Podróż na Wschód

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Dedykacja

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Volker Michels. Posłowie wydawcy do Podróży na Wschód

Przypisy

Tytuł oryginału:

DIE MORGENLANDFAHRT. EINE ERZÄHLUNG

Copyright © 1959 by Hermann Hesse

All rights reserved by and controlled through Suhrkamp Verlag Berlin.

Copyright © 2019 for the Polish edition by Media Rodzina Sp. z o.o.

Copyright © for the Polish translation by Media Rodzina

Projekt graficzny serii i układ typograficzny

Andrzej Komendziński

Zdjęcia na okładce

Andrzej Komendziński

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

Redaktor serii oryginalnej

Volker Michels

Tekst powieści na podstawie wydania Państwowego Instytutu Wydawniczego, 2004

ISBN 978-83-8008-638-8

Media Rodzina Sp. z o.o.

ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań

tel. 61 827 08 50

mediarodzina@mediarodzina.pl www.mediarodzina.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Poświęcam Przyjaciołom

– Hansowi C. Bodmerowi i jego żonie Elsy

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Ponieważ było mi dane przeżyć coś wielkiego, ponieważ miałem szczęście należeć do Związku i wolno mi było wziąć udział w owej niepowtarzalnej i cudownej Podróży, o której wieść rozbłysła wówczas niczym meteor i która później zdumiewająco szybko uległa zapomnieniu, a nawet dyskredytacji, postanowiłem przeto zaryzykować i podjąć próbę krótkiego opisu tej niesłychanej Podróży. Była to bowiem Podróż, na jaką nie odważył się żaden człowiek od dni Hüona i Rolanda Szalonego aż po nasze szczególne czasy: smutne i rozpaczliwe, ale przecież tak płodne czasy, które nastąpiły po wielkiej wojnie. Co do trudności, z jakimi łączy się ta próba, nie stwarzam sobie, jak sądzę, żadnych złudzeń; są one bardzo duże i nie mają wyłącznie subiektywnej natury, chociaż już i te byłyby dość poważne. Albowiem nie dość, że dziś nie posiadam już żadnych pamiątek, dokumentów czy dzienników z czasów tej Podróży, ale, co więcej, w ciągu minionych ciężkich lat, lat niedoli, choroby i trudnych prób, odbiegła mnie również duża część wspomnień; wskutek ciosów losu, jakie na mnie spadły, i ciągle powtarzających się niepowodzeń, które odebrały mi ochotę do życia, zarówno sama moja pamięć, jak i moje zaufanie dla tej dawniej tak wiernej pamięci uległy – przyznaję to ze wstydem – osłabieniu. Ale jeśli nawet pominąć trudności wynikające z przyczyn czysto osobistych, to i tak moje dawne śluby związkowe krępują mi ręce: śluby te wprawdzie pozwalają mi na ujawnienie osobistych przeżyć, zabraniają jednak ujawnić cokolwiek, co dotyczy samej tajemnicy Związku. A jeśli nawet Związek od dłuższego czasu zdaje się już nie istnieć w sposób widzialny (nie spotkałem od dawna żadnego z jego członków), to jednak żadna pokusa i żadna groźba nie byłaby w stanie przywieść mnie do złamania ślubów. Przeciwnie: gdyby dziś czy jutro postawiono mnie przed sądem wojennym i dano do wyboru śmierć albo zdradę tajemnicy Związku, to z jakimże zapałem i radością własną śmiercią przypieczętowałbym swoje śluby związkowe!

