MuryTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ROZDZIAŁ DRUGI

ROZDZIAŁ TRZECI

ROZDZIAŁ CZWARTY

ROZDZIAŁ PIĄTY

ROZDZIAŁ SZÓSTY

ROZDZIAŁ SIÓDMY

OSIEMNAŚCIE MIESIĘCY PÓŹNIEJ

ROZDZIAŁ ÓSMY

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

ROZDZIAŁ JEDENASTY

ROZDZIAŁ DWUNASTY

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

ROZDZIAŁ SZESNASTY

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY CZWARTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIĄTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SZÓSTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SIÓDMY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY ÓSMY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DZIEWIĄTY

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY PIERWSZY

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY DRUGI

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY TRZECI

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY CZWARTY

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY PIĄTY

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY SZÓSTY

PODZIĘKOWANIA

Tytuł oryginału: THE WALLS

Redakcja językowa: Anna Brzezińska

Projekt okładki: PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN Paweł Panczakiewicz

Zdjęcia na okładce © hartmanc10 / iStock

Korekta: Beata Wójcik

Redaktor prowadzący: Małgorzata Hlal

Text Copyright © Copyright © 2017 by Hollie Overton

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, 2018

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-861-0


Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa www.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla Mamy, którą zawsze czuję przy sobie

Miłość i śmierć to dwa wielkie zawiasy, na których obracają się ludzkie sympatie.

B.R. HAYDON

Droga Panno Tucker,

Mam nadzieję, że Pani i rodzina macie się zdrowo i szczęśliwie. Nawiązuję do swojej prośby dotyczącej daty wywiadu ze mną dla 48 Hours. Kontaktowałem się z Debbie, główną dziennikarką śledczą, ale powiedziała, że nikt z Pani biura nie odzywał się do niej. Wiem, że już to Pani mówiłem, ale powtórzę każdemu, kto mnie wysłucha. Jestem niewinny. Nie zamordowałem swoich dzieci. Nie mogę zaprzestać walki o udowodnienie swojej niewinności. Zegar jednak tyka. Stan Teksas musi wykonać egzekucję. Moi prawnicy są zdania, że gdyby ludzie poznali fakty dotyczące mojej sprawy, dostrzegliby prawdę. Pragnę tylko nowego procesu i mam nadzieję, że te wywiady pozwolą wywrzeć na sąd stosowny nacisk. Liczę na spotkanie z Panią w tym tygodniu i możliwość osobistego omówienia nadchodzących wywiadów.

Z serdecznymi pozdrowieniami,

Clifton Harris

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Mamo, rusz tyłek, albo się spóźnimy.

Kristy Tucker usłyszała głos syna; każda sylaba ociekała zdenerwowaniem. Zerknęła na zegarek i zaklęła pod nosem.

– Już idę, Ry! – zawołała i szybko upięła brązowe włosy w kok.

Chwyciła torebkę i ruszyła do drzwi sypialni. Potknęła się o krawędź postrzępionego szarego dywanu. Złapała równowagę i popędziła na dół do kuchni. Bez względu na to, jak bardzo się starała – nastawiała budzik pół godziny wcześniej, myła włosy wieczorem – rano nigdy nie potrafiła się pozbierać. A zwłaszcza w dni egzekucji – zapomnij!

Ryan natomiast nie spał już od kilku godzin. Ten czternastolatek, schludny, poukładany, niebywale ambitny, stanowił przeciwieństwo Kristy. Zastała syna siedzącego przy stole i kończącego porcję owsianki. Uczesał starannie ciemne blond włosy i włożył swój mundurek: wyprasowane dżinsy, czarną koszulę i krawat w czerwono-czarne paski. Do tego znoszone czarne buty ze skóry wołowej. Teksański hipster, podsumowała jego strój Kristy. Podobało się jej, że tak bardzo dbał o wygląd, ale na niewiele się to zdawało w jego relacjach z prostakami i osiłkami ze szkoły. Słyszała, jak dzieciaki i ich rodzice szepczą na jego temat i z niego drwią. „Wyżej sra, niż tyłek ma”, powtarzali nieraz. Część winy Kristy brała na siebie. Kiedy Ryan się urodził, miała zaledwie siedemnaście lat. Dziecko wychowuje dziecko, mawiał tatko. Zachęcała go do kultywowania odmienności, chciała, żeby syn osiągnął to wszystko, czego jej nie udało się osiągnąć.

