zrobiłam je w ubiegłym roku podczas fali upałów. Moje włosy zajęły prawie cały kadr.

– Na jak długo zostajesz? – warknął.

– To znaczy... na sześć tygodni.

Rzucił mi piorunujące spojrzenie. Mimowolnie zrobiłam krok do tyłu.

– Co tak długo?

Byłam zbyt przerażona, żeby ironizować, chociaż na końcu języka miałam coś w stylu: „Słyszałam, że jesteście przyjaznym krajem, ale musiałam się mylić”. Spojrzałam na jego broń. Poprawka: dwie sztuki.

– Będę pracować na obozie – wypaliłam.

– Masz wizę pracowniczą? – Zmrużył swoje ciemne ślepia.

– Nie... – powiedziałam, a on wyciągnął rękę w kierunku czerwonego przycisku. – Chwileczkę! Mam, mam! To znaczy nie, ale... Nie będę pracować oficjalnie, ponieważ mam dopiero siedemnaście lat. Moja mama wyszła za mąż za Amerykanina, który jest właścicielem obozu. Zatrzymam się u nich. Przyleciałam do mamy. I będę trochę pomagać, ale jakby nieoficjalnie... Mam wizę na dziewięćdziesiąt dni. Proszę.

Wyciągnęłam kopię, którą tata przezornie kazał mi zrobić.

Nie odpowiedział i stukał coś w klawiaturę. Zawaliłam sprawę? Dokąd mnie odeślą? Czy wciąż śmierdzę likierem?

– Spójrz tutaj. – Wskazał czarną skrzynkę, która błysnęła czerwonym laserem prosto w moje oczy i wydała krótkie kliknięcie.

Zaraz, zaraz. Czy on właśnie zeskanował moją siatkówkę? To legalne? Czy to znak, że miałam poważne problemy? Moje serce zaczęło bić jak szalone. Rozejrzałam się, żeby sprawdzić, czy wszyscy przechodzą podobną procedurę. Pomijając niepokojącą wystawkę saszetek na pasku, wszystko wyglądało normalnie. Kiedy już zaczynałam panikować, pogranicznik posłał mi szeroki uśmiech i oddał paszport.

– Witamy w Ameryce. – Rozpromienił się. – Życzę udanego pobytu.

Wciąż oszołomiona wyszłam do hali przylotów. Dlaczego zrobili mi zdjęcie oczu? Czy nie było to naruszenie mojej wolności obywatelskiej? Co zamierzają zrobić z tymi danymi? Przechowywać w jakiejś bazie? Lottie zwariuje, kiedy jej opowiem. Zawsze miała obsesję na punkcie Orwella, Wielkiego Brata i 1984 roku.

– Amber? Amber!

To mama. Biegła mi na spotkanie. Jej włosy, tak samo rude jak moje, powiewały. Serce puchło mi od dwuletniej rozłąki. Dopadła do mnie.

– Amber – szepnęła i chwyciła mnie w ramiona.

Zaczęłam płakać. Ściskałam ją mocno, mocno i wdychałam zapach róż. Ciągle używała tych samych perfum. Postawiłam walizkę. Niechcący spowodowałyśmy drobny zator, ale nie obchodziło nas to. W końcu wypuściłyśmy się z objęć.

– Chodź. – Mama wzięła moją walizkę. Od samego patrzenia na to, jak odchodzi, ścisnęło mnie w piersiach, mimo że tym razem mogłam iść za nią. Po chwili zdałam sobie sprawę, że nie powiedziała: „Tęskniłam”... – Pewnie jesteś potwornie zmęczona. – Odwróciła się do mnie. – Zarezerwowałam pokój w motelu. Spędzimy razem trochę czasu, zanim pojedziemy na obóz. Co powiesz na wspólne zwiedzanie San Francisco?

– Brzmi... fantastycznie.

Wsiadłyśmy do lotniskowego tramwaju, który błyskawicznie przetransportował nas na wielopoziomowy parking. Odległości między poszczególnymi punktami naszej trasy były ogromne, szczególnie w porównaniu z londyńskim lotniskiem Heathrow, gdzie wszystko jest blisko i jedno przy drugim. Samochód mamy stał na najwyższym poziomie parkingu. Po wyjściu z tramwaju wkroczyłyśmy we mgłę.