Nawiasem mówiąc: od czasu opublikowania dziennika podróży hrabiego Keyserlinga pojawiło się wiele książek, których autorzy po części nieświadomie, po części jednak także z premedytacją stwarzali wrażenie, że są braćmi związkowymi i że wzięli udział w Podróży na Wschód. Nawet opisy awanturniczych podróży Ossendowskiego niekiedy popadały w to zaszczytne podejrzenie. Ale wszystkie one nie miały absolutnie nic wspólnego ze Związkiem i z naszą Podróżą na Wschód, a w najlepszym razie niewiele więcej niż kaznodzieje małych sekt pietystycznych mają wspólnego ze Zbawicielem, apostołami i Duchem Świętym, na których szczególną łaskawość i życzliwość się powołują. Jeśli nawet prawdą jest, że hrabia Keyserling rzeczywiście opłynął świat w komfortowych warunkach, a Ossendowski rzeczywiście zwiedził opisane przez siebie kraje, to mimo to ich podróże nie były niczym cudownym i nie przyniosły odkrycia żadnych nowych obszarów, podczas gdy nasza Podróż na Wschód na pewnych etapach – rezygnując zresztą z wszelkich banalnych środków nowoczesnych masowych podróży, takich jak koleje, statki parowe, samochody, samoloty itd. – rzeczywiście zawiodła nas do krainy heroizmu i magii. Było to wkrótce po wojnie światowej, kiedy to myśl – zwłaszcza narodów pokonanych – żyła w niezwykłym stanie nierzeczywistości, w stanie gotowości na przyjęcie rzeczy nadrzeczywistych, jeśli nawet granice królestwa nadchodzącej psychokracji faktycznie przekroczono jedynie w nielicznych punktach. Nasz ówczesny przejazd przez Morze Księżycowe do Famagusty, pod przewodem Alberta Wielkiego, lub na przykład odkrycie Wyspy Motylej, dwanaście mil za Cipangu, czy wreszcie podniosłe święto związkowe obchodzone u grobu Rüdigera – są to czyny i przeżycia, jakie ludziom naszej epoki i naszej sfery dane było przeżyć tylko ten jeden raz.

Już tu, jak widzę, napotykam jedną z największych trudności mojej relacji. Dać czytelnikowi dostęp do płaszczyzny, na jakiej dokonały się nasze czyny, do warstwy duszy, do jakiej należą nasze przeżycia, byłoby czymś względnie łatwym, gdyby wolno było wprowadzić go w istotę tajemnicy naszego Związku. A tak – wiele, a być może nawet wszystko, wyda mu się niewiarygodne i pozostanie niepojęte. Mimo to nigdy nie należy bać się paradoksu i ciągle od nowa trzeba podejmować rzeczy niemożliwe. Pod tym względem podzielam zdanie naszego mądrego przyjaciela ze Wschodu, Siddharthy, który kiedyś tak się wyraził: „Słowa nie oddają tajemnego znaczenia; zawsze wszystko staje się natychmiast jakby inne, z lekka zafałszowane, trochę błazeńskie... Ba, godzę się także z tym – bo i to jest dobre – że to, co dla jednego człowieka jest skarbem i mądrością, innemu wydaje się głupstwem”. Już przed wiekami członkowie i kronikarze naszego Związku również znali tę trudność i dzielnie stawiali jej czoło, a jeden z nich, jeden z największych, tak wypowiedział się o niej w nieśmiertelnym wierszu:

Człowiek bywały w świecie niejednokrotnie styka się

z rzeczami

mającymi niewiele wspólnego z wyobrażeniami o tym,

co jest, a czego nie ma naprawdę.

Gdy o tym opowiada w rodzinnych swoich stronach,

najczęściej bierze się go za fantastę.

Lud bowiem zatwardziały nie lubi dawać wiary temu,

czego sam nie widział i nie sprawdził namacalnie.

Obawiam się, że niedoświadczenie

moim śpiewom zbytniej nie zechce dać wiary.

Ten „brak doświadczenia” właśnie nie tylko doprowadził do tego, że nasza Podróż, która niegdyś wprawiała w ekstazę tysiące ludzi, dziś poszła w powszechną niepamięć, lecz także spowodował, iż wspomnienie o niej jest obłożone prawdziwym tabu. Otóż historia obfituje w przykłady podobnego rodzaju. Często wydaje mi się, że całe dzieje powszechne nie są niczym innym, jak książką z obrazkami, w której ukazane jest najgwałtowniejsze i najbardziej ślepe pragnienie ludzkie: pragnienie zapomnienia. Czyż nie jest tak, że każde pokolenie, uciekając się do zakazu, przemilczenia i drwiny, niszczy zwłaszcza to, co pokoleniu poprzedniemu wydawało się najważniejsze? Czyż dopiero co nie doświadczyliśmy, że całe narody zapomniały o ogromnej, wieloletniej, potwornej wojnie, że wyparły się jej i zachowują się tak, jakby nigdy do niej nie doszło? I że te same narody teraz, kiedy już trochę przyszły po niej do sił, za pomocą zajmujących powieści wojennych starają się przypomnieć sobie to, co przed kilku laty same sobie zgotowały i co wycierpiały? Tak również wieść o czynach i cierpieniach naszego Związku, która dziś poszła w zapomnienie lub też stała się pośmiewiskiem świata, znów ujrzy światło dzienne. Oby moje zapiski choć trochę przyczyniły się do tego.