– Jesteś mi winien pięć dolców – powiedział z uśmiechem Ryan.

– Dopisz do mojego rachunku – odparł tatko.

– Aż się boję zapytać, o co się założyliście – odezwała się Kristy, napełniając kawą kubek z pokrywką.

– Jak długo będziesz się szykowała dzisiaj rano – poinformował Ryan.

– Masz u mnie kredyt zaufania – rzucił tatko, kręcąc głową z dezaprobatą.

Ojciec Kristy, Frank Tucker, wydał z siebie zduszony chichot i pociągnął za wystającą z nosa rurkę, która doprowadzała do jego organizmu tlen z wielkiej butli utrzymującej jego dotlenienie na stałym poziomie. W wieku sześćdziesięciu ośmiu lat wyglądał na znacznie starszego, włosy miał zmierzwione i siwe i rzadko je czesał. Lata palenia jednego papierosa za drugim zebrały swoje żniwo, zniszczyły płuca i praktycznie uwięziły go w domu. Lecz pomimo kłopotów ze zdrowiem tatko nie tracił dobrego humoru.

– Gdybyś nastawiała budzik kilka minut wcześniej… – zaczął.

 

Kristy mu przerwała, bo wiedziała, że z powodu jej porannego szykowania się tatko i Ryan lubią sobie po niej pojeździć. Nie miała siły na ich docinki.

– Nie dzisiaj. Nie jestem w nastroju. Ry, idziemy. – Chwyciła kluczyki i zwróciła się do ojca: – Pamiętaj, żadnych dragów i dziewczynek.

– Nie mogę niczego obiecać – odparł z chichotem.

Kristy się uśmiechnęła.

– Wrócę późno. Daj znać, czy mam ci coś kupić w drodze powrotnej.

– Poradzę sobie, Kristy – zapewnił ją tatko. – Uważaj na siebie.

Kristy cmoknęła go w policzek i ruszyła w stronę wyjścia. Ryan poczłapał za nią. Otworzyła drzwi i powitała ją fala gorącego wilgotnego powietrza. Jeszcze nie nastał marzec, a temperatura przekraczała już trzydzieści stopni Celsjusza.

Pojechała drogą 105 na wschód do liceum Conroe. Mijane w pędzie jezioro Conroe połyskiwało w porannym słońcu. Białe drewniane ogrodzenia i poletka zielonej trawy wiodły ich w stronę miasta. Na miejscu pasażera, ze słuchawkami w uszach, Ryan garbił się nad naprawionym iPhone’em drugiej generacji, równocześnie pisząc i słuchając muzyki. Kristy pracowała w więzieniu długie godziny i te poranne podwózki były jej jedyną okazją do rozmowy z Ryanem, dlatego zazwyczaj przestrzegała zasady niewyciągania komórki w samochodzie.

Dzisiaj jednak cieszyła się z ciszy i próbowała się przygotować na to, z czym musiała się zmierzyć – wywiadami z oczekującymi na wykonanie wyroku śmierci więźniami oraz egzekucją brutalnego mordercy i gwałciciela. Kolejny dzień w pracy. Kristy rok w rok patrzyła na umierających ludzi. Owszem, byli skazanymi zabójcami, lecz i tak nie było to normalne. Poza tym wiedziała, że trapi ją nie tylko praca. W jej życiu panowała stagnacja, upływ miesięcy odmierzały najnowsze osiągnięcia Ryana i przypadłości tatka. W niektóre dni budziła się z poczuciem, że wydarzy się coś okropnego. Dzisiaj wrażenie to wydawało się jeszcze silniejsze. Kristy przeczuwała nadciągającą katastrofę przed każdym tragicznym wydarzeniem w swoim życiu. Westchnęła. Nie da rady udźwignąć żadnej złej informacji.

Kwadrans później zaparkowała w odległości półtorej przecznicy od szkoły Ryana. Od niedawna nie chciał, żeby podwoziła go pod wejście. Nie była głupia. Wiedziała, że syn wstydzi się jej zniszczonego pikapa. A może chciał zaznaczyć swoją niezależność. Rozumiała to, choć serce nadal ją bolało, kiedy myślała, że Ryan się od niej oddala. To był jeden z minusów równoczesnego dorastania.