– Myślałam, że Kalifornia jest raczej... gorąca – zażartowałam i podciągnęłam pod szyję suwak kaptura.

Mama się uśmiechnęła. Moim uśmiechem. Dokładnie takim samym. Już prawie zapomniałam. Dziwnie się na nią patrzyło. Nie mogłam się przyzwyczaić do widoku jej twarzy. To był wstrząs. Jakby była obcą osobą, a przecież nie była. W końcu to moja mama.

– Bo jest, ale nie w San Fran. Poczekaj, aż zawiozę cię w góry. Będziesz błagać o chłodną mgiełkę.

Szłyśmy między rzędami samochodów. Mama bez uprzedzenia zatrzymała się tuż przy wielkim czerwonym monster trucku z gigantycznymi kołami i przyciemnionymi szybami. Dlaczego nazywała to miasto San Fran? Czy ktokolwiek poza nią tak mówił? I dlaczego była taka spokojna? Z powodu tłumionych emocji moje jelita się skręcały.

– To nasz. – Odblokowała drzwi pilotem.

Niemożliwe! W Anglii poruszała się zdezelowanym mini z poobijanymi drzwiami. Kiedy przyjeżdżała zabierać mnie na weekendy, jeśli nie zapomniała i w ogóle się pojawiła, ogłaszała swoje przybycie donośnym trąbieniem mimo mocno sfatygowanego klaksonu. Wszystko po to, żeby wkurzyć Penny. A ja przy każdym wejściu i wyjściu musiałam się przeczołgiwać przez jej siedzenie.

– Będę potrzebowała drabiny, żeby się tam wdrapać – zażartowałam, mając nadzieję, że mama odczyta ukryty komentarz.

Jednak nie.

– Coś ty, jesteś tak samo wysoka jak ja. Po prostu wskocz. Dasz radę!

Podźwignęłam się i usadowiłam na przednim siedzeniu. Mama rzuciła mój bagaż do tyłu. Sięgnęłam do torebki w poszukiwaniu prezentu, który jej przywiozłam. Kiedy mama usiadła obok, już go miałam w dłoni.

Dostrzegła starannie zapakowane pudełeczko.

– To dla mnie? – spytała, a ja przytaknęłam i wręczyłam jej podarek. Zdenerwowałam się nagle. Nie wiedziałam, czy jej się spodoba. Czy to zrozumie... – Och, jak miło, nie musiałaś, naprawdę.

Wzięła paczuszkę i zaczęła delikatnie odklejać taśmę, a następnie ostrożnie zdzierać papier, tak żeby niczego nie naruszyć. Wyjęła niewielkie pudełko na biżuterię i uchyliła wieczko. Moje serce waliło jak oszalałe.

– Amber... Jest przepiękny!

– To insygnia śmierci – powiedziałam, nie mogąc się pozbierać.

– Rzeczywiście!

Wyjęła błyszczący srebrny łańcuszek i owinęła go wokół palców, żeby z bliska przyjrzeć się trójkątnemu talizmanowi. Byłam z siebie taka dumna. I trochę zazdrosna, że nie mam swojego, ale wydałam wszystkie oszczędności, żeby jej to kupić.

– Byłam w studiu, gdzie kręcili „Harry’ego Pottera” – wyjaśniłam. – Jest niesamowite. Koniecznie musisz zobaczyć. A łańcuszek kupiłam w sklepie z pamiątkami. Jest oficjalnie zatwierdzony przez samą J.K. Rowling. Podoba ci się? Naprawdę?

– Bardzo. Jest cudny! Zaraz go założę.

Zrobiła to, a ja nie mogłam pozbyć się uczucia, że nie jest wystarczająco zadowolona. Kiedy zobaczyłam go w sklepie, dosłownie zapiszczałam. Zresztą piszczałam z radości podczas całej wizyty w studiu. Mama jako jedyna czytała mi książki w dzieciństwie. Mościła się obok mnie w łóżku i towarzyszyła przy zasypianiu, rozmawiając o naszych ulubionych bohaterach literackich. Dlaczego teraz nie zapiszczała z radości? Dlaczego po prostu uruchomiła silnik?