Do osobliwości Podróży na Wschód należało między innymi i to, że wprawdzie Związek łączył z nią całkowicie określone, nader wzniosłe cele – o których zresztą nie mogę nic powiedzieć, jako że należą do sfery tajemnicy – to jednak każdy z jej uczestników mógł również wiązać z nią swoje cele prywatne. Ba, nie tylko mógł, lecz nawet musiał, albowiem nie przyjmowano do Związku nikogo, kto nie miał takich celów, toteż każdy z nas dążąc do wspólnych ideałów i celów i walcząc pod wspólnym sztandarem, piastował w sercu swe własne, naiwne, dziecięce marzenie jako źródło wewnętrznej siły i ostatniej pociechy. Otóż jeśli chodzi o mój własny cel, jaki łączyłem z tą Podróżą i o jaki zapytał mnie Mówca Wielkiej Kapituły przed przyjęciem mnie do Związku, to był to cel nader prosty, natomiast wielu moich związkowych braci postawiło przed sobą cele, dla których wprawdzie miałem wiele szacunku, jednak nie całkiem mogłem je pojąć. Jeden z braci, na przykład, był poszukiwaczem skarbów i nie myślał o niczym innym, jak tylko o zdobyciu wielkiego skarbu, który nazywał „Tao”; inny zaś uroił sobie, że schwyci pewnego węża, któremu przypisywał czarodziejską moc i którego nazywał mianem „Kundalini”. Natomiast dla mnie celem Podróży, jak i mojego życia w ogóle, celem, który przyświecał moim marzeniom już od późnych lat chłopięcych, było ujrzeć piękną księżniczkę Fatimę i, w miarę możności, pozyskać jej miłość.

 

W owej epoce, w której miałem szczęście wstąpić do Związku, a mianowicie bezpośrednio po zakończeniu wielkiej wojny, w kraju naszym pojawiły się tłumy zbawców, proroków i ich uczniów, a jednocześnie ożyły liczne przeczucia dotyczące końca świata i nadzieje na nadejście Trzeciego Cesarstwa. Wstrząśnięty wojną, wpędzony w rozpacz wskutek nędzy i głodu, głęboko rozczarowany pozorną daremnością wszelkich ofiar, jakie złożył w swych synach, i strat materialnych, jakie poniósł, naród nasz dał do siebie dostęp licznym urojeniom, ale także wielu prawdziwym wzlotom duszy: pojawiły się wtedy grupy oddające się bachicznym tańcom i bojówki nowochrzczeńców, przeróżne ruchy, w których żyło pragnienie cudu i dążenie do światła ducha: wielką popularnością cieszyły się również tajemne nauki i kultury orientalne: indyjskie, staroperskie i inne. Wszystko to spowodowało, że także nasz prastary Związek został uznany przez większość za jeden z wielu przelotnie rozkwitłych tworów mody i po kilku latach popadł wraz z nimi już to w zapomnienie, już to w pogardę i niesławę. Ci spośród jego uczniów, którzy dochowali mu wierności, nie byli w stanie temu przeciwdziałać.

Jak dobrze pamiętam tę godzinę, kiedy po upływie roku próbnego stawiłem się przed Wielką Kapitułą, przez Mówcę zostałem wtajemniczony w plan Podróży na Wschód i po bezwzględnym zaaprobowaniu tego planu, którego urzeczywistnieniu ślubowałem poświęcić całe życie, zostałem przyjaźnie zapytany, czego to obiecuję sobie po tej podróży do krainy baśni. Czerwieniąc się wprawdzie, otwarcie jednak i bez wahania wyznałem moim przełożonym gorące pragnienie ujrzenia na własne oczy księżniczki Fatimy. A Mówca, jakby tłumacząc gesty Tajemnych Zwierzchników, dobrotliwie położył rękę na mej głowie, pobłogosławił mnie i wypowiedział formułę potwierdzającą przyjęcie mnie do Związku. Nazywając mnie „pobożną duszą”, zachęcił do wytrwałości w wierze, do odwagi w niebezpieczeństwie i do braterskiej miłości. Dobrze przygotowany przez rok prób, złożyłem przysięgę, wyrzekłem się świata i jego błędów, po czym wsunięto mi na palec pierścień, na którym wyryte były słowa zaczerpnięte z jednego z najpiękniejszych rozdziałów historii naszego Związku:

W ziemi, powietrzu, ogniu, wodzie

Wszelka moc nieczysta

Ulega mu w pokornej trwodze,

Aż po Antychrysta...

i tak dalej.