– Dobrze się czujesz? – spytał Ryan z oczami szeroko otwartymi ze zmartwienia. Zawsze był wrażliwym dzieciakiem, przesadnie troszczącym się o to, co Kristy myśli i czuje.

– Oczywiście. Dlaczego miałabym się czuć inaczej?

– Mogłabyś się zająć czymś innym. Podjąć inną pracę.

Jej uśmiech zbladł.

– Ry, nie zaczynaj. Zarabiam przyzwoite pieniądze i mam naprawdę dobre dodatki.

– Ale nienawidzisz tej roboty.

– No i co z tego? Większość ludzi nienawidzi swojej pracy. Dlatego nazywa się ją pracą.

– Większość ludzi nikogo nie morduje – rzucił znacząco, a Kristy musiała wykorzystać całą siłę mentalną, żeby nie stracić całkiem panowania nad sobą.

Praca Kristy jako rzeczniczki teksańskiego departamentu sprawiedliwości obejmowała pełnienie funkcji mediatora między więźniami, prasą i systemem więziennictwa. Pomimo trudności i związanego z tym stresu musiała także być świadkiem podczas egzekucji.

Jej praca zawsze budziła u Ryana negatywne emocje. Kristy starała się ze wszystkich sił wytłumaczyć mu system sprawiedliwości obowiązujący w Teksasie: istnieją zasady, a mężczyźni i kobiety z celi śmierci pogwałcili owe zasady w najgorszy możliwy sposób i zasłużyli na karę. Ryan miał jednak wrażliwe serce i dociekliwą naturę. Z wiekiem coraz bardziej nie lubił oglądać matki stojącej przed kamerami telewizyjnymi i mówiącej o egzekucjach, jakby były czymś powszechnym, a nie czymś, co reszta świata uważa za przejaw barbarzyństwa. Kristy od lat wysłuchuje pełnej pasji argumentacji syna. Aż do ubiegłego roku wydawało się jej, że to tylko taki etap; wtedy, przed egzekucją, w drodze do budynku z celami śmierci, przyglądała się tłumkowi i go wypatrzyła. Jej syn stał wśród protestujących. Wydała stłumiony okrzyk, kiedy patrzyła, jak wymachiwał dumnie transparentem z napisem EGZEKUCJI MOŻE PODLEGAĆ PRAWO, NIE LUDZIE. Chciała podbiec do niego i kazać mu zabierać się do domu, ale nie mogła. Musiała wykonać pracę.

Pomstując w milczeniu na niesubordynację syna, uczestniczyła w egzekucji Mitchella Hastingsa, trzydziestoletniego włóczęgi skazanego za zabójstwo siostry i jej przyjaciela, Ryan zaś stał przed więzieniem i skandował: „Bez sprawiedliwości nie ma pokoju”.

W głębi duszy była dumna z tego, że Ryan ma tak silne przekonania. Ale gdyby któryś z dziennikarzy zwietrzył, że syn Kristy jest przeciwnikiem kary śmierci, byłoby to koszmarem z punktu widzenia PR-u. Mogłaby stracić pracę. W drodze do domu tego wieczoru powiedziała Ryanowi, że może mieć swoje zdanie, lecz tego rodzaju zachowanie jest niedopuszczalne. Przecież ona zarabiała tam na życie. Dzięki tej pracy mieli dach nad głową i jedzenie na stole. Ryan szanował to, ale chciał, żeby Kristy poszukała sobie innego zajęcia. Nawet teraz, po upływie kilku miesięcy, podsyłał jej oferty w mejlach opatrzonych tytułami: „Nowe prace. Niezwiązane z zabijaniem”. Dzisiaj nie zamierzała dać się wciągnąć w rozmowę na ten temat.

– Spóźnisz się – powiedziała.

Przynajmniej tym razem Ryan nie naciskał.

– Dobra, mamuśka, do zobaczenia – rzucił i chwycił plecak.

– Kocham cię.

Nie odpowiedział. Wygramolił się z samochodu i zatrzasnął za sobą drzwi. Kristy patrzyła, jak oddala się pospiesznie, i poczekała, aż zniknie za rogiem. Boże, jakże tęskniła za dniami, kiedy podwoziła go do szkoły, a on zarzucał jej ręce na szyję i mówił: „Mamusiu, kocham cię bardziej niż księżyc i gwiazdy, i wszystkie planety we wszechświecie”. Teraz już się to nie zdarzało. Czternastolatki nie są zbyt wylewne.