– Pamiętasz, jak na moich urodzinach wymalowałaś nam na przedramionach Mroczne Znaki? – zagaiłam, wciąż się uśmiechając. – Mama Keiry o mało nie zwariowała.

Na jej twarzy zarysował się drobny uśmiech, ale dla mnie to było za mało. A może moja wyobraźnia pracowała zbyt mocno?

– Pamiętam – odpowiedziała, ale nie dodała nic więcej i włączyła lewy kierunkowskaz, wyjeżdżając z parkingu.

Może była zmęczona... Tak, z pewnością. Wkrótce autostradą pełną samochodów równie gigantycznych jak nasz zmierzałyśmy w stronę miasta. Wtedy mama zaczęła nadawać.

– Amber, jestem taka podekscytowana, że jedziesz z nami na obóz. Wszyscy cię pokochają! Kevin tylko o tym mówi. Nie mogę się doczekać, kiedy w końcu poznasz go bliżej. Mamy kilka dni, zanim przyjadą dzieciaki, a potem zacznie się kołowrót.

– Mamo...

– Tak, skarbie? – Odwróciła się i zerknęła na mnie.

– Wiesz, że mówisz... z amerykańskim akcentem?

– Coś ty? – Odruchowo dotknęła gardła.

– Naprawdę.

– Dziwne. Wszyscy od razu zauważają, że jestem Brytyjką.

– To przez bladą jak kreda skórę i piegi. Takie jak u mnie. – Uśmiechnęłam się.

– Nie. – Skierowała wzrok z powrotem na drogę. – Zawsze mówią: „Masz cudny akcent”.

Dla mnie nie był cudny.

Przed nami rozciągało się miasto. Szczyty wieżowców przebijały gęsty kożuch mgły. Mimo że według angielskiego czasu była trzecia nad ranem, nie byłam ani śpiąca, ani zmęczona po podróży. Drzemka w samolocie zdziałała cuda. Wyciągnęłam szyję z nadzieją, że uda mi się dojrzeć choć niewielką część słynnego mostu Golden Gate. Ale nie było nic poza mgłą. Tylko od czasu do czasu krótki błysk pomarańczowych lamp.

– Nic nie widzę – burknęłam.

– Całe San Fran.

Znowu to powiedziała. Wjechałyśmy do centrum miasta i przerwałyśmy rozmowę, żeby mama mogła się skupić na prowadzeniu. Wlekłyśmy się po stromych wzgórzach nachylonych pod najdziwniejszymi kątami, po chwili lekko rzuciło nami na przejeździe tramwajowym. Wyjrzałam przez okno, próbując pojąć, gdzie jestem. Czułam się jak przybysz z obcej planety. Domy były pomalowane na każdy możliwy kolor, jaki tylko mogą przybierać gałki lodów. Pistacjowy, wiśniowy, cytrynowy... Mama wskazała mroczną ulicę z lewej strony, przy której jeden przy drugim stały wysokie budynki.

– Pracowałam tam jako wolontariuszka – powiedziała. – Pamiętasz?

– Pewnie, że pamiętam – odparłam.

To właśnie w takim centrum poznała dupowatego Kevina. Angielska filia. Jak mogłabym zapomnieć.

– Prawie jesteśmy na miejscu.

Włączyła prawy kierunkowskaz i zjechała na parking podziemny. Wyłączyła silnik i zaciągnęła hamulec.

– To tutaj! – oznajmiła z pogodnym uśmiechem. – Zanieśmy bagaże do pokoju i chodźmy gdzieś na obiad. Pewnie umierasz z głodu po uczcie w samolocie.

Przepchałyśmy walizkę do recepcji. Mama się przedstawiła. Serce zadrżało mi lekko (a raczej załomotało), kiedy użyła swojego nowego nazwiska, którego ja nie nosiłam.