Ku mojej radości, natychmiast po przyjęciu do Związku udzielono mi jednego z tych wtajemniczeń, jakie obiecuje się nam, nowicjuszom. Mianowicie zaledwie przyłączyłem się – idąc za wskazaniami moich przełożonych – do jednej z (liczących po dziesięć osób) grup, które przeciągały przez cały kraj, by połączyć się z główną kolumną członków Związku, natychmiast z całą jasnością pojąłem jedną z tajemnic naszego pochodu. Zrozumiałem, że choć niewątpliwie przyłączyłem się, jak wszystko na to wskazywało, do określonej i jednorazowej pielgrzymki na Wschód, jednakże w rzeczywistości, w wyższym i właściwym sensie, nasz pochód na Wschód nie był to wyłącznie ten oto pochód, w którym brałem udział. Ten pochód wiernych i ufnych dążył na Wschód, do Ojczyzny Światła, nieprzerwanie i od wieków, był on w drodze od całych stuleci, zmierzając do świetlistej krainy cudu, a każdy z nas, braci, każda z naszych grup, ba, cały nasz hufiec i jego wielka wyprawa to tylko fala wiecznego strumienia dusz, wiecznego dążenia duchów na Wschód, do Ojczyzny. Zrozumienie to przeniknęło mnie niby promień, a zarazem w sercu moim odezwało się zdanie, które przeczytałem podczas mego nowicjatu i które zawsze wydawało mi się wspaniałe, chociaż go właściwie nie rozumiałem. Było to zdanie poety Novalisa: „Dokąd więc zmierzamy? Zawsze do domu”.

Tymczasem nasza grupa przyłączyła się już do wędrówki, wkrótce też spotkaliśmy się z innymi grupami i stopniowo przepełniało nas i napawało szczęściem poczucie jedności i dążenia do wspólnego celu. Wierni regułom Związku, żyliśmy jak pielgrzymi i nie korzystaliśmy z żadnych urządzeń, którym dał początek świat omamiony kultem pieniądza, liczby i czasu i które życie pozbawiają treści; do urządzeń tych należały przede wszystkim maszyny, takie jak koleje, zegary i tym podobne. Inna z naszych jednomyślnie przyjętych zasad nakazywała nam odwiedzać i czcić wszelkie miejsca i pamiątki, które wiązały się z prastarą historią naszego Związku i jego wiary. Odwiedzaliśmy i wielbiliśmy wszystkie ośrodki i pomniki kultu religijnego, kościoły i czcigodne groby, które znajdowały się na drodze naszego pochodu, ozdabialiśmy kwiatami kaplice i ołtarze, ruinom składaliśmy hołd pieśnią lub cichą medytacją, pamięć zmarłych czciliśmy muzyką i modłami. Nierzadko niewierni drwili z nas i zakłócali nasze ceremonie, ale równie często kapłani błogosławili nam i zapraszali w gościnę; dzieci, uniesione zapałem, przyłączały się do nas, uczyły się naszych pieśni i żegnały nas ze łzami, kiedy ruszaliśmy dalej; często też jakiś starzec pokazywał nam zapomniane pamiątki przeszłości lub przytaczał podanie przekazywane z ust do ust w okolicy, którą zamieszkiwał. Zdarzało się też, że jacyś młodzieńcy towarzyszyli nam w części naszej drogi i wyrażali pragnienie wstąpienia do Związku; udzielano im stosownej rady i pouczano o obyczajach i ćwiczeniach okresu nowicjatu. Wydarzyły się pierwsze cuda: oglądaliśmy je na własne oczy albo też nagle dowiadywaliśmy się o nich z doniesień i legend. Pewnego dnia – byłem jeszcze zupełnym nowicjuszem – wszyscy nagle zaczęli opowiadać, że w namiocie naszych przywódców bawi olbrzym Agramant i stara się ich przekonać, że powinniśmy wyruszyć do Afryki celem uwolnienia kilku naszych braci z niewoli u Maurów. Kiedy indziej ujrzano Chochlika, Smolarza, Pocieszyciela i natychmiast rozeszła się pogłoska, że ruszamy w kierunku Błękitnego Garnka. Jednakże pierwsze cudowne wydarzenie, które widziałem na własne oczy, było następujące: kiedy zatrzymaliśmy się dla odpoczynku nieopodal pewnej na pół zrujnowanej kaplicy w powiecie Spaichendorf i odprawialiśmy tam nabożeństwo, zauważyliśmy, że na jedynym nieuszkodzonym murze kaplicy namalowano ogromnej wielkości postać świętego Krzysztofa, trzymającego na ramionach spłowiałą ze starości figurkę Dziecka-Zbawiciela. Nasi przywódcy – jak to niekiedy się zdarzało – nie wyznaczyli sami kierunku naszej dalszej drogi, lecz zaproponowali nam wybór jednego z trzech gościńców, u których zbiegu znajdowała się kaplica. Jedynie nieliczni z nas wyrazili swe pragnienie lub udzielili rady, a tylko jeden z braci wskazał drogę prowadzącą w lewo i namawiał nas usilnie, byśmy ją właśnie wybrali. Kiedyśmy w milczeniu oczekiwali decyzji naszych przywódców, nagle Krzysztof z obrazu podniósł rękę, w której dzierżył długi kostur, i wskazał nam właśnie tę drogę, którą ów brat wybrał. Wszyscy patrzyliśmy na to w milczeniu, a nasi przywódcy bez słowa wkroczyli na drogę prowadzącą w lewo, my zaś z najwyższą radością ruszyliśmy za nimi.