Kristy pokonała pikapem dość długi odcinek autostrady; auto pożerało kolejne kilometry przy dźwiękach muzyki pop-country płynącej z radia. Wyłączyła radio, bo nie była w nastroju na melodie wykorzystujące nadmiar efektów. Skręciła w lewo, ścisnęła kierownicę i ruszyła w stronę bramy prowadzącej do więzienia, gdzie zacznie pracę. Zajmujące obszar ponad stu dziewięćdziesięciu hektarów więzienie Polunsky Unit w Livingston w Teksasie, otoczone lasami i polami, było rozległym kompleksem poprzecinanym chodnikami i otoczonym podwójnym ogrodzeniem z drutem kolczastym i wieżami strażniczymi. Budynki przeznaczone dla mężczyzn skazanych na karę śmierci były oddzielone od pozostałych – trzy betonowe prostopadłościany z białymi dachami, każdy wyposażony w okrągły plac rekreacyjny pośrodku. W całym więzieniu przebywało 2936 więźniów, z czego 279 czekało na egzekucję.

Kristy pokonywała tę trasę raz w tygodniu i przyjeżdżała tu w każdy środowy poranek, ale i tak się z tym nie oswoiła. Nie przywykła do widoku surowych strażników z bronią gotową do strzału pełniących wartę w wieżach ani do zdesperowanych więźniów przekonujących rozpaczliwie, że są niewinni, i błagających ją o pomoc lub tych, którzy przyznawali się do winy bez cienia skruchy.

Nie była to dla Kristy praca marzeń. W najmniejszym stopniu. Zaszła w ciążę w wieku szesnastu lat, ale poprzysięgła sobie, że chociaż zostanie młodziutką matką, nie da się wtłoczyć w ramy statystyk. Dokona czegoś w życiu. Zdała egzamin kończący naukę w szkole średniej i zachęcana przez tatka podjęła studia wieczorowe na Uniwersytecie Stanowym Sam Houston. Studiowała komunikację i psychologię, pracowała dorywczo w różnych działach administracji więziennej, żeby opłacić rachunki. Tatko był strażnikiem w więzieniu, podobnie jak jego ojciec. Choć upierała się, że znajdzie pracę samodzielnie, tatko nagabywał szefa biura informacji publicznej i Kristy jeszcze przed ukończeniem studiów dostała pracę asystentki jednego z pracowników biura.

Kristy nie podobało się, że otaczają ją przestępcy – mężczyźni i kobiety, którzy dopuścili się okropnych rzeczy – ale powtarzała sobie, że to przejściowe. Chciała iść na studia magisterskie, studiować psychologię i zostać pracownikiem opieki społecznej. Myślała, że doświadczenie w systemie więziennictwa będzie stanowiło dodatkowy atut w jej życiorysie. Praca z przestępcami tylko umocniła ją w postanowieniu; pragnęła pomagać potrzebującym, zanim trafią za kratki.

Tylko że wychowanie dziecka było bardzo absorbujące. A potem tatko zaczął podupadać na zdrowiu, Kristy otrzymała awans i podwyżkę, później kolejną. Po dziewięciu latach nadal tu była, a podania o przyjęcie na studia magisterskie porastały kurzem w szufladzie jej biurka.

Tak wyglądało teraz jej życie, tydzień po tygodniu – spotkania z agresywnymi więźniami, próby zaprzyjaźnienia się ze zblazowanymi zniechęconymi dziennikarzami, których zżerała rozpaczliwa chęć napisania czegoś, co pozwoli im zaistnieć. Ostatnio Kristy rozmijała się z prawdą, gdy ludzie pytali ją o sposób zarabiania na życie. „Pracuję w branży PR”, mawiała w nadziei, że nie będą drążyli dalej, że wyda się to atrakcyjniejsze od rzeczywistości.

Musiała się pozbyć tego ponurego nastroju. Czekał ją długi dzień rozmów z więźniami z cel śmierci, co wymagało zaangażowania całej emocjonalnej energii.

Co tydzień więzienie organizowało spotkania mediów ze skazanymi. Poniedziałki przeznaczone były dla kobiet osadzonych w Mountain View Unit. W środy rozmawiano z mężczyznami z Polunsky Unit. Dziennikarze mieli dwie godziny na odwiedzanie więźniów, którzy otrzymali zgodę od władz więzienia.