Przebywaliśmy w Szwabii dopiero od niedawna, kiedyśmy zauważyli, że oddziałuje na nas pewna moc, o której uprzednio nie pomyśleliśmy, a której silny wpływ dane nam było odczuwać przez dłuższy czas; co gorsza, nie mieliśmy pewności, czy jest to moc przyjazna, czy wroga. Była to moc Strażników Korony, którzy w owym kraju od dawien dawna strzegli pamięci dziedzictwa Hohenstaufów. Nie potrafię powiedzieć, czy nasi przywódcy wiedzieli o tym coś więcej i czy mieli jakieś szczególne wskazówki. Wiem tylko, że z tamtej strony otrzymywaliśmy nieraz zachęty lub ostrzeżenia, jak na przykład wtedy, na drodze do Bopfingen, kiedy na jednym ze wzgórz pojawił się sędziwy rycerz w zbroi, z zamkniętymi oczami, potrząsnął siwą głową i zaraz zniknął bez śladu. Nasi przywódcy przyjęli to ostrzeżenie poważnie: zawróciliśmy natychmiast i nigdy już nie ujrzeliśmy Bopfingen. Natomiast w pobliżu Urach wysłannik Strażników Korony, który pojawił się w namiocie przywódców tak nagle, jakby wyrósł spod ziemi, obietnicami i groźbami chciał skłonić ich, by naszą wyprawę podporządkowali sprawie Hohenstaufów, a w szczególności przygotowaniom do podboju Sycylii. Miał on, ponieważ nasi przywódcy zdecydowanie odmówili jego naleganiom, rzucić straszną klątwę na Związek i całą naszą wyprawę. Jednakże relacjonuję tu tylko pogłoski, które krążyły między nami; sami przywódcy nigdy nie wypowiedzieli się na ten temat. W każdym razie wydaje się możliwe, że to właśnie nasze niepewne stosunki ze Strażnikami Korony przyczyniły się wówczas do powstania krzywdzącej dla nas opinii – która też utrzymywała się przez pewien czas – że nasz Związek stanowi tajną organizację mającą na celu restaurację monarchii.

Kiedyś przyszło mi też doświadczyć, iż jeden z moich kolegów pożałował swej decyzji o wstąpieniu do Związku, wyrzekł się swych ślubów i popadł w niewiarę. Był to młody człowiek, którego darzyłem prawdziwą sympatią. Jego osobistą racją, dla której wraz z nami wędrował na Wschód, było pragnienie ujrzenia grobowca proroka Mahometa, o którym słyszał, że za sprawą czarów unosi się w powietrzu. W jednym z owych szwabskich czy alemańskich miasteczek, gdzie zatrzymaliśmy się na kilka dni, ponieważ opozycja Saturna i Księżyca uniemożliwiła nam wyruszenie w dalszą drogę, nieszczęśnik ów, który już od pewnego czasu zdradzał wszelkie objawy smutku i skrępowania, spotkał swego dawnego nauczyciela, któremu pozostawał oddany od czasów szkolnych; nauczycielowi temu udało się naszą sprawę ukazać młodzieńcowi znowu w tym świetle, w jakim przedstawia się ona niewiernym. Z wizyty u tego nauczyciela nieszczęśnik wrócił do naszego obozu w ogromnym wzburzeniu, z twarzą wykrzywioną, i wszczął wrzawę przed namiotem przywódców, a kiedy z namiotu wyszedł Mówca, zawołał doń w gniewie, że ma dość brania udziału w tym pochodzie błaznów, który nigdy nie dotrze na Wschód, że ma dość przerywania podróży na tyle dni tylko ze względu na głupie astrologiczne zastrzeżenia, że ma już powyżej uszu bezczynności, dziecięcych procesji, świąt kwiatów, zarozumiałości magii, pomieszania życia z poezją – i że rzuca swój pierścień przywódcom pod nogi i opuszcza Związek, by zwyczajną koleją powrócić do ojczyzny i do pożytecznej pracy. Był to widok ohydny i żałosny, serca ścisnęły się nam ze wstydu, a zarazem z litości dla zaślepionego. Mówca wysłuchał go przyjaźnie, z uśmiechem pochylił się, by podnieść rzucony pierścień, po czym odezwał się głosem, którego pogodny spokój musiał zawstydzić gwałtownika:

– Porzucasz nas więc i wracasz do świata kolei, do rozumu i do pożytecznej pracy. Porzucasz Związek, porzucasz pochód na Wschód, porzucasz magię, święta kwiatów, poezję. Jesteś wolny, zwalniam cię z twoich ślubów.

– Czy także z obowiązku milczenia? – zawołał żywo apostata.

– Także z obowiązku milczenia – odparł Mówca. – Przypomnij sobie: przysiągłeś, że o tajemnicach Związku milczeć będziesz przed niewiernymi. A ponieważ widzimy, że o tajemnicy tej zapomniałeś, przeto nikomu nie będziesz mógł jej zdradzić.

– Miałbym o czymś zapomnieć? Niczego nie zapomniałem! – zawołał młodzieniec, stracił jednak pewność siebie i kiedy Mówca odwrócił się odeń i wycofał do namiotu, gwałtownie rzucił się do ucieczki.

Żałowaliśmy go wszyscy, ale owe dni były tak pełne przeżyć, iż zdumiewająco szybko zapomniałem o nim. Jednakże w jakiś czas później, kiedy chyba już nikt z nas o nim nie myślał, o młodzieńcu tym zaczęty dochodzić nas wieści powtarzane nam przez mieszkańców wielu wsi i miast, przez które przeciągaliśmy. Miał to być młody człowiek – opisywano go nam dokładnie i wymieniano jego imię – który wszędzie nas szukał. Najpierw opowiadał rzekomo, że należy do nas, a tylko zatrzymał się w tyle w marszu i zgubił nasz ślad, później jednak zaczynał płakać i wyznawał, że sprzeniewierzył się nam i uciekł, teraz wszakże widzi, iż nie może żyć poza Związkiem, toteż chce i musi nas odnaleźć, by paść do nóg naszym przywódcom i błagać ich o wybaczenie. Tu i ówdzie raz po raz słyszeliśmy tę historię: gdziekolwiek się pojawiliśmy, tam biedak miał bawić krótko przed nami. Mówca, zapytany przez nas, co o tym sądzi i jaki będzie los nieszczęśnika, odparł krótko:

– Nie sądzę, by udało mu się nas odnaleźć. – I tak się stało: nigdy go już nie ujrzeliśmy.

 

Pewnego razu, kiedy jeden z przywódców wciągnął mnie w poufałą rozmowę, zdobyłem się na odwagę i zapytałem go, co będzie z naszym wiarołomnym bratem.

– Odczuwa on przecież skruchę i szuka nas gorliwie – powiedziałem – należałoby mu więc pomóc w naprawieniu błędów, a z pewnością w przyszłości stanie się najwierniejszym z braci związkowych.

– Cieszylibyśmy się, gdyby nas odnalazł – odparł przywódca. – Ale nie możemy mu tego ułatwić. Utrudnił sobie odzyskanie wiary i obawiam się, że nie zobaczy nas i nie rozpozna, gdyby nawet znalazł się wśród nas. Utracił bowiem wzrok duchowy. Sama skrucha nie wystarczy, łaski nie można okupić skruchą, bo w ogóle nie można jej niczym okupić. Wielu już miało podobne doświadczenia, wielcy i sławni mężowie dzielili los tego młodzieńca. Kiedyś w młodości zajaśniało im światło, kiedyś przejrzeli i poszli w ślad za gwiazdą, która rozbłysła nad nimi, ale z czasem odezwał się w nich głos rozsądku i szyderstwo świata znalazło dostęp do ich serc, potem przyszła małoduszność, pojawiły się pozorne niepowodzenia, zmęczenie i rozczarowanie – i tak znowu utracili siebie, zgasł ich wzrok duchowy. Wielu z nich szukało nas przez całe życie bez wytchnienia, ale znaleźć nas już nie mogli, zaczęli więc głosić w świecie, że nasz Związek to tylko piękna baśń, której nie wolno dać się zwieść. Inni stali się naszymi zażartymi wrogami i zaczęli lżyć Związek i szkodzić mu na wszelkie możliwe sposoby.