Kristy zaparkowała samochód i weszła na teren przez główną bramę. Strażnicy machali do niej i witali się z nią, zajęci otwieraniem paczek i sortowaniem poczty – natura ich codziennych zadań silnie kontrastowała z zajęciami ludzi, którzy otrzymają te przesyłki.

Przeszła przez bramki wykrywające metal i zdjęła torebkę z taśmy. Powitał ją Bruce, jeden z jej ulubionych strażników, trzydziestokilkuletni osiłek o liberalnych przekonaniach, lubiący pogawędzić o Nacie Silverze, programie The Bachelorette i swoim ulubionym The Real Housewives. Mimo że personel zachowywał się przyjaźnie, każdy zdawał sobie sprawę z zagrożenia czyhającego za progiem. Trzeba było się porządnie wysilić, żeby nie dopuścić do siebie mroku i lęku, a Kristy nie była pewna, czy zdoła kiedykolwiek wygrać tę bitwę.

Bruce zaprowadził ją do biura strażników. Kristy rzadko chodziła do części kompleksu z celami śmierci, ale dziennikarze narzekali na jakość jej zdjęć i miała już dość ich utyskiwań. Uzgodniła ze strażnikiem, że dzisiaj przed wywiadami zrobi nowe fotografie. Naczelniczka więzienia Gina Solomon przywitała ją serdecznie.

– Pani Solomon, jak się pani miewa? – powiedziała Kristy.

Naczelniczka, kobieta grubo po czterdziestce, z włosami ostrzyżonymi „pod garnek”, podała jej rękę.

– Jak tam rodzina? – spytała.

– Nie mogę narzekać. Syn dostał się do drużyny debat. Od dziesięciu lat nie udało się to żadnemu pierwszoklasiście – pochwaliła się Kristy z matczyną dumą.

Naczelniczka pokiwała głową.

– To miłe.

Kristy usłyszała jednak fałszywą nutę w jej wesołym głosie. Jej syn był gwiazdą Montgomery High School, rozgrywającym w drużynie futbolu. Kristy wkurzała się na siebie, że ją to denerwuje. Jakie znaczenie miało to, czy Ryan komukolwiek imponował?

– Idziemy? – zaproponowała, zmieniając temat w nadziei, że uda jej się uniknąć entuzjastycznych opowieści naczelniczki o ostatnich meczach i umiejętnościach, jakimi syn wykazał się na boisku.

Razem z Bruce’em ruszyli labiryntem korytarzy. Kobiety rozmawiały niezobowiązująco o nadciągającym zimnym froncie. Pogoda była popularnym tematem rozmów wśród personelu, bo każdy pragnął być na zewnątrz, z daleka od mrocznych i przygnębiających cel. Skręcili w długi korytarz. Mechaniczna bramka otworzyła się z brzęczeniem. Weszli do bloku z celami śmierci.

Kristy zerknęła na tabliczkę zawieszoną nad wejściem: UWAGA. ŻADEN Z OSADZONYCH NIE MOŻE TĘDY WYJŚĆ. Stanowiło to przypomnienie, że tym więźniom nie można ufać, że tutaj życie każdego wisiało na włosku.

Kiedy Kristy szła korytarzem, jej zmysły bombardowała fala zapachów, na które żaden trening cię nie przygotuje: odór szczyn, gówna i potu zmieszany z beznadzieją i rozpaczą tak dojmującą, że aż przenikała cię na wskroś.

– Proszę się nie spieszyć – powiedziała naczelniczka.

Kristy przytaknęła, ale zamierzała wypełnić to zadanie jak najszybciej. Pospiesznie fotografowała korytarze i rzędy cel. Twarze osadzonych wyglądały przez odporne na stłuczenie szybki w drzwiach. Niektórzy ją rozpoznawali.

 

– Panno Tucker, mój prawnik ma do pani pytania.

Inni byli pod wpływem środków uspokajających i zrozpaczeni.

– Te skurwiele mnie torturują. Musi mi pani pomóc.

Jeszcze inni zaliczali się do przypadków beznadziejnych.

– Niezła dupa. Chodź tutaj. Pokażę ci, jak wygląda prawdziwy facet.

– Zabiję cię, ty obciągająca druta dziwko. Zabiję was wszystkich.