Cudowne, uroczyste dni następowały za każdym razem, kiedy tylko w naszym pochodzie spotkaliśmy inne grupy związkowych braci; niekiedy w obozie naszym zbierały się ich setki, a nawet tysiące. Nasz pochód bowiem nie przebiegał w ustalonym porządku, tak żeby jego wszyscy uczestnicy posuwali się w mniej lub bardziej zwartych kolumnach zmierzających w tym samym kierunku. Raczej składały się nań niezliczone grupy znajdujące się w drodze jednocześnie, a każda z nich podążała za swym przywódcą i za swą gwiazdą, zawsze gotowa połączyć się z większą grupą i przez pewien czas wchodzić w jej skład lub też, przeciwnie, oderwać się od niej i maszerować dalej samodzielnie. Wielu z nas również podążało samotnie własną drogą, i ja też niekiedy wędrowałem sam, jeśli jakiś znak czy wezwanie zwróciło mnie na własną drogę.

Przypominam sobie pewną doborową małą grupę, z którą przez kilka dni maszerowaliśmy razem i obozowali; grupa ta wzięła na siebie zadanie uwolnienia z rąk Maurów uwięzionych przez nich braci związkowych i księżniczki Izabelli. O członkach tej grupy mówiono, że są w posiadaniu rogu Hüona, i wśród nich znajdowali się zaprzyjaźnieni ze mną poeta Lauscher oraz malarze Klingsor i Paul Klee; nie mówili oni o niczym innym, jak tylko o Afryce i uwięzionej księżniczce, a ich Biblią była księga opiewająca czyny Don Kichota, ku którego czci zamierzali obrać drogę przez Hiszpanię.

Za każdym razem dobrze było spotkać taką grupę przyjaciół, wziąć udział w ich świętach i nabożeństwach i zaprosić na nasze, usłyszeć o ich czynach i zamiarach, a przy rozstaniu pobłogosławić, wiedząc, że dążą swą drogą, tak jak my dążymy swoją, że każdy z nich kryje w sercu własne marzenie, własne pragnienie, swą tajemną grę, a jednocześnie wszyscy łączą się w jeden wielki strumień i należą nawzajem do siebie, że noszą w sercu tę samą głęboką cześć i tę samą wiarę, że wszyscy złożyli te same śluby. Poznałem wśród nich Jupa, maga, który szczęście swego życia spodziewał się znaleźć w Kaszmirze, poznałem czarownika Collofino, kiedy przytoczyłem jego ulubiony cytat z Przygód Simplicissimusa, poznałem Ludwika Okrutnego, którego marzeniem było założyć w Ziemi Świętej ogród oliwny i utrzymywać niewolników, chadzałem pod ramię z Anzelmem, który wyruszył na poszukiwanie błękitnego irysa swego dzieciństwa. Poznałem i pokochałem Ninon znaną jako „cudzoziemka”; jej ciemne oczy spoglądały spod czarnych włosów. Była zazdrosna o Fatimę, księżniczkę moich snów, a przecież prawdopodobnie sama była Fatimą, nawet o tym nie wiedząc. Podobnie jak my, kiedyś wyruszali w drogę pielgrzymi, cesarze i krzyżowcy, by uwolnić Grób Zbawiciela lub studiować magię, tą samą drogą wędrowali hiszpańscy rycerze i niemieccy uczeni, irlandzcy mnisi i francuscy poeci.

Moim obowiązkiem – jako że z zawodu jestem tylko skrzypkiem i bajarzem – było troszczyć się o muzykę w naszej grupie; wtedy właśnie przekonałem się, że wielkie czasy rozwijają małe jednostki i wzmagają ich siły. Nie tylko grałem na skrzypcach i prowadziłem nasze chóry, lecz także zbierałem stare pieśni i chorały, pisałem sześcio- i ośmiogłosowe motety i madrygały i uczyłem się ich na pamięć. Wszakże nie o tym chcę opowiedzieć.

Bardzo lubiłem wielu moich kolegów i przełożonych. Ale właściwie żaden nie utkwił mi tak bardzo w pamięci, jak Leo, chociaż wówczas pozornie mało zwracał na siebie uwagę. Leo był jednym z naszych służących (byli oni, naturalnie, ochotnikami, tak jak my), pomagał przy noszeniu pakunków i często przydzielano go do osobistych posług przy Mówcy. Ten niepozorny człowiek był tak uczynny i odznaczał się tak dyskretnym urokiem, że kochaliśmy go wszyscy bez wyjątku. Wykonywał swą pracę z radością, najczęściej podśpiewując sobie lub gwiżdżąc, nie narzucał się nikomu, ale był zawsze na miejscu, kiedy go potrzebowano, był więc, krótko mówiąc, idealnym służącym. Poza tym lubiły go wszystkie zwierzęta, toteż niemal zawsze towarzyszył nam jakiś pies, który opuścił swych właścicieli dla Leo; potrafił on również oswajać ptaki i przywabiać motyle. Na Wschód gnało go pragnienie, by na wzór Salomona nauczyć się rozumienia mowy ptaków. Na tle wielu spośród członków naszego Związku, którzy – bez ujmy dla ich wartości i wierności Związkowi – być może cechowali się pewną przesadą, ekstrawagancją, solennością lub fantastycznością, nasz służący Leo robił wrażenie człowieka prostego i naturalnego, tryskającego zdrowiem, bezpretensjonalnego i życzliwego wszystkim.

Wielka różnorodność wspomnień czyni moją relację szczególnie trudną. Powiedziałem, że maszerowaliśmy już to w małej grupie, już to tworząc cały zastęp czy zgoła armię, niekiedy jednak pozostawałem w jakiejś okolicy tylko z jednym towarzyszem lub nawet zupełnie sam, bez namiotu, bez naszych przywódców. Relację moją utrudnia jeszcze to, że wędrowaliśmy nie tylko w przestrzeni, lecz także w różnych czasach. Zmierzaliśmy na Wschód, ale wyruszaliśmy także w średniowiecze lub w Złoty Wiek; przeciągaliśmy przez Italię lub Szwajcarię, niekiedy jednak spędzaliśmy noc w X stuleciu i bawiliśmy w gościnie u patriarchów lub wróżek. W okresach, w których pozostawałem sam, często odnajdywałem okolice i ludzi znanych mi z mojej własnej przeszłości, wędrowałem z moją dawną narzeczoną poprzez lasy nad brzegami Górnego Renu, z przyjaciółmi mojej młodości hulałem w Tybindze, Bazylei i Florencji lub też jako chłopiec wyruszałem wraz z kolegami szkolnymi, by łapać motyle czy podpatrywać wydry. Zdarzało się też, że moimi towarzyszami stawały się ulubione postaci z książek, które czytałem: obok mnie cwałowali Almanzor i Parsifal, Witiko i Złotousty czy Sancho Pansa, z którymi zajeżdżaliśmy w gości do Barmekidów. Kiedy później znowu znajdowałem się w jakiejś dolinie razem z moją grupą, słuchałem naszych pieśni i spoczywałem w namiocie naprzeciw namiotu przywódców, stawało się dla mnie od razu jasne, że moja wyprawa w dzieciństwo czy wędrówka z Sancho Pansą również były częścią Podróży na Wschód; naszym celem bowiem był nie tylko Wschód, czy też raczej: nasz Wschód był przecież nie tylko jakimś krajem czy pojęciem geograficznym, lecz również ojczyzną i młodością duszy, znajdował się wszędzie i nigdzie, był jednością wszystkich czasów. Co prawda zdawałem sobie z tego sprawę tylko od czasu do czasu, ale właśnie te chwile były dla mnie źródłem wielkiego szczęścia, i nimi się wówczas cieszyłem. Później bowiem, kiedy tylko szczęście to przyszło mi utracić, związki te zobaczyłem wyraźnie, nie mogąc jednak odnieść stąd korzyści ani też zaczerpnąć pociechy. Kiedy bezpowrotnie tracimy coś cennego, mamy poczucie, jakbyśmy obudzili się z jakiegoś snu. W moim wypadku poczucie to miało charakter wręcz niesamowity. Albowiem tajemnica mojego szczęścia rzeczywiście kryła się w tym samym, co tajemnica szczęścia, jakie zsyłają nam sny, a mianowicie w wolności jednoczesnego przeżywania wszystkiego, co tylko da się pomyśleć, zamieniania, jak w zabawie, świata zewnętrznego i wewnętrznego, przesuwania czasu i przestrzeni niby kulis. Tak jak przemierzaliśmy świat – my, bracia związkowi – nie korzystając z aut ani statków, jak naszą wiarą przezwyciężaliśmy wstrząśnięty wojną świat i zmienialiśmy go w raj, tak też ku bieżącej chwili twórczo przywoływaliśmy rzeczy przeszłe, przyszłe i podyktowane przez fantazję.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?