Niewiele szokowało Kristy. Już nie. Przywykła do takich odzywek. Mężczyźni osadzeni w więzieniu niewiele się różnili od tych poza murami. Niektórzy byli uprzejmi i grzeczni. Inni chorzy psychicznie i nie powinni trafić do celi śmierci. A jeszcze inni byli nieszczęśnikami pozbawionymi szansy na odkupienie. Czasem trudno było stwierdzić, kto jest kim. Kristy potrzebowała wielu lat, żeby się z tym oswoić, ale ich słowa już nią nie wstrząsały. Jako rzeczniczka musiała wyglądać na opanowaną, niewzruszoną.

Weszła do pustej celi i zrobiła więcej zdjęć. O Polunsky Unit często mówiono, że jest „najgorszym miejscem do odbywania kary w Teksasie”, a Kristy się z tym zgadzała. Wszyscy więźniowie spędzali w ciasnych jednoosobowych celach całe dnie. Nawet w czasie godziny przeznaczonej na rekreację przebywali za kratami, bez kontaktu z innymi skazanymi. Bez dostępu do telefonu i telewizji, bez prawa do wizyt, byli praktycznie żywcem pogrzebani w tych celach. Trudno o bliższe piekłu miejsce na ziemi. Kristy nie umiała wyobrazić sobie siebie za tymi kratami, dzień w dzień.

Przeglądała ujęcia na aparacie cyfrowym pożyczonym od Ryana, zastanawiając się, czy to wystarczy. W zupełności. Nie mogła się doczekać, kiedy stąd wyjdzie. Tęskniła za światłem słonecznym i świeżym powietrzem. Wyszła na korytarz, gdzie czekali na nią naczelniczka Solomon i Bruce. Ruszyła za nimi.

Z jakiegoś powodu tuż przed dotarciem do wyjścia zerknęła w stronę jednej z cel, czując niewytłumaczalne przyciąganie. Przez wąziutką szybkę dostrzegła więźnia. Leżał na podłodze obok pryczy. „Harris, zabójca dzieci”. Tak ochrzciła go prasa i tak nazywała go część strażników. Kristy znała go jako Cliftona Harrisa. Skazano go przed ośmioma laty za zabicie dwójki swoich małych dzieci.

– Chryste Panie, on krwawi – powiedziała Kristy, odwracając się do naczelniczki.

Nie podobał jej się własny piskliwy, rozedrgany głos, jakby chciała powiedzieć, że mężczyzna skaleczył się papierem, a nie przeciął sobie nadgarstki. Solomon podeszła do drzwi i zajrzała przez szybkę, żeby sprawdzić, czy Kristy mówi prawdę.

– Sprowadź tu więcej funkcjonariuszy. Migiem! – krzyknęła do Bruce’a, a ten wcisnął guzik w swojej krótkofalówce; pisk odbijał się echem w korytarzach.

– Do tyłu! – wrzasnęła na Kristy.

Rozległ się dzwonek i drzwi celi się otworzyły. Nie mogąc oderwać wzroku od bladej twarzy Cliftona, sinych ust i świecących białkami oczu, Kristy ominęła kobietę i otworzyła drzwi szeroko, żeby móc przyklęknąć przy Cliftonie i dotknąć jego szyi w poszukiwaniu tętna.

– Trzymaj się, Clifton. Trzymaj się.

Clifton otworzył oczy, udręczone, gasnące. Wyciągnął skrwawioną rękę i chwycił Kristy na nadgarstek.

– Panno Tucker, ja już dłużej nie wytrzymam. Nie wytrzymam – powiedział z rozpaczą, przesuwając równocześnie rękę w kierunku obojczyka Kristy. – Wypuśćcie mnie – błagał, a jego ręka zaczęła się zaciskać.

Oddech uwiązł Kristy w gardle. Przypomniał się jej napis nad wejściem. ŻADEN Z OSADZONYCH NIE MOŻE TĘDY WYJŚĆ. Wpadła tu bez namysłu, bojąc się, że Clifton może umrzeć, pragnąc dla odmiany komuś pomóc, zrobić coś, zamiast być tylko biernym widzem. W tym momencie dotarło do niej, że jej niepokój, przeczucie nadciągającej tragedii, były rzeczywiście ostrzeżeniem. Gdy czuła na szyi dłoń mężczyzny skazanego za zabójstwo, zastanawiała się, czy Ryan nie miał racji, że trwając w tej pracy, akceptując to, co się tutaj działo, Kristy popełniała fatalny błąd.